Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Hajdarowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grzegorz Hajdarowicz. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

Kryzysowe żniwa

Chodzi o to, by pod pretekstem „walki z kryzysem” zmusić ludzi do tyrania za półdarmo, a rządy i banki centralne do nafutrowania banksterów świeżą gotówką wykreowaną w ramach „luzowania ilościowego”. Tylko po to ta cała gospodarcza „pandemonia” została wywołana i po nic innego.

Jak Czytelnicy być może pamiętają, gospodarcze paroksyzmy wynikłe wskutek „pandemonii” koronawirusa nazywałem do tej pory „najgłupszym kryzysem w historii”. Proszę Państwa, po namyśle cofam te słowa – to jest na swój sposób bardzo mądry kryzys. Ktoś go naprawdę sprytnie wykombinował i z żelazną konsekwencją wcielił w życie. Rozpętać światową histerię, która wprowadzi całe narody w stan lękowej psychozy i zmusi rządy do wygaszenia gospodarek – już to samo w sobie jest nie lada wyczynem. Lecz to jedynie pierwszy etap. Prawdziwe konfitury kryją się w etapie drugim, polegającym na przerzuceniu na barki państw i społeczeństw kosztów funkcjonowania światowego biznesu - te wszystkie ulgi podatkowe, dotacje oraz poluzowanie regulacji na i tak już w znacznej mierze sprekaryzowanym rynku pracy. Jeżeli przyjrzymy się pod tym kątem wdrażanym w różnych krajach pakietom pomocowym, naszej „tarczy antykryzysowej” nie wyłączając, to zobaczymy, że gros rządowych działań idzie właśnie w tym kierunku. Innymi słowy, chodzi o to, by pod pretekstem „walki z kryzysem” zmusić ludzi do tyrania za półdarmo (bo wicie-rozumicie, mamy ciężkie czasy i trzeba zacisnąć pasa), a rządy i banki centralne do nafutrowania banksterów świeżą gotówką wykreowaną w ramach „luzowania ilościowego”. Tylko po to ta cała gospodarcza „pandemonia” została wywołana i po nic innego. Powtarzam – ktoś to naprawdę sprytnie obmyślił, czapki z głów.

Na naszym krajowym podwórku bodaj najbardziej dobitnie (i bezwstydnie) cele te sformułował biznesmen i właściciel dziennika „Rzeczpospolita” Grzegorz Hajdarowicz domagając się m.in. zawieszenia podatków dochodowych i ZUS do końca 2020 roku; przyśpieszenia zwrotu VAT do 14 dni; „zawieszenia” Kodeksu Pracy; ograniczenia o połowę wymiaru urlopu; „zawieszenia” programu „500+” i 13 emerytury (co w istocie jest eufemizmem dla likwidacji tych świadczeń, bo w kontekście postulatów podatkowych staną się nie do sfinansowania); oraz automatycznego przedłużenia o 12 miesięcy wiz dla pracowników ze Wschodu.

Co to oznacza w praktyce? Wpędzenie państwa i samorządów w spiralę zadłużenia (brak podatków dochodowych) i w dalszej perspektywie bankructwo; upadłość ZUS-u i brak wypłat emerytur; powrót mafii vatowskich (przy 14-dniowym terminie zwrotu kontrola stanie się fikcją) – a więc kolejne, liczone w dziesiątkach miliardów złotych straty budżetu państwa; kompletną zapaść służby zdrowia; wreszcie – niewolniczy rynek pracy w którym pracownicy wydani są na łaskę i niełaskę pracodawcy, pozbawieni elementarnych praw i choćby minimalnej poduszki finansowej (likwidacja „500+”). Za to ma być zaordynowane sztucznie dwucyfrowe bezrobocie (jak rozumiem, w charakterze dodatkowego dyscyplinatora), bo do tego sprowadza się postulat utrzymania na rynku pracowników zagranicznych. Takie to recepty proponuje pan biznesmen z holdingiem w Luksemburgu (nota bene, raju podatkowym), reklamując swe pomysły w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” jako „wkład intelektualny” w walkę z kryzysem.

A co tak naprawdę należałoby zrobić? Po pierwsze, wypowiedzieć bezwzględną wojnę rajom podatkowym, do których z samej tylko Unii Europejskiej rocznie wyprowadzanych jest 170 mld euro. Wyobraźmy sobie tylko, jakie środki (chociażby dla służby zdrowia) byłyby dostępne, gdyby państwa dysponowały tymi pieniędzmi. Należy powiedzieć jasno firmom stosującym agresywną optymalizację, że nie należy im się żadna pomoc. Niech idą po wsparcie do rządów Luksemburga, Cypru, Bahamów i innych „rajskich wysp”. Ta roszczeniowa hołota w drogich garniturach, to pasożyty żerujące na gospodarkach krajów w których prowadzą działalność – zaburzając ponadto warunki rynkowej konkurencji, na czym cierpią uczciwi przedsiębiorcy.

Po drugie, pomoc należy skoncentrować na drobnych przedsiębiorcach i zwykłych ludziach – bo gdy oni nie będą mieli pieniędzy, to wszelkie „tarcze antykryzysowe” na nic. Czy tak trudno zrozumieć, że ubóstwo społeczeństwa oznacza stagnację i pogłębianie recesji? Pracownicy to zarazem klienci. Kiepsko opłacany pracownik, to równocześnie kiepski klient. Jeżeli będzie tyrał po 12 godzin za grosze, to kto kupi te wszystkie towary i usługi? Hajdarowicz od Piprztyckiego, a Piprztycki od Hajdarowicza? Dlatego należy m.in. odwrócić obecny regresywny system podatkowy, w którym gros obciążeń (głównie poprzez podatki pośrednie) spoczywa na barkach mniej zamożnych warstw społeczeństwa.

Po trzecie, najwyższy czas skończyć z „banksterskimi żniwami” w postaci luzowania ilościowego, czyli wykupywania przez banki centralne papierów wartościowych za „dodrukowane” pieniądze i futrowanie nimi „rynków”. Już poprzedni kryzys pokazał, że to się nie sprawdza - pieniądze te jedynie napędziły kolejne spekulacje.

Nade wszystko zaś należy zakończyć absurdalne lockdowny i odmrozić gospodarkę. Im szybciej skończymy z koronawirusową histerią, tym prędzej pozbawimy argumentów i narzędzi szantażu różnych cwaniaków, wykorzystujących sytuację dla własnych, partykularnych interesów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Doktryna szoku

Podatkowe paserstwo

Gospodarcza „pandemonia”

Koronakryzys

Czy czeka nas najgłupszy kryzys w historii?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16-17 (17-30.04.2020)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Pod-Grzybki 17

„Wyborcza” przeprowadziła tego lata kolejną krucjatę przeciw polskiemu ciemnogrodowi i zaściankowości. Do katalogu naszych wstydów narodowych dołożyła kolejny - parawaning. Stosowanie parawanów ma dowodzić naszej ksenofobii, zacofania na tle postępowej Europy, a zapewne także nietolerancji, homofobii i antysemityzmu - bo przecież na plaży może się zdarzyć, że niefortunnie odgrodzimy się od geja lub Żyda. Plażingowemu parawaningowi mówimy twarde nie!

*

Ta sama „Wyborcza” zrobiła wywiad z Jarosławem „cebulakiem” Kuźniarem, przedstawiając go następująco: „(...)mówi Jarosław Kuźniar, który jest medialną fabryką: pracuje w telewizji, prowadzi bloga, ma konta na Twitterze i Snapchacie”. A ja piszę do trzech gazet, prowadzę blogi na kilku portalach, robię audycje dla Niepoprawnego Radia PL i Radia „Jutrzenka” oraz mam konta na Facebooku, Twitterze, Naszej Klasie i Google+... Kurczę, skoro Jarosław Kuźniar jest „fabryką”, to ja jestem samobieżnym koncernem medialnym!

*

Adam Macierewicz, kuzyn Antoniego, będzie kandydował z ramienia PO na senatora z okręgu piotrkowskiego – tego samego, w którym o mandat posła z listy PiS będzie ubiegał się Antoni Macierewicz. Nie ma co – oto rodzinny rozłam na miarę braci Kurskich. Przypomina mi to komedię „Fałszywy senator” w której drobny cwaniaczek z ulicy dowiedziawszy się, że właśnie zmarł senator o takim samym nazwisku jak jego, postanawia kandydować pod hasłem: „ludzie, głosujcie na nazwisko, które znacie!”. Zagłosują?

*

Paltformerski ksiądz-patriota, Kazimierz Sowa, poskarżył się Hajdarowiczowi na dziennikarza „Rzepy”, który opublikował na temat wielebnego niezbyt czołobitny artykuł, zaś Hajdarowicz w podskokach obiecał dziennikarza wywalić z roboty. Czekałem, aż „Wyborcza” zajmie stanowisko na temat tego oburzającego przejawu galopującej klerykalizacji mediów i kościelnego dyktatu wobec właściciela prywatnej gazety – ale się nie doczekałem. Pewnie Katarzyna Wiśniewska, dyżurna katechetka „GW”, miała gorszy dzień.

*

Feminizm w natarciu na ostatnią enklawę męskości! Oto przeczytałem, iż wynaleziono pewien praktyczny gadżet dla uświadomionych ideologicznie kobiet - jest to mianowicie specjalny lejek umożliwiający paniom sikanie do pisuaru. Jak rozumiem, feministki noszą te zaszczane lejki w swoich torebkach. Cóż, feministyczny kompleks penisa ma jednak moc porażającą, zaś na wojnie kulturowej zdrowy rozsądek jako pierwszy pada ofiarą.

*

Dobrze, załóżmy optymistycznie, że feministki te swoje lejki każdorazowo myją po użyciu. No, ale gdzie je mogą myć? Mogą je myć jedynie w zlewach, które innym służą do mycia rąk i twarzy. Sam nie wiem co gorsze - zaszczane lejki w damskich torebkach, czy mycie ich po sikach w umywalkach. No chyba, że feministki wydębią ustawowy obowiązek montowania we wszystkich toaletach specjalnych „lejkozmywaków” - a w takiej Szwecji jest to całkiem możliwe. Proszę Państwa - „szczynozlewy” - oto przyszłość wojującego feminizmu!

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 33 (26.08-01.09.2015)

piątek, 30 listopada 2012

„Słupy” Układu

„Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój”.

I. Prawica potrafi!

Bądźmy szczerzy – te półtora roku ukazywania się „Uważam Rze”, szczególnie w medialnej stajni Hajdarowicza, to i tak był czas wykradziony losowi. Ten czas redakcja wykorzystała najlepiej jak mogła, tworząc topowy, opiniotwórczy tygodnik, którego Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, zgrzytając zębami, nie mógł ignorować i „unieważnić” jako marginalnego, oszołomskiego pisemko frustratów i nieudaczników, która to metoda jest dla mainstreamu bodaj ulubionym sposobem na deprecjonowanie niewygodnych inicjatyw.

Lisicki z ekipą dowiedli bowiem, że prawica potrafi stworzyć wartościowe, atrakcyjne, poczytne i pokupne medium, mogące podbić przebojem trudny, prasowy rynek, jeśli tylko nie stwarza się przed nim sztucznych barier. Co więcej, jest w stanie to zrobić bez uciekania się do kloacznej estetyki w stylu Tomasza Lisa i jego „Newsweeka”. Kto wie, czy nie jest to najbardziej wartościowa część spuścizny „URz”, która nie raz jeszcze zaprocentuje w przyszłości – jak każde przełamanie fałszywego stereotypu. To „odczarowanie” mitu prawicowego nieudacznictwa może otworzyć perspektywy przed kolejnymi przedsięwzięciami medialnymi.

II. „Słup” Hajdarowicz

No, ale wszystko co dobre ma swój kres, albowiem gdy w grę wchodzi trotyl, tam kończą się żarty. Grzegorz Hajdarowicz, który z łaski Dyktatury Matołów przejął „Presspublicę” za pożyczki otrzymane od powiązanego z WSI NFI „Jupiter”, od byłego esbeckiego „TeWusia” - milionera - Leszka Czarneckiego oraz od PW „Rzeczpospolita”, został uruchomiony, by zrobić to, do czego został zatrudniony w charakterze biznesowego „słupa” służb i obozu rządzącego. I „słupek” Hajdarowicz zadanie wykonał bez wahania. Zresztą, niechby tylko spróbował się zawahać – zlecone przez „czynniki” zadania lepiej wykonywać jeszcze przed weekendem. Wiadomo wszak, że właśnie podczas weekendów lawinowo przyrasta u nas liczba samobójstw „bez udziału osób trzecich”, więc lepiej nie kusić licha, które jak wiadomo nigdy nie śpi, podobnie jak Seryjny Samobójca.

Zatem, pan biznesmen ze służbowej łaski chwacko uwinął się z pacyfikacją powierzonych mu tytułów – najpierw „Rzepy”, następnie zaś „Uważam Rze”, przywracając tak pożądaną przez jego patronów jedność moralno-polityczną medialnego mainstreamu. W powszechnym przekonaniu jest to krok samobójczy z biznesowego punktu widzenia, ale przecież nie dlatego podarowano „zaprzyjaźnionemu przedsiębiorcy” „Presspublicę”, wykurzywszy z niej uprzednio krnąbrnego większościowego udziałowca, by pan Hajdarowicz miał się przejmować względami finansowymi, gdy Dyktatura Matołów walczy o przetrwanie, zwiera szeregi i przystępuje do batalii z „faszyzmem”, tudzież „mową nienawiści”. Pan Hajdarowicz zostanie wynagrodzony w odpowiednim czasie w stosowny sposób, albowiem wart jest robotnik zapłaty swojej – choćby nawet „Uważam Rze” padło pod nowym kierownictwem po kilku numerach. „Biznesmeni przyjaźni lewicy” - jak onegdaj ujął to Leszek Miller, są cennymi aktywami każdej „waadzy”.

III. Kres dwuznaczności

Trochę szkoda, że zespół „URz” nie podziękował za współpracę zaraz po tym, jak wywalono z „Rzepy” Cezarego Gmyza. Rozumiem, że żal porzucać własne dzieło, ale sytuacja była, przyznajmy, dość dwuznaczna. Nie rozumiem też, po co Lisicki plótł androny o niezależnym statusie tygodnika w strukturze „Presspubliki”, że nic mu nie grozi itp. Jak się rzeczy mają, właśnie się przekonaliśmy. W sumie, Hajdarowicz wywalając Lisickiego, wyratował poniekąd załogę „URz” z nielichego dylematu. Jednak trzeba oddać, że postawa zespołu redakcyjnego zasługuje na najwyższe uznanie. Mało którą redakcję stać by było na taką solidarność. Wyobrażacie sobie coś takiego w „Newsweeku”? Miejmy tylko nadzieję, że nie zaczną się łamać pod wpływem brutalnej rzeczywistości i nie zaczną się ciche powroty, bo wtedy heroizm zamieniłby się w farsę - ku uciesze reszty zblatowanych z władzą mediodajni.

A wieść niesie, że nowy naczelny – Jan Piński – wydzwania po dziennikarzach „kojarzonych z prawicą” i kusi ich tłustymi „pecuniami”, które jak wiadomo „nie oletują”, byle tylko zechcieli przyjść do wyludnionego tytułu, albowiem na pierwsze spotkanie z nowym szefem... nie przyszedł nikt ze składu „URz” i „Rzeczpospolitej”. Swoją drogą, jeśli jakimś cudem Pińskiemu uda się sformować zespół, to warto będzie odnotować nazwiska tych dziennikarzy. I zapamiętać. Dobrze zapamiętać.

IV. Jan Piński – „słup” drugiej kategorii

Skoro jesteśmy już przy Pińskim – doprawdy, nie wiem kim trzeba być, by w ogólnie znanej sytuacji „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” przyjąć propozycję „słupa” Hajdarowicza, uwiarygadniając i firmując własną twarzą prasowe porządki pod egidą Dyktatury Matołów. No chyba, że tę twarz straciło się już dawno temu wraz innymi przymiotami konstytuującymi tzw. „osobę ludzką” i pozostało już tylko nieśmiertelne „kasa, misiu, kasa”. Wtedy można schować wszystko do kieszeni i z uśmiechem pełnić rolę „słupa” drugiej kategorii, podliczając luby grosz.

Kim jest Piński pokazuje jego wywiad, w którym z miedzianym czołem, za przeproszeniem, pieprzy głodne kawałki o tym jaką to opozycyjną gazetę chce robić i umacniać jej niezależność. Wystarczy przeczytać tylko to, znając kontekst ogólnosytuacyjny, by wyrobić sobie opinię. Nic więcej nie trzeba. Nawet tego, że z „Nowym Ekranem” pożegnał się z zaskoczenia, z dnia na dzień. „Lojalny jak Piński”, tak się powinno mówić, co by tam Łazarz w jego obronie nie wypisywał.

Nie wiem, czy nowe „Uważam Rze” stanie się tubą jakiejś koncesjonowanej, zblatowanej endecji od Giertycha, jakiegoś „neo-PAX-u Trzeciej RP”, ale analogia do okoliczności, w jakich Bolesław Piasecki przejął „Tygodnik Powszechny” narzuca się sama. Nic to – mas nie porwą, to pewne. Najprawdopodobniej „URz” padnie po kilku numerach, lub w najlepszym razie podzieli los „Przekroju”. Cóż, jakiś czas temu prorokowałem, że „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik” pod rządami Krasowskiego, a „Uważam Rze” jak „Przekrój” - i choć detale tej drogi do upadku nieco się różnią od moich przewidywań sprzed ponad roku, to zasadniczo wychodzi na moje.

A tak już na zakończenie, pozostaje tylko zadać pytanie: jaką rolę w zamachu smoleńskim odegrali ludzie z WSI i Dyktatura Matołów, skoro jeden tekst o trotylu na wraku tupolewa tak zaktywizował ich „słupa”, że postanowił zarżnąć dwie gazety?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

P.S. Inne notki o „Presspublice” itp.

http://niepoprawni.pl/blog/287/gaudenizacja-rzepy

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-post-scriptum

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-domkniecie

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

środa, 7 listopada 2012

Gaudenizacja „Rzepy”

Jaką rolę odegrali ludzie WSI w zamachu smoleńskim, skoro ich biznesowy protegowany tak energicznie wyczyścił „Rzepę”?

I. Nawrót gaudenowszczyzny

Można powiedzieć, że po zwolnieniu z „Rzeczpospolitej” Cezarego Gmyza za artykuł „Trotyl na wraku tupolewa”, historia zatoczyła koło. Nawet z pewnym naddatkiem, bowiem prócz dziennikarza poleciał też naczelny, Tomasz Wróblewski, wraz ze współpracownikami - szefem działu krajowego Mariuszem Staniszewskim i zastępcą redaktora naczelnego Bartoszem Marczukiem (ciekawe, za co ten ostatni, skoro w newralgicznym czasie był na urlopie). Słowem, wracamy do roku 2005, kiedy to ówczesny redaktor naczelny „Rzepy”, Grzegorz Gauden, wyrzucił z pracy za „nielojalność” Bronisława Wildsteina, po tym, jak ten ostatni wrzucił do internetu tzw. „listę Wildsteina”, która, przypomnijmy, nie była żadną „listą” (to manipulacja „Wyborczej”), tylko jawnym katalogiem osobowym IPN.

W obu przypadkach mamy do czynienia z naruszeniem tabu – w 2005 roku było to „tabu” lustracyjne, obecnie - „tabu” dotyczące hipotezy, że 10.04.2010 pod Smoleńskiem mogło dojść do zamachu na rządowy samolot z Prezydentem na pokładzie. Zarówno wtedy, jak i dziś bezbłędnie zadziałał mechanizm cenzury represyjnej, karzącej za nieprawomyślne treści, które mają pozostać domeną ledwie tolerowanego „drugiego obiegu”, nigdy zaś nie mogą przedostać się do mainstreamu – chyba, że w formie kpin lub histerycznych fraz o „podpalaniu Polski”. Wreszcie, te dwie historie łączy potężne ciśnienie zewnętrzne wywierane na właścicieli i redakcję.

W 2005 roku komentowano, że „Wyborcza”, która rozpętała wokół Wildsteina nagonkę w swym niepowtarzalnym, unikalnym stylu, jest w stanie zwalniać dziennikarzy z teoretycznie konkurencyjnej gazety, do tego wówczas udziałowcem „Presspubliki” był Skarb Państwa. Obecnie wprawdzie po dawnej potędze „Wyborczej” zastało już tylko wspomnienie, zaś „Presspublica” jest formalnie zupełnie prywatną firmą, jednak tempo i styl w jakim pozbyto się niewygodnego dziennikarza oraz – dla przykładu – trzech innych pracowników, świadczy o tym, że nad „medialnym porządkiem” III RP nadal czuwają z ramienia Niewidzialnej Ręki odpowiednie siły, dbające o zachowanie status quo.

II. Jak Hajdarowicz „Presspublicę” kupował

Co sądzę o zachowaniu Tomasza Wróblewskiego napisałem w poprzedniej notce „Ostatnia linia obrony”, a o wmanewrowaniu „Rzepy” i Gmyza w „operację trotyl” - w tekście „Wybuchowa prowokacja”, nie będę się więc powtarzał. Warto natomiast przypomnieć okoliczności w jakich Grzegorz Hajdarowicz nabył „Presspublicę”.

Otóż, przed przejęciem „Presspubliki” Hajdarowicz był właścicielem spółki „Gremi Media” wydającej dołujący sprzedażowo „Przekrój” i niszowy „Sukces”. I to właśnie owo Gremi Media odkupiło za 80 mln zł od brytyjskiego funduszu inwestycyjnego „Mecom” większościowy pakiet (51,1 %) „Presspubliki” należący do „Mecom Poland Holdings S.A.” (transakcję sfinalizowano 11.10.2011). Dodajmy, że wcześniej ten sam Mecom bezskutecznie starał się o odkupienie całości wydawnictwa od mniejszościowego udziałowca – Skarbu Państwa (48,9%).

Nie dość, że „Mecom” „Presspubliki” nie odkupił, to jeszcze Skarb Państwa na tyle skutecznie uprzykrzał mu życie, robiąc podchody pod rozwiązanie spółki, że w końcu brytyjski fundusz sprzedał swe udziały wskazanej osobie – czyli panu Hajdarowiczowi. Najprawdopodobniej po zaniżonej cenie, bowiem sprzedaż odbyła się w sposób bardzo nietypowy dla tego typu przedsięwzięć: „(...) firma giełdowa, jaką jest Mecom Group, nie prowadziła tego procesu sprzedaży przez doradcę inwestycyjnego i nie wysłała zapytań do dużych graczy, którzy byli zainteresowani kupnem udziałów w ”Rzeczpospolitej”. Zwłaszcza że dzięki takim negocjacjom mogłaby uzyskać wyższą kwotę sprzedaży – komentuje (...) Zbigniew Benbenek, przewodniczący rady nadzorczej ZPR SA.” (cyt. za www.press.pl, wytł. i skróty moje – GG).

Koniec końców, jak wiemy, ten sam Skarb Państwa, który za Chiny nie chciał zbyć swych udziałów Mecomowi, prędziutko (12.10.2011) i bez oporów odsprzedał je za ok. 55 mln. zł Hajdarowiczowi, który w ten sposób stał się niepodzielnym właścicielem wydawnictwa.

Warto nadmienić, że znaczną część zakupu „Presspubliki” sfinansowała pożyczka od należącego do Grupy Gremi NFI „Jupiter” S.A. powstałego po przejęciu 11 NFI S.A. przez 3 NFI S.A. Na pożyczkę w wysokości 20 mln 200 tys zł zgodę musiała wydać Komisja Nadzoru Finansowego, gdyż jej wartość przekraczała 10% kapitału własnego NFI „Jupiter”. Pożyczka była oprocentowana na 11,5% w skali roku, zaś jej zwrot wraz z odsetkami nastąpić miał do 30 września 2011. „Zabezpieczenie zwrotu kwoty pożyczki wraz z oprocentowaniem stanowi zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę.” (cyt. za raportem Komisji Nadzoru Finansowego). Czy Hajdarowicz pożyczkę zwrócił? Jeśli tak, to z jakich środków? Czy aby nie z majątku „Presspubliki”?

No i nade wszystko należy pamiętać o partnerze biznesowym Hajdarowicza - Kazimierzu Mocholu - byłym szefie kontrwywiadu i zastępcy szefa Wojskowych Służb Informacyjnych, który wówczas był prezesem zarządu spółki KCI S.A. (dawniej – państwowy PONAR) - udziałowca NFI „Jupiter”. Zrezygnował ze swej funkcji dopiero 28 października 2011 – po sfinalizowaniu przejęcia „Presspubliki” (zrobiło się o nim za głośno?). No, z takim patronem, żaden interes w III RP niestraszny...

III. Fikus czy Gauden?

Cóż, Gmyzowi i „Rzepie”, nawet z Wróblewskim siedzącym okrakiem na barykadzie jeszcze bardziej niż niegdyś Lisicki, zbierało się od dawna. W sumie może dziwić, że „Rzeczpospolita” przetrwała aż do tej pory w dotychczasowym, umiarkowanie opozycyjnym kształcie, zaś „Uważam Rze” funkcjonuje nadal, skupiając opozycyjnych dziennikarzy (wentyl bezpieczeństwa?). Wszystko bowiem wskazuje na to, że Hajdarowicz jest biznesowym „słupem” ludzi WSI. Zastanawiająca jest też rola Hajdarowicza w „operacji trotyl”, bo należy pamiętać, że osobiście dopuścił artykuł Gmyza do druku – specjalnie wrócił z Austrii – by potem ekspresowo zmasakrować „winowajców”, czyszcząc miejsce przyszłemu naczelnemu – Andrzejowi Taladze. Rola tego drugiego jest jasna – to miałki karierowicz, który skorzystał z okazji, by wbić nóż w plecy Gmyzowi i Wróblewskiemu (który zresztą sprowadził go ze sobą do „Rzepy”) publikując niesławne pierwsze dementi ze słowami „pomyliliśmy się”. I pomyśleć, że Talaga był kiedyś dziennikarzem „Nowego Państwa”. Nie ma co – ma ta nasza prawica rękę do ludzi...

Przeszło rok temu zastanawiałem się, nieco przedwcześnie, czy „Rzeczpospolita” pójdzie drogą „doktryny Fikusa” („Rzepa” jako gazeta gospodarczo-prawna, bo od polityki jest „Wyborcza”), czy też Gaudena (dołączenie do propagandowej ekspozytury Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP zwieńczone wyrzuceniem Wildsteina). Po deklaracji Hajdarowicza, który mówiąc o „wywołaniu wojny polsko-polskiej”, sięgnął do propagandowej retoryki Dyktatury Matołów, trudno mieć wątpliwości.

Wychodzi na to, że pomniejsze „wpadki” Dyktatury Matołów można było piętnować - to nawet dobrze, bo uwiarygadnia gazetę - ale od rozważania możliwości zamachu w Smoleńsku – wara! A ponadto - jeśli jedna konferencja prasowa prokuratora Szeląga jest w stanie „zdmuchnąć” niewygodnego dziennikarza i wierchuszkę formalnie prywatnej gazety, jeśli okazuje się, że pewnych tematów lepiej nie ruszać... i jeśli połączyć to z przejęciem „Presspubliki” za którym stali najprawdopodobniej ludzie WSI...

…to warto zapytać, jaką rolę odegrały „byłe” Wojskowe Służby Informacyjne w zamachu smoleńskim, skoro ich biznesowy protegowany najpierw dał zielone światło „wybuchowej prowokacji”, by następnie skwapliwie wyczyścić teren?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Moje wcześniejsze notki o „Rzeczpospolitej”:

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-post-scriptum

http://niepoprawni.pl/blog/287/krajobraz-po-przejeciu-%E2%80%93-domkniecie

http://niepoprawni.pl/blog/287/ostatnia-linia-obrony

http://niepoprawni.pl/blog/287/wybuchowa-prowokacja

sobota, 29 października 2011

Krajobraz po przejęciu – domknięcie



Dyktatura matołów, przekazując w putinowskim stylu Presspublikę proreżimowemu biznesmenowi, definitywnie zakończyła okres względnej medialnej pieriedyszki.


I. Ostatnie watahy IV RP

Bądźmy szczerzy, te kilka lat „Rzeczpospolitej” Lisickiego i parę miesięcy „Uważam Rze” - głównonurtowych pism niezależnych od rządzącej nami dyktatury matołów - było dla konserwatywnego przekazu w przestrzeni publicznej prezentem od losu, który nie miał prawa zaistnieć. Podobnie jak nie miało prawa się wydarzyć zwycięstwo PiS w 2005 roku i prezydentura Lecha Kaczyńskiego. Wszystko to zawdzięczamy czystemu zbiegowi okoliczności - oto dwie frakcje obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP w pewnym momencie pożarły się między sobą o wpływy i zamiast jak zwykle załatwić swoje porachunki po cichu, jedna ze stron postanowiła spór upublicznić. Jestem przekonany, że „agorowcy” do dziś gorzko żałują swej pokerowej zagrywki w wyniku której buldogi wylazły na chwilę spod dywanu i gryząc się o kość pokazały zdumionej gawiedzi fragmencik realiów „demokratycznego państwa prawa”. Efektem było „wzmożenie moralne” i dwulecie urządzania przedsionka IV RP, co na odcinku medialnym poskutkowało chwilowym (i mocno częściowym) przejęciem państwowych mediodajni, w tym – Presspubliki, które to podmioty na chwilę zaczęły jako-tako przypominać normalne media, a „Rzeczpospolita” nawet takim normalnym medium się stała.

Po 2007 roku „porzundek” na rynku mediów elektronicznych przywracano z rewolucyjną bezwzględnością, obracając TVP i Polskie Radio na powrót w mediodajnie. Z Presspubliką poszło trudniej, z uwagi na większościowego udziałowca, którym był brytyjski fundusz Mecom. Zresztą, do pewnego momentu dyktatura matołów chyba nawet nie za bardzo naciskała na przejęcie „Rzeczpospolitej”, być może uznając, że przyda się w ogólnym pejzażu taki pluralistyczny listek figowy, flankujący z umiarkowanych pozycji radykałów od Sakiewicza.

II. Dyktatura matołów kończy pieriedyszkę

Wszystko się zmieniło w momencie startu „Uważam Rze” i objęcia przez nowy tygodnik w ekspresowym tempie pozycji lidera na rynku tygodników opinii. Tego dyktatura matołów, szczególnie w warunkach zaistniałych po obnażającej fasadowość państwa Katastrofie Smoleńskiej zdzierżyć już nie mogła. Wytłumaczono więc brytolom z Mecomu, jakie są obiektywne uwarunkowania prowadzenia biznesu w kartoflanej republice, dlaczego powinni się kontentować działalnością na rynku mediów lokalnych i czemu należy odstąpić swój okręt flagowy wskazanemu przez „waadzę” biznesmenowi.

Tak więc, paradoksalnie, właśnie sukces „Uważam Rze” stał się gwoździem do trumny niezależności ostatnich mainstreamowych gazet. Dyktatura matołów przekazując w putinowskim stylu firmę proreżimowemu biznesmenowi, obwieściła tym samym definitywny kres względnej medialnej pieriedyszki.

O tym, że komunikat został właściwie odczytany, przemyślany, zrozumiany i przyswojony, świadczy zachowanie niemieckiego koncernu Neue Passauer Presse (Polskapresse), który błyskawicznie wywalił ze stanowiska redaktora naczelnego krakowskiego „Dziennika Polskiego” Piotra Legutkę – za to, że ten ośmielił się poprzeć protesty przeciw zmianom w redakcjach Presspubliki.

Tu uwaga – nie zgadzam się z głosami blogerów twierdzących, że swymi protestami środowisko dziennikarskie i ekipa „Rzepy”-”URz” ułatwiły zadanie Hajdarowiczowi, który musiał przez to pokazać kto tu rządzi. Był to raczej głos symbolicznego sprzeciwu wobec zmian, które zostały już dawno postanowione. Hajdarowicz bowiem wie doskonale na jakim świecie żyje, oraz kto, w jakich okolicznościach i dlaczego powierzył mu ten kolejny, medialny odcinek. (Więcej w tekstach „Krajobraz po przejęciu” i „Krajobraz po przejęciu – post scriptum”).

III. Plus-minus

Do „Rzeczpospolitej” i polityki redakcyjnej Pawła Lisickiego zdarzało mi się tu i ówdzie zgłaszać zastrzeżenia. Momentami drażniła mnie praktykowana przez niektórych dziennikarzy publicystyczna maniera szukania za wszelką cenę „drugiej strony”, czy udostępnianie łamów osobnikom pokroju Kuczyńskiego.

Takie wyważanie i „pluralizacja” wizerunku na siłę, skutkowały utratą wyrazistości i, jak sądzę, ograniczeniem niejako na własne życzenie liczby kupujących gazetę. Pluralizm nie polega bowiem na tym, by w tej samej gazecie umieszczać teksty od Kuczyńskiego po Wildsteina, gdyż w ten sposób zmusza się poniekąd czytelnika do sponsorowania honorarium Kuczyńskiemu. Chodzi o to, by na rynku istniały obok siebie różne tytuły, a czytelnik miał realny wybór. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek kupił „Rzepę” dla tekstu Kuczyńskiego, że tak symbolicznie już pozostanę przy akurat tym nazwisku, skoro może kupić sobie „Wyborczą”, gdzie tego typu publicystów ma skolko ugodno. Tym bardziej, że redakcja „Wyborczej” dba o to, by ich czytelnik sponsorować Wildsteina nie musiał.

Tych wad pozbawione było „Uważam Rze”, oferujące czytelnikowi spójniejszy przekaz i treści których nie oferowały inne tzw. „cytowalne” media - stąd bezprecedensowy sukces tego tygodnika.

W ostatecznym rozrachunku dorobek Lisickiego należy jednak ocenić mocno na plus, o czym się wkrótce przekonamy, gdy zaprowadzanie nowej linii redakcyjnej w obu pismach ruszy na całego.

IV. Wróblewski pod nadzorem politruka

W swym lipcowym tekście „Krajobraz po przejęciu” naszkicowałem dwie drogi, którymi może podążyć „Rzeczpospolita” po przejęciu. Pierwsza, to powrót do „doktryny Fikusa”, który ponoć mawiał, że od polityki jest „Wyborcza”, a „Rzeczpospolita” ma być dziennikiem obsługującym tematykę prawno-gospodarczą. Druga opcja, to recydywa agresywnie salonowej gaudenowszczyzny, której symbolem stało się wyrzucenie na lekko tylko zawoalowane życzenie „Wyborczej” Bronisława Wildsteina po opublikowaniu przez tegoż jawnych zasobów osobowych z archiwum IPN, znanych później jako „lista Wildsteina”.

Osobiście typowałem wtedy na nowego naczelnego Macieja Łętowskiego, który przez swą działalność we władzach Presspubliki dał się poznać z odpowiedniej strony, ale Tomasz Wróblewski również obozowi beneficjentów i utrwalaczy III RP krzywdy nie zrobi. Z jego wstępniaka można wyinterpretować, że nowa „Rzepa” będzie gdzieś pomiędzy - na pewno zrezygnuje z kursu polemicznego wobec flotylli dowodzonej przez „Wyborczą”, wycofa się także z tak gryzących Salon wątków patriotycznych, narodowych, wspólnotowych i tradycjonalistycznych (to podkreślanie indywidualizmu).

Krytyka dyktatury matołów sprowadzona zostanie głównie do komentowania posunięć rządu z pozycji ekonomicznej racjonalności, co jest dość bezpieczne, bo dopóki państwo nie zbankrutuje, to gospodarcze diagnozy nie rozpalają emocji i dla większości są śmiertelną nudą. Poza tym, jestem dziwnie spokojny, że zawsze prócz tekstu zawierającego rozsądną, wyważoną i do bólu konstruktywną krytykę PO, znajdzie się „dla równowagi” artykuł o należycie antypisowskiej wymowie, skupiający się na wyliczaniu dlaczego PiS jest tak beznadziejną opozycją i dlaczego w związku z tym Kaczyński musi odejść.

Nad poprawnością linii czuwać będzie delegowany zawczasu politruk – Artur Rumianek, były naczelny „Przekroju”, którego Hajdarowicz oddelegował już w sierpniu na stanowisko pełnomocnika d/s programowych spółki Gremi Media.

V. „Rzepa” jak „Dziennik”, „Uważam Rze” jak „Przekrój”

Podsumowując – mdła, uładzona wata, w sam raz dla koncesjonowanej opozycji niezbędnej do zachowania pozorów pluralizmu opinii. Można się spodziewać, że „Rzeczpospolita” za jakiś czas podzieli los „Dziennika” z czasów duetu Krasowski-Michalski, czyli straci jakąkolwiek moc opiniotwórczą, zadołuje sprzedażowo, aż wreszcie z czymś tam się połączy (pewnie z Parkietem) w ramach „reorganizacji” tudzież cięcia kosztów i będzie sobie wegetować gdzieś na obrzeżach medialnej rzeczywistości.

A „Uważam Rze”? Prócz tego, że nie będzie już „inaczej pisane”, tylko pisane jak najbardziej właściwie, również straci czytelników i wyłoży się biznesowo wskutek rozdzielenia redakcji z „Rzepą” co oznacza z miejsca skokowy wzrost kosztów. Trzeba będzie stworzyć od nowa osobny zespół redakcyjny, zaplecze, biura, obsługę – słowem, wszystko to, co od strony redakcyjno-organizacyjnej było ze względu na oszczędności łączone do tej pory z „Rzeczpospolitą”. „URz” będzie miało szczęście, jeśli skończy w niszy jak „Przekrój”, lecz jak dla mnie, zapowiedziane zmiany organizacyjne to prosta droga do uśmiercenia tytułu w białych rękawiczkach.

To tyle – jeśli chcecie poczytać o innych, równie ciekawych aspektach przejęcia Presspubliki, to opisuję je w analizach: „Krajobraz po przejęciu” i „Krajobraz po przejęciu – post scriptum”. Miłej lektury.

Gadający Grzyb

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Krajobraz po przejęciu – post scriptum


Czy „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik”, a „Uważam Rze” jak „Przekrój”?



I. Co tam, panie, w Gremi Media....


Kilka dni temu dowiedziałem się o istnieniu pana Rumianka. Podobno przez ostatnie pięć miesięcy rzeczony Rumianek o imieniu Artur był naczelnym notującego kolejne rekordy dołowania „Przekroju” (sprzedaż ogółem w czerwcu 2011 - 31 614 egz. wobec 37 636 egz. w czerwcu roku 2010) oraz „Sukcesu”. Jak kilka dni temu podały mediodajnie, Rumianek bynajmniej nie został wywalony z roboty, lecz w nagrodę skierowano go na placówkę w Mongolii na nowy odpowiedzialny odcinek w spółce wydającej oba tytuły - Gremi Media.


Gremi Media jak wiadomo należy do pana Grzegorza Hajdarowicza, kultywującego millerowską tradycję proreżimowych biznesmenów (w oryginale: „biznesmenów przyjaznych lewicy”), którzy to biznesmeni cechują się wielce intrygującymi właściwościami polegającymi na tym, że niezależnie od wszystkiego nie dzieje się im krzywda (ot rzymska paremia „chcącemu nie dzieje się krzywda” w realiach III RP). Chcącemu Hajdarowiczowi krzywda również się nie stała, czego wymownym świadectwem stało się kupno przez niego od brytyjskiego Mecomu w ekstraordynaryjnym trybie większościowego pakietu (51,1%) w spółce „Presspublica” wydającej m.in. „Rzeczpospolitą” i „Uważam Rze”, mimo iż Mecom jak się zdaje wcale pozbywać się „Presspubliki” nie miał zamiaru. Ot, cuda „wolnorynkowej gospodarki”, którą ponoć mamy tak krystaliczną, że mucha nie siada, a kto by wątpił, ten pisowiec - ciuś, ciuś...


O sprawie pisałem szeroko w tekście „Krajobraz po przejęciu”, nie będę się więc powtarzał, nadmienię jedynie, iż zaraz po tym znamiennym wydarzeniu Ministerstwo Skarbu, zaprzestało działań mających na celu rozwiązanie spółki, ba – zadeklarowało nawet gotowość zbycia swego pakietu, gdyż nagle przestało widzieć sens w posiadaniu mniejszościowych udziałów w wydawnictwie.


II. Politruk Rumianek.


Wracając do pana Rumianka: otóż został on oddelegowany – uwaga! - na stanowisko pełnomocnika d/s programowych spółki Gremi Media. Innymi słowy – będzie pełnił rolę współczesnego politruka, czuwającego nad właściwą linią podległych spółce wydawnictw. Brzmi to interesująco w kontekście zapewnień o zachowaniu umiarkowanie konserwatywno-liberalnej linii „Rzepy” i „Uważam Rze”, a także rozpoczynającej się kampanii wyborczej, tym bardziej, że najdalej do końca września spodziewana jest zgoda UOKiK na sfinalizowanie transakcji i wtedy pan Rumianek będąc już po wstępnym reaserchingu znajdzie warunki by rozwinąć skrzydła.


Należy nadmienić, iż Rumianek Artur przejawia zadziwiającą odporność na porażki, co jest kolejnym świadectwem specyficznych reguł rządzących naszym życiem medialnym – jak już ktoś wejdzie do obiegu (zwłaszcza z „właściwych pozycji”), to niezależnie od realnych wyników w tymże obiegu pozostaje, zaliczając kolejne stanowiska, niczym za minionych ponoć czasów „sprawdzeni, partyjni fachowcy”. Prócz przewodzenia „Przekrojowi” pan Artur był bowiem także szefem działu „Kraj” „Dziennika” i serwisu Dziennik.pl, co może podpowiadać to i owo, w jaki sposób będzie w najbliższej przyszłości rozumiany i realizowany „umiarkowanie konserwatywno-liberalny” kurs tytułów Presspubliki, a zwłaszcza jaki może być finał sprzedażowo – biznesowy tego rejsu. „Rzeczpospolita” skończy jak „Dziennik”, „Uważam Rze” jak „Przekrój” i kolejna zgryzota z jątrzącymi, niekonstruktywnymi krytykantami przestanie dręczyć cenne głowy naszych Umiłowanych Przywódców.


III. Biznesowy smrodek.


Zwrócę jeszcze uwagę Czytelników na ciekawą koincydencję. Otóż do Gremi Media należy NFI Jupiter, który to fundusz pożyczył panu Hajdarowiczowi ponad 20 baniek na zakup Mecom Poland Holdings SA pod „zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę” (cyt. za raportem Komisji Nadzoru Finansowego).


Ta pożyczka jest interesująca z kilku względów. Po pierwsze: NFI Jupiter jest własnością Gremi Media, więc Hajdarowicz pożycza pieniądze tak jakby od siebie, ale nie do końca. Po drugie: na pożyczkę musiała wyrazić zgodę Komisja Nadzoru Finansowego, gdyż jej kwota opiewa na sumę przekraczającą 10% kapitału własnego Funduszu, zatem NFI Jupiter musi być przekonany, że tak znaczna pożyczka zostanie zwrócona.


Skąd to przekonanie?


I tu wracamy do zasygnalizowanej na wstępie podrozdziału koincydencji. Tak się składa, że opisywana pożyczka została udzielona na superkrótki termin, bowiem jej zwrot wraz z oprocentowaniem ma nastąpić do 30 września tego roku. Zupełnym przypadkiem, przed 30 września ma nastąpić zatwierdzenie przez UOKiK transakcji sprzedaży Mecom Poland Holdings SA wraz z jego udziałami w „Presspublice”. Skłania to do dwóch podejrzeń:


Po pierwsze: pan Hajdarowicz jest pewien, że UOKiK operację zatwierdzi, inaczej nie kładłby sobie pętli na szyję w postaci wymienionych wyżej rozlicznych zabezpieczeń pożyczki (weksel in blanco!).


Po drugie i ważniejsze: zaraz po zatwierdzeniu, NFI Jupiter zastanie zaspokojony najprawdopodobniej za pomocą majątku świeżo nabytej Presspubliki, który w jakiś sposób zostanie z tej spółki wyprowadzony przy życzliwej bierności mniejszościowego udziałowca – czyli Skarbu Państwa. Że co? Że to działanie na szkodę spółki, za które grożą paragrafy? Nie rozśmieszajcie mnie. Nasza krystalicznie czysta, wolnorynkowa rzeczywistość nie takie już przekręty widziała.


Jeśli ktoś widzi inny sposób w jaki pan Hajdarowicz mógłby do 30 września spłacić 20 milionów 200 tysięcy z odsetkami, nie rujnując przy tym Gremi Media i siebie osobiście, to czekam na propozycje.


Cała operacja odbije się oczywiście na kondycji finansowej „Presspubliki” i spowoduje spadek jej wartości, co da Skarbowi Państwa wygodny pretekst do zbycia swych 48,9% udziałów i to po niewygórowanej cenie, które to udziały trafią rzecz jasna w odpowiednie i nieprzypadkowe ręce, jeśli nie pana Hajdarowicza, to jakiegoś innego, równie „przyjaznego” biznesmena.


W międzyczasie „Rzepa” i „Uważam Rze” spektakularnie zadołują na skutek zmian programowo-redakcyjnych przeprowadzonych przez Artura Rumianka i chronicznego niedofinansowania będącego skutkiem wyprowadzenia z firmy ponad 20 milionów złotych, co skończy się marginalizacją, lub nawet zamknięciem „Uważam Rze”, zaś „Rzeczpospolita” wypadnie z konkurencji „kioskowej”, jadąc na prenumeracie zamawianej przez tych, których interesują jedynie jej fachowe, „kolorowe” strony i bezpowrotnie tracąc swój opiniotwórczy charakter.


Jedność moralno-polityczna na rynku opinii III RP zostanie przywrócona. Zostaną wprawdzie tytuły związane z „Gazetą Polską” oraz internet, ale i na tych wichrzycieli Dyktatura Matołów znajdzie sposób. Wszystko w swoim czasie...


Gadający Grzyb

sobota, 2 lipca 2011

Krajobraz po przejęciu


Przejęcie „Presspubliki” pokazuje, ze Sauron czuje się niekomfortowo w warunkach choćby częściowego pluralizmu opinii, a ponadto - boi się o wynik jesiennych wyborów.



I. Koniec pieriedyszki w mediodajniach Mordoru.


A więc, drodzy Państwo, skończył się krótki okres względnej pieriedyszki, kiedy to na rynku prasowym Mordoru panował ułomny wprawdzie, ale jednak pluralizm. Oczywiście, stan idealnej równowagi polityczno-światopoglądowej pozostawał w sferze marzeń. Wystarczy porównać zsumowane nakłady „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Newsweeka”, „Wprost” i „Przekroju” z łącznymi nakładami „Naszego Dziennika”, „Rzeczpospolitej”, „Gazety Polskiej”, „Uważam Rze” czy „Najwyższego Czasu”. („Gościa Niedzielnego” zostawiam z boku, gdyż jest to jednak pismo z nieco innej bajki – przekaz polityczny zajmuje tam marginalną pozycję).


Niemniej, zwłaszcza po wydawniczym sukcesie „Gazety Polskiej” i piorunującym starcie „Uważam Rze” można było powiedzieć, że czytelnik prasy ma wreszcie realny wybór miedzy gazetami reprezentującymi pełne spektrum poglądów. Było to o tyle cenne, że mediodajnie elektroniczne po odbiciu TVP z rąk „pisowców” bez reszty zdominowała opcja beneficjentów i utrwalaczy III RP.


No, ale jak wspomniałem, ta pieriedyszka właśnie się skończyła, gdyż niespodziewanie okazało się, iż większościowy udziałowiec Presspubliki (51,1%) – wydawcy m.in. „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze” - czyli brytyjski fundusz inwestycyjny Mecom - sprzedał swe udziały spółce Gremi Media należącej do krakowskiego biznesmena Grzegorza Hajdarowicza, właściciela dołującego wprawdzie sprzedażowo, lecz za to skrajnie usalonowionego i proreżimowego „Przekroju”. Rodzi to graniczące z pewnością obawy o los „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”.


II. Sukces gwoździem do trumny?


Chyba wszystkich nurtuje pytanie: co takiego się stało, że Mecom zdecydował się sprzedać kurę znoszącą złote jaja, tuż po największym sukcesie wydawniczym ostatnich lat jakim było zaistnienie „Uważam Rze”, które wyprzedziło nawet „Politykę” i szło łeb w łeb z „Gościem Niedzielnym”? Otóż sądzę, że – paradoksalnie - powodem był właśnie ów kosmiczny w polskich warunkach triumf „Uważam Rze” na trudnym rynku tygodników opinii. Jak wszystkim wiadomo, Skarb Państwa - mniejszościowy udziałowiec Presspubliki (48,9%) nie mógł ścierpieć opozycyjnego tytułu, czyli „Rzeczpospolitej” i posunął się nawet do pozwu o rozwiązanie spółki, starając się jednocześnie zakulisowo wpłynąć na Brytyjczyków, by wymienili obecną ekipę „Rzepy” lub zbyli swe udziały na rzecz jakiegoś - trawestując Leszka Millera – „biznesmena przyjaznego rządowi”. Od dłuższego czasu jednak panował pat, strony okopane były na swych pozycjach, słowem - „na Zachodzie bez zmian”.


Aż do chwili uderzenia nowego tygodnika. Wyniki sprzedaży „Uważam Rze” pokazywały wyraźnie, że był to sukces dalece wykraczający poza „żelazny elektorat” PiS i „moherowe getto”. To pismo zaczęło mieć wszelkie dane po temu, by jego krytyczna wobec rządu PO linia zaczęła wpływać na nieprzekonanego, centrowego wyborcę, którego razi np. indukowana „zła atmosfera” wokół mediów ojca Rydzyka, czy radykalizm „Gazety Polskiej” z jej łatką „pisowskiego upartyjnienia”. Nagle okazało się, że „oszołomy” są w stanie zrobić atrakcyjną gazetę dla masowego odbiorcy.


Tego było za wiele. Trzeba było „cóś” z tym zrobić. I zrobiono.


III. Jak to się robi...


Głowy nie dam, ale podejrzewam, że mógł tu zadziałać tradycyjny w III RP straszak: chcecie mieć spokój w interesach? To się podziałkujcie, sprzedajcie udziały – przecież was nie złupimy, dostaniecie rozsądną cenę... W skali mikro podobnego szantażu doświadczył ojciec ś.p. Krzysztofa Olewnika, który nie chciał dopuścić do swojego mięsnego biznesu protegowanych z lokalnego, eseldowsko-służbowego „układu” z mocnym podwieszeniem na „górze”. Czym się to skończyło, wiemy. A że Mecom ma w Polsce do ocalenia jeszcze inny biznes - spółkę Media Regionalne wydającą prasę lokalną, spolegliwą i nie angażującą się w politykę, to zapewne w końcu poszedł na proponowany deal.


Przypuszczam, że Brytyjczycy po latach obecności na polskim rynku zdążyli się zorientować jak wiele zależy od przychylności władz i do jakiego stopnia rządzące sitwy są w stanie zaszkodzić niepokornym. Notoryczny brak reklam w „Uważam Rze” też pewnie dał Mecomowi do myślenia (o zjawisku dyskryminacji na rynku reklamy pisałem w notce „Niewidzialny target”).


Dobrą lekcją jest tu przypadek „Wakacji z agentem” - czyli sprawa konfidencji Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim szpiegiem Władimirem Ałganowem. Ten sam tekst opublikowały „Dziennik Bałtycki” należący do niemieckiego wydawcy Polskapresse i „Życie” Tomasza Wołka. Gdy wybuchła polityczna burza, przedstawiciel Polskapresse pokajał się, wywalił z roboty redaktora naczelnego i ocalił w ten sposób swe interesy. Wołkowe „Życie”, które niezależnie od dzisiejszej oceny Tomasza Wołka zapisywało wtedy piękne karty w historii polskiego dziennikarstwa, postanowiło się bronić. W efekcie reklamodawcy zaczęli wiać drzwiami i oknami, żeby nie narazić się „waadzy” sponsorowaniem trefnego tytułu. „Życie” padło. Tak, tę lekcję z pewnością zapamiętał każdy, kto chce robić interesy na prasowym rynku mordorowatej III RP.


Warto dodać, że sprzedaż Mecom Poland Holdings SA. zbiegła się z przetasowaniami personalnymi w samym Mecomie. Jak bowiem podaje portal press.pl: „od stycznia David Montgomery, założyciel Mecom Group, zrezygnował z funkcji prezesa. Koncernem kieruje teraz Stephen Davidson (od sierpnia prezesem Mecom Group będzie Tom Toumazis)”.


Domyślam się, że obecny p.o. prezesa Mecom Group okazał się bardziej „pragmatyczny” od swego poprzednika. Tłumaczono mu cierpliwie co i jak, aż dotarło.


IV. Zwykły interes? Ekstraordynaryjny tryb sprzedaży, pożyczka na 20 milionów i NFI Jupiter w tle.


Na to, że sprzedaż Mecom Poland Holdings SA. nie było zwykłym interesem, wskazuje też fakt, że „(...) firma giełdowa, jaką jest Mecom Group, nie prowadziła tego procesu sprzedaży przez doradcę inwestycyjnego i nie wysłała zapytań do dużych graczy, którzy byli zainteresowani kupnem udziałów w ”Rzeczpospolitej”. Zwłaszcza że dzięki takim negocjacjom mogłaby uzyskać wyższą kwotę sprzedaży – komentuje (...) Zbigniew Benbenek, przewodniczący rady nadzorczej ZPR SA.” (cyt. za www.press.pl, wytł. i skróty moje – GG).


Osobną kwestią jest udział należącego do Gremi NFI Jupiter SA, powstałego po przejęciu 11 NFI S.A. przez 3 NFI S.A. Kto pamięta wielki przewał, jakim był PPP (Program Powszechnej Prywatyzacji) w wyniku którego powstały Narodowe Fundusze Inwestycyjne (NFI), ten może nabrać podejrzeń. Jak to się stało, że Narodowy Fundusz Inwestycyjny Jupiter S.A. kontrolowany jest przez pana biznesmena Grzegorza Hajdarowicza? Ot, jeden z cudów transformacji najwyraźniej. Tych, którzy lepiej orientują się w biznesowych zawiłościach III RP zachęcam do podążenia tym tropem, bo nos mi podpowiada, że może być interesująco.


A teraz ów NFI Jupiter pożycza panu Hajdarowiczowi dwadzieścia milionów dwieście tysięcy złotych, by ten mógł wykupić Mecom Poland Holdings SA. wraz z jego udziałami w Presspublice (treść raportu Komisji Nadzoru Finansowego przedstawiam pod tekstem). Pożyczka oprocentowana jest na 11,5% w skali roku, zaś „jej zwrot wraz z należnym oprocentowaniem winien nastąpić do dnia 30 września 2011 roku. Zabezpieczenie zwrotu kwoty pożyczki wraz z oprocentowaniem stanowi zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę.” (cyt. za raportem Komisji Nadzoru Finansowego).


Dodajmy jeszcze, iż „umowa jest znaczącą umową (…) z uwagi na to, iż przedmiot zawartej umowy ma wartość przekraczającą 10 % kapitałów własnych Funduszu.” (cyt. jw. wytłuszczenia i skróty moje – GG).


To ci heca. Hajdarowicz pożycza 20 baniek z górką pod zastaw udziałów własnej spółki i wystawia weksel in blanco (istna pętla na szyję!), zaś NFI Jupiter pożycza kwotę przekraczającą 10% kapitału własnego! Grunt to zaufanie w biznesowej rodzinie... Żeby było ciekawiej, dodam, iż ów kontrolowany przez pana Hajdarowicza Fundusz notuje „sukcesy” porównywalne z „sukcesem” „Przekroju” pod hajdarowiczowskimi rządami - tak jak „Przekrój” stoczył się do rangi pisma niszowego, tak też i akcje NFI Jupiter ostatnio dołują:



(źródło: http://www.jupiter-nfi.pl/relacje.php)


Czy będzie nadużyciem moja supozycja, że te 20 baniek z odsetkami pan Hajdarowicz wyssie z Presspubliki, by „zaspokoić” swego „wierzyciela” - NFI Jupiter? I to do dnia 30 września 2011 roku? Jak inaczej miałby spłacić te 20 milionów dwieście tysięcy (plus odsetki) w trzy miesiące?


I taki to biznesmen wykupił „Presspublicę”...


V. Fikus czy Gauden?


Co będzie? Ano, ciekawie będzie, jak to w ciekawych czasach zwykło bywać. „Rzeczpospolita” w najlepszym razie wróci do „doktryny Fikusa”, że tak ją nazwę od nazwiska ś.p. Dariusza Fikusa, redaktora naczelnego „Rzepy” w latach 1989-1996. Owa doktryna polegała na tym, że jak ponoć mawiał Naczelny (przytaczam sens, nie pamiętam dokładnego cytatu), „Rzeczpospolita” ma się zajmować prawem i gospodarką, bo od polityki jest „Gazeta Wyborcza”. Pyszne, prawda? Nie wkraczamy w paradę jedynie słusznej mediodajni od agit-propu, uprawiamy własne, fachowe poletko, zaś warstwę publicystyczną wypełniamy watą „wyważonych” opinii – mdłych niczym krem waniliowy, lecz obsługujących poczucie bezpieczeństwa współczesnej post-inteligencji, która jak ognia boi się wszelkich kontrowersji.


Jeśli tak się stanie, to jeszcze pół biedy. Przeczuwam jednak, że nowe rozdanie wróci do czasów gaudenowszczyzny, czyli aktywnego wspierania opcji beneficjentów i utrwalaczy światopoglądowo-politycznego porządku III RP. Tym, którzy urodzili się wczoraj przypomnę, że „medialny funkcjonariusz opcji III RP”, Grzegorz Gauden, jako redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” (lata 2004-2006, wcześniej – od 1999 prezes Presspubliki) wsławił się wyrzuceniem z „Rzepy” Bronisława Wildsteina na lekko tylko zakamuflowane życzenie „Wyborczej” po tym, jak rzeczony Wildstein udostępnił jawne zasoby osobowe z archiwum IPN (tzw. „lista Wildsteina”).


Gauden ma tę przewagę nad „doktryną Fikusa”, że żyje i wykazuje się aktywnością na froncie ideolo, czemu dał wyraz jako prezes Instytutu Książki z którego to tytułu został pierwszym skrzypkiem w zespole „niezależnych ekspertów” przy Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego oceniającym zasadność wniosków o dotacje dla czasopism społeczno-kulturalnych. Dotacje dostały wówczas m.in. „Krytyka Polityczna”, „Więź” i „Znak” (czyli lewactwo plus „katolicyzm otwarty”), pominięto natomiast m.in. „Pressje” i „Frondę” (czyli „katolicyzm zamknięty”). Zrobiła się draka i minister Zdrojewski ostatecznie dotacje „fundamentalistom” przyznał, ale śmiem twierdzić, że zasługi redaktora Gaudena nie uszły Oku Saurona, tym bardziej, że przyznano wówczas podatnicze pieniążki również gdańskiemu „Przeglądowi Politycznemu", którego naczelny, Wojciech Duda, współtworzył pismo ze swym druhem serdecznym - a obecnym premierem - Donaldem Tuskiem.


VI. Zielone światło dla „dobrych faszystów”?


W każdym razie stawiam jeśli nie na Gaudena osobiście, to na jakiś twór gaudenopodobny (w sensie realnych skutków działania). Taki Maciej Łętowski na przykład wyraźnie ostrzy sobie ząbki... Oj tak – ten by się nadał - Łętowski jest bowiem tzw. „salonowym konserwatystą” i „otwartym katolikiem”, a w związku z tym - „otwartym konserwatystą”. Wyjaśniam - w realiach III RP „salonowy konserwatysta” to taki odpowiednik „dobrego faszysty”, wiecie: persony typu Tomasz Wołek, Aleksandr Hall i ten dyszkantowy chichotek z muszką – Jan Wróbel, chyba tak, to pewnie on.


W każdym razie, Maciej Łętowski ma wszelkie predyspozycje, by naczelnym „Rzepy” zostać. Ogłosi się wtedy: no, czego chcecie? Konserwatywny charakter pisma został zachowany, oskrobano je tylko z oszołomstwa – konserwatysta, ale nie oszołom, czyli - jak to się mówi - „uczciwy, ale nie fanatyk”.


A „Uważam Rze”? Albo czeka je opcja gaudenowsko-łętowska (wersja light), albo - bez zbędnej żenady - przygarnięcie na stołek naczelnego jakiegoś Najsztuba i radykalne przeprofilowanie pisma. To zresztą nieważne, w jednym i drugim przypadku przedsięwzięcie zakończy się wydawniczą klęską na podobieństwo „Przekroju”.


VII. Chcącemu (robić dobrze Sauronowi) nie dzieje się krzywda.


I pewnie nawet o to chodzi. Skarb Państwa, jak sądzę, wycofa się z działań mających na celu rozwiązanie Presspubliki, ba – nawet ochoczo odsprzeda swe udziały w podupadających tytułach spółce Gremi Media pana biznesmena Grzegorza Hajdarowicza. Powiem więcej – im bardziej „Rzeczpospolita”, „Uważam Rze” i „Parkiet” zadołują, tym taniej i bardziej skwapliwie Skarb Państwa i minister Grad panu Hajdarowiczowi te udziały opchnie. Łączna sprzedaż tytułów zmniejszy się wprawdzie o połowę, ale za to przybędzie jakimś cudem reklam i panu Hajdarowiczowi nie zostanie wyrządzony materialny despekt. W końcu to konstruktywny biznesmen, który zrozumiał po prawicowym, KPN-owskim epizodzie w swej biografii, jakie realia obowiązują w Mordorze, podobnie jak Saruman „zrozumiał” potęgę Saurona. Swe rozumienie przekształcił na biznesy, które wprawdzie jakoś tak tak ledwie dychają, ale wiadomo – w IIIRP „chcącemu nie dzieje się krzywda”, że tak bezczelnie zdekontekstuję szlachetną, rzymską paremię. Toteż pan biznesmen Hajdarowicz nie zbiednieje, choćby jego gazetowe przedsięwzięcia kończyły się sromotną klapą. Ot, kolejny nawrócony „dobry faszysta”, a Sauron wynagradza swoje wierne sługi...


Swe sługi Sauron wynagradza tym hojniej, im bliżej wyborów.


VIII. Aby zupa się nie wylała...


Podsumowując: starania o przejęcie „Presspubliki” zintensyfikowane zapewne po starcie „Uważam Rze” pokazują, iż po pierwsze – obecny układ czuje się wielce niekomfortowo w warunkach choćby częściowego pluralizmu opinii, po drugie zaś – autentycznie boi się o wynik jesiennych wyborów.


Wpływowe, opiniotwórcze, „cytowalne” pisma psujące wizerunek „wrzuty” jaką jest fikcyjna europrezydencja na której Sauron zamierza dojechać do wyborów... Ci defetyści punktujący kolejne symptomy pogłębiającego się rozkładu państwa są nieakceptowalni na równi z kibolskimi transparentami. Taka już jest ta pełzająca represjonizacja w dyktaturze matołów (o dyktaturze matołów czytaj TU i TU).


Krótko mówiąc, chodzi o to, by zupa nie wylała się zbyt wcześnie - aby donieść ten chyboczący się w drżących dłoniach talerz do stolika.


A jak ta zupka będzie smakowała? Drodzy konsumenci, nie łudźmy się. W tej knajpie nie przyjmuje się reklamacji.


Gadający Grzyb




 


P.S. Treść raportu Komisji Nadzoru Finansowego:


 


KOMISJA NADZORU FINANSOWEGO


Raport bieżący nr 20 / 2011 Data sporządzenia: 2011-07-01


Skrócona nazwa emitenta JUPITER NFI SA


Temat Zawarcie znaczącej umowy przez Jupiter NFI S.A.


Podstawa prawna Art. 56 ust. 1 pkt 2 Ustawy o ofercie - informacje bieżące i okresowe

 


Treść raportu: W dniu 30 czerwca 2011 roku JUPITER Narodowy Fundusz Inwestycyjny S.A. z siedzibą w Krakowie - zawarł z Panem Grzegorzem Hajdarowiczem – prowadzącym działalność gospodarczą pod firmą Gremi Grzegorz Hajdarowicz z siedzibą w Karniowicach umowę pożyczki kwoty 20.200.000,00 (dwadzieścia milionów dwieście tysięcy) złotych. Oprocentowanie kwoty pożyczki wynosi 11,5 % w stosunku rocznym a jej zwrot wraz z należnym oprocentowaniem winien nastąpić do dnia 30 września 2011 roku. Zabezpieczenie zwrotu kwoty pożyczki wraz z oprocentowaniem stanowi zastaw cywilny oraz zastaw rejestrowy na udziałach spółki Gremi Media Spółka z o.o. z siedzibą w Krakowie oraz weksel własny in blanco wystawiony przez Pożyczkobiorcę.



Powyższa umowa jest znaczącą umową zgodnie z postanowieniami § 2 ust. 1 pkt.44 Rozporządzenia Ministra Finansów z dnia 19.02.2009 roku w sprawie informacji bieżących i okresowych przekazywanych przez emitentów papierów wartościowych … z uwagi na to, iż przedmiot zawartej umowy ma wartość przekraczającą 10 % kapitałów własnych Funduszu.



Raport sporządzono na podstawie art. 56 ust. 1 pkt. 2 ustawy o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych.