Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raje podatkowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą raje podatkowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

Kryzysowe żniwa

Chodzi o to, by pod pretekstem „walki z kryzysem” zmusić ludzi do tyrania za półdarmo, a rządy i banki centralne do nafutrowania banksterów świeżą gotówką wykreowaną w ramach „luzowania ilościowego”. Tylko po to ta cała gospodarcza „pandemonia” została wywołana i po nic innego.

Jak Czytelnicy być może pamiętają, gospodarcze paroksyzmy wynikłe wskutek „pandemonii” koronawirusa nazywałem do tej pory „najgłupszym kryzysem w historii”. Proszę Państwa, po namyśle cofam te słowa – to jest na swój sposób bardzo mądry kryzys. Ktoś go naprawdę sprytnie wykombinował i z żelazną konsekwencją wcielił w życie. Rozpętać światową histerię, która wprowadzi całe narody w stan lękowej psychozy i zmusi rządy do wygaszenia gospodarek – już to samo w sobie jest nie lada wyczynem. Lecz to jedynie pierwszy etap. Prawdziwe konfitury kryją się w etapie drugim, polegającym na przerzuceniu na barki państw i społeczeństw kosztów funkcjonowania światowego biznesu - te wszystkie ulgi podatkowe, dotacje oraz poluzowanie regulacji na i tak już w znacznej mierze sprekaryzowanym rynku pracy. Jeżeli przyjrzymy się pod tym kątem wdrażanym w różnych krajach pakietom pomocowym, naszej „tarczy antykryzysowej” nie wyłączając, to zobaczymy, że gros rządowych działań idzie właśnie w tym kierunku. Innymi słowy, chodzi o to, by pod pretekstem „walki z kryzysem” zmusić ludzi do tyrania za półdarmo (bo wicie-rozumicie, mamy ciężkie czasy i trzeba zacisnąć pasa), a rządy i banki centralne do nafutrowania banksterów świeżą gotówką wykreowaną w ramach „luzowania ilościowego”. Tylko po to ta cała gospodarcza „pandemonia” została wywołana i po nic innego. Powtarzam – ktoś to naprawdę sprytnie obmyślił, czapki z głów.

Na naszym krajowym podwórku bodaj najbardziej dobitnie (i bezwstydnie) cele te sformułował biznesmen i właściciel dziennika „Rzeczpospolita” Grzegorz Hajdarowicz domagając się m.in. zawieszenia podatków dochodowych i ZUS do końca 2020 roku; przyśpieszenia zwrotu VAT do 14 dni; „zawieszenia” Kodeksu Pracy; ograniczenia o połowę wymiaru urlopu; „zawieszenia” programu „500+” i 13 emerytury (co w istocie jest eufemizmem dla likwidacji tych świadczeń, bo w kontekście postulatów podatkowych staną się nie do sfinansowania); oraz automatycznego przedłużenia o 12 miesięcy wiz dla pracowników ze Wschodu.

Co to oznacza w praktyce? Wpędzenie państwa i samorządów w spiralę zadłużenia (brak podatków dochodowych) i w dalszej perspektywie bankructwo; upadłość ZUS-u i brak wypłat emerytur; powrót mafii vatowskich (przy 14-dniowym terminie zwrotu kontrola stanie się fikcją) – a więc kolejne, liczone w dziesiątkach miliardów złotych straty budżetu państwa; kompletną zapaść służby zdrowia; wreszcie – niewolniczy rynek pracy w którym pracownicy wydani są na łaskę i niełaskę pracodawcy, pozbawieni elementarnych praw i choćby minimalnej poduszki finansowej (likwidacja „500+”). Za to ma być zaordynowane sztucznie dwucyfrowe bezrobocie (jak rozumiem, w charakterze dodatkowego dyscyplinatora), bo do tego sprowadza się postulat utrzymania na rynku pracowników zagranicznych. Takie to recepty proponuje pan biznesmen z holdingiem w Luksemburgu (nota bene, raju podatkowym), reklamując swe pomysły w wywiadzie dla „Kultury Liberalnej” jako „wkład intelektualny” w walkę z kryzysem.

A co tak naprawdę należałoby zrobić? Po pierwsze, wypowiedzieć bezwzględną wojnę rajom podatkowym, do których z samej tylko Unii Europejskiej rocznie wyprowadzanych jest 170 mld euro. Wyobraźmy sobie tylko, jakie środki (chociażby dla służby zdrowia) byłyby dostępne, gdyby państwa dysponowały tymi pieniędzmi. Należy powiedzieć jasno firmom stosującym agresywną optymalizację, że nie należy im się żadna pomoc. Niech idą po wsparcie do rządów Luksemburga, Cypru, Bahamów i innych „rajskich wysp”. Ta roszczeniowa hołota w drogich garniturach, to pasożyty żerujące na gospodarkach krajów w których prowadzą działalność – zaburzając ponadto warunki rynkowej konkurencji, na czym cierpią uczciwi przedsiębiorcy.

Po drugie, pomoc należy skoncentrować na drobnych przedsiębiorcach i zwykłych ludziach – bo gdy oni nie będą mieli pieniędzy, to wszelkie „tarcze antykryzysowe” na nic. Czy tak trudno zrozumieć, że ubóstwo społeczeństwa oznacza stagnację i pogłębianie recesji? Pracownicy to zarazem klienci. Kiepsko opłacany pracownik, to równocześnie kiepski klient. Jeżeli będzie tyrał po 12 godzin za grosze, to kto kupi te wszystkie towary i usługi? Hajdarowicz od Piprztyckiego, a Piprztycki od Hajdarowicza? Dlatego należy m.in. odwrócić obecny regresywny system podatkowy, w którym gros obciążeń (głównie poprzez podatki pośrednie) spoczywa na barkach mniej zamożnych warstw społeczeństwa.

Po trzecie, najwyższy czas skończyć z „banksterskimi żniwami” w postaci luzowania ilościowego, czyli wykupywania przez banki centralne papierów wartościowych za „dodrukowane” pieniądze i futrowanie nimi „rynków”. Już poprzedni kryzys pokazał, że to się nie sprawdza - pieniądze te jedynie napędziły kolejne spekulacje.

Nade wszystko zaś należy zakończyć absurdalne lockdowny i odmrozić gospodarkę. Im szybciej skończymy z koronawirusową histerią, tym prędzej pozbawimy argumentów i narzędzi szantażu różnych cwaniaków, wykorzystujących sytuację dla własnych, partykularnych interesów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Doktryna szoku

Podatkowe paserstwo

Gospodarcza „pandemonia”

Koronakryzys

Czy czeka nas najgłupszy kryzys w historii?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16-17 (17-30.04.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Podatkowe paserstwo

Unia Europejska rocznie na unikaniu opodatkowania traci 170 mld. euro – zatem suma strat podatkowych krajów członkowskich jest o 1/5 większa od całego budżetu UE!

Na tegoroczny szczyt w Davos Polski Instytut Ekonomiczny przygotował prezentację raportu pt. „Niesprawiedliwość podatkowa w Unii Europejskiej. W kierunku większej solidarności w walce z unikaniem opodatkowania”. Głównym autorem publikacji jest dr Jakub Sawulski (niemal rok temu omawiałem tu jego inny raport pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”), a wstępem opatrzył ją premier Mateusz Morawiecki. Dokument ten był punktem wyjścia dla panelu dyskusyjnego z udziałem wspomnianego Mateusza Morawieckiego oraz sekretarza generalnego OECD Jose Angela Gurrii i francuskiego ministra finansów Bruno le Maire'a, zorganizowanego pod hasłem „Współpraca podatkowa: jak uniknąć wyścigu do dna”. Niestety, trudno dociec, czy oficjele doszli do jakichkolwiek konstruktywnych konkluzji – a takowe byłyby wielce pożądane, bowiem dane zaprezentowane w raporcie stawiają włosy na głowie.

Otóż cała Unia Europejska rocznie na unikaniu opodatkowania traci 170 mld. euro - z czego na wyprowadzanie pieniędzy przez wielkie korporacje przypada 60 mld., najzamożniejsze osoby prywatne – 46 mld., zaś luka w VAT odpowiada za 64 mld. euro. Można to porównać chociażby z unijnym budżetem – obecnie to ok. 960 mld. euro., co daje nieco ponad 137 mld. euro rocznie. Zatem, jak podkreślają autorzy raportu, suma strat podatkowych krajów członkowskich jest o 1/5 większa od całego budżetu UE! Jest to w znacznej mierze wynikiem zjawiska określanego często jako „wyścig do dna”, który na swój użytek nazywam „konkurencją o to, kto lepiej dogodzi bogatemu”. Poszczególne kraje prześcigają się w różnych ulgach i ułatwieniach, mających ściągnąć zagranicznych inwestorów – tyle, że w ostatecznym rozrachunku niewiele z tego mają, bo wypracowane w danym kraju zyski transferowane są do rajów podatkowych. W ramach Unii Europejskiej funkcje takich rajów pełni sześć państw: Luksemburg, Cypr, Malta, Irlandia, Belgia i Holandia. Warto dodać, iż państwa te nie zawsze są punktami docelowymi i często stanowią jedynie „stacje przesiadkowe” przed ostatecznym transferem kapitału poza granice UE – czyli na różne „Wyspy Bergamuty” w rodzaju Kajmanów czy innych Seszeli.

Jak to się odbywa? Ano, globalny koncern dogaduje się np. z rządem Holandii, że zarejestruje tam spółkę-wydmuszkę z kilkuosobową obsadą – ale spółka ta jest właścicielem np. znaku towarowego, który następnie „wydzierżawia” funkcjonującym w innych krajach podmiotom z tej samej grupy kapitałowej, pobierając za to opłaty. Ze ściągniętego w ten sposób kapitału „odpala” holenderskiemu rządowi w ramach CIT powiedzmy 3 proc. Dla rządu Holandii to i tak czysty zysk, bo przecież taka spółeczka nie generuje dla państwa żadnych kosztów (praktycznie nie korzysta chociażby z publicznej infrastruktury). W zamian za tę „dolę” holenderski rząd przymyka oko na wytransferowanie reszty funduszy poza UE – i tak oto, wygenerowane w Europie zyski nagle „znikają z horyzontu”. Inny sposób to udzielanie przez takie „spółki-wydmuszki” powiązanym firmom pożyczek na realizację inwestycji, które następnie ściąga z odpowiednim oprocentowaniem.

Jaka jest skala tego procederu? Dla Belgii dochód z praktyk optymalizacyjnych to 16 proc. ogólnych rocznych wpływów z CIT, dla Holandii – 30 proc., dla Luksemburga – 54 proc., dla Irlandii – 65 proc., Malty – 88 proc. Skutek? Efektywne opodatkowanie korporacji w skali UE w ciągu ostatnich 20 lat spadło z 24 do 16 proc. Najbardziej poszkodowane kraje to Niemcy (tracące rocznie ok. 28 proc. potencjalnych wpływów z CIT), Węgry i Francja (ok. 24 proc.) i Wlk. Brytania (jeszcze w ramach UE traciła ok. 17 proc. wpływów z CIT rocznie). Polska prezentuje się na tym tle nie najgorzej – rocznie tracimy „tylko” nieco ponad 10 proc. wpływów z CIT.

Konsekwencje tego paserstwa (bo trudno inaczej nazwać programowe czerpanie korzyści z okradania innych państw z należnych im podatków) są rozliczne. Okradane kraje zmuszane są do cięć odbijających się na jakości usług publicznych i poziomie życia obywateli; zadłużania się w większym wymiarze, niż byłoby to konieczne, gdyby wypracowane zyski zostawały na miejscu; wreszcie – przerzucania obciążeń podatkowych na mniejsze podmioty gospodarcze i zwykłych ludzi, nie dysponujących możliwościami „optymalizacyjnymi”. Do tego należy doliczyć pogłębiającą się nierównowagę, zaburzającą rynkową konkurencję – dociśnięta daninami średnia firma nie ma szans w konkurowaniu z gigantem nie płacącym niemal żadnych podatków.

W ramach środków zaradczych, autorzy raportu postulują m.in. wprowadzenie minimalnej unijnej stawki CIT, stworzenie „czarnej listy” rajów podatkowych (takowa nawet powstała, ale... nie obejmuje ona państw UE – i trudno się dziwić, skoro na czele KE stał wówczas b. premier Luksemburga Jean-Claude Juncker) oraz nadanie KE prawa do wymierzania sankcji wobec państw członkowskich biorących udział w optymalizacyjnym procederze. Ciekawe, czy nowa Komisja włączy ten problem do swej agendy? Byłby to prawdziwy test na słynną „europejską solidarność”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 7 (14-20.02.2020)

niedziela, 20 października 2019

GAFA – koniec finansowego raju?

Librę” można by dopuścić - ale tylko jako wspólną „walutę technologiczną” e-koncernów, a jej wprowadzenie do obiegu odbywałoby się jedynie w formie wynagrodzenia stanowiącego dla użytkowników „GAFY” formę ekwiwalentu za udostępniane dane.

OECD postanowiła zabrać się (chciałoby się powiedzieć – wreszcie) za ucywilizowanie podatkowej bandyterki uprawianej przez międzynarodowe technologiczne korporacje, synonimizowane zbiorczo jako GAFA – od największych graczy: Google, Apple, Facebook, Amazon. Do tej pory bowiem podmioty z tej branży wykorzystując specyfikę globalnej sieci skutecznie unikały opodatkowania w krajach w których realnie wypracowywały swe gigantyczne zyski. Jak już kiedyś tu wspominałem, taki Facebook nie zapłacił w 2017 r. ani złotówki podatku CIT, mimo że na reklamach (szacunki PwC) zarobił w Polsce 596,5 mln. zł. Wszystko dlatego, że rozliczenia reklamodawców następowało z ulokowaną w Irlandii spółką Facebook Ireland Limited, korzystającą w tym kraju z rozwiązań charakterystycznych dla rajów podatkowych. Podobnie rzecz się ma z innymi podmiotami z tej branży. Jak szacuje OECD (dane za euractiv.pl) w skali globalnej rządy tracą na tego typu procederze ok. 240 mld. dolarów rocznie – a są to wyliczenia nader ostrożne, bowiem wg organizacji Tax Justice Network kwota ta jest ponad dwukrotnie wyższa.

Dotykamy tu zresztą szerszego problemu agresywnej optymalizacji i rajów podatkowych, którego zaledwie częścią są fiskalne sztuczki internetowych koncernów. Jest to, mówiąc wprost, zorganizowana kradzież, w której rolę „dziupli” do melinowania „fantów” i zarazem paserów pełnią raje podatkowe. Okradane są nie tylko budżety państw, ale przede wszystkim uczciwie działający przedsiębiorcy i zwykli obywatele. Państwa, by załatać podatkowe „dziury” zadłużają się bardziej niż byłoby to konieczne – podobnie cierpią lokalni podatnicy zmuszeni do płacenia zarówno za siebie, jak i za podatkowych cwaniaków. Takie są konsekwencje optymalizacyjnego złodziejstwa.

Do skasowania rajów podatkowych daleka droga, choć aż się prosi o wprowadzenie podatku od międzynarodowych przepływów kapitałowych, niemniej OECD poczyniła pierwszy krok we właściwym kierunku. Ponieważ dotychczasowe formy opodatkowania nie zdały egzaminu, postawiono na globalny podatek cyfrowy. Podobne rozwiązanie wprowadziła już Francja, zmuszona jednak przez Trumpa (gros technologicznych gigantów to firmy amerykańskie) do obietnicy zrekompensowania ewentualnej „nadpłaty”, gdyby okazało się, że podatek francuski będzie wyższy od tego wprowadzonego przez OECD. My również mieliśmy swoje zapędy w tym kierunku, jednak błyskawicznie zostaliśmy przywołani do porządku przez wiceprezydenta USA Mike'a Pence'a, który przy okazji tegorocznych obchodów rocznicy wybuchu II Wojny Światowej „z głęboką wdzięcznością” podziękował nam za odstąpienie od daniny cyfrowej, która „mogłaby utrudnić wymianę handlową” z naszym hegemonem zza oceanu.

Teraz zatem wszystko w ręku OECD. Specjalna grupa robocza przed kilkoma dniami opublikowała projekt wytycznych dla nowego podatku. Rzecz dotyczyć ma łącznie 134 państw, a kluczowa propozycja zakłada, iż spółki technologiczne będą płacić podatki tam, gdzie mają obroty, niezależnie od tego, czy zarejestrowały w danym kraju formalnie swą działalność. A zatem, przywołując wspomniany wyżej przykład Facebooka, podatek od zysków z reklam byłby płacony w Polsce, a nie w Irlandii. Projekt będzie jeszcze poddany konsultacjom, m.in. podczas najbliższego spotkania ministrów finansów grupy G-20 w Waszyngtonie, a jego ostateczny kształt mamy poznać w styczniu przyszłego roku. Ambitne plany zakładają, że „podatek GAFA” zostałby ustanowiony jeszcze w 2020 r. Oczywiście, podstawową sprawą jest tu jego wysokość – czy w skali ogólnoświatowej zbliży się ona do owych 240 mld. dolarów rocznie wyliczonych przez OECD, czy skończy się na jakimś ochłapie rzuconym na odczepnego. No i rzecz jasna - czy w trakcie negocjacji nie zostaną wmontowane jakieś sprytne furtki czyniące całą inicjatywę fikcją. Warto jeszcze zauważyć, iż Unia Europejska ustami nominowanego właśnie komisarza ds. gospodarczych i finansowych Paolo Gentiloniego zapowiedziała, że podatek cyfrowy zostanie wprowadzony na terenie UE nawet w przypadku fiaska projektu OECD.

Osobiście uważam, że należy pójść o krok dalej, czemu dałem wyraz w niedawnym felietonie „Czy Facebook i Google są za darmo?”. Otóż koncerny technologiczne wypracowują swe dochody w znacznej mierze dzięki wszechstronnej monetyzacji najróżniejszych danych pozostawianych przez nas w sieci – to jest waluta, którą realnie płacimy za rzekomo „darmowe” usługi, dostając w zamian tak naprawdę świecidełka. I tu zgłaszam postulat – jakiś czas temu Zuckerberg wystąpił z pomysłem własnej kryptowaluty Libra. Sprawa ugrzęzła zablokowana przez świat polityki i finansów. Ja bym ją odblokował, pod jednym wszakże warunkiem: otóż „Librę” można by dopuścić - ale tylko jako wspólną „walutę technologiczną” e-koncernów, a jej wprowadzenie do obiegu odbywałoby się jedynie w formie wynagrodzenia stanowiącego dla użytkowników „GAFY” formę ekwiwalentu za udostępniane dane. Dziś te dane mają od nas za bezcen – niech więc wreszcie zaczną za nie płacić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Czy Facebook i Google są za darmo?

Podatkiem w Zuckerberga


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 42 (18-24.10.2019)

niedziela, 27 stycznia 2019

Davos, czyli piknik na wulkanie

Finansowe elity debatujące pod ochroną służb porządkowych w szwajcarskim kurorcie mają o czym myśleć, jeśli nie chcą, by pewnego dnia świat wybuchł im prosto w twarze.

We wtorek 22 stycznia rozpoczęło się kolejne Światowe Forum Ekonomiczne w Davos. Tematyka dość przewidywalna – zbliżający się kolejny kryzys finansowy, wojna handlowa USA – Chiny, zmiany klimatyczne, Brexit, ale też rosnące rozwarstwienie ekonomiczne. I to ostatnie jest naprawdę ciekawe, bowiem do światowych elit od jakiegoś czasu dociera, że narastanie nierówności - zarówno globalnych, jak i w obrębie poszczególnych społeczeństw - na dłuższą metę zagraża wszystkim, również tym na szczycie globalnego łańcucha pokarmowego. Na razie swoje zatroskanie możni tego świata wyrażają wprawdzie jedynie werbalnie, bez przełożenia na konkretne działania, ale nie da się ukryć, że obowiązujący do niedawna urzędowy optymizm, wedle którego odpowiedzią na wszelkie bolączki miała być globalizacja, staje się nieodwracalnie melodią przeszłości. Przypomnijmy, że dotychczasowa recepta brzmiała mniej więcej tak: globalizacja przyczynia się do dystrybucji bogactwa w myśl zasady „przypływ podnosi wszystkie łodzie”; warunkiem pomyślnego rozwoju są niskie podatki, wycofanie się państwa z czynnej roli w gospodarce i możliwie niewielki sektor publiczny; efektem powyższego będzie wzrost gospodarczy mierzony takimi wskaźnikami jak stopa inwestycji czy fetyszyzowany PKB, co przełoży się na ogólną pomyślność, bowiem „bogactwo ścieka w dół”, więc każdemu coś z tego rozwoju skapnie.

Poniewczasie okazuje się, że nic z tych rzeczy. Przypływ podnosi jedynie te największe łodzie (czyli ponadnarodowe koncerny dyktujące słabszym krajom swoje warunki), mniejsze zatapiając; natomiast bogactwo wcale nie skapuje, tylko odwrotnie – jest zasysane z dołu do góry, zaś owoce wzrostu PKB konsumuje nieliczna grupa uprzywilejowanych. Klaus Schwab (założyciel World Economic Forum) tłumaczy to obrazowo: „globalizacja produkuje zwycięzców i przegranych”. Dlatego też tegoroczne forum ma położyć nacisk na zrównoważony model rozwoju. Całkiem możliwe, że jak zwykle skończy się na gadaniu, bo siły zainteresowane utrzymaniem obecnego stanu rzeczy są potężne, lecz warto odnotować, że zarysowane tu problemy przestały być domeną marginalnych ekonomistów wyśmiewanych przez neoliberalny mainstream, wchodząc na stałe do głównonurtowego dyskursu.

Przy okazji szczytu międzynarodowa organizacja humanitarna „Oxfam” przygotowała raport potwierdzający (po raz kolejny zresztą) narastanie nierówności. I tak, w 2018 r. 26 najbogatszych ludzi na świecie dysponowało majątkiem wartym tyle, co majątek biedniejszej połowy ludzkości (3,8 mld globalnej populacji). Stan posiadania miliarderów w ciągu ubiegłego roku zwiększył się o 12 proc. (średnio 2,5 mld. dolarów dziennie), zaś biedniejszej połowy – spadł o 11 proc. (średnio 500 mln. dol. dziennie). Podaje się w tym kontekście przykład właściciela „Amazona” i najbogatszego człowieka świata, Jeffa Bezosa, którego majątek urósł do 112 mld. dolarów. Coś na ten temat mogliby powiedzieć polscy pracownicy „Amazona”, którzy jakoś nie odczuli wzrostu zamożności swojego szefa – to tyle, jeśli chodzi o mityczne „skapywanie bogactwa”. Ta sama organizacja rok temu wskazywała, że 1 procent najbogatszych zgarnął 82 proc. zysku wygenerowanego w 2017 r. „Oxfam” w ubiegłych latach podnosił w tym kontekście patologiczną rolę rajów podatkowych, do których wielkie korporacje wyprowadzają zyski z krajów, gdzie realnie prowadzą działalność. Przykładowo, 20 największych europejskich banków wykazuje 26 proc. swych dochodów właśnie w rajach. Efektem jest paradoksalna sytuacja, w której zależne spółki-wydmuszki są bardziej „produktywne”, niż oddziały banków działające na głównych rynkach, gdzie notują stosunkowo niewielkie zyski, bądź wykazują nawet straty. Ta sama prawidłowość tyczy się wiodących korporacji w innych branżach.

Skutki powyższych patologii są rozliczne – m.in. niedoinwestowana sfera usług publicznych czy przerzucanie ciężarów podatkowych na obywateli nie mających możliwości stosowania agresywnej optymalizacji. Prowadzi to chociażby do regresywnego systemu podatkowego – ubożsi odprowadzają do budżetu relatywnie większą część swoich zarobków (głównie w podatkach pośrednich) i to na ich barki spada główny koszt utrzymywania państwa. Stąd takie zjawiska jak pauperyzacja, zanik klasy średniej (czemu dodatkowo sprzyja „uelastycznienie” rynku pracy) i postępująca prekaryzacja. Rodzi to zrozumiałą społeczną wściekłość – jak kiedyś zwracałem uwagę, słabo opłacany i przygnieciony podatkami pracownik to biedny konsument i sfrustrowany obywatel. A stąd tylko krok do rewolty, czego ostatnio doświadcza Francja pod postacią ruchu „żółtych kamizelek” - czyli zwykłych ludzi, którzy (właśnie z wymienionych tu powodów) powiedzieli „dość” i wyszli na ulice.

A więc, co zwycięży? Doraźna chciwość, czy perspektywiczne spojrzenie? Finansowe elity debatujące pod ochroną służb porządkowych w szwajcarskim kurorcie mają (a przynajmniej powinny mieć) o czym myśleć, jeśli nie chcą, by pewnego dnia świat wybuchł im prosto w twarze.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatek od ucieczki do raju

Żółte kamizelki, czyli „francuska wiosna”

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 04 (25-31.01.2019)

niedziela, 29 lipca 2018

Podatek od ucieczki do raju

W skali globalnej transfery do rajów podatkowych opiewają na setki miliardów – tylko w 2015 r. międzynarodowe korporacje wytransferowały do rajów podatkowych 627 mld. euro.

Hitem podatkowym tegorocznego sezonu ogórkowego stał się niewątpliwie „exit tax”, pełniący w doniesieniach działów ekonomicznych rolę pytona z Konstancina. Nowy podatek podobnie jak kilkumetrowy gad ma być groźny, nieuchwytny i nikt nie widział go na oczy – poza wylinką, której odpowiednikiem są szczątkowe przecieki z Ministerstwa Finansów. Prace nad daniną mającą obowiązywać już od przyszłego roku owiane są nimbem tajemnicy - co, jak rozumiem, ma utrudnić potencjalnym kombinatorom stworzenie wyprzedzających strategii optymalizacyjnych i wyszukanie luk w przygotowywanych przepisach. Ogólne założenia są jednak znane: „exit tax” ma być „podatkiem od przeprowadzki” zniechęcającym do przenoszenia firm i kapitału do rajów podatkowych. Opodatkowaniu mają podlegać wyprowadzane za granicę aktywa (nawet do 100 proc. ich rynkowej wartości). Rozwiązanie to jest realizacją Dyrektywy Rady Unii Europejskiej 2016/1164 z 12 lipca 2016 r. i docelowo zostanie zaimplementowane we wszystkich państwach członkowskich. Oczywiście, dyrektywa daje poszczególnym krajom spory margines swobody, ale znając chwalebną pasję premiera Morawieckiego do uszczelniania systemu podatkowego należy się spodziewać, że przygotowywana ustawa będzie mocno restrykcyjna.

Generalnie pomysłowi można tylko przyklasnąć – raje podatkowe w międzynarodowym obrocie pełnią bowiem rolę paserów czerpiących zyski z umożliwiania korporacjom ukrywania dochodów. Mówiąc metaforycznie, służą za „dziuple” do melinowania kradzionych „fantów”. Cierpią na tym kraje w których dochody te były realnie wypracowane, co skutkuje nieproporcjonalnym zwiększeniem danin dla tych, którzy nie mają możliwości optymalizacji, przede wszystkim dla zwykłych obywateli (PIT i wysoki VAT) i drobnych przedsiębiorców. Przykładowo, w Polsce wpływy z PIT stanowią 9,3 proc. wpływów budżetowych, a CIT jedynie 5,33 proc. (dane OECD na podst. raportu „Uciekające podatki” Instytutu Globalnej Odpowiedzialności). Kolejnym efektem ubocznym jest zadłużanie się państw zmuszonych do rekompensowania sobie utraconych dochodów. Tylko w 2015 r. (nie licząc innych transferów) Polska utraciła na rzecz rajów podatkowych 4 mld. zł. - w tym 3 mld. wywędrowało do państw europejskich takich jak Malta, Cypr, Irlandia czy kraje Beneluxu.

Od pewnego czasu Unia Europejska usiłuje walczyć z tym procederem, zaś twarzą batalii stał się szef KE Jean-Claude Juncker, co jest o tyle groteskowe, że wcześniej sam jako premier Luksemburga był głównym motorem „przebranżowienia” swojego kraju w czołowy europejski raj podatkowy, o czym szeroka publiczność mogła się przekonać przy okazji afery Lux-leaks. Okazało się, że Wielkie Księstwo Luksemburga jest siedzibą kilkuset międzynarodowych korporacji, w tym takich gigantów jak Amazon, McDonald's czy IKEA płacących na podstawie specjalnych umów (tzw. „comfort letters”) poniżej 1 proc. podatku CIT. Co ciekawe, w publikowanej przez Komisję Europejską „czarnej liście rajów podatkowych” nie figuruje żadne państwo z Europy, choć wg organizacji badających problem należałoby dołączyć do spisu kraje wymienione w poprzednim akapicie plus chociażby dependencje Wielkiej Brytanii. Komisja tłumaczy się tym, że na liście umieszczono jedynie państwa „nie współpracujące” z Unią przy zwalczaniu unikania opodatkowania. Hm, ciekaw jestem w jaki sposób „współpracuje” z władzami UE przywołany tu Luksemburg – czyżby przysolił Amazonowi 29 proc. CIT, czyli tyle, ile wynosi nominalna stawka tego podatku w tym kraju?

W skali globalnej transfery do rajów podatkowych opiewają na setki miliardów – w 2017 r. naukowcy z uniwersytetów w Kopenhadze i Berkeley badając pracowicie bilanse płatnicze, raporty organów podatkowych, dane Eurostatu i sprawozdania finansowe firm wyliczyli, że tylko w 2015 r. międzynarodowe korporacje wytransferowały do rajów podatkowych 627 mld. euro zagranicznych zysków, z czego 47 proc. trafiło do Unii Europejskiej, zaś 53 proc. przypadło rajom z innych regionów świata. Warto dodać, że owe 627 mld. to 45 proc. zysków globalnych potentatów, co daje wyobrażenie o rozmiarach procederu.

Wracając na nasze podwórko. Jedynym zgrzytem pojawiającym się w doniesieniach na temat „exit tax” jest możliwość opodatkowania zwykłych obywateli przenoszących się za granicę. Tu drapieżność fiskusa posuwa się zdecydowanie za daleko. Czy Kowalski prowadzący w Polsce sklep albo warsztat samochodowy ma zapłacić „wyprowadzkowe” na równi np. z bankiem? Czysty absurd i miejmy nadzieję, że rząd wycofa się z tego poronionego pomysłu. Nawiasem, kolejnym krokiem powinno być opodatkowanie internetowych gigantów typu Facebook czy Google (dziś płacą podatki w Irlandii i ani grosza w innych krajach UE). Podsuwam tu za darmo swój autorski pomysł: otóż należałoby wprowadzić swoisty „podatek pogłówny”, czyli daninę od liczby użytkowników zarejestrowanych w danym kraju. Zobaczyć minę Marka Zuckerberga na wieść o tym, że ma zabulić za każdego z 16 mln. polskich „fejsbukowiczów” – bezcenne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wszyscy płacimy za „optymalizację”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 29-30 (27.07-09.08.2018)

niedziela, 15 kwietnia 2018

Dobra pani z billboardu

Apel do wszystkich „wielkich dobroczyńców” - zamiast epatować swą „filantropią”, po prostu płaćcie uczciwie podatki tam, gdzie zarabiacie pieniądze.

Nie wiem, jak teraz, ale za moich czasów omawiało się w szkole nowelę Elizy Orzeszkowej pt. „Dobra pani”. Tytułowa „dobra pani”, to zamożna członkini Towarzystwa Dam Dobroczynnych, która pewnego dnia przygarnia biedną sierotkę. Zapewnia jej utrzymanie, edukację, uczy dobrych manier – lecz do czasu. „Pani” szybko nudzi się podopieczną i koniec końców, pozbywa się jej – podobnie jak wcześniej uczyniła to z innymi ulubieńcami, zarówno domowymi zwierzętami, jak i ludźmi. „Zabawki” po utracie uroku świeżości wędrują do kąta.

Ta gorzka historyjka nasunęła mi się po niedawnej akcji promocyjnej Dominiki Kulczyk („Kulczyk Foundation”) i jej filantropijnych przedsięwzięć w połączeniu z kolejną odsłoną TVN-owskiej serii „Efekt domina”. Produkcja ta reklamowana była m.in. billboardami na których pani Dominika trzyma czule murzyńskie dziecko na tle zrujnowanej, afrykańskiej wioski. O dziwo, bobasek jest przyjemnie tłuściutki, co dość groteskowo kontrastuje z panującą wokół nędzą – ale może przed sesją zdjęciową zdążyli go odkarmić, albo przywieźli ze sobą. Tego typu „przytulastych” fotek z uszczęśliwionymi dziećmi na pierwszym planie znajdziemy zresztą o wiele więcej na stronach Kulczyk Foundation i nie sposób nie zauważyć w tym przemyślanej strategii wizerunkowej, mającej wywołać u widza tkliwe ciepełko wokół serca – co, rzecz jasna, ma przenieść pozytywne emocje odbiorców na główną bohaterkę i jej fundację. Dodajmy jeszcze, iż powyższemu towarzyszył wzruszający wywiad w „Wysokich Obcasach” - opublikowany dziwnym trafem tuż po gali radia TOK FM, której jednym z „partnerów” była firma Kulczyków.

Warto odnotować, że sposób promocji „na małe Afrykaniątko” spotkał się (głównie w mediach lewicowych) z dość miażdżącą krytyką. Wytykano paternalizm, uprzedmiotowienie malucha i postkolonialną mentalność przebijającą z billboardowego ujęcia – oto bogata, biała „dobra pani” uprawia lans dobroczynny na afrykańskiej biedzie. Dodałbym jeszcze od siebie nieznośny szantaż emocjonalny, jakim to wszystko jest podszyte. Pojawiły się również pytania o efektywność całego przedsięwzięcia – m.in. o to, jakie są proporcje między wydatkami na realną pomoc, a kosztami własnymi fundacji?

Ale to są w gruncie rzeczy drobiazgi – Dominika Kulczyk nie wymyśliła tego „formatu” wizerunkowego, ona jedynie zaadaptowała go do potrzeb rodzinnego biznesu, jak wielu przed nią (mistrzami są tu Rockefellerowie ze swą siatką fundacji – zresztą, pani Dominika studiowała filantropię właśnie w Rockefeller Foundation). Rzecz w czym innym – i tutaj dotykamy o wiele szerszego problemu, jakim jest charytatywna działalność miliarderów i wielkich koncernów. Otóż wiele z nich zaangażowanych jest biznesowo w krajach „trzeciego świata”, które poddawane są bezwzględnej ekonomicznej eksploatacji. Te same koncerny z reguły stosują agresywną optymalizację podatkową, przenosząc swe aktywa do rajów podatkowych. Z drugiej strony, w trosce o wizerunek globalne korporacje uczestniczą w różnych dobroczynnych akcjach skierowanych do tychże, łupionych przez nie państw. Powiedzieć, że mamy do czynienia z hipokryzją, to nic nie powiedzieć.

Jaka jest skala zjawiska? Międzynarodowe Stowarzyszenie Dziennikarzy Śledczych ustaliło, że w 2012 r. w rajach podatkowych ukryto od 21 do 32 bln. dolarów. Z kolei brytyjska organizacja „Oxfam” wzięła pod lupę amerykańskie przedsiębiorstwa i wyliczyła, że 50 największych spośród nich trzymało w rajach 1,4 bln. dolarów. Mamy tu całą plejadę: Apple, Microsoft, General Electric, Citigroup, Bank of America, General Motors, IBM... W 2012 r. wielkie koncerny zadeklarowały w sumie 80 mld. dol. zysków „osiągniętych” na Bermudach (PKB Bermudów to 5,5 mld. dol.). Teraz retoryczne pytanie – gdzie te firmy realnie wypracowują swój majątek? Na Bermudach, Kajmanach czy raczej w innych regionach świata, często bynajmniej nie kojarzących się z „rajem”? Ale nie przeszkadza to właścicielom gigantów chodzić w glorii „filantropów”. Zabieramy miliardy, oddajemy „dobroczynnie” miliony (korzystając przy tym ze stosownych ulg i zwolnień podatkowych). Złoty interes.

Wracając na koniec do Kulczyków. Kulczyk Investments słynie z inwestycji w przemysł wydobywczy – m.in. w owianej złą sławą delcie Nigru, w której wydobycie ropy przyczyniło się do katastrof ekologicznych i wywołało bunty miejscowej ludności – istne współczesne „jądro ciemności”, co zresztą wypomnieli na wspomnianej tu gali TOK FM ekolodzy. Zatem, zamiast nasładzać się dobroczynną aktywnością pani Dominiki, wolałbym usłyszeć, ile firmy zależne od Kulczyk Investments zapłaciły podatków w Nigerii (ale też w Tunezji, Namibii itd.), jak przedstawia się sytuacja miejscowej ludności, ile płacą robotnikom... A skończyłbym generalnym apelem do wszystkich „wielkich dobroczyńców” - zamiast epatować swą „filantropią”, po prostu płaćcie uczciwie podatki tam, gdzie zarabiacie pieniądze. Nie będziecie musieli wtedy wycierać się po różnych zakątkach świata i dopieszczać biednych sierotek.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 14 (13-19.04.2018)