Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podatki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podatki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

Gospodarcza „pandemonia”

Mamy narastający kryzys, warto więc wyciągnąć wnioski – tak na dziś, jak i na przyszłość. Na początek przyjrzyjmy się „koronawirusowej” rzeczywistości w Polsce.

A więc zawisło nad nami gospodarcze pandemonium, które niedawno pozwoliłem sobie nazwać „najgłupszym kryzysem w historii”. „Najgłupszym” dlatego, że patrząc od strony statystycznej – odsetka zachorowań i zgonów w odniesieniu do populacji – trudno uzasadnić tak drastyczne obostrzenia, prowadzące często w praktyce do „wyłączania” całych państw. Aż nie chce się przytaczać, że w bieżącym sezonie grypowym odnotowano w samej Polsce już 3,5 mln zachorowań i 50 zgonów. Zamiast odseparować i otoczyć opieką osoby starsze, pozwalając reszcie w miarę normalnie funkcjonować (no, może ograniczając jeszcze imprezy masowe) zdecydowano się w szeregu krajów na totalny „lockdown”, bez żadnej gwarancji powodzenia takiej strategii. Swoje zrobiło tutaj zapewne egzotyczne pochodzenie koronawirusa, przywołujące w wyobraźni wizje rodem z filmów katastroficznych oraz systematycznie nakręcana medialna panika, skutecznie przyczyniająca się do zagnieżdżenia się pandemii w ludzkich głowach. Niemniej, gdybyśmy np. mieli do czynienia z wyjątkowo zjadliwą mutacją wirusa grypy sezonowej (a grypa wszak mutuje z roku na rok) idę o zakład, że aż tak ekstraordynaryjnych kroków by nie podejmowano.

No dobrze, jednak mamy narastający kryzys spowodowany przerwanymi łańcuchami dostaw i przymusowym wygaszaniem całych sektorów gospodarki. Warto więc wyciągnąć wnioski – tak na dziś, jak i na przyszłość. Na początek przyjrzyjmy się „koronawirusowej” rzeczywistości w Polsce.

Wniosek numer jeden – już teraz widać, że obecne restrykcje trzeba będzie wkrótce złagodzić. Po pierwsze, ze względu na ograniczoną cierpliwość i wytrzymałość materiału ludzkiego. Na dłuższą metę po prostu niemożliwością jest utrzymanie ludzi w domach. Po drugie, dlatego, że za chwilę zacznie się fala bankructw, szczególnie wśród drobnych przedsiębiorców, której nie zapobiegną rządowe ulgi, zwolnienia podatkowe czy dofinansowania. Po trzecie wreszcie – również za chwilę pojawi się rzesza ludzi pozbawionych środków do życia. Nie wszyscy mogą pracować zdalnie, a w szczególnie dramatycznej sytuacji jest słabo opłacany prekariat na różnych „elastycznych formach zatrudnienia” (w Polsce, przypomnę, 2,6 mln. pracowników, z czego pracujący na umowach o dzieło nie mają nawet ubezpieczenia zdrowotnego). Do tego należy doliczyć „kredytową klasę średnią”, która – nawet jeśli banki pójdą jej na rękę i prolongują 2-3 raty – również będzie musiała spłacać swoje zobowiązania. W Polsce większość drobnych biznesów nawet w normalnych warunkach działa „na styk”, na granicy płynności finansowej. To samo dotyczy „zwykłych” Polaków – blisko 40 proc. albo nie ma w ogóle oszczędności, albo ma je na minimalnym poziomie, nie pozwalającym utrzymać się przez dłuższy czas. Wyjątkowo nieodpowiedzialnie w tym kontekście brzmią apele o zaprzestanie „rozdawnictwa” w rodzaju 500+ - czyli często jedynej poduszki bezpieczeństwa dla wielu rodzin. Krótko mówiąc, nie widzę możliwości, by obecne rygory utrzymać w mocy dłużej, niż do świąt wielkanocnych – i to niezależnie od tego, czy wirus będzie wciąż szalał, czy nie.

A skoro wspomnieliśmy o rozdawnictwie. Z apeli rozmaitych środowisk i organizacji biznesowych wynika, że – cóż za zaskoczenie – owo „rozdawnictwo”, rozumiane jako rozmaite formy pomocy publicznej, jest dobre. Oczywiście, pod warunkiem, że trafia do nich, a nie do jakichś „nierobów”. I jakoś nikt nie powie, że te wszystkie związki pracodawców domagające się różnych ulg i zwolnień, dopłat do pensji i „elastyczności” w zwalnianiu pracowników oraz cacka z dziurką na dokładkę to „roszczeniowa hołota”. A mówimy tu nie o panu Józku ze sklepiku, tylko o często wielkich korporacjach, mających rezerwy pochomikowane w różnych rajach podatkowych. Czyli klasyczne prywatyzowanie zysków i uspołecznianie strat – a warto przypomnieć, że ze względu na regresywny system podatkowy, gros ciężarów utrzymania państwa ponoszą już teraz szarzy wyrobnicy, którzy i tak dostaną kryzysem najbardziej po plecach i portfelach. Dlatego – i to wniosek numer dwa – pomoc publiczną należy skoncentrować na drobnych przedsiębiorcach i pracownikach, bo jak oni padną, to za chwilę cały rynek przejmą bez reszty wielkie koncerny. Nie mówiąc już o tym, jak zubożenie Polaków wpłynie na koniunkturę, a co za tym idzie – możliwości wyjścia z kryzysu.

I ostatnia rzecz – najprawdopodobniej wzrośnie bezrobocie, czyli skończy się osławiony „rynek pracownika”, który i tak był w znacznej mierze publicystyczną wydmuszką. Oznacza to bezwzględną konieczność pożegnania się z „siłą roboczą” z Ukrainy i krajów azjatyckich. Nie wyobrażam sobie, by w najlepsze funkcjonowało u nas 1,5 mln. zagranicznych pracowników w warunkach dwucyfrowego bezrobocia, jakim jesteśmy obecnie straszeni. Poza wszystkim, jest to gotowy przepis na społeczne napięcia o potencjalnie tragicznych konsekwencjach. Praca w Polsce ma być przede wszystkim dla Polaków. Na teraz to tyle, w kolejnym felietonie temat będzie kontynuowany – bo też jest o czym pisać.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 14-15 (03-16.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Jak zarobić na zerowym PIT dla młodych, czyli Janusz biznesu potrafi

Zamiast sięgać lewą ręką do prawego ucha i wprowadzać jakieś „zerowe PIT-y dla młodych”, wystarczy po prostu podwyższyć kwotę wolną od podatku, która w Polsce należy do najniższych w Europie.


Doprawdy, zdarzają się takie sytuacje, że witki opadają. Oto portal money.pl donosi o nowym sposobie rodzimych przedsiębiorców na podniesienie zysków. Metoda polega na... zagarnięciu zerowego PIT. Przypomnijmy, że zerowy PIT dla młodych (tj. pracowników do 26 roku życia) był elementem „piątki Kaczyńskiego” i obowiązuje od 1 sierpnia 2019 r. W założeniu miał sprawić, by wkraczającym na rynek pracy młodym ludziom (a więc z reguły zarabiającym najmniej) zostawało w kieszeniach nieco więcej pieniędzy. Ale co tam, okazuje się, że „Janusz biznesu” potrafi – otóż część pracodawców postanowiła na zerowym PIT sobie dorobić... obniżając pracownikom wynagrodzenia właśnie o kwotę, która teoretycznie powinna do nich trafić wskutek zredukowania podatku. W efekcie pracownik dostaje „na rękę” tyle samo, co przed obniżeniem podatku, a różnica trafia do kasy pracodawcy. Wyszło więc na to, że rozwiązanie „pro-pracownicze” zamieniło się w swoistą ulgę podatkową (lub patrząc z drugiej strony – dotację) dla przedsiębiorców.

W przypadku pojedynczego pracownika sumy może nie robią oszałamiającego wrażenia – to może być sto kilkadziesiąt, czasem 200 zł. miesięcznie, rzadko kiedy więcej (pamiętajmy, że mówimy o ludziach na starcie, nie zarabiających kokosów). Ale, po pierwsze – taka różnica jest właśnie dla ludzi najmniej zarabiających jednak dość istotna, w odczuwalny sposób przekładająca się chociażby na zwykłe, codzienne wydatki. Po drugie natomiast – dla pracodawcy zatrudniającego większą liczbę młodych robi się z tych dziadowskich obrywów w skali roku całkiem przyjemna sumka. Nie bez przyczyny mowa jest m.in. o branży gastronomicznej, w której kelnerują, bądź stoją na zmywaku właśnie dwudziestoparolatkowie.

I co takiemu zrobisz? Nic nie zrobisz. Państwowa Inspekcja Pracy rozkłada ręce – nie ma bowiem uprawnień do ingerowania w przyczyny obniżania wynagrodzeń. Jeżeli tylko wypłata nie schodzi poniżej płacy minimalnej (lub w przypadku umów cywilnoprawnych – minimalnej stawki godzinowej), to wszystko jest w porządku. Bo też cała ta chamówa rzeczywiście jest niby zgodna z prawem. Wprawdzie intencje ustawodawcy były skrajnie odmienne, lecz formalnie nie można się do niczego przyczepić. A że patrząc od czysto ludzkiej strony, jest to typowe „dziaderskie” s...o? A od kiedy „dziadersi” się tym przejmują? W artykule opisującym sprawę jeden z pracowników przytoczył klasyczną sytuację: mógł albo podpisać umowę z niższą stawką, albo szukać innej roboty. Ktoś tu jeszcze będzie tokował o „rynku pracownika”? Bulwersujące jest również to, że mówimy o pracownikach o najsłabszej pozycji rynkowej, którym często zależy, by jednak trochę popracować w jednym miejscu – choćby z powodu przyszłego CV. No chyba, że w pewnym momencie rzucą to wszystko w diabły i wyjadą z Polski. Nie bez przyczyny emigranci zarobkowi jako jeden z powodów swej decyzji oprócz niskich wynagrodzeń podają brak szacunku dla pracownika i różne cwaniackie numery ze strony pracodawców. Słowem, mieli dość tego folwarku, jakim wciąż w znacznej mierze pozostaje polski rynek pracy.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na inne konsekwencje powyższego procederu. Zerowy PIT to mniejsze wpływy do kasy państwa i samorządów – zgodzono się na ten budżetowy uszczerbek wyłącznie po to, by ludziom dać parę złotych więcej. To, jak widzimy, co najmniej w jakiejś mierze nie wypaliło. Kolejny aspekt bije bezpośrednio w niedoszłych beneficjentów zerowego PIT – obniżenie wynagrodzeń sprawia, że na konta emerytalne ZUS młodych ludzi przez kilka lat trafi mniej pieniędzy, co w przyszłości odbije się nieco niższymi świadczeniami. A zatem, okazuje się, że nie dość, że nie otrzymają wyższych wynagrodzeń tu i teraz, to jeszcze czeka ich mniejsza emerytura.

Pora na wniosek nieco bardziej ogólny. W narracji rynkowych fundamentalistów jak mantra przewija się motyw, że jeśli tylko sprywatyzować usługi publiczne i w zamian poobniżać podatki, to ludzi będzie stać na prywatne wykupienie sobie świadczeń typu ubezpieczenie emerytalne, opieka zdrowotna czy edukacja. No więc – nie, nie będzie. Redukcja podatków dogodzi tylko tym, których na powyższe stać również i dzisiaj. Uderzy natomiast w rzesze pracowników najemnych, którym pracodawcy obetną wynagrodzenia o kwotę zredukowanych podatków, chowając różnicę do kieszeni. Efektem będzie zarówno brak powszechnie dostępnych usług, jak i niskie płace. Ubiegłoroczny wybuch społecznych protestów w Chile o którym przez jakiś czas było dosyć głośno w mediach spowodowany był właśnie taką polityką – prywatyzacją wszystkiego co się rusza i nieproporcjonalnie niskimi zarobkami.

No dobrze, a jakie jest wyjście? Dość proste – zamiast sięgać lewą ręką do prawego ucha i wprowadzać jakieś „zerowe PIT-y dla młodych”, wystarczy po prostu podwyższyć kwotę wolną od podatku, która w Polsce należy do najniższych w Europie. Zyskają na tym wszyscy, a „Janusze biznesu” przynajmniej nie położą na tych pieniądzach łapy.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polski folwark

Chile – upadek liberalnego mitu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 09 (28.02-05.03.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Podatkowe paserstwo

Unia Europejska rocznie na unikaniu opodatkowania traci 170 mld. euro – zatem suma strat podatkowych krajów członkowskich jest o 1/5 większa od całego budżetu UE!

Na tegoroczny szczyt w Davos Polski Instytut Ekonomiczny przygotował prezentację raportu pt. „Niesprawiedliwość podatkowa w Unii Europejskiej. W kierunku większej solidarności w walce z unikaniem opodatkowania”. Głównym autorem publikacji jest dr Jakub Sawulski (niemal rok temu omawiałem tu jego inny raport pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”), a wstępem opatrzył ją premier Mateusz Morawiecki. Dokument ten był punktem wyjścia dla panelu dyskusyjnego z udziałem wspomnianego Mateusza Morawieckiego oraz sekretarza generalnego OECD Jose Angela Gurrii i francuskiego ministra finansów Bruno le Maire'a, zorganizowanego pod hasłem „Współpraca podatkowa: jak uniknąć wyścigu do dna”. Niestety, trudno dociec, czy oficjele doszli do jakichkolwiek konstruktywnych konkluzji – a takowe byłyby wielce pożądane, bowiem dane zaprezentowane w raporcie stawiają włosy na głowie.

Otóż cała Unia Europejska rocznie na unikaniu opodatkowania traci 170 mld. euro - z czego na wyprowadzanie pieniędzy przez wielkie korporacje przypada 60 mld., najzamożniejsze osoby prywatne – 46 mld., zaś luka w VAT odpowiada za 64 mld. euro. Można to porównać chociażby z unijnym budżetem – obecnie to ok. 960 mld. euro., co daje nieco ponad 137 mld. euro rocznie. Zatem, jak podkreślają autorzy raportu, suma strat podatkowych krajów członkowskich jest o 1/5 większa od całego budżetu UE! Jest to w znacznej mierze wynikiem zjawiska określanego często jako „wyścig do dna”, który na swój użytek nazywam „konkurencją o to, kto lepiej dogodzi bogatemu”. Poszczególne kraje prześcigają się w różnych ulgach i ułatwieniach, mających ściągnąć zagranicznych inwestorów – tyle, że w ostatecznym rozrachunku niewiele z tego mają, bo wypracowane w danym kraju zyski transferowane są do rajów podatkowych. W ramach Unii Europejskiej funkcje takich rajów pełni sześć państw: Luksemburg, Cypr, Malta, Irlandia, Belgia i Holandia. Warto dodać, iż państwa te nie zawsze są punktami docelowymi i często stanowią jedynie „stacje przesiadkowe” przed ostatecznym transferem kapitału poza granice UE – czyli na różne „Wyspy Bergamuty” w rodzaju Kajmanów czy innych Seszeli.

Jak to się odbywa? Ano, globalny koncern dogaduje się np. z rządem Holandii, że zarejestruje tam spółkę-wydmuszkę z kilkuosobową obsadą – ale spółka ta jest właścicielem np. znaku towarowego, który następnie „wydzierżawia” funkcjonującym w innych krajach podmiotom z tej samej grupy kapitałowej, pobierając za to opłaty. Ze ściągniętego w ten sposób kapitału „odpala” holenderskiemu rządowi w ramach CIT powiedzmy 3 proc. Dla rządu Holandii to i tak czysty zysk, bo przecież taka spółeczka nie generuje dla państwa żadnych kosztów (praktycznie nie korzysta chociażby z publicznej infrastruktury). W zamian za tę „dolę” holenderski rząd przymyka oko na wytransferowanie reszty funduszy poza UE – i tak oto, wygenerowane w Europie zyski nagle „znikają z horyzontu”. Inny sposób to udzielanie przez takie „spółki-wydmuszki” powiązanym firmom pożyczek na realizację inwestycji, które następnie ściąga z odpowiednim oprocentowaniem.

Jaka jest skala tego procederu? Dla Belgii dochód z praktyk optymalizacyjnych to 16 proc. ogólnych rocznych wpływów z CIT, dla Holandii – 30 proc., dla Luksemburga – 54 proc., dla Irlandii – 65 proc., Malty – 88 proc. Skutek? Efektywne opodatkowanie korporacji w skali UE w ciągu ostatnich 20 lat spadło z 24 do 16 proc. Najbardziej poszkodowane kraje to Niemcy (tracące rocznie ok. 28 proc. potencjalnych wpływów z CIT), Węgry i Francja (ok. 24 proc.) i Wlk. Brytania (jeszcze w ramach UE traciła ok. 17 proc. wpływów z CIT rocznie). Polska prezentuje się na tym tle nie najgorzej – rocznie tracimy „tylko” nieco ponad 10 proc. wpływów z CIT.

Konsekwencje tego paserstwa (bo trudno inaczej nazwać programowe czerpanie korzyści z okradania innych państw z należnych im podatków) są rozliczne. Okradane kraje zmuszane są do cięć odbijających się na jakości usług publicznych i poziomie życia obywateli; zadłużania się w większym wymiarze, niż byłoby to konieczne, gdyby wypracowane zyski zostawały na miejscu; wreszcie – przerzucania obciążeń podatkowych na mniejsze podmioty gospodarcze i zwykłych ludzi, nie dysponujących możliwościami „optymalizacyjnymi”. Do tego należy doliczyć pogłębiającą się nierównowagę, zaburzającą rynkową konkurencję – dociśnięta daninami średnia firma nie ma szans w konkurowaniu z gigantem nie płacącym niemal żadnych podatków.

W ramach środków zaradczych, autorzy raportu postulują m.in. wprowadzenie minimalnej unijnej stawki CIT, stworzenie „czarnej listy” rajów podatkowych (takowa nawet powstała, ale... nie obejmuje ona państw UE – i trudno się dziwić, skoro na czele KE stał wówczas b. premier Luksemburga Jean-Claude Juncker) oraz nadanie KE prawa do wymierzania sankcji wobec państw członkowskich biorących udział w optymalizacyjnym procederze. Ciekawe, czy nowa Komisja włączy ten problem do swej agendy? Byłby to prawdziwy test na słynną „europejską solidarność”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 7 (14-20.02.2020)

niedziela, 31 marca 2019

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Cały system podatkowy przeżarty jest do cna głęboką, strukturalną patologią, którą można streścić dobitnie knajackim hasłem: „śmierć frajerom!”.

Jak wspominałem tu kilkukrotnie, mamy w Polsce de facto regresywny system podatkowy – tzn. ubożsi odprowadzają do budżetu państwa w różnych formach proporcjonalnie większą część swych zarobków, niż bogatsi. W konsekwencji, zważywszy na efekt skali, ciężar danin publicznych i utrzymania państwa spada na barki osób relatywnie mniej zamożnych (jest ich zwyczajnie wielokrotnie więcej niż ludzi bogatych, ponadto ci drudzy dysponują różnymi możliwościami „optymalizacyjnymi”). Przykładowo, płace poniżej średniej krajowej dotyczą u nas ponad 66,3 proc. pracowników - do tego, spośród 33,7 proc. zarabiających powyżej średniej aż 13,7 proc. przypada na przedział płacowy 4346 - 5433 zł. brutto – a więc też nie są to wielkie kokosy. Dla porównania, osoby zarabiające powyżej 7606 zł. brutto, to łącznie zaledwie 8,7 proc. zatrudnionych, co podważa rozpowszechniony pogląd, że to właśnie finansowa „wierchuszka” jest solą ziemi i podstawą funkcjonowania państwa – bo ile te niespełna 9 proc. jest w stanie odprowadzić podatków w porównaniu z ponad 90 proc. całej reszty?

Powyższa konstatacja właśnie znalazła potwierdzenie w twardych liczbach. Otóż 20 marca ukazał się raport autorstwa Jakuba Sawulskiego z think-tanku Instytut Badań Strukturalnych pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”. Autor, bazując m.in. na danych Ministerstwa Finansów, jednoznacznie stwierdza, że system podatkowy w Polsce ma charakter regresywny – efektywne opodatkowanie jest wyższe dla osób o niskich dochodach, niż dla osób o dochodach wysokich. Na zjawisko to składa się szereg czynników – liniowe opodatkowanie pracy, stosunkowo niskie opodatkowanie wysokodochodowych działalności gospodarczych czy struktura opodatkowania konsumpcji (a więc VAT i akcyza).

W przypadku tego ostatniego, dla dolnego decyla (czyli 10 proc. najuboższych) efektywne obciążenie podatkiem VAT wynosi 14 proc., a akcyzą – 4 proc. Natomiast analogiczne wartości dla 10 proc. najbogatszych Polaków wynoszą 9 proc. (VAT) i 2 proc. (akcyza). Oczywiście, podatki pośrednie ze swej istoty bardziej uderzają po kieszeni ludzi uboższych – jest to ogólna prawidłowość, ponieważ mniej zamożni wydają na obciążone nimi artykuły niemal całą pensję. Dlatego też, jak zauważono w opracowaniu, kraje Europy Zachodniej starają się to przynajmniej częściowo zniwelować progresją podatków dochodowych – średnia unijnego „klina podatkowego” obciążającego wysokie zarobki (czyli od 167 proc. średniej płacy) jest o 8 pkt. proc. wyższa od podatków od niskich wynagrodzeń (czyli poniżej 67 proc. średniej) – w Polsce ów „klin” efektywnego opodatkowania wynosi zaledwie 1 pkt. proc. Zatem w Polsce mamy do czynienia w zasadzie z liniowym efektywnym opodatkowaniem pracy – niezależnie od przedziału dochodów oscyluje ono w granicach 37 proc.

Podobnie rzecz się ma z umowami cywilnoprawnymi – tu również mamy niemal liniowe efektywne opodatkowanie bez względu na dochody, aczkolwiek z akcentem regresywnym. Osoby w przedziale od 10 do 20 tys. zł. brutto rocznie płacą efektywnie 29 proc., zaś osoby zarabiające powyżej 50 tys. zł. - 26 proc. Warto zauważyć, że opodatkowanie umów cywilnoprawnych jest znacząco niższe od umów o pracę, co powoduje zaistnienie dwóch skrajności – z jednej strony wypychane są na nie osoby o najsłabszej rynkowej pozycji (prekariat), czego konsekwencją są słabe zabezpieczenia socjalne; z drugiej natomiast korzystają z tej formy osoby zarabiające najlepiej – uciekając przed wejściem w drugi próg podatkowy (obecnie stawkę 32 proc. płaci jedynie 3,5 proc. podatników). Stąd np. popularne zjawisko „prezesa na śmieciówce”. Na powyższe nakłada się dodatkowo tzw. fikcyjne samozatrudnienie – osoby realnie pracujące dla jednej firmy, formalnie prowadzą działalność gospodarczą, płacąc 19 proc. PIT i ryczałtowy ZUS w wysokości 1200 zł., ponadto mogą odliczać sobie VAT, bądź wrzucać różne wydatki w koszta. Raport ocenia skalę fikcyjnego samozatrudnienia na 166 tys. osób, czyli ok. 9 proc. pracujących na własny rachunek. Przyczyna jest oczywista – wyższe opodatkowanie pracy niż indywidualnej działalności gospodarczej (różnica w zależności od dochodów waha się od 8 do 13 pkt. proc.).

No i wreszcie struktura opodatkowania kapitału – tutaj regresja jest bodaj najwyraźniejsza. Przedsiębiorstwa o dochodach od 25 do 50 tys. zł. rocznie płacą efektywnie nawet 50 proc. (podatki i ZUS) – natomiast w przedziale dochodowym 100-200 tys. zł rocznie efektywne opodatkowanie to już tylko 25 proc. Z kolei wielkie firmy (korporacje) płacą efektywnie jedynie ok. 11 proc.

Podsumowując – mamy regresywne opodatkowanie konsumpcji, quasi-liniowe opodatkowanie pracy (z poprawką na ucieczkę podatkową na fikcyjne samozatrudnienie i „śmieciówki” - a więc, w istocie tu też występuje regresja) i regresywne opodatkowanie kapitału. Krótko mówiąc, cały system podatkowy przeżarty jest do cna głęboką, strukturalną patologią, którą można streścić dobitnie knajackim hasłem: „śmierć frajerom!”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 13 (29.03-04.04.2019)

niedziela, 10 marca 2019

Piątka Kaczyńskiego – bat na lumpenliberałów

Zapowiedziane transfery społeczne są batem na kombinatorów, złodziei i różnych „lobbystów” zadomowionych za czasów PO w ministerialnych gabinetach.


I. PiS w ofensywie

Ostatnimi czasy zdarzało mi się na tych łamach krytykować politykę rządu - teraz więc, dla odmiany, będzie coś pozytywnego. Chodzi mi mianowicie o tzw. „piątkę Kaczyńskiego”, czyli pakiet obietnic wyborczych złożonych podczas konwencji PiS 23 lutego. Jest to, nie zawaham się powiedzieć, istny majstersztyk – i to na kilku poziomach. Po pierwsze, Prawo i Sprawiedliwość nową ofertą programową wychodzi z defensywy do której zostało zepchnięte w ciągu ostatnich kilku miesięcy (sprawa KNF-Czarnecki, zabójstwo Adamowicza przypisane propagandowo „pisowskiej mowie nienawiści”, „dwórki” Glapińskiego, taśmy Birgfellnera, katastrofalny wizerunkowo szczyt bliskowschodni w Warszawie). Po drugie, „piątka Kaczyńskiego” przenosi ciężar publicznej debaty na teren, na którym partia rządząca jest najmocniejsza i najbardziej wiarygodna – szeroko rozumianej polityki społecznej. Po trzecie, realizacja zapowiedzi przynajmniej częściowo stanie się odczuwalna dla obywateli jeszcze w tym roku, co może wywołać „efekt sprawczości” (spełniamy obietnice). W konfrontacji z kompletnie niezborną programowo Koalicją Europejską i zafiksowaną na kwestiach obyczajowych, skrajnie antyklerykalną „lewicą rozporkową” Biedronia buduje to wizerunek PiS jako formacji konkretnej, bliskiej problemom zwykłych ludzi i obliczalnej.

„Totalna opozycja” zresztą zauważyła to niebezpieczeństwo, tylko oczywiście nie byłaby sobą, gdyby zmarnowała okazję do kolejnego samoośmieszenia swą histeryczną i nieskoordynowaną reakcją. Z jednej strony usłyszeliśmy, że PiS „ukradł pomysły”, z drugiej zaś – że wpycha Polskę na drogę Grecji i Wenezueli. Czyli, jak rozumiem, Kaczyński ukradł opozycji pomysły na doprowadzenie Polski do bankructwa? Tradycyjnie swoisty rekord pobiła „Gazeta Wyborcza” zamieszczając na pierwszej stronie krzyczący nagłówek: „PiS hojnie rozdaje NASZE PIENIĄDZE” wraz z wyliczeniami, jak to się obłowią m.in. wojskowi, nauczyciele i pielęgniarki. Ta sama gazeta, dodajmy, kibicowała strajkowi lekarzy-rezydentów czy protestowi opiekunów niepełnosprawnych, obecnie zaś jakoś nie alarmuje, że nauczyciele domagający się podwyżki 1000 zł. pod groźbą strajku w newralgicznym, egzaminowym okresie, to roszczeniowa hołota dybiąca na „nasze pieniądze”. Za to PiS proponujące tymże nauczycielom w zależności od rangi podwyżki od 371 do 508 zł. od września 2019 r. - to już jest „korupcja polityczna” i „kupowanie wyborców”. Ot, „totalna” logika.


II. Pięć uderzeń

Ale przejdźmy do głównych zapowiedzi PiS. „500+” na każde dziecko to logiczne dopełnienie dotychczasowego programu, który wedle wszelkich dostępnych danych radykalnie zmniejszył skalę ubóstwa wśród dzieci – do niedawna jedną z największych patologii III RP. Generalnie zresztą, w ostatnich latach staliśmy się europejskim liderem w zwalczaniu biedy, co nawiasem mówiąc, pokazuje na jakim poziomie całe rzesze Polaków były zmuszone wegetować wcześniej. Teraz pieniądze trafią również do osób dotąd nie kwalifikujących się do świadczenia – w tym przede wszystkim do samotnych matek. Do tej pory bowiem właśnie ta grupa była najbardziej poszkodowana – wystarczyło przekroczenie kryterium dochodowego o kilka złotych. Co ważne, rozszerzone „500+” zacznie obowiązywać już od lipca – a więc bardzo szybko stanie się odczuwalne dla obywateli.

Drugi punkt, to „trzynastki” dla emerytów i rencistów. Świadczenie ma być wypłacane raz do roku w wysokości emerytury minimalnej – czyli obecnie 1100 zł. (ok. 940 „na rękę”). Tu również wypłaty zaczną się już w najbliższych miesiącach. Trzeba dodać, że obecni i przyszli emeryci należą do grup społecznych, które najbardziej ucierpiały na transformacji gospodarczej. Wraz z „terapią szokową” Balcerowicza nastąpiła bowiem zapaść na rynku pracy – zamykano masowo zakłady przemysłowe, czego efektem było rosnące bezrobocie, osiągające w swym apogeum ponad 20 proc. (2003 r.). Co pozostawało? Ano, robota „na czarno” lub z częścią wypłaty „pod stołem”, za minimalne stawki, ewentualnie „u Niemca” na budowie lub przy zbieraniu szparagów. Dodatkowo na powyższe nałożyła się prekaryzacja rynku pracy, czyli nieozusowane „śmieciówki”. Wszystko to odbijało się na okresach składkowych i wysokościach obecnych i przyszłych emerytur. Swoje zrobiła też „wiekopomna” reforma Buzka wyprowadzająca do prywatnych OFE miliardy złotych w imię mirażu „emerytur pod palmami”. Konsekwencje tego będziemy ponosić również w przyszłości, gdy w wiek emerytalny zaczną wchodzić roczniki, które dużą część życia zawodowego przepracowały na różnych „chwilówkach” w ramach „elastycznego rynku zatrudnienia”. Już teraz na granicy egzystencji żyje 300 tys. emerytów, a liczba ta będzie rosnąć. Dodatkowa emerytura to naprawdę minimalna rekompensata za lata harówki i obecne upokorzenie, gdy trzeba wybierać między zakupem jedzenia, leków a opłaceniem rachunków.

Kolejna sprawa – odbudowa połączeń autobusowych na prowincji. Aż szkoda, że PiS nie zgłosił tego postulatu podczas kampanii samorządowej. Tu również mamy do czynienia z próbą nadrobienia wieloletnich zaniedbań i „zwijania się” państwa. PKS-y najpierw wepchnięto samorządom, potem te je prywatyzowały, następnie nowi właściciele (z reguły zagraniczni, jak izraelski „Mobilis” czy niemiecka „Arriva”) likwidowali nieopłacalne linie, w końcu zaś zaczęto zamykać całe oddziały. Efektem było postępujące wykluczenie komunikacyjne – wiele wsi i małych miasteczek zostało wręcz odciętych od świata, co polecam rozwadze różnych estetów narzekających na Polaków jeżdżących dwudziestoletnimi „rzęchami”. A czym niby mają jeździć, skoro ostatni przystanek w ich okolicy zlikwidowano 20 lat temu? Transport zbiorowy, to możliwość dojazdu do urzędu, lekarza, sklepu, kina, a także do położonej nieco dalej pracy. To krótko mówiąc elementarny standard cywilizacyjny i dobrze najpierw się nim zająć, zanim zacznie się inwestować miliardy w obłędnie drogie samochody elektryczne na które stać może promil najbogatszych.

Dwa ostatnie elementy „piątki” to podatki i gospodarka – zwolnienie z podatku PIT osób do 26 roku życia, czyli dopiero wkraczających na rynek pracy i zarabiających stosunkowo najmniej (do tego często na niestabilnych formach zatrudnienia). To zachęta zarówno do aktywizacji zawodowej (aktywność zawodowa tej grupy wiekowej to ok. 35 proc.), jak i dla pracodawców (niższe „narzuty” na koszty pracy). To samo tyczy się projektu obniżenia stawki PIT z 18 do 17 proc. - co ma szansę w różnym stopniu odczuć ok. 25 mln. płatników podatku dochodowego. Mamy więc i akcent liberalny, tu jednak trzeba będzie trochę poczekać na efekty.


III. Bat na złodziei

Podsumowując, nie dziwi, że opozycja zaczęła z nerwów chodzić po ścianach. „Piątka Kaczyńskiego” to bowiem kolejne dziesiątki miliardów złotych (ostrożnie szacując – ok. 40 mld. zł. rocznie). A to z kolei sprawia, że kto by nie wygrał jesiennych wyborów, będzie musiał utrzymywać żelazną dyscyplinę w ściągalności podatków – zero karuzel vatowskich, patrzenie na ręce koncernom usiłującym wyprowadzać pieniądze do rajów podatkowych, mniej pieniędzy dla różnych „Rysiów” itp. Krótko mówiąc – zapowiedziane transfery społeczne są batem na kombinatorów, złodziei i różnych „lobbystów” zadomowionych za czasów PO w ministerialnych gabinetach. Wrośnie deficyt? Dług publiczny? Proszę mnie nie rozśmieszać – przez dwie kadencje poprzedniej władzy wyprowadzano z Polski dziesiątki miliardów rocznie, sama dziura w VAT osiągnęła rekordowe 53 mld. zł., plus niemal drugie tyle „niedoboru” CIT. Do tego dług publiczny i kolejne deficyty budżetowe rosły jak na drożdżach. Na to Polskę było jakoś stać. No to teraz będzie stać na „luzowanie ilościowe” dla obywateli, pieniądze trafią do realnej gospodarki zamiast na Kajmany i będą w dużej części wracać do budżetu w formie podatków. Dla lumpenliberałów z „totalnej opozycji” takie herezje są nie do przyjęcia. Bo co im zostanie do rozkradzenia, jeśli dorwą się do władzy?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj biedo

„500+” czyli apokalipsa

Pinćset!

Żerowisko

Niechciany transport publiczny

Wykluczenie komunikacyjne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 10 (08-14.03.2019)

niedziela, 3 czerwca 2018

Wszyscy płacimy za „optymalizację”

Koszty „optymalizacji” i nieefektywności państwowego aparatu skarbowego w odniesieniu do największych podmiotów ponosi całe społeczeństwo.

Doczekaliśmy się opublikowania pierwszej odsłony zapowiadanej przez premiera Morawieckiego „białej listy”, zawierającej dane podatkowe (CIT) 2,5 tys. największych działających w Polsce firm oraz podatkowych grup kapitałowych. Smakowite kąski zaprezentował niedawno w „Gazecie Finansowej” Mateusz Milan (dowiedzieliśmy się chociażby, że prawdziwymi rekordzistami w agresywnej optymalizacji podatkowej są wiodące telekomy, ale nie tylko – uwagę zwraca dorównująca im pod tym względem telewizja TVN), tak więc tutaj skoncentruję się na wątkach dotyczących ogólnych prawidłowości ucieczki przed opodatkowaniem, tudzież konsekwencji społeczno-gospodarczych tego procederu.

Pierwszy trop poddał sam Mateusz Morawiecki stwierdzając, że w sensie przepływów finansowych Polska jest w ramach Unii Europejskiej płatnikiem netto. O ile z kasy UE wpływa do Polski 25 mld. zł., to zagraniczny kapitał inkasuje dywidendy na poziomie 100 mld. zł. Jak łatwo się domyślić, jest to cena za przyjęty przez nas (lub może raczej – narzucony nam) neokolonialny model rozwoju polegający na otwarciu na oścież naszej gospodarki, co wiązało się z opanowaniem jej kluczowych segmentów przez podmioty zagraniczne. Z głosem premiera Morawieckiego współbrzmią dane watchdoga „Global Financial Integrity” badającego nielegalne przepływy finansowe. Z cyklicznych raportów „Illicit Financial Flows from Developing Countries” (które, nawiasem, zdarzyło mi się już na tych łamach omawiać) możemy się dowiedzieć, że średnio co roku z naszego kraju wycieka ponad 9 mld. USD – póki co, rekordowy był rok 2013 z kwotą 16,793 mld. dolarów. Łącznie w latach 2004-2013 straciliśmy w sumie ponad 90 mld. USD. Taka jest skala kolonialnego drenażu, powodująca w ostatecznym rozrachunku, że od niemal trzydziestu lat w pocie czoła „gonimy króliczka”, czyli rozwinięte państwa Zachodu, wciąż nie mogąc osiągnąć celu. Dla porównania – warto sobie przypomnieć, że trzy dekady po zakończeniu II wojny światowej RFN była już jednym ze światowych liderów gospodarczych – mimo przegranej wojny, utraty ogromnych połaci terytorium, strat w ludziach i zniszczeń materialnych. Co by nie mówić o PRL i księżycowej ekonomii „realnego socjalizmu”, to w okres „przełomu” weszliśmy jednak z korzystniejszym stanem posiadania, niż zachodnioniemieckie strefy okupacyjne w 1945 r.

Powyższe to jednak dalece nie koniec - ucieczka przed opodatkowaniem generuje konkretne koszty społeczne. Skoro bowiem potentaci wyprowadzają zyski „prawem i lewem”, to państwo straty te musi sobie kompensować, przerzucając obciążenia podatkowe na obywateli. Na tę prawidłowość zwraca uwagę pochodzący z 2017 r. raport „Uciekające podatki. Czy firmy w Europie Środkowo-Wschodniej płacą uczciwą część podatków?”, opublikowany u nas przez Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Prócz wspomnianego IGO reprezentującego Polskę, autorami opracowania są think-tanki z Łotwy (Lapas), Czech (Glopolis), Węgier (Demnet), Bułgarii (Za Zemiata) i Słowenii (Ekvilib Institute). W sumie więc otrzymujemy przekrojowe spojrzenie w skali całego regionu. Okazuje się, że w niemal wszystkich badanych krajach mamy do czynienia ze swoistym „przerostem” opodatkowania pracy i konsumpcji nad opodatkowaniem kapitału. Oznacza to, że gros obciążeń podatkowych ponoszą zwykli obywatele, bądź to w formie PIT i składek na ubezpieczenia społeczne, bądź to w formie podatków pośrednich, takich jak VAT i akcyza. Jedynie Czechy notują względną równowagę między odsetkiem przychodów budżetowych z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych i takiegoż od osób prawnych – jako jedyne też osiągnęły wyższy procent udziału dochodów z tytułu CIT w PKB niż średnia krajów OECD. W pozostałych państwach odpowiednie wskaźniki są znacząco niższe.

Zwraca uwagę, że stawka CIT w Czechach wynosi 19 proc. - jak w Polsce – a efektywność ściągania podatków z przedsiębiorstw jest tam proporcjonalnie ponad dwukrotnie wyższa. Mimo to, nie słychać, by Czesi narzekali na brak inwestycji, co zadaje kłam wciąż powszechnej opinii, że zagranicznych inwestorów należy za wszelką cenę wabić ulgami, pomocą publiczną tudzież innymi finansowymi bonusami. Jak widać, nie trzeba – tym bardziej, że inne hołdujące „proinwestycyjnemu” podejściu badane kraje stały się w praktyce dla wielkich firm rajami podatkowymi.

Płaci za to oczywiście szary podatnik – począwszy od absurdalnie niskiej kwoty wolnej od podatku, a skończywszy na wysokich podatkach pośrednich, najboleśniej uderzających w najuboższe warstwy społeczne. Jeśli spojrzeć całościowo, to okaże się, że mamy regresywny system podatkowy – tzn. ludzie o najniższych dochodach odprowadzają w różnych formach do budżetu największą część swoich zarobków. Np. VAT w cenie podstawowych artykułów najmocniej odczuwają zarabiający w okolicach najniższej krajowej. Trzeba więc jasno powiedzieć: koszty „optymalizacji” i nieefektywności państwowego aparatu skarbowego w odniesieniu do największych podmiotów ponosi całe społeczeństwo.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Drenaż kolonialny

Kto tu jest kolonizatorem?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20-21 (25.05-07.06.2018)

niedziela, 3 kwietnia 2016

Kres podatkowej ruletki?

Resort finansów pod nowymi rządami postanowił wziąć się za uszczelnianie systemu podatkowego.

Na początek mała retrospekcja. W felietonie z października ubiegłego roku pt. „Podatkowa ruletka” przyrównałem polski system podatkowy do szulerni w której lody kręci wielki, z reguły międzynarodowy biznes i świat przestępczy, płacą zaś pomniejsi frajerzy – ci, którzy nie mają możliwości „optymalizowania” zobowiązań, nakręcania vatowskich „karuzel”, bądź sposobności ucieczki w szarą strefę. Jednym ze skutków tej patologicznej sytuacji jest zaburzenie rynkowej konkurencji. Firma uczciwie rozliczająca się z fiskusem automatycznie postawiona jest w gorszej pozycji względem podmiotów stosujących różne podatkowe kruczki, mających „dojścia”, bądź wręcz łamiących prawo. I tak się składa, że poszkodowane są przeważnie przedsiębiorstwa krajowe, ze szczególnym uwzględnieniem średniego i małego biznesu (no, może poza sektorem usług typu „Józek złota rączka”, który z zasady działa poza jakąkolwiek ewidencją). Zasada „duży może więcej” odbija się tu na rynkowych realiach wyjątkowo boleśnie.

Efekty wykazywane w pojawiających się co jakiś czas wyliczeniach są dość przerażające. Wg. firmy PWC dziura w ściągalności VAT zwiększyła się z 0,6 proc. PKB w 2007 r. do 3 proc. PKB w 2015, czyli do 53 mld zł. Samo zmniejszenie jej do poziomu z 2007 roku oznaczałoby wpływy do budżetu na poziomie 42 mld zł. rocznie. Z kolei obliczenia prof. Dominika Gajewskiego z SGH pokazują, iż polskie państwo traci rocznie na unikaniu CIT 11 mld euro, czyli ok. 47 mld zł. Tu jednak szacunki są rozbieżne, często trudno bowiem ocenić co jest „uprawnionym” kosztem wynikającym ze specyfiki prowadzonego biznesu, co zaś „agresywną” optymalizacją. Komisja Europejska kilka lat temu wyliczyła polskie straty w CIT na ok. 20 mld zł rocznie. W każdym razie jednak, jeśli przyjąć powyższe liczby za dobrą monetę, to okazuje się, że poprawa ściągalności tylko tych dwóch podatków mogłaby... zrównoważyć budżet!

Przez całe lata ze strony organów państwa trwał w tej materii kompletny marazm – śmiem twierdzić, że absolutnie celowy. Ot, taka „renta kolonialna” - część zapłaty w zamian za dobrą prasę za granicą, przedstawiającą Polskę jako „zieloną wyspę” gospodarczego sukcesu. A że lukę podatkową trzeba było w jakiś sposób uzupełniać, to napędzano wzrost zadłużenia, co znów generowało „dobrą prasę” - tym razem u finansowych spekulantów. Słowem, błędne koło, którego skutkiem było osuwanie się Polski na równi pochyłej wprost do bankructwa.

Tym bardziej cieszy, że resort finansów pod nowymi rządami postanowił wziąć się za uszczelnianie systemu podatkowego. Ideałem oczywiście byłby generalny audyt przepisów i ich uproszczenie, co najbardziej zbliżyłoby dotychczasowe szemrane kasyno do jakichś cywilizowanych standardów, ale i to, co obecnie proponuje Paweł Szałamacha pozwala żywić ostrożną nadzieję na przynajmniej częściową poprawę sytuacji. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na projekt jednolitego pliku kontrolnego, łączącego zestawienia z ksiąg rachunkowych, wyciągów bankowych, magazynów, ewidencji zakupów i sprzedaży, faktur VAT, podatkowej księgi przychodów i rozchodów oraz ewidencji przychodów. Europejskim wzorcem jest tu Portugalia, której udało się w ten sposób poprawić ściągalność VAT już w pierwszym roku o 13 proc., po wprowadzeniu zaś centralnego rejestru faktur – o 20 proc. Ministerstwo finansów prognozuje zwiększenie przychodów o 200 mln w pierwszym i 300 mln w drugim roku obowiązywania JPK. Jeżeli jednak wziąć owe 53 mld „luki” wyliczone przez PWC i „portugalskie” 13 proc. wzrostu ściągalności, to otrzymujemy 689 mln zł. Przy 20 proc. poprawie natomiast byłoby to ponad 1 mld zł.

Kolejne ważne posunięcie, to zapowiadana weryfikacja cen transferowych – jednego z ulubionych instrumentów służących do wyprowadzania zysku za granicę i unikania CIT. Skutek jest taki, że giganci wykazują minimalny zysk, lub zgoła stratę, zaś sektor małych i średnich przedsiębiorstw odprowadza do budżetu 75 proc. przychodów z CIT. Ubocznym efektem jest zjawisko ucieczki małych i średnich firm do krajów ościennych – na czym zyskują Czechy, Słowacja czy Litwa.

Do powyższego oczywiście trzeba dodać już obowiązujący podatek bankowy, zapowiedź ściślejszych kontroli firm powiązanych, połączenie administracji celnej, podatkowej i skarbowej w jedną Krajową Administrację Skarbową (co obniży chociażby koszta funkcjonowania, mamy bowiem jedną z najmniej efektywnych administracji fiskalnych w Europie) oraz wciąż rodzący się w bólach podatek od handlu. Miejmy nadzieję, że ministerstwo przedstawi w końcu rozwiązanie nie wylewające dziecka z kąpielą – tzn. zmuszające do płacenia mistrzów optymalizacji, czyli wielkie sieci, nie czyniąc szkody tej części branży handlowej, która pozostaje jeszcze w polskich rękach. Na koniec wreszcie, warto wyrazić, nazwijmy to, społeczne zapotrzebowanie na równoprawne traktowanie wszystkich działających na rynku podmiotów – tak by skończyć z dotychczasową oszukańczą ruletką w której przegrani są zawsze tylko po jednej stronie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3521-pod-grzybk

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/podatkowa-ruletka

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (11-17.03.2016)

czwartek, 15 października 2015

Podatkowa ruletka

Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką.

Nie tak dawno rząd Ewy Kopacz przedstawił projekt budżetu na rok 2016, zakładający rekordowy deficyt – 54,6 mld zł (co opisywałem w tekście „Mina budżetowa”), przy czym poprzednie rekordy również należały do ekipy PO-PSL – 44,6 mld zł w 2010 i planowane na ten rok 46,1 mld. Warto jeszcze dodać nowelizację budżetu w 2013, który opierał się na księżycowych wyliczeniach Rostowskiego - w efekcie, już w połowie roku wykorzystano cały zaplanowany deficyt i trzeba było znaleźć dodatkowe 24 mld zł. Wszystko przez zbyt optymistyczne szacowanie dochodów Skarbu Państwa – m.in. z podatków. Wspomniane deficyty oczywiście napędzają zadłużanie państwa, które wyłącznie dzięki sztucznym, księgowym zabiegom oraz skokowi na pieniądze z OFE utrzymywane jest na papierze poniżej konstytucyjnego progu 60 proc. PKB. Realnie, już w 2014 według wyliczeń OECD zadłużenie Polski wynosiło 62,5 proc PKB – oparto się na metodologii wliczającej do długu wszystkie zobowiązania publiczne, w tym również samorządów i funduszy celowych, takich jak Krajowy Fundusz Drogowy, do którego Rostowski „wypychał” część zobowiązań.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka – od zwykłego marnotrawstwa i niegospodarności, poprzez patologiczne mechanizmy wykorzystywania unijnych funduszy (im więcej pieniędzy absorbujemy z Brukseli, tym więcej kredytów musimy zaciągać na tzw. „wkład własny”), do tego dochodzą koszty obsługi zadłużenia będące niemal równowartością wpływów z PIT, wyprowadzanie z Polski kapitału, no i wreszcie ignorowany dotąd słoń w menażerii, czyli katastrofalna ściągalność podatków. Tylko w latach 2008-2013 wg raportu MFW sporządzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów wydajność poboru podatków spadła z 16 do 13,1 pkt. PKB. Z kolei wg wspomnianego OECD mamy najmniej efektywny system spośród wszystkich członków, zaś Bank Światowy lokuje nas na 114 miejscu spośród 183 badanych krajów.

Ostatnio uraczono nas nowymi, alarmującymi doniesieniami o skali patologii przy ściąganiu VAT i CIT. I tak, firma doradcza PwC wzięła na tapetę „lukę” w podatku VAT. Owa „luka” to nic innego jak różnica pomiędzy tym co teoretycznie powinno wpłynąć do budżetu państwa, a realnymi dochodami z danego podatku. W perspektywie lat 2007 – 2015 luka podatkowa osiągnęła rozmiary czarnej dziury w której rokrocznie znikają dziesiątki miliardów złotych. Dość powiedzieć, że w relacji do PKB dziura zwiększyła się z 0,6 proc. PKB w 2007 do 3 proc. w 2015, z chwilowym zmniejszeniem do 2,4 proc. w 2014. Jest to skutek (w proporcjach mniej więcej pół na pół) funkcjonowania „szarej strefy” oraz zorganizowanej przestępczości zajmującej się wyłudzeniami VAT. Oczywiście, zapewne tego procederu nie da się całkowicie zniwelować, zresztą trudności w ściąganiu VAT mają w mniejszym lub większym stopniu wszystkie kraje stosujące ten podatek, lecz Polska należy tu do niechlubnej europejskiej czołówki. Wyliczenia PwC wskazują, że samo ograniczenie luki do poziomu z 2007 roku dałoby państwu w tym roku dodatkowe 42 mld zł, ogółem zaś wyniesie ona 53 mld.

Podobnie rzecz się ma ze ściągalnością CIT, czyli podatku od przedsiębiorstw. Prof. SGH Dominik Gajewski oszacował na zlecenie Komisji Europejskiej, że polskie państwo na skutek unikania płacenia CIT traci rocznie 11 mld euro, czyli ok. 46 mld zł. Z sumami tymi polemizuje zarówno Ministerstwo Finansów, jak i wspomniana PwC, twierdząc, że straty z tytułu CIT są tak naprawdę „niepoliczalne” - optymalizacja podatkowa osiągnęła bowiem taki stopień zaawansowania, że nie sposób precyzyjnie wyliczyć luki podatkowej. Przy okazji „afery Junckera”, gdy wyszło na jaw, że wielkie koncerny celem uniknięcia podatków lokowały zyski wypracowane w innych krajach w Luksemburgu, obliczono w przybliżeniu, że na optymalizacji podatkowej Polska traci rocznie ok. 20 mld zł.

Jak by nie patrzeć, nawet przy „nieuchwytności” strat z CIT, otrzymujemy gigantyczne kwoty. Dlatego właśnie na wstępie przypomniałem deficyty budżetowe Polski z ostatnich lat. Okazuje się bowiem, że gdyby choćby częściowo uszczelnić nasz system podatkowy, to zamiast zadłużać się rok po roku i bić kolejne rekordy deficytów, moglibyśmy pokusić się o zrównoważony budżet, a może wręcz o nadwyżkę! Przypomnę: tegoroczny deficyt to 46 mld., a samo ograniczenie dziury podatkowej przy ściąganiu VAT do poziomu z 2007 roku dałoby nam 42 mld, do tego ograniczenie wyprowadzania nieopodatkowanego kapitału przyniosłoby kolejne miliardy z CIT.

Wniosek nasuwa się sam. Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką, w której wielki biznes i świat przestępczy kręci swoje lody, a płacą frajerzy. Zwyczajnie nie wierzę, że patologie o takiej skali wynikają jedynie z bałaganu i niekompetencji. Albo inaczej – bałagan i niekompetencja to pozory mające na celu stworzenie klasycznej „mętnej wody”. Czy jest to część ceny, którą kosztem nas wszystkich płaciła ekipa PO-PSL różnym lobbies za poparcie? Mam nadzieję, że po wyborach wykaże to stosowne postępowanie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 41 (09-15.10.2015)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dekolonizacja Polski

Bez wszechstronnej dekolonizacji będziemy mogli tylko pomarzyć o jakimkolwiek realnym rozwoju.

I. Gospodarcza kolonia

Podstawowym wyzwaniem stojącym zarówno przed prezydentem Andrzejem Dudą, jak i przed spodziewanym nowym rządem tworzonym, bądź współtworzonym przez PiS, będzie dekolonizacja Polski - i to nie tylko na płaszczyźnie politycznej, ale również w sferze gospodarczej. O skali kolonialnego drenażu może świadczyć chociażby raport amerykańskiego watchdoga „Global Financial Integrity” pokazujący skalę nieopodatkowanych transferów finansowych ze 145 krajów za lata 2003-2012 („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2003-2012”). Wedle tych danych Polska znajduje się na 17 pozycji ze skumulowanym wypływem kapitału na poziomie 82,393 mld USD. Jest to absolutny rekord jeśli chodzi o kraje UE. Następna jest zajmująca 33 miejsce Bułgaria z łącznym „cumulative illicit outflows” w wysokości 25,354 mld USD. Można do powyższego dodać jeszcze np. raport Fundacji Republikańskiej z 2013 roku dotyczący płacenia podatku CIT przez sieci supermarketów w 2011 roku: Kaufland (6,4 mld zł przychodu) - zero CIT; Carrefour (przychód 7,9 mld) - 14 mln zł zwrotu; Tesco (11,9 mld przychodu) - brak danych nt. CIT; Lidl (7,6 mld przychodu) - 57,4 mln zł CIT; Biedronka (25,3 mld przychodu) - 241 mln zł CIT.

Kolejną patologią są tzw. „specjalne strefy ekonomiczne”. Działające w nich podmioty są traktowane preferencyjnie - podatki, opłaty lokalne itd., czego efektem jest zwiększenie ucisku fiskalnego wobec przedsiębiorstw, które nie miały szczęścia zakotwiczyć się w którejś ze „stref” oraz napędzanie zadłużania się państwa i samorządów – bo pieniądze na wydatki publiczne tak czy inaczej jakoś trzeba pozyskać. Dobrze obrazuje to prospekt „Investing in Poland 2014” - województwo warmińsko-mazurskie chwaliło się w nim: „Mamy największą stopę bezrobocia w Polsce i najniższe zarobki. Dzięki temu zapewniamy inwestorom bogate zasoby taniej siły roboczej”; dodając następnie: „dla województwa warmińsko-mazurskiego maksymalną wysokość pomocy przepisy ustalają na poziomie 50% kwalifikowanych kosztów nowej inwestycji lub 50% dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników”. Czyli nie tylko ulgi i zwolnienia, lecz również gotowy grosz przerzucający koszta „prywatnej” inwestycji na sferę publiczną. Później zresztą taki zadomowiony już „inwestor” może szantażować władze lokalne groźbą zamknięcia zakładu, żądając dalszych ulg – casus Michelina w Olsztynie.

II. Biali Murzyni

Idźmy dalej. Mamy oto osławiony „elastyczny rynek pracy”, skutkujący lawinowym wzrostem osób pracujących na śmieciówkach oraz zjawiska „working poor” - czyli „pracującej biedoty” - ludzi, których mimo pracy w pełnym wymiarze nie stać na zaspokojenie elementarnych potrzeb życiowych. Wg. raportu OECD „Employment Outlook 2014” Polska znajduje się na 26 pozycji jeśli chodzi o wysokość zarobków (na 32 ujęte w zestawieniu kraje), za to odsetek osób zatrudnionych na umowy czasowe plasuje nas na 2 miejscu (pierwsze jest Chile). Na temat „working poor” dostępne są jedynie dwa zestawienia, oba sprzed lat, zupełnie jakby nie chciano tykać tematu: badanie CBOS z 2008 roku mówi o 6,6% dorosłej populacji, zaś raport Komisji Europejskiej z 2010 – o 11%. Z tymi danymi harmonizują informacje Polskiego Forum HR, wedle których funkcjonuje w Polsce 5210 agencji zatrudnienia, zaś w 2015 wartość rynku pracy tymczasowej powinna wzrosnąć o 15%. Innymi słowy, agencje zatrudnienia – współczesne „wypożyczalnie niewolników” na użytek gospodarczych kolonizatorów Polski - przeżywają prawdziwy rozkwit.

Na marginesie – ostatnio zrobił się szum o fabrykę Jaguara, która ostatecznie powstanie na Słowacji. Słowacki rząd, prócz licznych przywilejów, dofinansuje inwestycję kwotą 360 mln euro, co zatwierdzić ma Komisja Europejska. Charakterystyczne – pomoc publiczną dla stoczni KE każe zwracać, a na pomoc publiczną dla fabryki Jaguara entuzjastycznie wyraża zgodę. Według Janusza Piechocińskiego firma Jaguar Land Rover prócz działki, infrastruktury itd. (wszystko na koszt państwa), żądała m.in. rynku pracy pozwalającego wybrać co 20 ofertę spośród ubiegających się chętnych. Czyli – tanich pracowników w obszarze dużego bezrobocia, co pozwalałoby na szantażowanie ich groźbą zwolnienia. Zwróćmy uwagę na paranoidalność sytuacji - dwa kraje prześcigają się w dogodzeniu międzynarodowemu koncernowi, co stawia tenże koncern w pozycji pana sytuacji, a rządy w roli rywalizujących o jego względy petentów. W zamian koncern proponuje śmieciową pracę w montowni dla iluś tam białych Murzynów na półniewolniczych warunkach - i w zasadzie nic poza tym, bo do budowy fabryki dołoży się państwo, zyski zostaną wytransferowane za granicę, zaś podatki - o ile Jaguar nie wydębił sobie zwolnień (a zapewne wydębił) - groszowe. Śmieciowe pensje lokalni „prole” i tak wydadzą w dyskontach należących do innego z kolei międzynarodowego giganta, może nawet jak Lidl i Kaufland kredytowanego dodatkowo przez Bank Światowy (to osobny kryminał – BŚ oraz EBOiR wsparły Grupę Schwarz w latach 2004-2013 kredytami na łączną kwotę ponad 1 mld USD na ekspansję w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce), który to gigant również wytransferuje zyski za granicę. Gdzie tu interes? Co ma z tego kraj - gospodarz takich „inwestycji”? Okrągłe zero – i to w najlepszym wypadku, bo sądzę, że gdyby wszystko rzetelnie podliczyć, to wyjdzie na nielichym minusie. To jest właśnie kolonializm o którym tu piszę. Zatem, nie płaczmy po Jaguarze.

III. W kieszeni banksterów

Skolonizowane państwo boi się wyciągać do „wielkich” rękę po należne mu podatki. Wg. raportu MFW sporządzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów (też ciekawe, że polskie ministerstwo nie było w stanie samodzielnie ogarnąć tematu), wydajność w zakresie poboru podatków spadła w latach 2008 – 2013 z 16 do 13,1 pkt. PKB. W zamian za to mamy najniższą kwotę wolną od podatku w Europie - poniżej minimum socjalnego, co sprawia, że część Polaków płaci państwu haracz od nędzy. Innym przejawem kolonialnego uzależnienia, jest galopujące zadłużanie państwa, sprawiające, iż Polska siedzi w kieszeni międzynarodowych spekulantów. Tu ciekawostka – koszt obsługi zadłużenia Skarbu Państwa niemal pokrywa się z wpływami z PIT. Dane za 2013 – wpływy z PIT to 42,9 mld zł, koszty obsługi zadłużenia – 42,7 mld zł. Ostatnio rząd Ewy Kopacz pożyczył od Banku Światowego 912,7 mln euro na kiełbasę wyborczą, zaś obecne tempo zadłużania Polski jest tak imponujące, że konstytucyjny próg 60% PKB możemy osiągnąć już pod koniec 2019 roku. Ale z czegoś pieniądze trzeba brać, jeśli kolonialny nie-rząd pozwala się ordynarnie rżnąć międzynarodowemu biznesowi chociażby na tzw. „cenach transferowych”, wedle których rozliczane są zakupy od zagranicznych podmiotów w ramach tej samej grupy kapitałowej, co pozwala nabijać koszty i unikać opodatkowania. W naszej skarbówce pracuje zaledwie ok. 100 specjalistów od problematyki cen transferowych. Nie dziwi więc, iż wg raportu „Paying Taxes 2013” Banku Światowego nasz system podatkowy zajmuje 114 pozycję spośród 183 państw, zaś wg OECD mamy najmniej efektywny system podatkowy spośród wszystkich członków organizacji. To jest klasyczna „mętna woda” w której mogą łowić ryby (czyli unikać opodatkowania) nasi kolonizatorzy.

No i wreszcie banki – teoretycznie krwiobieg gospodarki, faktycznie zaś – rak wysysający z niej siły witalne. Rekordowe zyski sektora, będącego głównie w zagranicznych rękach, pozostające w ostatnich latach na poziomie 15-16 mld zł., to nic innego jak kolonialna dywidenda pochodząca z toksycznych produktów spekulacyjnych, takich jak łże-kredyty frankowe, polisolokaty, czy jedne z najwyższych w Europie kosztów usług bankowych. Znamienna jest tu reakcja rozbezczelnionych banksterów na projekt ustawy regulującej sytuację frankowiczów. KNF, która miast być organem nadzoru, jest w istocie figurantem bankowego lobby, szybciutko „wyliczyła”, że banki „stracą” 22 mld zł. No więc – nie „stracą”, tylko nie zarobią tyle, ile sobie założyły, na drenowaniu kieszeni klientów. Uwolnione w ten sposób 22 mld tak czy inaczej trafią na rynek – ludzie wydadzą je na towary i usługi zamiast przynieść w zębach bankowi. Od tych 22 mld państwo zbierze chociażby VAT. Tymczasem Związek Banków Polskich już szantażuje nas „zamrożeniem” gospodarki poprzez „wstrzymanie akcji kredytowej” oraz wzywa na dywanik szefów klubów parlamentarnych i prezydenta Dudę. Czyli relacja kolonizator – niewolnik jak się masz. Trzeba przyznać, że dotychczasowe rządy, ze szczególnym uwzględnieniem tandemu PO-PSL, sprawiającego wręcz wrażenie banksterskiej ekspozytury, dołożyły wszelkich starań, by banki poczuły się właścicielami parceli między Odrą a Bugiem.

„Dla zagranicznych firm na Węgrzech era kolonizacji się skończyła” - oznajmił w 2013 roku Viktor Orban. Chciałoby się usłyszeć coś podobnego z ust naszych polityków – a potem zobaczyć konkretne czyny. Bez wszechstronnej dekolonizacji będziemy mogli bowiem tylko pomarzyć o jakimkolwiek realnym rozwoju.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Czy Polskę stać na biedę?

Bangladesz Europy

Niewolnicy Europy

Drenaż kolonialny

Te ubogie supermarkety

Nowoczesne niewolnictwo

Podatek od nędzy

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32 (19-25.08.2015)

środa, 25 sierpnia 2010

Karuzela podatkowa (część 2)


Przyszłoroczna podwyżka VAT-u, to dopiero początek podatkowej karuzeli.

W części pierwszej napisałem jak „jednoprocentowa” podwyżka VAT odbije się na naszych kieszeniach w korelacji ze wzrostem akcyzy na paliwo. Będzie to znacząco więcej niż jeden procent. Ale to nie koniec zabaw z VAT-em łże-liberalnej (he, he) Platformy i naszego natchnionego nie-rządu.

I. Ambitne plany.

Otóż, plany rządowe są ambitne: jeżeli w następnych latach, mimo podwyżki VAT i wszystkich buchalteryjnych sztuczek ministra Rostowskiego, relacja długu publicznego do PKB przekroczy kolejny tzw. „próg ostrożnościowy” (55%), podatek ten będzie dalej sukcesywnie zwiększany!

Plany wyglądają następująco: jeżeli na koniec 2011 roku dług publiczny przekroczy 55% PKB, wówczas VAT w przedziale czasowym od 1 lipca 2012 roku do 30 czerwca 2013 wzrośnie do 24, 9 i 7,5 procent, następnie zaś między lipcem 2013 a czerwcem 2015 podatek dobije do maksymalnych unijnych stawek – 25, 10 i 8%!

Jeżeli próg 55% długu publicznego w relacji do PKB zostanie przekroczony „dopiero” na koniec roku 2012, wówczas w lipcu 2013 czeka nas podwyżka do 24, 9 i 7,5 procent, by w 2014 roku osiągnąć pułap maksymalny, czyli 25, 10 i 8%.

Podwyżka jest oczywiście przewidziana „tylko” na 3 lata, ale jestem dziwnie pewien, że po upływie tego terminu ich utrzymanie okaże się „niezbędne”, bo przecież Tusk nie jest politycznym samobójcą i nie będzie przeprowadzał żadnych reform, by nie narazić się różnym grupom interesów i tym wyborcom (np. armii urzędników), którzy żyją z dojenia budżetu.

II. „Welfare state” bez „welfare”.


Tym samym doszlusujemy do państw o najwyższym dopuszczalnym vacie w UE (Szwecja i Dania). Całe szczęście, że wyższej niż 25% stawki VAT wprowadzić nie można, bo aż strach pomyśleć jakie mogłyby być bardziej dalekosiężne plany rządu... Chociaż, kto wie – może akurat w tym przypadku trio Tusk – Sikorski – Rostowski wykaże się niespotykaną energią, tudzież dyplomatycznymi talentami i dumnie ogłosi, że Komisja Europejska przyznała nam w drodze wyjątku prawo do „czasowego” (he, he) podniesienia VAT-u na wszystko do stawki, powiedzmy, 30%...

Jestem pewien, że nasi gospodarczy konkurenci w UE szczerze się z tego ucieszą i będą gratulować Polsce „odpowiedzialnego” rządu. Niemcy nie będą już płakać na „dumping podatkowy”, co miało miejsce, gdy Leszek Miller (komuch!) obniżał podatek od przedsiębiorstw (CIT).

Będziemy mieli zatem podatki jak w skandynawskich „welfare state’s”, tyle że bez „welfare”.

III. „Czasowy” pic na wodę.

Nie łudźmy się. Jak wspomniałem w punkcie pierwszym niniejszej notki, odtrąbiona jako „czasowa” podwyżka VATu utrzyma się - a to z prostego powodu. Liberalny (he, he) rząd (wciąż to „he, he” powtarzam, chociaż coraz mniej mi do śmiechu) nie planuje żadnych reform, żadnych cięć w administracji (przeciwnie – w latach 2008 – 2009 przybyło 40 tys etatów), zatem to, co wybulimy w cenie towarów i usług pójdzie na bieżące utrzymanie urzędników, a nie na reformę finansów państwa i redukcję długu publicznego. Dług zaś będzie rósł niepowstrzymanie, zatem „konieczne” okażą się kolejne podwyżki VAT, wedle zarysowanego na wstępie scenariusza, by załatać kolejne dziury... Koniec końców - ockniemy się z błogiego snu o „zielonej wyspie” z gospodarką zduszoną podatkami i zatorami płatniczymi, ale za to z tak samo niewydolnym sądownictwem i rozdętą „parkinsonowską” administracją jak dziś.

A ponieważ podwyższanie podatków ponad akceptowalną miarę skutkuje (zgodnie z krzywą Laffera) zmniejszaniem się wpływów do budżetu, efektem w ciągu najbliższego dziesięciolecia może być tylko bankructwo.

***

Co więcej, nawet gdyby w najbliższych wyborach parlamentarnych PO została odsunięta od władzy (a prawdę mówiąc, jakoś się na to nie zanosi), to mechanizmów gospodarczych, które nabrały w międzyczasie własnej dynamiki nie da się z dnia na dzień zastopować. Chyba, że... obecna opozycja zjawiłaby się, niczym anioł z niebios, z dopracowanym programem reform i „pełnymi szufladami” ustaw, które z jednej strony ograniczyły by wydatki rządu w skali choćby 5 miliardów zł rocznie, z drugiej zaś – uczyniła by Rzeczpospolitą państwem naprawdę przyjaznym swym obywatelom.

Ale – próżne to marzenia. Póki co, musimy się przygotować do 25% stawki VAT-u, która niechybnie zostanie wprowadzona na przestrzeni najbliższych kilku lat.

Gadający Grzyb

P.S. Gdy plajtowała Grecja, niemieckie tabloidy wypuszczały balony próbne z zapytaniami o możliwość kupna kilku wysepek. Fakt – Grecy mają ich od pyty. Gdy my splajtujemy, co sprzedamy? Wolin? A może Hel z naszą częścią Mierzei Wiślanej w pakiecie? Zapewne znalazłaby się jakaś niemiecko – rosyjska spółka z siedzibą w jakimś podatkowym „neverlandzie” skłonna „rzygnąć” kasą by wesprzeć taką transakcję...

Inne moje notki o podobnej tematyce:

www.niepoprawni.pl/blog/287/gra-pozorow


www.niepoprawni.pl/blog/287/karuzela-podatkowa-czesc-1


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl