Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncerny. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Rozkwit i upadek państwa dobrobytu

Rządy zwyczajnie dały się zaszantażować globalnym koncernom, że jeśli nie obniży się im podatków i nie „uelastyczni” rynku pracy, to przeniosą się na drugi koniec świata. I nikt nie miał odwagi odpowiedzieć – a idźcie w cholerę, zwolnicie na rynku miejsce dla innych.

W kontekście ubiegłotygodniowego felietonu („Śmieciowy rynek pracownika”) w którym zająłem się patologiami polskiego rynku pracy, chciałbym poruszyć temat nieco szerszy - rozkwit i upadek państwa dobrobytu. Co legło u podstaw powszechnego dobrobytu w krajach Zachodu? Odpowiedź jest prosta – praca. Tyle, że równie niezbędnym warunkiem społecznej zamożności jest w miarę powszechna partycypacja w owocach tejże pracy. I tu jedni postawią za wzór niemiecki powojenny ordoliberalizm, inni z kolei wskażą na socjalny model skandynawski. Ja jednak podkreśliłbym równie istotny aspekt polityczny. Otóż w powojennych dziesięcioleciach na kraje Zachodu skutecznie oddziaływał straszak komunizmu. Ów straszak wymusił zawarcie niepisanej „umowy społecznej”, którą można streścić następująco: „płaćcie wyższe podatki, pogódźcie się z szerokim uzwiązkowieniem, dajcie ludziom stabilne miejsca pracy i godziwe zarobki, to nie będziecie mieli u siebie rewolucji”. Efektem dealu zawartego w uproszczeniu na linii politycy-biznes-związki zawodowe były społeczeństwa względnie egalitarne, z wysokim standardem usług publicznych i zabezpieczeń socjalnych, co sprawiło, że sowiecka „dywersja ideologiczna” trafiła na podatny grunt jedynie w warstwie obyczajowej. Wyobraźmy sobie jednak, że różne „Czerwone Brygady” czy inne „Frakcje Czerwonej Armii” sponsorowane przez KGB i GRU funkcjonowałyby w warunkach szeregu napięć społecznych o podłożu materialnym - przepis na komunistyczną rewoltę gotowy. Zresztą, wystarczy spojrzeć na kraje Ameryki Łacińskiej, gdzie podobnej „umowy społecznej” nie zawarto – popularność komunizmu w tamtym regionie świata nie wzięła się z niczego.

Nawet w najbardziej liberalnych Stanach Zjednoczonych w epoce Eisenhowera najwyższa stawka podatku dochodowego wynosiła 91-92 proc. od dochodów powyżej 400 tys. dolarów (oczywiście, trzeba wziąć poprawkę na wyższą wartość dolara w tamtych czasach). Również dysproporcje w zarobkach między prezesem/właścicielem firmy, a szeregowymi pracownikami były kilkukrotnie mniejsze niż obecnie, natomiast sytuacja, gdy „wierchuszka” zarabia 100-300 razy więcej niż średnie wynagrodzenie w gospodarce (a tak się dzieje dzisiaj w przypadku największych korporacji w Europie Zachodniej i USA) byłaby nie do pomyślenia. W Polsce też mamy już przedsiębiorstwa w których wynagrodzenie prezesów przebija 100-krotność średnich płac w firmie i nikt nie powie mi, że jest to normalne. Żaden człowiek, choćby na najwyższym stanowisku, nie pracuje sto razy wydajniej, nie jest sto razy mądrzejszy i nie ponosi stukrotnie większej odpowiedzialności od „zwykłego” pracownika, o czym świadczy chociażby historia ostatniego kryzysu finansowego.

Do stanu obecnego zaczęliśmy dochodzić gdzieś od lat 80-tych, kiedy to osłabł straszak chylącego się ku upadkowi ZSRR. Modelowe dla reszty świata stały się reformy Reagana czy Margaret Thatcher – rzecz w tym, że o ile w ówczesnej sytuacji miały swoje racjonalne uzasadnienie, to zapoczątkowały proces, który bardzo szybko wymknął się spod kontroli, a likwidowanie nadmiernego interwencjonizmu czy różnych przerostów socjalnych zmieniło się w latach 90-tych w klasyczne wylanie dziecka z kąpielą, na co dodatkowo nałożyła się globalizacja. Opisana „umowa społeczna” w krótkim czasie została kompletnie rozmontowana. Rządy zwyczajnie dały się zaszantażować globalnym koncernom, że jeśli nie obniży się im podatków i nie „uelastyczni” rynku pracy, to przeniosą się na drugi koniec świata. I nikt nie miał odwagi odpowiedzieć – a idźcie w cholerę, zwolnicie na rynku miejsce dla innych. W efekcie, globalny biznes i tak przenosi produkcję tam, gdzie mu wygodniej – ale już niemal nie płaci podatków, oferuje „śmieciowe” miejsca pracy i z generatora dobrobytu zmienił się w światowego pasożyta. I niczym pasożyta obchodzi go wyłącznie własny, partykularny interes – tak jak tasiemiec ma w nosie, że doprowadza do śmierci swojego żywiciela.

Skutek? Postępująca pauperyzacja społeczeństw, zanik klasy średniej, przerzucanie obciążeń podatkowych na mniej zamożne warstwy społeczeństwa, galopujące rozwarstwienie, rosnąca niepewność jutra - długo by wymieniać. I, jak świadczą odgłosy docierające z takich instytucji i gremiów jak MFW, Bank Światowy czy różne ekonomiczne szczyty w rodzaju Davos, możni tego świata zdają sobie z tego sprawę – tyle, że nic nie robią. Te zaniechania przekładają się na narastanie społecznych napięć, podatność na rozmaite „populizmy” i groźbę destabilizacji świata zachodniego. Dlatego niezbędny jest powrót do opisanej na wstępie „umowy społecznej” - bo to właśnie ona, a nie puszczony na żywioł rynek gwarantowała, że bogactwo realnie „ściekało w dół”, a „przypływ podnosił wszystkie łodzie”. Dziś dzieje się odwrotnie – bogactwo zasysane jest z dołu do góry, zaś „przypływ” podnosi jedynie największych, mniejsze łodzie zatapiając. I jeżeli tego nie powstrzymamy, wkrótce ockniemy się w globalnym, wstrząsanym krwawymi paroksyzmami bantustanie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Śmieciowy rynek pracownika


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 05 (31.01-06.02.2020)

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dekolonizacja Polski

Bez wszechstronnej dekolonizacji będziemy mogli tylko pomarzyć o jakimkolwiek realnym rozwoju.

I. Gospodarcza kolonia

Podstawowym wyzwaniem stojącym zarówno przed prezydentem Andrzejem Dudą, jak i przed spodziewanym nowym rządem tworzonym, bądź współtworzonym przez PiS, będzie dekolonizacja Polski - i to nie tylko na płaszczyźnie politycznej, ale również w sferze gospodarczej. O skali kolonialnego drenażu może świadczyć chociażby raport amerykańskiego watchdoga „Global Financial Integrity” pokazujący skalę nieopodatkowanych transferów finansowych ze 145 krajów za lata 2003-2012 („Illicit Financial Flows from Developing Countries: 2003-2012”). Wedle tych danych Polska znajduje się na 17 pozycji ze skumulowanym wypływem kapitału na poziomie 82,393 mld USD. Jest to absolutny rekord jeśli chodzi o kraje UE. Następna jest zajmująca 33 miejsce Bułgaria z łącznym „cumulative illicit outflows” w wysokości 25,354 mld USD. Można do powyższego dodać jeszcze np. raport Fundacji Republikańskiej z 2013 roku dotyczący płacenia podatku CIT przez sieci supermarketów w 2011 roku: Kaufland (6,4 mld zł przychodu) - zero CIT; Carrefour (przychód 7,9 mld) - 14 mln zł zwrotu; Tesco (11,9 mld przychodu) - brak danych nt. CIT; Lidl (7,6 mld przychodu) - 57,4 mln zł CIT; Biedronka (25,3 mld przychodu) - 241 mln zł CIT.

Kolejną patologią są tzw. „specjalne strefy ekonomiczne”. Działające w nich podmioty są traktowane preferencyjnie - podatki, opłaty lokalne itd., czego efektem jest zwiększenie ucisku fiskalnego wobec przedsiębiorstw, które nie miały szczęścia zakotwiczyć się w którejś ze „stref” oraz napędzanie zadłużania się państwa i samorządów – bo pieniądze na wydatki publiczne tak czy inaczej jakoś trzeba pozyskać. Dobrze obrazuje to prospekt „Investing in Poland 2014” - województwo warmińsko-mazurskie chwaliło się w nim: „Mamy największą stopę bezrobocia w Polsce i najniższe zarobki. Dzięki temu zapewniamy inwestorom bogate zasoby taniej siły roboczej”; dodając następnie: „dla województwa warmińsko-mazurskiego maksymalną wysokość pomocy przepisy ustalają na poziomie 50% kwalifikowanych kosztów nowej inwestycji lub 50% dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników”. Czyli nie tylko ulgi i zwolnienia, lecz również gotowy grosz przerzucający koszta „prywatnej” inwestycji na sferę publiczną. Później zresztą taki zadomowiony już „inwestor” może szantażować władze lokalne groźbą zamknięcia zakładu, żądając dalszych ulg – casus Michelina w Olsztynie.

II. Biali Murzyni

Idźmy dalej. Mamy oto osławiony „elastyczny rynek pracy”, skutkujący lawinowym wzrostem osób pracujących na śmieciówkach oraz zjawiska „working poor” - czyli „pracującej biedoty” - ludzi, których mimo pracy w pełnym wymiarze nie stać na zaspokojenie elementarnych potrzeb życiowych. Wg. raportu OECD „Employment Outlook 2014” Polska znajduje się na 26 pozycji jeśli chodzi o wysokość zarobków (na 32 ujęte w zestawieniu kraje), za to odsetek osób zatrudnionych na umowy czasowe plasuje nas na 2 miejscu (pierwsze jest Chile). Na temat „working poor” dostępne są jedynie dwa zestawienia, oba sprzed lat, zupełnie jakby nie chciano tykać tematu: badanie CBOS z 2008 roku mówi o 6,6% dorosłej populacji, zaś raport Komisji Europejskiej z 2010 – o 11%. Z tymi danymi harmonizują informacje Polskiego Forum HR, wedle których funkcjonuje w Polsce 5210 agencji zatrudnienia, zaś w 2015 wartość rynku pracy tymczasowej powinna wzrosnąć o 15%. Innymi słowy, agencje zatrudnienia – współczesne „wypożyczalnie niewolników” na użytek gospodarczych kolonizatorów Polski - przeżywają prawdziwy rozkwit.

Na marginesie – ostatnio zrobił się szum o fabrykę Jaguara, która ostatecznie powstanie na Słowacji. Słowacki rząd, prócz licznych przywilejów, dofinansuje inwestycję kwotą 360 mln euro, co zatwierdzić ma Komisja Europejska. Charakterystyczne – pomoc publiczną dla stoczni KE każe zwracać, a na pomoc publiczną dla fabryki Jaguara entuzjastycznie wyraża zgodę. Według Janusza Piechocińskiego firma Jaguar Land Rover prócz działki, infrastruktury itd. (wszystko na koszt państwa), żądała m.in. rynku pracy pozwalającego wybrać co 20 ofertę spośród ubiegających się chętnych. Czyli – tanich pracowników w obszarze dużego bezrobocia, co pozwalałoby na szantażowanie ich groźbą zwolnienia. Zwróćmy uwagę na paranoidalność sytuacji - dwa kraje prześcigają się w dogodzeniu międzynarodowemu koncernowi, co stawia tenże koncern w pozycji pana sytuacji, a rządy w roli rywalizujących o jego względy petentów. W zamian koncern proponuje śmieciową pracę w montowni dla iluś tam białych Murzynów na półniewolniczych warunkach - i w zasadzie nic poza tym, bo do budowy fabryki dołoży się państwo, zyski zostaną wytransferowane za granicę, zaś podatki - o ile Jaguar nie wydębił sobie zwolnień (a zapewne wydębił) - groszowe. Śmieciowe pensje lokalni „prole” i tak wydadzą w dyskontach należących do innego z kolei międzynarodowego giganta, może nawet jak Lidl i Kaufland kredytowanego dodatkowo przez Bank Światowy (to osobny kryminał – BŚ oraz EBOiR wsparły Grupę Schwarz w latach 2004-2013 kredytami na łączną kwotę ponad 1 mld USD na ekspansję w Europie Środkowo-Wschodniej, w tym w Polsce), który to gigant również wytransferuje zyski za granicę. Gdzie tu interes? Co ma z tego kraj - gospodarz takich „inwestycji”? Okrągłe zero – i to w najlepszym wypadku, bo sądzę, że gdyby wszystko rzetelnie podliczyć, to wyjdzie na nielichym minusie. To jest właśnie kolonializm o którym tu piszę. Zatem, nie płaczmy po Jaguarze.

III. W kieszeni banksterów

Skolonizowane państwo boi się wyciągać do „wielkich” rękę po należne mu podatki. Wg. raportu MFW sporządzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów (też ciekawe, że polskie ministerstwo nie było w stanie samodzielnie ogarnąć tematu), wydajność w zakresie poboru podatków spadła w latach 2008 – 2013 z 16 do 13,1 pkt. PKB. W zamian za to mamy najniższą kwotę wolną od podatku w Europie - poniżej minimum socjalnego, co sprawia, że część Polaków płaci państwu haracz od nędzy. Innym przejawem kolonialnego uzależnienia, jest galopujące zadłużanie państwa, sprawiające, iż Polska siedzi w kieszeni międzynarodowych spekulantów. Tu ciekawostka – koszt obsługi zadłużenia Skarbu Państwa niemal pokrywa się z wpływami z PIT. Dane za 2013 – wpływy z PIT to 42,9 mld zł, koszty obsługi zadłużenia – 42,7 mld zł. Ostatnio rząd Ewy Kopacz pożyczył od Banku Światowego 912,7 mln euro na kiełbasę wyborczą, zaś obecne tempo zadłużania Polski jest tak imponujące, że konstytucyjny próg 60% PKB możemy osiągnąć już pod koniec 2019 roku. Ale z czegoś pieniądze trzeba brać, jeśli kolonialny nie-rząd pozwala się ordynarnie rżnąć międzynarodowemu biznesowi chociażby na tzw. „cenach transferowych”, wedle których rozliczane są zakupy od zagranicznych podmiotów w ramach tej samej grupy kapitałowej, co pozwala nabijać koszty i unikać opodatkowania. W naszej skarbówce pracuje zaledwie ok. 100 specjalistów od problematyki cen transferowych. Nie dziwi więc, iż wg raportu „Paying Taxes 2013” Banku Światowego nasz system podatkowy zajmuje 114 pozycję spośród 183 państw, zaś wg OECD mamy najmniej efektywny system podatkowy spośród wszystkich członków organizacji. To jest klasyczna „mętna woda” w której mogą łowić ryby (czyli unikać opodatkowania) nasi kolonizatorzy.

No i wreszcie banki – teoretycznie krwiobieg gospodarki, faktycznie zaś – rak wysysający z niej siły witalne. Rekordowe zyski sektora, będącego głównie w zagranicznych rękach, pozostające w ostatnich latach na poziomie 15-16 mld zł., to nic innego jak kolonialna dywidenda pochodząca z toksycznych produktów spekulacyjnych, takich jak łże-kredyty frankowe, polisolokaty, czy jedne z najwyższych w Europie kosztów usług bankowych. Znamienna jest tu reakcja rozbezczelnionych banksterów na projekt ustawy regulującej sytuację frankowiczów. KNF, która miast być organem nadzoru, jest w istocie figurantem bankowego lobby, szybciutko „wyliczyła”, że banki „stracą” 22 mld zł. No więc – nie „stracą”, tylko nie zarobią tyle, ile sobie założyły, na drenowaniu kieszeni klientów. Uwolnione w ten sposób 22 mld tak czy inaczej trafią na rynek – ludzie wydadzą je na towary i usługi zamiast przynieść w zębach bankowi. Od tych 22 mld państwo zbierze chociażby VAT. Tymczasem Związek Banków Polskich już szantażuje nas „zamrożeniem” gospodarki poprzez „wstrzymanie akcji kredytowej” oraz wzywa na dywanik szefów klubów parlamentarnych i prezydenta Dudę. Czyli relacja kolonizator – niewolnik jak się masz. Trzeba przyznać, że dotychczasowe rządy, ze szczególnym uwzględnieniem tandemu PO-PSL, sprawiającego wręcz wrażenie banksterskiej ekspozytury, dołożyły wszelkich starań, by banki poczuły się właścicielami parceli między Odrą a Bugiem.

„Dla zagranicznych firm na Węgrzech era kolonizacji się skończyła” - oznajmił w 2013 roku Viktor Orban. Chciałoby się usłyszeć coś podobnego z ust naszych polityków – a potem zobaczyć konkretne czyny. Bez wszechstronnej dekolonizacji będziemy mogli bowiem tylko pomarzyć o jakimkolwiek realnym rozwoju.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Czy Polskę stać na biedę?

Bangladesz Europy

Niewolnicy Europy

Drenaż kolonialny

Te ubogie supermarkety

Nowoczesne niewolnictwo

Podatek od nędzy

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32 (19-25.08.2015)

piątek, 27 lutego 2015

TTIP – kolejna odsłona kolonizacji?

Czy nastąpi kolejna odsłona neokolonialnej eksploatacji naszej peryferyjnej gospodarki?

Od 2013 roku toczą się negocjacje w sprawie powołania Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji. Nowa struktura ekonomiczna mająca obejmować USA i Unię Europejską rodzi się nieśpiesznie, w ciszy gabinetów, zaś informacje wyciekające na zewnątrz są nader oszczędne. W Polsce temat zdaje się nie obchodzić ani polityków, ani mediów, a co za tym idzie, społeczeństwo żyje w błogiej nieświadomości co do przyszłości jaką im gotują dyskretni urzędnicy wraz z korporacyjnymi lobbystami.

Transatlantic Trade and Investment Partnership (TTIP) ma na celu utworzenie strefy wolnego handlu między UE oraz USA i jak zwykle przy tego typu inicjatywach jeżeli już coś się mówi, to w propagandowym tonie świetlanych wizji dobrobytu, nowego impulsu dla rozwoju gospodarek, miejsc pracy itd. - tak przynajmniej przedstawia to na swych stronach polskie Ministerstwo Gospodarki (np. 2,5 mln nowych miejsc pracy, 119 mld euro rocznie dla gospodarki UE, otwarcie się USA na małą i średnią przedsiębiorczość – zwłaszcza to ostatnie jest dobre: jak niby drobny przedsiębiorca z Polski ma inwestować w USA bez zniesienia reżimu wizowego, bo tej akurat kwestii planowane partnerstwo nie obejmuje?). Jako żywo przypomina to obietnice przed akcesją do UE, kiedy to miał spłynąć na nas złoty deszcz unijnych pieniędzy rozwiązujących wszystkie problemy. Dziś okazuje się, że według wyliczeń Bartłomieja Radziejewskiego tylko w 2013 roku wytransferowano z Polski blisko 82 mld zł, co daje 5% PKB, zaś w latach 2004-2013 transfer dochodów z inwestycji za granicę wyniósł łącznie 144 mld euro.

Podobnie z TTIP - jeśli nieco poskrobać, okazuje się, że ministerstwo opiera się wyłącznie na danych Komisji Europejskiej bez żadnych własnych analiz, zaś lista zastrzeżeń co do negocjowanego porozumienia jest całkiem pokaźna i poważna. Powstaje chociażby pytanie, kto i wedle jakich kryteriów ustalał optymistyczne prognozy. Druga sprawa: mowa jest o szacunkach w skali całej UE – jaki kawałek z tortu tych spodziewanych korzyści przypadnie Polsce? Kolejna rzecz – rozmowy w imieniu wszystkich krajów prowadzi KE, bowiem zgodnie z Traktatem Lizbońskim do niej właśnie należy kształtowanie polityki handlowej Unii. Kraje członkowskie mogą jedynie przedkładać Komisji swoje stanowisko w poszczególnych kwestiach – w jakim zakresie zostanie ono uwzględnione podczas procesu negocjacyjnego pozostaje zagadką. Pytanie retoryczne – jeśli stanowisko Polski i Niemiec w danej sprawie będzie rozbieżne, to co weźmie pod uwagę unijny komisarz ds. handlu?

Porozumienie obejmować ma trzy główne filary: zniesienie ograniczeń w dostępie do rynków, stopniową likwidację barier pozataryfowych i regulacyjnych oraz wytyczenie nowych obszarów współpracy od wspomnianych małych i średnich przedsiębiorstw do liberalizacji rynków surowcowych i energetycznych. I tu pojawiają się kolejne kontrowersje, bowiem oznaczać to może np. otwarcie się europejskiego rynku dla amerykańskiej żywności zawierającej GMO i wytwarzanej według niższych standardów. Można się domyślać, co to będzie oznaczało dla naszego rolnictwa. Inny przykład, to zagrożenie dla sektora chemicznego. Taka Grupa Azoty bazująca na drogim rosyjskim gazie może nie wytrzymać konkurencji z amerykańskimi producentami nawozów korzystającymi z tańszego surowca.

No i wreszcie mechanizm ISDS, czyli rozstrzyganie sporów na linii inwestor-państwo poprzez arbitraż z pominięciem krajowego sądownictwa. Tu paradoksalnie może być lepiej, bo postulaty negocjacyjne KE są bardziej rygorystyczne od aktualnie obowiązującej umowy Polska-USA z 1990 r. Jednak sama zasada funkcjonowania ISDS jest niepokojąca, oznacza bowiem w praktyce wyłączenie wielkich koncernów spod miejscowej jurysdykcji. Wedle tego mechanizmu, korporacja może pozwać przed prywatny arbitraż lokalne władze, jeśli te np. wprowadziły regulacje skutkujące zmniejszeniem zysków. W efekcie, rządy poszczególnych krajów mogą – nawet ze szkodą własną i obywateli - rezygnować z ustanawiania praw za które mogłyby zostać pozwane. Oznacza to w praktyce samowolę inwestorów i gospodarcze ubezwłasnowolnienie państw w kluczowych obszarach.

Oczywiście, poza kwestiami czysto handlowymi, mamy tu do czynienia z gospodarczą geopolityką. Stany Zjednoczone dążą do utworzenia bloku w opozycji chociażby do Chin i Rosji. Rosyjskie media już mówią o powstaniu „gospodarczego NATO”, obawiając się wypchnięcia z Europy. Z naszego punktu widzenia najistotniejsze są jednak konkretne ustalenia traktatu i praktyka ich stosowania. Jeśli porozumienie okaże się bramą dla poszerzenia ekspansji międzynarodowych koncernów, to warto mieć świadomość, że kraje takie jak Polska i reszta państw naszego regionu będą w nowym układzie stanowiły najsłabsze ogniwo gospodarczego łańcucha pokarmowego – dokładnie tak, jak dzieje się to już obecnie w ramach Unii Europejskiej. Innymi słowy, nastąpi kolejna odsłona neokolonialnej eksploatacji naszej peryferyjnej gospodarki.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w „Gazecie Finansowej” nr 8/2015.