Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prekariat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prekariat. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Rozkwit i upadek państwa dobrobytu

Rządy zwyczajnie dały się zaszantażować globalnym koncernom, że jeśli nie obniży się im podatków i nie „uelastyczni” rynku pracy, to przeniosą się na drugi koniec świata. I nikt nie miał odwagi odpowiedzieć – a idźcie w cholerę, zwolnicie na rynku miejsce dla innych.

W kontekście ubiegłotygodniowego felietonu („Śmieciowy rynek pracownika”) w którym zająłem się patologiami polskiego rynku pracy, chciałbym poruszyć temat nieco szerszy - rozkwit i upadek państwa dobrobytu. Co legło u podstaw powszechnego dobrobytu w krajach Zachodu? Odpowiedź jest prosta – praca. Tyle, że równie niezbędnym warunkiem społecznej zamożności jest w miarę powszechna partycypacja w owocach tejże pracy. I tu jedni postawią za wzór niemiecki powojenny ordoliberalizm, inni z kolei wskażą na socjalny model skandynawski. Ja jednak podkreśliłbym równie istotny aspekt polityczny. Otóż w powojennych dziesięcioleciach na kraje Zachodu skutecznie oddziaływał straszak komunizmu. Ów straszak wymusił zawarcie niepisanej „umowy społecznej”, którą można streścić następująco: „płaćcie wyższe podatki, pogódźcie się z szerokim uzwiązkowieniem, dajcie ludziom stabilne miejsca pracy i godziwe zarobki, to nie będziecie mieli u siebie rewolucji”. Efektem dealu zawartego w uproszczeniu na linii politycy-biznes-związki zawodowe były społeczeństwa względnie egalitarne, z wysokim standardem usług publicznych i zabezpieczeń socjalnych, co sprawiło, że sowiecka „dywersja ideologiczna” trafiła na podatny grunt jedynie w warstwie obyczajowej. Wyobraźmy sobie jednak, że różne „Czerwone Brygady” czy inne „Frakcje Czerwonej Armii” sponsorowane przez KGB i GRU funkcjonowałyby w warunkach szeregu napięć społecznych o podłożu materialnym - przepis na komunistyczną rewoltę gotowy. Zresztą, wystarczy spojrzeć na kraje Ameryki Łacińskiej, gdzie podobnej „umowy społecznej” nie zawarto – popularność komunizmu w tamtym regionie świata nie wzięła się z niczego.

Nawet w najbardziej liberalnych Stanach Zjednoczonych w epoce Eisenhowera najwyższa stawka podatku dochodowego wynosiła 91-92 proc. od dochodów powyżej 400 tys. dolarów (oczywiście, trzeba wziąć poprawkę na wyższą wartość dolara w tamtych czasach). Również dysproporcje w zarobkach między prezesem/właścicielem firmy, a szeregowymi pracownikami były kilkukrotnie mniejsze niż obecnie, natomiast sytuacja, gdy „wierchuszka” zarabia 100-300 razy więcej niż średnie wynagrodzenie w gospodarce (a tak się dzieje dzisiaj w przypadku największych korporacji w Europie Zachodniej i USA) byłaby nie do pomyślenia. W Polsce też mamy już przedsiębiorstwa w których wynagrodzenie prezesów przebija 100-krotność średnich płac w firmie i nikt nie powie mi, że jest to normalne. Żaden człowiek, choćby na najwyższym stanowisku, nie pracuje sto razy wydajniej, nie jest sto razy mądrzejszy i nie ponosi stukrotnie większej odpowiedzialności od „zwykłego” pracownika, o czym świadczy chociażby historia ostatniego kryzysu finansowego.

Do stanu obecnego zaczęliśmy dochodzić gdzieś od lat 80-tych, kiedy to osłabł straszak chylącego się ku upadkowi ZSRR. Modelowe dla reszty świata stały się reformy Reagana czy Margaret Thatcher – rzecz w tym, że o ile w ówczesnej sytuacji miały swoje racjonalne uzasadnienie, to zapoczątkowały proces, który bardzo szybko wymknął się spod kontroli, a likwidowanie nadmiernego interwencjonizmu czy różnych przerostów socjalnych zmieniło się w latach 90-tych w klasyczne wylanie dziecka z kąpielą, na co dodatkowo nałożyła się globalizacja. Opisana „umowa społeczna” w krótkim czasie została kompletnie rozmontowana. Rządy zwyczajnie dały się zaszantażować globalnym koncernom, że jeśli nie obniży się im podatków i nie „uelastyczni” rynku pracy, to przeniosą się na drugi koniec świata. I nikt nie miał odwagi odpowiedzieć – a idźcie w cholerę, zwolnicie na rynku miejsce dla innych. W efekcie, globalny biznes i tak przenosi produkcję tam, gdzie mu wygodniej – ale już niemal nie płaci podatków, oferuje „śmieciowe” miejsca pracy i z generatora dobrobytu zmienił się w światowego pasożyta. I niczym pasożyta obchodzi go wyłącznie własny, partykularny interes – tak jak tasiemiec ma w nosie, że doprowadza do śmierci swojego żywiciela.

Skutek? Postępująca pauperyzacja społeczeństw, zanik klasy średniej, przerzucanie obciążeń podatkowych na mniej zamożne warstwy społeczeństwa, galopujące rozwarstwienie, rosnąca niepewność jutra - długo by wymieniać. I, jak świadczą odgłosy docierające z takich instytucji i gremiów jak MFW, Bank Światowy czy różne ekonomiczne szczyty w rodzaju Davos, możni tego świata zdają sobie z tego sprawę – tyle, że nic nie robią. Te zaniechania przekładają się na narastanie społecznych napięć, podatność na rozmaite „populizmy” i groźbę destabilizacji świata zachodniego. Dlatego niezbędny jest powrót do opisanej na wstępie „umowy społecznej” - bo to właśnie ona, a nie puszczony na żywioł rynek gwarantowała, że bogactwo realnie „ściekało w dół”, a „przypływ podnosił wszystkie łodzie”. Dziś dzieje się odwrotnie – bogactwo zasysane jest z dołu do góry, zaś „przypływ” podnosi jedynie największych, mniejsze łodzie zatapiając. I jeżeli tego nie powstrzymamy, wkrótce ockniemy się w globalnym, wstrząsanym krwawymi paroksyzmami bantustanie.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Śmieciowy rynek pracownika


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 05 (31.01-06.02.2020)

Śmieciowy „rynek pracownika”

Osławiony „rynek pracownika”, tudzież „presja płacowa” są jedynie publicystycznymi sloganami - jak zresztą podejrzewam, sprytnie zasuflowanymi mediom przez organizacje pracodawców przyzwyczajonych do konkurowania niskimi kosztami pracy.

Pod koniec 2019 r. GUS opublikował najnowsze (tj. za 2018 r.) dane dotyczące rynku pracy – i tu nieprzyjemne zaskoczenie. W porównaniu z poprzednimi latami dość drastycznie wzrosła liczba osób pracujących wyłącznie na „śmieciówkach” - czyli na umowach cywilnoprawnych oraz samozatrudnieniu. O ile od 2013 r., kiedy to na śmieciówkach pracowało 16,1 proc. ogółu zatrudnionych, odsetek „uśmieciowienia” systematycznie spadał, o tyle w 2018 r. wskaźnik ten znów poszybował w kierunku niechlubnego rekordu z 2013, osiągając pułap 15,8 proc. Trzeba dodać, że w liczbach bezwzględnych ilość śmieciówek pozostawała w minionym okresie na zbliżonym poziomie (zmieniały się jedynie proporcje między umowami cywilnoprawnymi a samozatrudnieniem, na rzecz tego drugiego) – spadający odsetek był po prostu rezultatem ogólnego wzrostu zatrudnienia. Skoro zatem teraz mamy wzrost procentowy i to pomimo rekordowo niskiego bezrobocia, to oznacza, że skok jest naprawdę znaczący. Obecnie na umowach cywilnoprawnych pracuje 1,3 mln. osób, zaś na samozatrudnieniu kolejne 1,3 mln., co przekłada się na łączny wzrost o ok. 200 tys. Pozostajemy zatem w europejskiej czołówce „elastycznego rynku pracy” - w 2018 r. Eurostat podał, że zajmujemy pod tym względem drugie miejsce (po Hiszpanii) i patrząc na dane GUS można śmiało założyć, że nic się pod tym względem nie zmieniło. Wciąż jesteśmy jednym z najbardziej „sprekaryzowanych” społeczeństw w Europie.

Po raz kolejny więc mamy potwierdzenie tezy, którą co jakiś czas tu przypominam: osławiony „rynek pracownika”, tudzież „presja płacowa” są jedynie publicystycznymi sloganami - jak zresztą podejrzewam, sprytnie zasuflowanymi mediom przez organizacje pracodawców przyzwyczajonych do konkurowania niskimi kosztami pracy. Polska gospodarka nieodmiennie funkcjonuje na bazie taniej, tymczasowej siły roboczej, który to trend został jeszcze dodatkowo wzmocniony rzeszą gastarbeiterów z Ukrainy i krajów azjatyckich. Alarmistyczne doniesienia o rynku pracownika i rosnącej presji na wynagrodzenia mają na celu jedynie nakręcanie histerii spod znaku „za moment utracimy konkurencyjność i padnie gospodarka”, co służyć ma z kolei szantażowaniu rządzących, by niczego nie zmieniali w obecnym, antyrozwojowym modelu i zostawili wszystko po staremu. Tymczasem, jeżeli zjawisko „rynku pracownika” czy „presji płacowej” w ogóle występuje, to co najwyżej punktowo – w największych metropoliach, a i to jedynie w poszczególnych branżach. Przy czym warto dodać, że owo rzekome rozpanoszenie się pracowników polega często na tym, że nie chcą pracować za minimalną stawkę – jak niegdyś żalił się w wywiadzie dyrektor warszawskiej fabryki Wedla, któremu brakowało rąk do pracy przy taśmie produkcyjnej.

Słowem, patologia trwa w najgorsze, napędzając rozwarstwienie społeczne (tu też jesteśmy w europejskiej czołówce), konserwując „pułapkę średniego wzrostu”, wywołując permanentną niepewność jutra skutkującą chociażby odwlekaniem decyzji o założeniu rodziny i nikłą dzietnością, wypychając najbardziej rzutkich młodych ludzi na emigrację, wreszcie – przyczyniając się do przyszłej fali nędzy, gdy obecni „prekariusze” zaczną wchodzić w wiek emerytalny. Przykłady negatywnych konsekwencji tego stanu rzeczy - tak obecnych jak i nadchodzących - można by mnożyć. Jeżeli do powyższego dołożymy regresywny system podatkowy, sprawiający, że państwo de facto utrzymuje najuboższa część społeczeństwa (bo tych o niskich zarobkach jest najwięcej i działa tu efekt skali), to otrzymamy obrazek bliższy jakiemuś bantustanowi, a nie rozwiniętemu państwu w środku Europy.

Czy można temu zaradzić? Można, i to dość prosto. Przede wszystkim, należy zrównać obciążenia składkowo-podatkowe wszystkich form zatrudnienia, z „samozatrudnieniem” włącznie. Tym samym zniknie podstawowy bodziec powodujący z jednej strony „optymalizację” podatkową u najlepiej zarabiających (słynni „prezesi na śmieciówkach”), a z drugiej – wypychanie na samozatrudnienie pracowników o najsłabszej pozycji rynkowej. Przy czym, jeżeli specyfika branży wymaga czasowych form zatrudnienia – proszę bardzo, ale z tymi samymi świadczeniami, co na etacie. Po drugie – dofinansować i zwiększyć uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy, tak by kary przez nią wymierzane były naprawdę dotkliwe, a po stwierdzeniu, że pracownik na umowie cywilnoprawnej w istocie pozostaje w normalnym stosunku pracy (pracuje pod kierunkiem zwierzchnika, w siedzibie firmy, ma określony zakres obowiązków, godziny pracy itd.) - inspektor mógł w trybie administracyjnym zmienić jego formę zatrudnienia na umowę o pracę.

Że co? Że to zabije konkurencyjność i runie gospodarka? Słyszeliśmy tę śpiewkę już nie raz – gdy wprowadzano minimalną stawkę godzinową, przy okazji 500+ (bo ludzie nie będą chcieli pracować), gdy likwidowano niedziele handlowe, ozusowywano umowy-zlecenia... Jakoś państwo od tego nie padło – i nie padnie również, gdy na rynku pracy zostaną wprowadzone elementarne, cywilizowane standardy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 04 (24-30.01.2020)

czwartek, 26 września 2019

Koniec „Bangladeszu Europy”

Polski zwyczajnie nie stać na biedę. Trzydzieści lat byliśmy Bangladeszem Europy. Najwyższa pora z tym skończyć.

I. Płacowa rewolucja

Ogłoszona podczas niedawnej konwencji wyborczej PiS zapowiedź radykalnego podniesienia w najbliższych latach płacy minimalnej wywołała prawdziwą burzę. Nic dziwnego – jeżeli propozycje faktycznie wejdą w życie, sporą część Polaków czeka bezprecedensowy wzrost zarobków. Przypomnijmy, że obecnie płaca minimalna wynosi 2250 zł. brutto, natomiast od przyszłego roku ma to być 2600 zł. brutto, by na koniec 2020 r. osiągnąć pułap 3000 zł. brutto, zaś do końca 2023 r. - już 4000 zł. brutto. Czegoś takiego jeszcze nie przerabialiśmy, toteż w mediach wciąż tkwiących mentalnie w balcerowiczowskim, neoliberalnym paradygmacie, zaroiło się z miejsca od prognoz wieszczących upadek konkurencyjności polskiej gospodarki, falę bankructw przedsiębiorstw oraz skokowy wzrost inflacji i bezrobocia. Podobne apokaliptyczne tony towarzyszyły wprowadzaniu programu „500+” - Polski rzekomo nie było na to stać (w myśl „doktryny Rostowskiego” - „piniędzy nie ma i nie będzie”), dług publiczny miał poszybować pod niebiosa, państwo w przeciągu kilku lat miało zbankrutować i podzielić los Grecji, a może nawet Wenezueli. Dodatkowym efektem miało być finansowanie „patologii”, która owe, jak to mawiano z pogardą, „pińćset” przepije, oraz masowe porzucanie pracy – przy czym nikt nie zadał sobie pytania, w jakich warunkach zmuszeni byli dotąd egzystować Polacy, skoro pięćset czy tysiąc złotych więcej miesięcznie robiłoby aż taką różnicę.

Krótko mówiąc, stara śpiewka biznesowego establishmentu, przyzwyczajonego do konkurowania niskimi kosztami pracy, czemu w 2015 r. dała wyraz Henryka Bochniarz z „Lewiatana” twardo zapowiadając w wywiadzie dla „Wyborczej”, że „etatów nie będzie”. Wedle tej wizji, Polska miała być krajem „elastycznego rynku pracy”, co w praktyce oznaczało niskopłatne „śmieciówki” i funkcjonowanie w warunkach permanentnej niepewności zatrudnienia. Społeczne skutki przyjęcia takiego modelu przerobiliśmy na własnej skórze: to m.in. problemy z kredytem na mieszkanie i w związku z tym odwlekanie decyzji o założeniu rodziny i posiadaniu dzieci, fala emigracji zarobkowej w poszukiwaniu godniejszych warunków życia czy narastanie zjawiska „working poor” („pracującej biedoty”) - czyli ludzi, których mimo podjęcia pracy w pełnym wymiarze nie stać było na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Uczenie nazywa się to prekaryzacją – prekariat, to inaczej osoby żyjące w warunkach wiecznej niestabilności bytowej i zawodowej.

Program „500+” był pierwszym, znaczącym wyłomem w tym antyrozwojowym schemacie. Nagle okazało się, że dzięki uszczelnieniu ściągalności podatków Polskę nie tylko na to stać, ale w efekcie do realnej gospodarki trafiło więcej pieniędzy, napędzając dzięki większej konsumpcji wzrost gospodarczy i tym samym wpływy podatkowe do państwowej kasy, czego skutkiem były rekordowo niskie deficyty, a w przyszłym roku być może uda się osiągnąć po raz pierwszy od 1989 r. równowagę budżetową. Śmiem twierdzić, że podobne efekty przyniesie program podwyższenia płacy minimalnej. Co więcej – ów zwiększony popyt wewnętrzny może dla gospodarki stanowić swoistą poduszkę bezpieczeństwa w przypadku osłabienia światowej koniunktury.


II. Wyższe płace są konieczne

By odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego PiS zdecydował się na tak rewolucyjny krok w kwestii wzrostu wynagrodzeń, warto przyjrzeć się sytuacji, jaka panowała u nas pod tym względem do tej pory. Otóż dotąd Polacy zarabiali (i często wciąż zarabiają) obelżywie mało – i to nie tylko na tle Europy Zachodniej, ale również wielu krajów naszego regionu. Pewnym impulsem stwarzającym presję na wzrost wynagrodzeń stał się program „500+”, dość skutecznie jednak zneutralizowany masowym napływem pracowników z Ukrainy i Azji. Popularne w narracji organizacji przedsiębiorców i liberalnych mediów hasło o „rynku pracownika” jest (może poza największymi miastami) propagandowym mitem. Udział płac w PKB, mimo że ostatnio zaczął nieznacznie rosnąć, wciąż sytuuje nas w ogonie Europy – wynosi on w Polsce 48 proc. (przy unijnej średniej 55,4 proc.), co daje nam piąte miejsce od końca. Jeszcze wyraźniej widać to, gdy spojrzymy na godzinowe koszty pracy. W Polsce godzinowy koszt pracy to 10,1 euro przy unijnej średniej 27,4 euro/godz. - za nami są jedynie Bułgaria, Rumunia, Litwa, Węgry i Łotwa. Kolejny mit, to rzekomo przytłaczające narzuty na pracę (podatki i składki na ubezpieczenia społeczne) – tzw. koszty pozapłacowe to u nas przeciętnie 18,4 proc. - 1,86 euro/godz. (unijna średnia to 23,7 proc., czyli 6,5 euro/godz.). Również dynamika wzrostu płac nie powala na kolana – między 2017 a 2018 r. płace wzrosły w Polsce o 6,8 proc., co wypada blado na tle wielu naszych regionalnych sąsiadów (przykładowo, w Czechach odnotowano wzrost o 11,2 proc., na Liwie – 10,4 proc., w Rumunii – 11,2 proc., na Łotwie – 12,9 proc.).

Pod jednym względem jednak królujemy – to różnice zarobków i związane z tym rozwarstwienie społeczne. Osławioną „średnią krajową” (ponad 5000 zł. brutto) mało kto ogląda na oczy. Dwie trzecie pracowników zarabia poniżej tej kwoty, zaś dominanta (czyli najczęściej wypłacane wynagrodzenie) to... odpowiednik płacy minimalnej. Wniosek? Mityczną „średnią” pompuje stosunkowo wąska grupa najlepiej zarabiających. Za płacę minimalną haruje aż 13,7 proc. Polaków i jest to najwyższy odsetek w Europie, co niedawno raczył przyznać nawet ultraopozycyjny portal „OKO.press” powołując się na raport „Minimum wages in 2019: annual review” autorstwa Eurofund – Europejskiej Fundacji na Rzecz Poprawy Warunków Życia i Pracy. Co więcej, przez zdecydowaną większość okresu transformacji wzrost wynagrodzeń w Polsce nie nadążał za wzrostem produktywności, co rodzi pytanie: kto przez te lata „konsumował” ową nadwyżkę?


III. Zerwać z „Bangladeszem Europy”!

Proszę wybaczyć ów wywód okraszony cyferkami, ale jest on niezbędny, byśmy uświadomili sobie miejsce, w którym się znajdujemy. Otóż z przytoczonych danych wyłania się obraz charakterystyczny dla krajów Trzeciego Świata: wąska, bogata elita i spauperyzowana większość społeczeństwa. Taka jest cena za przyjęty (czy też raczej, narzucony nam po 1989 r.) model „rozwojowy” gospodarki „półperyferyjnej”, czyli opartej na podwykonawstwie, w swej istocie neokolonialnej. Jej konsekwencją jest tzw. „pułapka średniego rozwoju”, powodująca, że nasz kraj pozostaje na wiecznym „dorobku” bez szans na dogonienie państw zaawansowanych. Polska gospodarka została wepchnięta w ślepy zaułek konkurowania tanią siłą roboczą – i jak pokazuje historia ostatnich 30 lat, bez odgórnego, państwowego impulsu nie będziemy mieli szans na wyrwanie się z tego marazmu. Takim impulsem musi być zwiększenie zamożności Polaków. Pierwszym krokiem był program „500+” ograniczający obszary nędzy. Krokiem kolejnym powinien być znaczący wzrost wynagrodzeń.

Wskutek niskich płac utraciliśmy ponad 2 mln. obywateli w wieku produkcyjnym, wypchniętych na emigrację. To efekt porównywalny jedynie ze stratami ludzkimi poniesionymi w wyniku przegranej wojny. Należy radykalnie zerwać z epoką postkolonializmu i konkurowaniem tanią siłą roboczą, bo płacimy za to coraz wyższą cenę. Już teraz pojawiła się rosnąca grupa bieda-emerytów z głodowymi świadczeniami, bo większa część ich aktywności zawodowej przypadła na okres panowania nisko płatnych „śmieciówek”. Jeśli nie powstrzymamy tej tendencji, czeka nas wkrótce porażająca fala nędzy. Tymczasem polskie elity gospodarcze zamknęły się mentalnie w latach 90-tych, utwierdzane w tym przez międzynarodowe gremia i grupy nacisku, które mają własny interes w utrzymaniu Polski w roli wiecznego petenta-podwykonawcy. Czas się przebudzić z tego letargu. Do tej pory Polska przegrywała wojnę. Wojnę ekonomiczną. Czas zacząć wygrywać. Wzrost płac jest tu niezbędnym bodźcem promodernizacyjnym, bez którego nie wkroczymy na nowe tory. Polski zwyczajnie nie stać na biedę. Trzydzieści lat byliśmy Bangladeszem Europy. Najwyższa pora z tym skończyć.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 38 (20-26.09.2019)

niedziela, 21 stycznia 2018

BDP, czyli dywidenda obywatelska

BDP w dzisiejszej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej przestaje być „mokrym snem lewaka”, a jego wprowadzenie już wkrótce stanie się koniecznością.

W świąteczno-noworocznej „Gazecie Finansowej” red. Jakub Woziński zamieścił interesujący felieton dotyczący tzw. Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP), który ja wolę nazywać „dywidendą obywatelską” (dlaczego właśnie tak – o tym za chwilę). Autor, przytaczając argumenty „za” (np. opinię Miltona Friedmana, kwestię „naoliwienia” systemu finansowego czy zagrożenia ze strony postępującej robotyzacji) pozycjonuje się jednak jako przeciwnik tej koncepcji. Pozwolę sobie przedstawić odmienną opinię – i to wcale nie z powodu robotów „kradnących pracę”, czy troski o „oliwienie” konsumpcji. Przyczyny mojego stanowiska są, odnoszę wrażenie, nieco głębsze.

Otóż uważam, że BDP w dzisiejszej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej przestaje być „mokrym snem lewaka”, a jego wprowadzenie już wkrótce stanie się po prostu koniecznością. To dlatego właśnie władze Finlandii i kanadyjskich prowincji Ontario i Quebec zdecydowały się na próbne eksperymenty w tej materii. Natomiast odrzucenie BDP w szwajcarskim referendum i różne obiekcje wynikają raczej z ugruntowanych schematów myślenia, każących instynktownie wzdragać się przed rozdawaniem pieniędzy „za nic”. Proszę zwrócić uwagę, że z podobnymi głosami mieliśmy do czynienia również w przypadku programu „500+”, stanowiącego właśnie coś w rodzaju fragmentarycznego dochodu podstawowego.

Dlaczego zatem wprowadzenie BDP uważam w jakiejś perspektywie czasowej za konieczne? Wynika to wprost z obecnych realiów, w których zacięły się szeroko rozumiane mechanizmy redystrybucyjne. Powszechnym trendem jest np. malejący udział płac w PKB, rosnąca przewaga kapitału nad pracą oraz wzrost rozwarstwienia społecznego, o czym alarmują nawet takie świątynie globalizacji, jak MFW czy Bank Światowy (inna sprawa, że niewiele z tym robią). Jeżeli w Polsce średnia krajowa wynosi 4346,76 zł brutto, a dominanta ponad dwukrotnie mniej - 2074,03 zł, przy czym górny decyl zarabia na godzinę 4,7 raza więcej niż decyl dolny (ewenement na skalę Europy) – to słowo „patologia” samo ciśnie się na usta. Okazuje się, że bogactwo bynajmniej nie „skapuje w dół”, tylko wręcz odwrotnie, zaś „przypływ nie podnosi wszystkich łodzi” - unosi te największe, mniejsze zaś idą na dno.

Konsekwencją powyższego jest postępująca pauperyzacja i zanik klasy średniej. Szczególnie dobrze widać to w Ameryce – niedawno opublikowano dane z których wynika, że odsetek rodzin z długami przewyższającymi oszczędności jest najwyższy od 1962 r., zaś mediana majątku przeciętnego amerykańskiego gospodarstwa domowego jest niższa niż w 1989 roku. Wzrost płac nie nadąża za kosztami życia – a warto zwrócić uwagę, że jeszcze w latach '60 na ogół jedynym dochodem były zarobki ojca rodziny, wystarczające na utrzymanie domu. Wynika to chociażby z pogarszającej się jakości współczesnych miejsc pracy – postępuje „uśmieciowienie”, a normalna umowa o pracę (niegdyś standard) dziś pomału staje się luksusem. Idąc dalej – wzrost wynagrodzeń (zwłaszcza biorąc pod uwagę inflację) nie nadąża za wzrostem produktywności, co prowokuje pytanie, kto konsumuje tę różnicę?

Tego typu wynaturzeniami rynek pracy (ten realny, widoczny choćby z perspektywy polskiej prowincji, a nie z okien wysokich gabinetów) jest wręcz przesycony. Doczekaliśmy się całej nowej warstwy społecznej – prekariatu - skazanej na wieczną niestabilność i tymczasowość. Rośnie rzesza ludzi pozbawionych różnych form społecznych ubezpieczeń (np. zdrowotnego, również tu, w Polsce), a na horyzoncie rysuje się widmo głodowych emerytur ludzi pracujących całe życie na „śmieciówkach”.

Generalnie, zoligarchizowany rynek wielkich, globalnych korporacji przestał się „samoregulować”, a stał się wampirem wysysającym siły witalne z całych społeczeństw i narodów. Zatem BDP pełniłby w tych warunkach funkcję redystrybutora tego, co wcześniej ukradziono ludziom (np. w postaci zaniżonych płac), rodzaju „dywidendy obywatelskiej” dla tych, którzy wypracowują PKB, nie partycypując dziś należycie w jego podziale. I tak właśnie na to należy moim zdaniem patrzeć - nie traktować BDP jako socjalistycznego „rozdawnictwa”, lecz właśnie jako dywidendę. Państwo jest przedsiębiorstwem w którym wszyscy pracujemy, a nawet więcej - jesteśmy jego współwłaścicielami, „akcjonariuszami”. A skoro przyczyniamy się jako pracownicy i konsumenci do wytwarzania jego dochodu (PKB), to należą się nam stosowne profity.

Na chwilę obecną jedynym racjonalnym kontrargumentem dla „dywidendy obywatelskiej” jest groźba bankructwa finansów publicznych. Jeżeli jednak uszczelnienie podatków pozwoliło sfinansować „500+”, to może i BDP nie jest wcale taką nierealną mrzonką? Zwłaszcza, gdyby wprowadzić BDP w miejsce dotychczasowych, rozproszonych świadczeń socjalnych, oszczędzając tym samym na kosztach ich obsługi? Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby poprzez skuteczne opodatkowanie zmusić niejako wielkie koncerny do bardziej sprawiedliwego podziału bogactwa. Skoro inne mechanizmy zawiodły, to trzeba właśnie tak.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dywidenda obywatelska

Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?

Rynek pracy, czy rynek nędzy?

Ubóstwo i nierówności – bomba zegarowa

Cena demokracji

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 03 (19-25.01.2018)

niedziela, 10 grudnia 2017

Cena demokracji

Za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Popularne powiedzenie gospodarczych liberałów głosi, że „nie ma darmowych obiadów” - i pełna zgoda, w życiu za wszystko trzeba płacić taką czy inną walutą. Problem zaczyna się w momencie, gdy powiedzenie to wykorzystywane jest w charakterze polemicznej kłonicy przeciw, najogólniej mówiąc, redystrybucji dóbr. Przecież nikt przytomny nie twierdzi, że państwowa służba zdrowia, edukacja, czy rozmaite świadczenia socjalne są „za darmo”. Wiadomo, że trzeba pokrywać je z podatków, a gdy tych nie wystarczy - z zadłużania państwa. Tego ostatniego należy oczywiście w miarę możliwości unikać – z szeregu przyczyn, począwszy od groźby bankructwa, poprzez etyczno-ekonomiczny aspekt obciążania długami kolejnych pokoleń, a skończywszy na kwestii suwerenności, której zagraża uzależnienie finansowe od globalnych spekulantów. Rzecz w tym, by obciążenia na szeroko rozumianą sferę publiczną rozłożyć w sprawiedliwy i efektywny sposób, nie dopuszczając do nawarstwienia się społecznych nierówności.

I w tym momencie przechodzimy do sedna niniejszego felietonu. Otóż twierdzenie, że „nie ma darmowych obiadów” dotyczy także społecznego spokoju i samej demokracji. Tak - za demokrację i komfort prowadzenia interesów w przewidywalnym otoczeniu też trzeba płacić. To tak oczywiste, że aż niewiarygodne, że trzeba to tłumaczyć – jednak owa prosta konstatacja nader często wolnorynkowcom umyka. Ceną społecznej stabilizacji są nie tylko bezpośrednie transfery socjalne, ale też np. stabilne formy zatrudnienia i pewność emerytur. Kiedy tego brakuje, wkrada się niepokój będący pożywką dla tzw. „populistów” - czyli mówiąc po ludzku, polityków wsłuchujących się w zbiorowe lęki i frustracje, by następnie wykorzystać je dla swoich celów. Rozumiano to dobrze na Zachodzie w czasach zimnej wojny, kiedy strach przez komunizmem i społeczną rewoltą zmusił tamtejsze elity (również biznesowe) do wprowadzenia „welfare state”. Gdy komunistyczne zagrożenie stopniowo mijało, wielki biznes coraz głośniej wołał „hulaj dusza” wchodząc w okres globalnej spekulacji, niczym nieograniczonej maksymalizacji zysku, prekaryzacji rynku pracy i absolutyzowania wolności gospodarczej w myśl demagogicznej maksymy, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie”.

Efekty znamy. „Przypływ” wcale nie podniósł „wszystkich łodzi”, tylko te największe, mniejsze zatapiając – drobny, rodzinny biznes na całym świecie jest w odwrocie, co przekłada się nie tylko na utratę samodzielnych źródeł utrzymania, lecz również odziera rzesze ludzi z poczucia własnej wartości. Rzekoma wolność doprowadziła do daleko posuniętej oligarchizacji światowej gospodarki. Realne płace stanęły w miejscu, czemu towarzyszy postępujący zanik klasy średniej – ostoi społecznego konsensusu gwarantującego porządek. W USA epoka Eisenhowera z 91 proc. podatkiem od dochodów przekraczających 400 tys. dol. jawi się niczym raj utracony. „Uśmieciowienie” rynku pracy doprowadziło do wytworzenia nowej warstwy społecznej – prekariatu, czyli rzesz ludzi wiecznie niepewnych jutra, często mimo podjęcia pracy kwalifikujących się do pomocy socjalnej („working poor”), co zresztą koncerny cynicznie wykorzystują, przerzucając część kosztów pracy na państwo (taki „Wall Mart” wręcz szkoli pracowników w efektywnym korzystaniu z opieki społecznej). Okazało się, że wbrew innemu sloganowi, bogactwo wcale nie „skapuje w dół”, tylko zatrzymuje się na górze.

Skutkiem powyższego jest rosnące rozwarstwienie i związany z tym gniew, poczucie przegranej i frustracja. To zaś tworzy naturalne podglebie dla różnych niebezpiecznych tendencji. Liberałowie dziwią się, skąd nagle „fala populizmu”, wygrana Trumpa czy popularność różnych radykałów. Ano właśnie stąd – sami na to zapracowaliście nieopanowaną żądzą zysku bez oglądania się na konsekwencje.

Dlatego tak pomstuję w kolejnych felietonach na „śmieciówki”, niskie płace, rozwarstwienie i piętnuję cwaniackie firmy „optymalizujące” zobowiązania podatkowe - słowem, na ten cały ekonomiczny bantustan. Z tych samych przyczyn chwalę program 500+ i uszczelnianie podatków. Dlatego też moim wrogiem numer jeden jest oligarchia pieniądza na czele z banksterskimi spekulantami, wysysająca niczym upiór soki życiowe z całych narodów – a także, chociażby globalne umowy handlowe.

Tu zastrzeżenie – powyższe poglądy zwykło się dezawuować oskarżeniami o socjalizm. Otóż nie, to nie żaden „socjalizm”, tylko społeczny konserwatyzm – stara, dobra chadecja z czasów, kiedy to pojęcie jeszcze cokolwiek znaczyło. Demokracja to inwestycja – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć. Tak więc, jeśli chcemy funkcjonować w demokratycznym państwie prawa, a nie w targanym niepokojami bantustanie, to zacznijmy od poparcia dla zatrudniania pracowników na normalną umowę o pracę, płacenia im godziwych pieniędzy nawet kosztem nieco niższego zysku i uczciwego odprowadzania podatków. Nie ma darmowych obiadów, a za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (08-14.12.2017)

piątek, 5 czerwca 2015

Bangladesz Europy

Jeżeli rocznie wyprowadza się z Polski średnio 5,312 mld USD, to oznacza, że owoce wzrostu gospodarczego są konsumowane poza granicami Polski.

Andrzej Duda, świeżo upieczony prezydent-elekt, zapowiedział m.in. dwa projekty legislacyjne – cofnięcie podwyższenia wieku emerytalnego oraz podniesienie kwoty wolnej od podatku. Tylko przyklasnąć. O kwocie wolnej pisałem już w tekście „Podatek od nędzy” w którym zwracałem uwagę, że obecnie mamy ją na najniższym poziomie w Europie, co sprawia, iż podatek dochodowy zmuszeni są płacić ludzie żyjący poniżej minimum socjalnego. Jeśli natomiast chodzi o wiek emerytalny, to jego podniesienie nie było żadną „reformą” jak to szumnie nazywała rządowa propaganda, lecz zwykłym odsunięciem w czasie nieuchronnego krachu systemu ubezpieczeń społecznych, podobnie jak doraźnym klajstrowaniem dziury w finansach publicznych i pozornym zbiciem długu publicznego był skok na pieniądze zgromadzone w OFE. Innymi słowy, zamiast generalnej naprawy niewydolnego mechanizmu dołożono trochę smaru w nadziei, że jeszcze przez jakiś czas maszynka się nie zatrze.

Zresztą, pomyślmy – jeśli ponad 2 mln Polaków jest na emigracji, a prognozy mówią, że do końca 2015 liczba ta może sięgnąć 3 mln (już teraz wg „Forbesa” za granicą znajduje się co dziesiąty pracujący Polak), zaś kolejne miliony pracują w Polsce na „śmieciówkach” - to kto ma płacić te składki? Przecież nie pracownicy budżetówki, bo ich składki i podatki sprowadzają się w istocie rzeczy do przekładania publicznych pieniędzy z jednej kieszeni do drugiej. Podobnie jest, o czym pisałem przed tygodniem, z posłaniem do szkół sześciolatków, by te wcześniej weszły na rynek pracy przy braku jakiejkolwiek kompleksowej wizji, co zrobić, by dzisiejsze sześciolatki faktycznie tę pracę w Polsce znalazły – i to z godziwą płacą, bo przecież od tego zależy wysokość składek emerytalnych gwarantujących funkcjonowanie „umowy międzypokoleniowej” na zasadzie której działają ubezpieczenia emerytalne (w skrócie - obecni pracownicy płacą na emerytury swoich rodziców i dziadków). Bez rozwiązania problemu braku dobrze płatnej pracy i odwrócenia obecnej zapaści demograficznej niczego się tu nie wymyśli.

No właśnie. Zmiany proponowane przez Andrzeja Dudę idą w dobrym kierunku, lecz to jeszcze zbyt mało. Od prezydenta, a także od rządu wyłonionego w jesiennych wyborach (po obecnym niczego się nie spodziewam) oczekiwałbym podniesienia płacy minimalnej, a także stawek godzinowych – tego przekleństwa napędzającego zjawisko nie raz tu wspominanej „pracującej biedoty” („working poor”) i szerzej – lawinowego wzrostu prekariatu, czyli ludzi z permanentnie nieustabilizowaną – i to nie z własnej winy - sytuacją życiową. Bez jakiegoś cywilizowanego uregulowania powyższych kwestii nie będzie rodzin, bo to zbyt drogi luksus, a bez rodzin – nie będzie dzieci, czyli przyszłych podatników. Finanse publiczne się zawalą pod ciężarem długów i innych zobowiązań, głodowe emerytury poskutkują falą nędzy i wywłaszczeń, aż w końcu ostatni zgasi światło. Nie przesadzam – jeśli nic się nie zmieni, opisana apokalipsa czeka nas w perspektywie kilkudziesięciu lat.

Tymczasem obecnie udział płac w PKB wg danych Komisji Europejskiej wynosi w Polsce 46% - niżej plasują się jedynie Litwa, Łotwa i Słowacja. Owszem, to ogólnoświatowy trend, lecz my bijemy tu niechlubne rekordy. Wzrost płac ewidentnie nie nadąża za wzrostem PKB i produktywności pracowników, co w połączeniu z długością czasu pracy (ostatnie dane Eurostatu mówią, że jest to średnio 42,5 godz. tygodniowo, dłużej pracują tylko Grecy) czyni nas Bangladeszem Europy. Często mówi się w kontekście podwyżek o utracie konkurencyjności. Cóż, bazowanie na niskich kosztach pracy jest tak czy inaczej rozwiązaniem na krótką metę. Poza tym, barierą dla biznesu nie są koszty pracy tylko blokady biurokratyczne i fatalne prawo podatkowe - i właśnie te blokady oraz złe prawo pracodawcy rekompensują sobie niskimi kosztami zatrudnienia. Analogicznie, dla pracownika niestabilne formy zatrudnienia i niskie płace są dokładnie tym samym, czym dla pracodawcy karuzela wciąż zmieniających się przepisów w ramach których funkcjonuje i wysokie podatki. To właśnie dlatego ludzie głosują nogami wyjeżdżając, bądź odkładają na „święty nigdy” tak kluczową zarówno z indywidualnego, jak i ogólnopaństwowego punktu widzenia inwestycję, jaką jest założenie rodziny.

No i wreszcie kwestia ostatnia – uszczelnienie transferów kapitałowych, bowiem to one w znacznej mierze powodują, że wzrost PKB pozostaje na papierze. Jeżeli rocznie wyprowadza się z Polski średnio 5,312 mld USD, to oznacza, że owoce wzrostu gospodarczego nie są konsumowane w Polsce, lecz poza jej granicami – owoce wypracowane tutaj i okupione m.in. niskimi kosztami pracy, poziomem życia obywateli oraz zagrożeniem ich przyszłości. Stanem idealnym byłby powrót do prawa Bowleya, wedle którego średnio 2/3 wypracowanych dochodów ma trafiać do pracowników, 1/3 zaś do pracodawców. Nawet jeśli te proporcje są w dzisiejszych realiach nieosiągalne, to przynajmniej należy do nich dążyć, nie zaś pogłębiać obecne patologie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Niewolnicy Europy”

„Podatek od nędzy”

„Czy Polskę stać na biedę”

„Syndrom odklejenia”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22-23 (29.05-11.06.2015)