Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek pracownika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rynek pracownika. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Śmieciowy „rynek pracownika”

Osławiony „rynek pracownika”, tudzież „presja płacowa” są jedynie publicystycznymi sloganami - jak zresztą podejrzewam, sprytnie zasuflowanymi mediom przez organizacje pracodawców przyzwyczajonych do konkurowania niskimi kosztami pracy.

Pod koniec 2019 r. GUS opublikował najnowsze (tj. za 2018 r.) dane dotyczące rynku pracy – i tu nieprzyjemne zaskoczenie. W porównaniu z poprzednimi latami dość drastycznie wzrosła liczba osób pracujących wyłącznie na „śmieciówkach” - czyli na umowach cywilnoprawnych oraz samozatrudnieniu. O ile od 2013 r., kiedy to na śmieciówkach pracowało 16,1 proc. ogółu zatrudnionych, odsetek „uśmieciowienia” systematycznie spadał, o tyle w 2018 r. wskaźnik ten znów poszybował w kierunku niechlubnego rekordu z 2013, osiągając pułap 15,8 proc. Trzeba dodać, że w liczbach bezwzględnych ilość śmieciówek pozostawała w minionym okresie na zbliżonym poziomie (zmieniały się jedynie proporcje między umowami cywilnoprawnymi a samozatrudnieniem, na rzecz tego drugiego) – spadający odsetek był po prostu rezultatem ogólnego wzrostu zatrudnienia. Skoro zatem teraz mamy wzrost procentowy i to pomimo rekordowo niskiego bezrobocia, to oznacza, że skok jest naprawdę znaczący. Obecnie na umowach cywilnoprawnych pracuje 1,3 mln. osób, zaś na samozatrudnieniu kolejne 1,3 mln., co przekłada się na łączny wzrost o ok. 200 tys. Pozostajemy zatem w europejskiej czołówce „elastycznego rynku pracy” - w 2018 r. Eurostat podał, że zajmujemy pod tym względem drugie miejsce (po Hiszpanii) i patrząc na dane GUS można śmiało założyć, że nic się pod tym względem nie zmieniło. Wciąż jesteśmy jednym z najbardziej „sprekaryzowanych” społeczeństw w Europie.

Po raz kolejny więc mamy potwierdzenie tezy, którą co jakiś czas tu przypominam: osławiony „rynek pracownika”, tudzież „presja płacowa” są jedynie publicystycznymi sloganami - jak zresztą podejrzewam, sprytnie zasuflowanymi mediom przez organizacje pracodawców przyzwyczajonych do konkurowania niskimi kosztami pracy. Polska gospodarka nieodmiennie funkcjonuje na bazie taniej, tymczasowej siły roboczej, który to trend został jeszcze dodatkowo wzmocniony rzeszą gastarbeiterów z Ukrainy i krajów azjatyckich. Alarmistyczne doniesienia o rynku pracownika i rosnącej presji na wynagrodzenia mają na celu jedynie nakręcanie histerii spod znaku „za moment utracimy konkurencyjność i padnie gospodarka”, co służyć ma z kolei szantażowaniu rządzących, by niczego nie zmieniali w obecnym, antyrozwojowym modelu i zostawili wszystko po staremu. Tymczasem, jeżeli zjawisko „rynku pracownika” czy „presji płacowej” w ogóle występuje, to co najwyżej punktowo – w największych metropoliach, a i to jedynie w poszczególnych branżach. Przy czym warto dodać, że owo rzekome rozpanoszenie się pracowników polega często na tym, że nie chcą pracować za minimalną stawkę – jak niegdyś żalił się w wywiadzie dyrektor warszawskiej fabryki Wedla, któremu brakowało rąk do pracy przy taśmie produkcyjnej.

Słowem, patologia trwa w najgorsze, napędzając rozwarstwienie społeczne (tu też jesteśmy w europejskiej czołówce), konserwując „pułapkę średniego wzrostu”, wywołując permanentną niepewność jutra skutkującą chociażby odwlekaniem decyzji o założeniu rodziny i nikłą dzietnością, wypychając najbardziej rzutkich młodych ludzi na emigrację, wreszcie – przyczyniając się do przyszłej fali nędzy, gdy obecni „prekariusze” zaczną wchodzić w wiek emerytalny. Przykłady negatywnych konsekwencji tego stanu rzeczy - tak obecnych jak i nadchodzących - można by mnożyć. Jeżeli do powyższego dołożymy regresywny system podatkowy, sprawiający, że państwo de facto utrzymuje najuboższa część społeczeństwa (bo tych o niskich zarobkach jest najwięcej i działa tu efekt skali), to otrzymamy obrazek bliższy jakiemuś bantustanowi, a nie rozwiniętemu państwu w środku Europy.

Czy można temu zaradzić? Można, i to dość prosto. Przede wszystkim, należy zrównać obciążenia składkowo-podatkowe wszystkich form zatrudnienia, z „samozatrudnieniem” włącznie. Tym samym zniknie podstawowy bodziec powodujący z jednej strony „optymalizację” podatkową u najlepiej zarabiających (słynni „prezesi na śmieciówkach”), a z drugiej – wypychanie na samozatrudnienie pracowników o najsłabszej pozycji rynkowej. Przy czym, jeżeli specyfika branży wymaga czasowych form zatrudnienia – proszę bardzo, ale z tymi samymi świadczeniami, co na etacie. Po drugie – dofinansować i zwiększyć uprawnienia Państwowej Inspekcji Pracy, tak by kary przez nią wymierzane były naprawdę dotkliwe, a po stwierdzeniu, że pracownik na umowie cywilnoprawnej w istocie pozostaje w normalnym stosunku pracy (pracuje pod kierunkiem zwierzchnika, w siedzibie firmy, ma określony zakres obowiązków, godziny pracy itd.) - inspektor mógł w trybie administracyjnym zmienić jego formę zatrudnienia na umowę o pracę.

Że co? Że to zabije konkurencyjność i runie gospodarka? Słyszeliśmy tę śpiewkę już nie raz – gdy wprowadzano minimalną stawkę godzinową, przy okazji 500+ (bo ludzie nie będą chcieli pracować), gdy likwidowano niedziele handlowe, ozusowywano umowy-zlecenia... Jakoś państwo od tego nie padło – i nie padnie również, gdy na rynku pracy zostaną wprowadzone elementarne, cywilizowane standardy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 04 (24-30.01.2020)

piątek, 11 października 2019

Czeski „rynek pracownika” – jak to zrobili nad Wełtawą?

Czesi po zlikwidowaniu bezrobocia postawili na wzrost wynagrodzeń - ustawowe podwyżki płacy minimalnej i wykorzystanie efektu „presji płacowej”. W kontekście paniki, jaka wybuchła po zapowiedzi radykalnego podniesienia płacy minimalnej, warto spojrzeć, jak sytuacja na rynku pracy wygląda za naszą południową granicą. Zerknąłem sobie mianowicie na tegoroczny raport Ośrodka Studiów Wschodnich pt. „Kraj bez bezrobocia. Specyfika czeskiego rynku pracy” autorstwa Krzysztofa Dębca. Z jednej strony mamy tam zarysowane pewne podobieństwa z sytuacją w Polsce, z drugiej jednak – występują dość istotne różnice. Bezrobocie w Czechach wynosi zaledwie 2,2 proc. (dane za maj 2019, dla porównania w Polsce odnotowano wtedy 3,8 proc.), co sytuuje je na czele nie tylko Unii Europejskiej, lecz również całego OECD. Co do tego doprowadziło? Do pewnego momentu Czesi podążali drogą charakterystyczną dla naszego regionu – „kraju-podwykonawcy”, opierającego swą gospodarkę na zagranicznych inwestycjach, głównie montowniach, bazujących na taniej sile roboczej i wytwarzających produkty o niskiej wartości dodanej. Efekty tego są widoczne w postaci dużego uzależnienia tamtejszej gospodarki od przemysłu motoryzacyjnego, głównie niemieckiego, oraz generalnie od niemieckiego kapitału i koniunktury gospodarczej u zachodniego sąsiada. Do państw UE trafia 85 proc. czeskiego eksportu, w tym same Niemcy odpowiadają za 1/3 eksportu i 1/4 importu, natomiast do podmiotów zagranicznych należy 40 proc. kapitału zakładowego czeskich spółek.

Ta metoda zwalczania bezrobocia polegająca na przyciąganiu inwestycji systemem ulg połączonych z niskimi kosztami pracy w znacznej mierze się sprawdziła, jednak Czesi w odróżnieniu od nas w porę zauważyli, iż na dłuższą metę jest to ślepa uliczka, prowadząca do „pułapki średniego rozwoju” i nade wszystko, po osiągnięciu pewnego pułapu, blokująca dalszy wzrost poziomu życia obywateli. Powyższe skutkuje również zbytnim uzależnieniem od eksportu, nie równoważonym znaczącym wzrostem konsumpcji wewnętrznej. Inny negatywny efekt, to traktowanie Czech jako gospodarczej kolonii służącej do wyprowadzania zysków – wymuszone przepisami UE zniesienie opodatkowania dywidend transferowanych do zagranicznych spółek-matek sprawiło, iż po 2005 r. wysokość owych transferów przekroczyła wartość zagranicznych inwestycji i reinwestycji, a w latach 2016 i 2017 wartość dywidend wypłacanych za granicę wyniosła 5,3 – 6,1 proc. PKB. Jak zauważają tamtejsi ekonomiści, taki odpływ pieniędzy „naraża gospodarkę na wstrząsy i ogranicza możliwości przełożenia wyników wzrostu PKB na poprawę standardu życia mieszkańców”.

Jakie środki zaradcze podjęli Czesi? Po zlikwidowaniu bezrobocia postawili na wzrost wynagrodzeń. Pierwszy filar, to znaczące, ustawowe podwyżki płacy minimalnej. Filar drugi natomiast, to wykorzystanie efektu „presji płacowej”. Istotna uwaga – pod naciskiem społecznym oraz związków zawodowych (z raportu wynika, iż związki mają w Czechach znacznie więcej do powiedzenia, niż u nas) rządzący nie zdecydowali się na masowe sprowadzanie pracowników spoza Europejskiego Obszaru Gospodarczego, na co nalegali pracodawcy. I tu ciekawostka – niedobór rąk do pracy w pewnej mierze kompensowany jest napływem pracowników z Unii Europejskiej. Są to Słowacy, po nich Polacy, których pracuje obecnie w Czechach ok. 45 tys., ale też coraz liczniejsi przybysze z południa Europy – Hiszpanie, Grecy, Portugalczycy, Włosi... Stosunkowo niewielu jest za to Ukraińców.

Zwróćmy uwagę, że jest to postępowanie skrajnie odmienne od naszego. My, pod naciskiem lobby biznesowego poszliśmy w masowe sprowadzanie gastarbeiterów – i to nie tylko z Ukrainy, lecz również z krajów azjatyckich, co w dużej mierze zniweczyło efekt presji płacowej – między 2017 a 2018 r. płace wzrosły w Polsce o 6,8 proc., natomiast w Czechach o 11,2 proc. Innymi słowy, o ile w Polsce „rynek pracownika” jest raczej publicystycznym hasłem, o tyle w Czechach stał się on faktem. Pracownicy przyjeżdżający do Czech z krajów UE są przyzwyczajeni do określonego poziomu płac, nie zaniżają więc wynagrodzeń. Tymczasem Polska stała się w ostatnich latach krajem masowej imigracji zarobkowej, bijąc pod tym względem światowe rekordy. W 2017 r. przybyło do Polski 1,1 mln imigrantów zarobkowych, co jest najwyższym wynikiem wśród wszystkich krajów OECD (przykładowo – USA to 700 tys. osób).

Czesi nie ukrywają, że zależy im na podniesieniu siły nabywczej obywateli i równaniu do Europy Zachodniej – nawet kosztem pewnego spowolnienia wzrostu PKB. Inaczej mówiąc, wzrost PKB nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem, które należy następnie wykorzystywać, dzieląc jego owoce. Opisane tu działania służyć mają również przestawieniu czeskiej gospodarki na nowe, bardziej nowoczesne tory, czemu sprzyjać ma polityka zachęt inwestycyjnych – w miejsce ulg dla „montowni” mają się pojawić preferencje dla inwestycji związanych z nowymi technologiami. My, wprowadzając program podwyżki płacy minimalnej do 4000 zł. brutto do końca 2023 r. zrobiliśmy pierwszy krok w podobnym kierunku. Pora na kolejne.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Koniec „Bangladeszu Europy”

Kaczyński sięga do „głębokich kieszeni”

Polacy dziadami Europy

Bangladesz Europy

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Koniec Bantustanu?

Koniec z BIT's? Nareszcie!

ISDS, czyli korpo-dyktat

Polska – kraj migracyjny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 40 (04-10.10.2019)

niedziela, 21 kwietnia 2019

Polacy dziadami Europy

Wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób?

Może staję się nieco monotematyczny, ale cóż począć, skoro w ostatnim czasie regularnie ukazują się analizy i dane, wobec których trudno przejść obojętnie? Mówiliśmy już tu sobie o regresywnym systemie podatkowym na podstawie raportu Instytutu Badań Strukturalnych pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”, tydzień temu przyjrzeliśmy się rozwarstwieniu dochodowemu opisanemu w analizie World Inequality Lab „Jak nierówna jest Europa?” - a dziś przyjdzie zająć się kosztami pracy, bowiem właśnie pojawiły się najświeższe dane Eurostatu na ten temat. Wynika z nich jednoznacznie, że wynagrodzenia w Polsce są po prostu dziadowskie – i to nie tylko na tle „starej Europy”, lecz również części krajów naszego regionu. Co więcej, wiele do życzenia pozostawia również dynamika wzrostu zarobków.

W 2018 r. koszt godziny pracy w Polsce wynosił przeciętnie zaledwie 10,1 euro przy europejskiej średniej 27,4 euro/godz. Koszty pozapłacowe to 18,4 proc. tej kwoty, co daje ok. 1,86 euro/godz. i na tle reszty Europy również nie należą do wysokich – unijna średnia kosztów pozapłacowych to bowiem 23,7 proc., czyli 6,5 euro/godz., co polecam uwadze organizacjom pracodawców narzekającym na „wysokie koszty” i „narzuty” na pracę. Za nami są jedynie Bułgaria (5,4 euro), Rumunia (6,9 euro), Litwa (9 euro), Węgry (9,2 euro) oraz Łotwa (9,3 euro). Wyprzedzają nas natomiast Chorwacja (10,9 euro), Słowacja (11,6 euro), Estonia (12,4 euro), Czechy (12,6 euro) i Słowenia (18,1 euro). Jeśli chodzi o dynamikę wzrostu płac rok do roku, również nie prezentujemy się najlepiej – w porównaniu z 2017 rokiem, w 2018 zarobki wzrosły o 6,8 proc. Dla porównania – w Czechach odnotowano wzrost o 11,2 proc. (a więc nasi południowi sąsiedzi nam uciekają), zaś spośród krajów, gdzie zarabia się jeszcze mniej niż w Polsce dwucyfrowy wzrost osiągnęły Litwa (10,4 proc.), Rumunia (11,2 proc.) i Łotwa (12,9 proc.) - oni z kolei nas doganiają.

Innymi słowy, wciąż tkwimy w pułapce średniego rozwoju – taka jest cena za pozostawanie „montownią Europy” i konkurowanie oparte na taniej sile roboczej. Od ładnych kilku lat mówi się, że taki model gospodarczy to na dłuższą metę ślepy zaułek, lecz jak widać póki co nie wyciągamy z tego praktycznych wniosków. Na domiar złego, pracodawcy strasząc zastojem gospodarki i „presją płacową” wylobbowali sobie otwarcie naszego rynku pracy na masowy napływ gastarbeiterów z Ukrainy i Azji (nad czym bardzo szybko przestano panować), a obecnie zgłaszają jeszcze dalej idące postulaty, nawet niespecjalnie ukrywając, że jedną z głównych motywacji jest zamrożenie płac. Jak widać – cel już teraz został w znacznej mierze osiągnięty. Warto w tym kontekście zerknąć na Czechy. Otóż tamtejszy rząd bardzo skrupulatnie limitował napływ pracowników spoza UE, otwarcie przy tym mówiąc, że ma to na celu podwyższenie zarobków czeskich pracowników. Podejście to okazało się skuteczne – i to do tego stopnia, że gdy Czesi od niedawna nieco uchylili furtkę (podkreślam – furtkę, a nie bramę, jak u nas) dla Ukraińców, to na naszych „Januszy biznesu” padł blady strach przed exodusem ukraińskiej siły roboczej zwabionej wyższymi wynagrodzeniami za południową granicą.

Tak wygląda osławiony „rynek pracownika” - jak zdarzyło mi się już pisać, w „rynek pracownika” uwierzę, gdy zobaczę twarde dane świadczące o dynamice wzrostu wynagrodzeń, udziale płac w PKB i malejącym rozwarstwieniu dochodów. A rezerwy są, bowiem przez większość okresu naszej sławetnej „transformacji” wzrost wynagrodzeń nie nadążał za wzrostem produktywności, do czego przyczyniało się dwucyfrowe bezrobocie i słynne „jak się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych” (obecnie w wersji: „na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców)” - o czym pisałem już półtora roku temu na bazie raportu Europejskiego Instytutu Związkowego pt. „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac”.

Na zakończenie podpowiedź, którą podrzucam rządzącym w kontekście regresywnego systemu podatkowego oraz trudności z efektywnym opodatkowaniem korporacji i kapitału (wpływy z CIT nie przekraczają u nas 2 proc. PKB). Otóż wyższe pensje, to również wyższe wpływy do budżetu z PIT, składek ZUS i podatków pośrednich (#MinisterFinansówLubiTo). Innymi słowy, wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób? Proponowane rozwiązanie ma także tę zaletę, że równocześnie podnosi poziom zamożności Polaków (zwłaszcza w grupie najmniej zarabiających) i dochody budżetowe – w przeciwieństwie do „500+”, które wprawdzie „tu i teraz” jest programem koniecznym, lecz obciąża budżet i stanowi zaledwie doraźny plasterek łagodzący biedę i nierówności. Na dłuższą metę niezbędny jest radykalny wzrost wynagrodzeń – a że 2/3 Polaków zarabia poniżej średniej krajowej przy dominancie ok. 2500 zł. brutto, to naprawdę jest tu wielkie pole do działania. Bez tego pozostaniemy na kolejne dziesięciolecia dziadami Europy.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16 (19-25.04.2019)

poniedziałek, 12 listopada 2018

Janusze biznesu

I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku.

Pod koniec października gruchnęła w rubrykach ekonomicznych hiobowa wieść: z początkiem przyszłego roku Niemcy mają zamiar otworzyć się na pracowników spoza Unii Europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy. Zapowiedź ta wywołała u polskich pracodawców ciarki na plecach, oznacza bowiem widmo gwałtownej utraty siły roboczej, skuszonej lepszymi warunkami oferowanymi za Odrą. Jak wynika z analiz firm Work Service i Personal Service (dane za „Rzeczpospolitą”), do Niemiec może wyjechać nawet 59 proc. pracujących w Polsce Ukraińców. Na dodatek już dziś przybyszów ze wschodu „podkupują” nam Czesi, Słowacy i Węgrzy, którzy również oferują im korzystniejsze warunki. Powyższe ma przełożyć się na „gigantyczną presję płacową”, spowolnienie wzrostu gospodarczego i spadek konkurencyjności polskich firm.

Można powiedzieć – sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Od lat mówi się, że rywalizowanie niskimi kosztami pracy to na dłuższą metę droga donikąd, wpędzająca nas w pułapkę średniego rozwoju. Owa pułapka zaś w praktyce skutkuje ubogim społeczeństwem – jeżeli mamy „konkurencyjną” gospodarkę, której głównym autem jest tani pracownik, to tenże nisko płatny pracownik przekłada się chociażby na biednego konsumenta i sfrustrowanego obywatela. Dobrze obrazuje to udział płac w PKB – wg danych Komisji Europejskiej nieodmiennie wleczemy się w ogonie Europy. Obecnie ze wskaźnikiem 48 proc. zajmujemy piąte miejsce od końca – na dodatek, patrząc od 1995 r. zanotowaliśmy niechlubny rekord: nasz udział płac w PKB spadł w tym okresie o 8,9 pkt. proc. Oznacza to m.in., że całymi latami wynagrodzenia nie nadążały za wzrostem produktywności. Ot, i cała tajemnica naszego wiekopomnego „sukcesu” pokazująca na czym budowaliśmy swoją konkurencyjność. Dopiero niedawno tendencja ta pomału zaczęła się zmieniać i wzrost płac nieznacznie przekroczył produktywność, co pracodawcom dało asumpt do narzekania na „presję płacową” i „rynek pracownika”. Otóż sprawa wygląda zgoła inaczej – polski pracownik dopiero zaczyna odrabiać straty z poprzednich lat, determinowanych „rynkiem pracodawcy” (czyli słynne – „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”).

Taki model anty-rozwoju ma swoje konsekwencje. Jedną z nich był masowy odpływ Polaków za granicę po otwarciu zachodnich rynków. Doraźnie skutkowało to jedynie złagodzeniem bezrobocia, ale już po kilku latach odbiło się bolesną czkawką – bo gdy minął najgorszy kryzys, nagle okazało się, że nie ma komu pracować. Wymuszono więc na rządzie ściągnięcie Ukraińców – m.in. po to, by utrzymać w ryzach wzrost wynagrodzeń (i zaczęła się gadka: „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców” - to był ów słynny „rynek pracownika”). Wszystko w ramach tego samego, patologicznego systemu. Jednocześnie odmawiano przyjęcia do wiadomości, że można zatrudniać ludzi na bardziej cywilizowanych warunkach – nie tylko jeśli chodzi o pensje (słynną średnią krajową mało kto ogląda na oczy, a dominanta wg GUS wciąż oscyluje na poziomie ok. 1600 „na rękę”), ale też ograniczyć plagę „śmieciówek” czy folwarczno-pańszczyźniane stosunki w firmach. Nie bez powodu Polacy pracujący za granicą jako jedną z przyczyn dla których nie palą się do powrotu podają, że prócz większych pieniędzy są w swoim obecnym miejscu pracy bardziej szanowani. Przy okazji okazało się, że rzekomo niewydajny Polak-nieudacznik z chwilą przekroczenia granicy stawał się cenionym i zaradnym pracownikiem, a nawet przedsiębiorcą. Cóż, jeżeli ktoś jest traktowany jak niewolnik, to pracuje jak niewolnik, proste. Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz – z cytowanych na wstępie wypowiedzi wynika, że nasi sąsiedzi z regionu pozostający na podobnej stopie rozwoju jakoś są w stanie „podkupić” Ukraińców lepszymi warunkami. U nas wszelka wzmianka o wzroście zarobków wywołuje z miejsca nerwowy dygot.

Przykład z życia. Mamy firmę średniej wielkości. Właściciel latami ignorował wszelkie prośby o podwyżki, aż w końcu pracownicy zaczęli składać wypowiedzenia. Szef rozejrzał się po rynku – i gdy zobaczył ile musiałby zapłacić nowym osobom, zbielało mu oko. Pieniądze na podwyżki nagle się znalazły, a firma jakoś nie zbankrutowała i nie utraciła konkurencyjności. Mimo to, ów Janusz biznesu nosi w sobie poczucie dojmującej krzywdy, co przejawia się od czasu do czasu złośliwym opóźnianiem wypłat (bo „mogą poczekać” - jak wrzasnął do księgowej, która z racji funkcji wiedziała, że pieniądze na wypłaty są). I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku. W tym kontekście nie dziwią niedawne wyniki badań firmy Randstad pokazujące, że polskie firmy nie są w stanie utrzymać pracowników i wciąż panuje w nich zbyt duża rotacja – nie tylko ze względu na płace, ale też np. brak inwestowania w rozwój pracownika. A teraz słychać płacz i zgrzytanie zębów, bo Niemcy zabiorą Ukraińców – niech zabierają, może wreszcie zrobi się normalniej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 44 (09-15.11.2018)

niedziela, 19 listopada 2017

Wyższe płace są konieczne

Idąc dalej dotychczasową ścieżką pozostaniemy krajem (i regionem) montowni – podwykonawców i dostawców, bez perspektyw rozwoju.

Na początek trzy obrazki z niewielkiego miasteczka na Mazowszu. Mamy oto położoną w specjalnej strefie ekonomicznej fabrykę będącą podwykonawcą międzynarodowego koncernu – potentata w branży słodyczy. Do niedawna zatrudniała głównie kobiety z okolicznych wiosek (oczywiście za pośrednictwem agencji pracy „tymczasowej”, na „śmieciówce” i z najniższą możliwą stawką), a zagraniczny menedżer zachwycał się w rozmowie z lokalnym przedsiębiorcą, że tańsi pracownicy są chyba tylko w Albanii. Do czasu – obecnie Polacy są marginesem obsady, zaś główną siłą roboczą jest ok. 300 Hindusów – bo nawet Ukraińcy są już „za drodzy” i nie chcą tyrać za oferowane grosze. W innej fabryce – cynkowni – zaczęto z kolei ściągać do pracy „siłę roboczą” z Nepalu. Polakom i Ukraińcom, biorąc pod uwagę proponowane wynagrodzenie, nie uśmiecha się praca w, mówiąc eufemistycznie, „trudnych warunkach” - a te trudne warunki to skrajne gorąco na hali produkcyjnej w połączeniu z toksycznymi oparami kwasów. Wreszcie mamy miejscowego biznesmena, który mentalnie zatrzymał się w latach 90-tych i nie wyobraża sobie innych form zatrudnienia ludzi, niż za niewielką pensję „na papierze” i resztę wypłacaną pod stołem. Ów „Janusz biznesu”, przyzwyczajony latami do folwarcznego modelu zarządzania, nie potrafi zrozumieć, jak pracownicy nagle mogą się domagać umów z pełnym oskładkowaniem i generalnie, warunków zatrudnienia zgodnych z Kodeksem Pracy. Uważa, że dzieje mu się krzywda.

Tak wygląda w praktyce słynny „rynek pracownika” o którym tyle słyszymy. I tak kończy się doprowadzone do ściany konkurowanie niskimi kosztami zatrudnienia – staliśmy się krajem migracyjnym. Powyższe rzuca też pewne światło na żale pracodawców o rzekomym „braku rąk do pracy”. Otóż ręce do pracy jak najbardziej są, bo oficjalne dane o bezrobociu nijak się mają do rzeczywistości (spora część bezrobotnych zwyczajnie nie rejestruje się w urzędach pracy i przez to „znikają z radaru” statystyk) – po prostu, po niemal 30 latach transformacji Polacy mają dość głodowych pensji, zapewne swoje zrobił też efekt „500+” i możliwości związane z emigracją. Powtórzę to, co kiedyś już tu pisałem – w „rynek pracownika” uwierzę, gdy zobaczę dane świadczące o wzroście udziału wynagrodzeń w PKB i malejącym rozwarstwieniu dochodów. Tymczasem pracodawcy przyzwyczajeni do rywalizacji kosztami pracy zwyczajnie nie wyobrażają sobie przejścia na bardziej cywilizowany model i wolą lobbować za sprowadzaniem pół-niewolników z coraz bardziej egzotycznych kierunków. A rządzący, sterroryzowani kasandrycznymi perspektywami zahamowania wzrostu gospodarczego, owemu szantażowi ulegają.

Teraz powróćmy do opracowania Beli Galgocziego „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac” wydanego przez Europejski Instytut Związkowy, którego omawianie zacząłem w poprzednim felietonie. Kraje naszego regionu, w tym Polska, mają „rezerwy” umożliwiające wzrost płac – chociażby dlatego, że wynagrodzenia całymi latami nie nadążały za wzrostem produktywności, a koszty pracy wciąż stanowią zaledwie ułamek tych znanych ze „starej” Unii. W efekcie, skorygowana o płace wydajność (zwłaszcza w sektorze produkcji) jest u nas znacznie wyższa niż w Europie Zachodniej.

Powie ktoś – wzrost płac poskutkuje odpływem inwestycji zagranicznych i bezrobociem. Niekoniecznie. Na przestrzeni minionych lat nasz region dopracował się bowiem całych „klastrów” w takich branżach jak chociażby motoryzacja (klaster obejmujący południową Polskę, Czechy, Słowację, Węgry i zachodnią Rumunię). Oznacza to sieć zależności - sprawdzeni dostawcy, przyuczeni i doświadczeni pracownicy, logistyka, nie mówiąc już o atrakcyjnym położeniu – bliskość Zachodu, dobra i wciąż poprawiająca się infrastruktura, brak granic. Taki „klaster” nie jest łatwo zdemontować z dnia na dzień i przenieść w inny region świata.

Najważniejsze jednak, że obecny model jest na dłuższą metę antyrozwojowy i skazuje nas na utrwalenie niekorzystnej pozycji w międzynarodowym podziale pracy. Idąc dalej dotychczasową ścieżką pozostaniemy krajem (i regionem) montowni – podwykonawców i dostawców, specjalizujących się w produkcji o niskiej wartości dodanej i bez perspektyw rozwoju. Kolejnym niekorzystnym aspektem jest zahamowanie popytu wewnętrznego – niskie płace, to niska konsumpcja. Wszystko razem zaś sprowadza się do petryfikowania „pułapki średniego rozwoju” w której nieustannie „gonimy króliczka”, czyli kraje rozwinięte, bez realnej możliwości ich dogonienia. Wzrost płac to także impuls modernizacyjny, którego dotąd nie mieliśmy, bo po co inwestować w unowocześnienie gospodarki, skoro zawsze można przebić konkurencję niskopłatnym Polakiem, a obecnie też i Hindusem, bądź Nepalczykiem? Dlatego należy skończyć z trendem polegającym na zbijaniu presji na wzrost wynagrodzeń poprzez masowy import pracowników z zagranicy. To droga donikąd. Ciekawe, co będzie następne – Bangladesz? Żyje tam ponad 160 mln. biedoty – to ci dopiero świetlane perspektywy!


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (17-23.11.2017)