Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pracownicy z Ukrainy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pracownicy z Ukrainy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 listopada 2018

Chcemy niewolników!

Drodzy pracodawcy, nie byłoby dzisiaj takich problemów z pracownikami, gdybyście szanowali tych, których mieliście.

Zrzeszający małe i średnie firmy Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) wystosował pod adresem rządu dziesięciostronicowe memorandum pt. „Realizacja czarnego scenariusza – czy Polska straci pracowników z Ukrainy na rzecz Niemiec”. Głównym powodem publikacji dokumentu jest planowane od początku przyszłego roku otwarcie się Niemiec na pracowników spoza Unii Europejskiej, co dla Polski oznacza przede wszystkim „podebranie” imigrantów zarobkowych z Ukrainy – o czym pisałem w tym miejscu przed tygodniem. Jak twierdzi ZPP, odpływ Ukraińców będzie skutkował dla naszej gospodarki prawdziwą apokalipsą – obniżeniem wzrostu PKB o 1,6 proc., co przełoży się na utratę 1/3 dynamiki wzrostu PKB w stosunku do 2017 r. i brak ok. 500 tys. rąk do pracy, a to wraz z obecnymi wakatami dałoby milionową lukę na rynku. W efekcie, nastąpić ma spowolnienie gospodarcze, wzrost cen wywołany podniesieniem kosztów robocizny i spadek dochodów budżetowych.

Spójrzmy teraz, czego konkretnie domagają się od rządu pracodawcy. Otóż postulują oni ni mniej ni więcej, tylko by rząd zajął się wypełnianiem dziurawego wiadra poprzez nieustanne dolewanie wody. Tylko tak bowiem można rozumieć żądanie, by maksymalnie uprościć procedury sprowadzania do Polski obcokrajowców. I nie chodzi tu bynajmniej o zatrudnienie sezonowe czy na określony czas, po upływie którego zagraniczny pracownik wracałby do domu. „Spójna polityka imigracyjna” w ujęciu ZPP ma być obliczona na przyznawanie przybyszom prawa stałego pobytu, a docelowo – obywatelstwa. To jest zresztą stała śpiewka ZPP. Szef organizacji, Cezary Kaźmierczak, od dawna lobbuje za sprowadzeniem w najbliższych latach minimum 5 mln. obcokrajowców. Jest to oczywiście podane w otoczce „odpowiedzialnej” polityki, z zagwarantowaniem przybyszom nauki języka, możliwości sprowadzenia rodzin i wszechstronnej pomocy w społecznej integracji – ale dla każdego przytomnego obserwatora jest oczywiste, że nad imigracyjnym żywiołem o takiej skali zwyczajnie nie da się zapanować.

Już teraz państwo polskie może robić co najwyżej dobrą minę do zlej gry i jedynie udawać, że masową migrację zarobkową ma pod kontrolą. Nie wiemy tak naprawdę, ilu aktualnie przebywa na terenie Polski imigrantów – nie tylko zresztą z Ukrainy, ale również z bardziej egzotycznych kierunków – nie mówiąc już o tym, ilu z nich pracuje na czarno. Spotęgowanie tej tendencji oznacza pogłębienie chaosu migracyjnego – i, co grosza, w krótkiej perspektywie czasowej prowadzić będzie do głębokich zmian struktury narodowościowej Polski. Nie sposób bowiem z góry oszacować, ilu z imigrantów zechce się faktycznie „zintegrować” - nawet przy optymistycznym założeniu, że rząd jakimś cudem zdołałby organizacyjnie ogarnąć odpowiednimi programami rzesze nowych „kandydatów” do obywatelstwa. Do tej pory gwarantem względnego spokoju społecznego w Polsce (szczególnie na tle Europy Zachodniej) była nasza monoetniczność, dzięki której unikaliśmy szeregu napięć, tak charakterystycznych dla dzisiejszych krajów Zachodu. Obecnie pracodawcy w imię swoich partykularnych interesów gotowi są ryzykować naszym bezpieczeństwem wewnętrznym.

Na dodatek, proponowana polityka migracyjna jest niezwykle krótkowzroczna. Przyjmijmy, że w najbliższych latach rzeczywiście damy obywatelstwo 5 milionom imigrantów. Staną się oni tym samym obywatelami Unii Europejskiej – a ponieważ pracodawcy milcząco zakładają, że zarobki w Polsce będą tak samo nędzne, jak dziś (bo przecież powstrzymanie „presji płacowej” - czyli, mówiąc po ludzku, zamrożenie zarobków - jest tak naprawdę jednym z głównych celów proimigranckiego lobbyingu), to co tych świeżych obywateli powstrzyma przed masowym eksodusem do bogatszych państw Europy? I kogo z kolei sprowadzimy na ich miejsce? Miliony Bengalczyków? I co, będziemy trzymać ich za drutami w obozach pracy przy specjalnych strefach ekonomicznych, by też nie uciekli? To jest właśnie owo wspomniane wyżej dolewanie wody do cieknącego wiadra.

Pokazuje to, że pracodawcy nie odrobili lekcji płynącej z ostatnich lat. Po prostu uporczywie odmawiają nauczenia się czegokolwiek i wyciągnięcia wniosków. A lekcja ta brzmi: nie byłoby dzisiaj takich problemów z pracownikami, gdybyście szanowali tych, których mieliście. Bo całe zło, przypomnijmy, zaczęło się od masowej emigracji Polaków. Drodzy pracodawcy, gdy tylko otworzyły się rynki, wasi pracownicy – zarówno zatrudnieni, jak i potencjalni – zwiali gdzie pieprz rośnie, byle tylko nie oglądać was więcej na oczy. Mieli powyżej uszu śmieciowych umów i równie śmieciowych wynagrodzeń, poniewierania i traktowania jak półdarmowych niewolników. I dzisiaj za nic nie chcą wracać, bo widzą, że zasadniczo nic się nie zmieniło. A teraz, gdy obudziliście się z ręką w nocniku, domagacie się od rządu, by ten zapewnił wam kolejne, regularne dostawy „żywego towaru”, łożąc jeszcze na programy integracyjne z pieniędzy ogółu podatników. I pomyśleć, że wedle utartej opinii to pracownicy uchodzą za „roszczeniowych”...

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Janusze biznesu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 45 (16-22.11.2018)

poniedziałek, 12 listopada 2018

Janusze biznesu

I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku.

Pod koniec października gruchnęła w rubrykach ekonomicznych hiobowa wieść: z początkiem przyszłego roku Niemcy mają zamiar otworzyć się na pracowników spoza Unii Europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy. Zapowiedź ta wywołała u polskich pracodawców ciarki na plecach, oznacza bowiem widmo gwałtownej utraty siły roboczej, skuszonej lepszymi warunkami oferowanymi za Odrą. Jak wynika z analiz firm Work Service i Personal Service (dane za „Rzeczpospolitą”), do Niemiec może wyjechać nawet 59 proc. pracujących w Polsce Ukraińców. Na dodatek już dziś przybyszów ze wschodu „podkupują” nam Czesi, Słowacy i Węgrzy, którzy również oferują im korzystniejsze warunki. Powyższe ma przełożyć się na „gigantyczną presję płacową”, spowolnienie wzrostu gospodarczego i spadek konkurencyjności polskich firm.

Można powiedzieć – sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Od lat mówi się, że rywalizowanie niskimi kosztami pracy to na dłuższą metę droga donikąd, wpędzająca nas w pułapkę średniego rozwoju. Owa pułapka zaś w praktyce skutkuje ubogim społeczeństwem – jeżeli mamy „konkurencyjną” gospodarkę, której głównym autem jest tani pracownik, to tenże nisko płatny pracownik przekłada się chociażby na biednego konsumenta i sfrustrowanego obywatela. Dobrze obrazuje to udział płac w PKB – wg danych Komisji Europejskiej nieodmiennie wleczemy się w ogonie Europy. Obecnie ze wskaźnikiem 48 proc. zajmujemy piąte miejsce od końca – na dodatek, patrząc od 1995 r. zanotowaliśmy niechlubny rekord: nasz udział płac w PKB spadł w tym okresie o 8,9 pkt. proc. Oznacza to m.in., że całymi latami wynagrodzenia nie nadążały za wzrostem produktywności. Ot, i cała tajemnica naszego wiekopomnego „sukcesu” pokazująca na czym budowaliśmy swoją konkurencyjność. Dopiero niedawno tendencja ta pomału zaczęła się zmieniać i wzrost płac nieznacznie przekroczył produktywność, co pracodawcom dało asumpt do narzekania na „presję płacową” i „rynek pracownika”. Otóż sprawa wygląda zgoła inaczej – polski pracownik dopiero zaczyna odrabiać straty z poprzednich lat, determinowanych „rynkiem pracodawcy” (czyli słynne – „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”).

Taki model anty-rozwoju ma swoje konsekwencje. Jedną z nich był masowy odpływ Polaków za granicę po otwarciu zachodnich rynków. Doraźnie skutkowało to jedynie złagodzeniem bezrobocia, ale już po kilku latach odbiło się bolesną czkawką – bo gdy minął najgorszy kryzys, nagle okazało się, że nie ma komu pracować. Wymuszono więc na rządzie ściągnięcie Ukraińców – m.in. po to, by utrzymać w ryzach wzrost wynagrodzeń (i zaczęła się gadka: „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców” - to był ów słynny „rynek pracownika”). Wszystko w ramach tego samego, patologicznego systemu. Jednocześnie odmawiano przyjęcia do wiadomości, że można zatrudniać ludzi na bardziej cywilizowanych warunkach – nie tylko jeśli chodzi o pensje (słynną średnią krajową mało kto ogląda na oczy, a dominanta wg GUS wciąż oscyluje na poziomie ok. 1600 „na rękę”), ale też ograniczyć plagę „śmieciówek” czy folwarczno-pańszczyźniane stosunki w firmach. Nie bez powodu Polacy pracujący za granicą jako jedną z przyczyn dla których nie palą się do powrotu podają, że prócz większych pieniędzy są w swoim obecnym miejscu pracy bardziej szanowani. Przy okazji okazało się, że rzekomo niewydajny Polak-nieudacznik z chwilą przekroczenia granicy stawał się cenionym i zaradnym pracownikiem, a nawet przedsiębiorcą. Cóż, jeżeli ktoś jest traktowany jak niewolnik, to pracuje jak niewolnik, proste. Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz – z cytowanych na wstępie wypowiedzi wynika, że nasi sąsiedzi z regionu pozostający na podobnej stopie rozwoju jakoś są w stanie „podkupić” Ukraińców lepszymi warunkami. U nas wszelka wzmianka o wzroście zarobków wywołuje z miejsca nerwowy dygot.

Przykład z życia. Mamy firmę średniej wielkości. Właściciel latami ignorował wszelkie prośby o podwyżki, aż w końcu pracownicy zaczęli składać wypowiedzenia. Szef rozejrzał się po rynku – i gdy zobaczył ile musiałby zapłacić nowym osobom, zbielało mu oko. Pieniądze na podwyżki nagle się znalazły, a firma jakoś nie zbankrutowała i nie utraciła konkurencyjności. Mimo to, ów Janusz biznesu nosi w sobie poczucie dojmującej krzywdy, co przejawia się od czasu do czasu złośliwym opóźnianiem wypłat (bo „mogą poczekać” - jak wrzasnął do księgowej, która z racji funkcji wiedziała, że pieniądze na wypłaty są). I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku. W tym kontekście nie dziwią niedawne wyniki badań firmy Randstad pokazujące, że polskie firmy nie są w stanie utrzymać pracowników i wciąż panuje w nich zbyt duża rotacja – nie tylko ze względu na płace, ale też np. brak inwestowania w rozwój pracownika. A teraz słychać płacz i zgrzytanie zębów, bo Niemcy zabiorą Ukraińców – niech zabierają, może wreszcie zrobi się normalniej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 44 (09-15.11.2018)

niedziela, 22 lipca 2018

Polska – kraj migracyjny

Zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy.

I. Śladami „starej Europy”

Sądzę, że można już ogłosić to oficjalnie – Polska stała się krajem migracyjnym. Jeszcze brakuje nam co nieco do Francji czy Niemiec, ale znajdujemy się na tej samej ścieżce, którą przebyły z wiadomym skutkiem państwa „starej Europy”. Dzieje się tak dzięki masowemu napływowi pracowników z zagranicy - głównie z Ukrainy, ale nie tylko. Wg danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w samym tylko 2017 r. wydano łącznie 235 626 zezwoleń na pracę dla obcokrajowców, z czego zdecydowana większość (192 547) dotyczyła obywateli Ukrainy. Ale to nie wszystko, obowiązuje bowiem także równoległa procedura uproszczona, zwana również procedurą oświadczeniową. Oznacza ona, że pracodawca deklaruje poprzez specjalny dokument złożony w Urzędzie Pracy chęć zatrudnienia wskazanego obcokrajowca, co stanowi podstawę do sprowadzenia takiego pracownika do Polski. Takich oświadczeń złożono w zeszłym roku 1,8 miliona. Nie oznacza to, że w każdym przypadku doszło do faktycznego zatrudnienia – lecz daje to ogólne pojęcie na temat skali udziału cudzoziemców w polskim rynku pracy. Ponadto, gdyby dodać „ciemną liczbę”, tzn. pracowników zagranicznych zatrudnianych nielegalnie, przypuszczam, że w sumie otrzymalibyśmy zbliżoną wartość. Zwróćmy uwagę, że już teraz wspomniane dane niemal pokrywają się z szacunkami dotyczącymi upustu krwi, jaki przeżyła Polska od momentu otwarcia się zachodnich rynków pracy. W minionych latach wypchnięto bowiem na emigrację ekonomiczną ponad 2 mln. Polaków – głównie młodych, przedsiębiorczych, w najlepszym wieku produkcyjnym. W większości osiedlili się oni za granicą na stałe, ściągnęli lub założyli tam rodziny, zapuścili korzenie – i bez radykalnej zmiany warunków życia w Polsce są w większości nie do odzyskania. Obecna fala migracji zarobkowej do Polski jest rozpaczliwą próbą załatania tych ubytków.

Zresztą, wystarczy przejść się ulicami większych miast, albo zawitać chociażby na Dworzec Zachodni w Warszawie – przytłaczająca większość podróżnych to przybysze ze wschodu, zewsząd słychać rosyjski i ukraiński, wzrok przykuwają też dwujęzyczne szyldy barów i sklepików. Słowem, można poczuć się jak w Kijowie. W centrum stolicy z kolei normą są grupki przechadzających się śniadych przybyszów – i bynajmniej nie sprawiają oni wrażenia egzotycznych turystów, albo zagranicznych studentów. Jak to wygląda procentowo? Przyjmijmy, że liczba 1,8 mln. oświadczeń o chęci zatrudnienia obcokrajowców oddaje w przybliżeniu stan rzeczywisty. Oznacza to, że mamy w Polsce de facto 4,7 proc. mniejszości etnicznych – oczywiście, z silnym wskazaniem na Ukraińców. Podobnie rzecz się ma ze studentami – w roku akademickim 2016/2017 studiowało w Polsce 65 793 zagranicznych studentów (w tym 35 584 Ukraińców i 5119 Białorusinów), co przekłada się na „współczynnik umiędzynarodowienia” w wysokości 4,8 proc. Uczelnie we współpracy z lokalnymi władzami, szczególnie w mniejszych ośrodkach i na tzw. ścianie wschodniej, prześcigają się wręcz w oferowaniu cudzoziemcom rozmaitych udogodnień (często niedostępnych dla studentów polskich), widząc w nich ratunek dla własnej egzystencji. Należy dodać przy tym, że studenci ci również często wiążą swoje przyszłe plany życiowe z Polską. Jak zatem widać, na odcinku wieloetniczności w szybkim tempie nadganiamy kraje Zachodu.


II. Lobbying biznesu

Za coraz szerszym otwieraniem granic dla obcokrajowców nieustannie lobbują największe organizacje biznesowe – i są chętnie wysłuchiwane przez rządzących. Powody są te same od kilku lat: niekorzystny trend demograficzny, niskie bezrobocie i związany z tym brak rąk do pracy oraz potrzeba zachowania konkurencyjności polskiej gospodarki. Szczególnie to ostatnie bije rekordy hipokryzji – mówiąc normalnym językiem, biznesowi zależy po prostu na utrzymaniu w ryzach wzrostu płac, mamy bowiem rzekomo w Polsce „rynek pracownika”. Temu obiegowemu poglądowi przeczą jednak dane GUS – dajmy sobie spokój ze „średnią krajową”, bo tej przytłaczająca większość Polaków nie ogląda na oczy. Miarodajnym wyznacznikiem jest tu dominanta, czyli najczęściej wypłacane wynagrodzenie – wynosi ono 2073,03 zł brutto, co daje 1511 zł „na rękę”. Istne kokosy. Stosunkowo wysoka średnia krajowa (4346,76 zł brutto) nie jest zatem wyznacznikiem ogólnej zamożności Polaków, lecz krzyczącym aktem oskarżenia – oznacza ona bowiem, że mamy ogromne rozwarstwienie dochodów, co jest cechą typową dla różnych bantustanów. Potwierdzają to dane KE mówiące, że udział płac w PKB jest u nas na poziomie 48 proc. (unijna średnia to 55,4 proc.), co plasuje nas w UE na piątym miejscu od końca. Krótko mówiąc, nacisk na masowe sprowadzanie pracowników ma m.in. zamrozić wzrost wynagrodzeń. Odwrotnie postępują np. Czesi, ściśle reglamentując dostęp do swojego rynku pracy, czego efektem jest najniższe w Unii bezrobocie i konsekwentnie rosnące płace – i jakoś nie słychać, żeby czeska gospodarka miała się od tego zwijać.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że nie tak miało być. Polska miała odchodzić od modelu gospodarczego opartego na taniej sile roboczej i przestawiać się na konkurowanie jakością. Emigranci ekonomiczni mieli wracać do kraju, mówiło się też o ściąganiu Polaków rozproszonych po świecie – w tym również potomków rodaków wywiezionych w głąb ZSRR. W praktyce jednak rządzący postawili na gastarbeiterów – za kierunkiem wschodnim optuje m.in. Cezary Kaźmierczak ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, domagając się sprowadzenia w najbliższych latach łącznie 5 mln. pracowników. Do osiągnięcia takiej liczby Ukraina i Białoruś nie wystarczą, toteż już teraz trafiają do nas Hindusi, Nepalczycy czy mieszkańcy Bangladeszu. Zauważmy tu, że Bangladesz jest krajem muzułmańskim i liczy sobie ponad 166 mln. klepiących biedę obywateli – istny mokry sen pracodawcy marzącego o półdarmowych niewolnikach. Jeszcze dalej idzie Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club, postulujący uchwalenie specjalnej ustawy migracyjnej, która „otworzyłaby drzwi” nie tylko przed Ukraińcami, lecz również przybyszami z krajów arabskich – i generalnie, globalnego Południa.


III. Multi-kulti u bram

Co na to rząd? Rząd jest za. W niedawnym wywiadzie dla internetowej „Kultury Liberalnej” Paweł Chorąży, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, otwartym tekstem zapowiedział intensyfikację proimigranckiej polityki – i to z naciskiem nie na pracowników sezonowych, lecz z intencją osiedlenia przybyszów w Polsce na stałe. Tym samym powtarzamy historię Niemiec i Francji. Przypomnę, że Niemcy sprowadzając sobie gastarbeiterów z Turcji również zakładali, że ci trochę popracują i wrócą do siebie, zaś jakiś odsetek, który zostanie w Niemczech wraz z upływem czasu samoistnie się zintegruje. Jak wiemy, nic podobnego nie nastąpiło, zaś migranci oraz ich potomkowie stali się źródłem rozlicznych społecznych napięć na tle kulturowym. Jeżeli zatem dzisiaj rządzący usiłują nam wmówić, że jakoś nad procesami migracyjnymi zapanują, to zwyczajnie robią nam wodę z mózgów. Oni tu w większości zostaną, tak jak zostali w krajach zachodu. W innym wywiadzie dla wspomnianej „KL” Paweł Kaczmarczyk (dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW) mówi, iż już teraz „Polska stała się największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie” - większym niż USA (dane OECD). Mamy zatem swoisty paradoks – z jednej strony rząd na forum UE twardo broni się przed próbami narzucenia nam nachodźców, z drugiej zaś otwiera granice na ekonomiczną migrację, tyle że z nieco innych regionów świata. Wkrótce otrzymamy zatem następującą sytuację: zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy. A rząd będzie się chwalił tysiącami nowych miejsc pracy, zapominając dodać, że owe dotowane przez polskie państwo stanowiska zostaną obsadzone przez cudzoziemców. Witamy w krainie multi-kulti.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (13-19.07.2018)

piątek, 21 lipca 2017

Willkomenskultur po polsku

Obecny rząd otwierając na oścież granice przed ukraińskimi pracownikami zwyczajnie przegiął.


I. Potop ze wschodu

Taki obrazek. Popołudniowe zakupy w „Biedronce” w niewielkim miasteczku na Mazowszu. Dość tłoczno, bo to pora powrotów z pracy do domu, do dwóch czynnych kas kolejki z zakrętaskiem. Jaki język zewsząd dobiega? Tak, zgadli Państwo – ukraiński. Mniej więcej fifty-fifty z polskim, rzecz jeszcze ze dwa lata temu nie do pomyślenia. Znajomy, który szmat życia spędził na wschodzie, potem tu przyjechał i założył rodzinę twierdzi, że w „Biedrze” czuje się, jakby nagle przeniósł się z powrotem w rodzinne strony. Krótki spacer po tymże miasteczku i oko bez trudu wyłowi na kilku budynkach ogłoszenia o tanich kwaterach pracowniczych dla Ukraińców. W miejscowych zakładach pracy do niedawna wykorzystujących polską „tanią siłę roboczą” obecnie są już całe ukraińskie zmiany. Jedynie na sklepowych kasach siedzą jeszcze Polki, bo jednak potrzebny jest jakiś elementarny werbalny kontakt z klientem. Inny obrazek – warszawski Dworzec Zachodni. Tu już nawet nie ma proporcji pół na pół – ukraiński i rosyjski dominują niepodzielnie, podobnie jak wyładowane „czemodany”, jakie warszawiacy mogą pamiętać z lat świetności bazaru na Stadionie Dziesięciolecia. Kasy dalekobieżne przeżywają oblężenie, w kolejkach do kiosków i punktów gastronomicznych również Ukraińcy. Co ciekawe, polscy ekspedienci obsługują ich z wyraźną niechęcią, przez zaciśnięte zęby. Gdy przychodzi moja kolej i odzywam się po polsku – radykalna zmiana: uśmiech, obsługa kulturalna i uprzejma. Najwyraźniej odczucia towarzyszące masowej migracji ekonomicznej pokrywają się z moimi: niedawna sympatia dla walczącej z Putinem Ukrainy to jedno (i na odległość), niechby nawet i trochę pracowników z tamtych rejonów, ale co za dużo, to niezdrowo.

Domyślają się już Państwo do czego zdążam? Obecny rząd otwierając na oścież granice przed ukraińskimi pracownikami zwyczajnie przegiął. Fali migracyjnej praktycznie nikt nie kontroluje, a oficjalne dane o liczbie pracujących w Polsce Ukraińców (ok. 1,3 mln.) można włożyć między bajki, bo zatrudnionych na czarno może być równie dobrze drugie tyle – ze stałą tendencją wzrostową. To aż nieprawdopodobne, że rząd PiS, tak rygorystycznie chroniący nas przed muzułmańskimi migrantami z Bliskiego Wschodu i Afryki, tutaj wydaje się być kompletnie ślepy. Co więcej, słyszymy, że skoro Ukraińcy przyjeżdżają tu do pracy lub na studia, to w zasadzie wszystko jest w porządku, do tego są „kulturowo bliżsi” więc łatwiej się zasymilują...

Otóż nie. Obecna polityka migracyjna (a w zasadzie jej brak, bo „polityka” zakłada jednak jakąś planowość i uporządkowanie) to podkładanie pod polskie społeczeństwo bomby z opóźnionym zapłonem.

II. Ukrainizacja rynku pracy

Od razu zaznaczę, by nie wylewać dziecka z kąpielą - kontrolowany napływ pracowników z zewnątrz bywa jak najbardziej przydatny i racjonalny. Tam gdzie cierpimy na deficyt fachowców może wręcz ratować poszczególne branże – tak jest np. w transporcie ciężkim (tzw. TIR-y), w którym jesteśmy europejskim potentatem. Tu faktycznie dramatycznie brakuje kierowców z uprawnieniami na ciągniki siodłowe. Podobnie w wielu gałęziach rolnictwa. Sadownictwo od lat stoi na sezonowych pracownikach zza wschodniej granicy, bo Polacy do takiej roboty niespecjalnie się garną - podobnie jak niemieccy bauerzy przez dziesięciolecia „ciągnęli” na Polakach. Ci sami Niemcy umiejętnie nas „podskubywali” ze specjalistów – w sposób precyzyjny i przemyślany – nawet, gdy co do zasady ich rynek pracy był dla nas „zamknięty”. Przykładowo, Gerhard Schroeder w 2000 r. ogłosił, że zostanie wydanych 20 tys. zezwoleń na pracę dla zagranicznych informatyków, nawet nie ukrywając, że liczy głównie na Polaków – bo tylu fachowców brakowało niemieckiej gospodarce. Tak wygląda uzupełnianie niedoborów pracowniczych przeprowadzane z głową.

Jednak, gdy pozwalamy, by przez granice wlewała się niekontrolowana rzeka, to sami prosimy się o kłopoty. Ukraina pogrążona jest w strukturalnym kryzysie – na wojnę w Donbasie nakłada się oligarchizacja tamtejszej gospodarki i gigantyczna korupcja ze wszystkimi tego konsekwencjami. To sytuacja jak podczas naszej „transformacji” tylko razy dziesięć. W efekcie, jak podaje Karol Kaźmierczak w opublikowanej na portalu Kresy.pl świetnej analizie „Ukraińskie zagrożenie - źródła i skutki imigracji zarobkowej”, 40 proc. Ukraińców deklaruje chęć pracy za granicą, a 30 proc. - chęć wyjazdu na stałe. Dla władz ukraińskich pogrążonych w reformatorskiej niemocy taki exodus doraźnie jest błogosławieństwem, bo upuszcza spod pokrywki ciśnienie społecznego niezadowolenia – dokładnie tak samo, jak emigracja 2 mln. Polaków za rządów Tuska.

Ta tendencja leje rzecz jasna miód na serce i portfele organizacji pracodawców w Polsce, którym wskutek malejącego bezrobocia i programu „500+” zajrzało w oczy widmo presji na podniesienie płac. Teoretycznie niby od kilku lat mówi się, że konkurowanie niskimi kosztami pracy jest ślepym zaułkiem, że model rozwojowy rodem z Bangladeszu jest na wyczerpaniu i powinniśmy od tego odchodzić. Jednak w praktyce rozbestwieni ćwierćwieczem bezkarnego wykorzystywania przymusu ekonomicznego w jakim znajdowały się rzesze Polaków pracodawcy nie chcą, bądź nie potrafią przestawić się na nowe tory. Toteż przystąpili do intensywnego i niestety skutecznego lobbingu na rzecz tanich pracowników z Ukrainy. Efektem jest zamrożenie zarobków i „uśmieciowionego” rynku pracy – bo jak nie pasuje, to jest dziesięciu chętnych Ukraińców. Dodatkowym skutkiem jest brak zachęt do powrotu do kraju polskich emigrantów, których ponoć mieliśmy ściągać. Zostają „modernizacyjne” bajki Morawieckiego o elektrycznych autach i żądania Cezarego Kaźmierczaka ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców by przyjąć dalszych 5 mln. pracowników zza wschodniej granicy. Mało tego – po wprowadzeniu ruchu bezwizowego, pracodawcy boją się, że Ukraińcy odpłyną na Zachód i zaczęli się domagać „poprawy warunków pracy” - czyli podejmowania przez imigrantów pracy na stałe (teraz wydawane są zezwolenia czasowe) i możliwości OSIEDLANIA SIĘ W POLSCE.

Zaraz usłyszę, że rozpędzona polska gospodarka potrzebuje dalszej stymulacji wzrostu PKB – owszem, tylko kto realnie na tym wzroście skorzysta? Innymi słowy – kto skonsumuje jego owoce? Polacy nie, bo ich pensje nie wzrosną. Ukraińcy gros zarobionych pieniędzy transferują do swoich rodzin – nie wydają ich tutaj, poza absolutnie podstawowymi zakupami we wspomnianych na wstępie dyskontach, które nie są polskie. W specjalnych strefach ekonomicznych (tych współczesnych obozach pracy), gdzie są zatrudniani, również dominują zagraniczne podmioty korzystające na dodatek z dotacji na inwestycje i zwolnień, a zyski „optymalizują”, tak by nie płacić w Polsce podatków. Wychodzi na to, że dopłacamy zagranicznym koncernom do tego, by mogły sobie zatrudnić w Polsce Ukraińców. Czy widzą tu Państwo jakąkolwiek logikę?


III. „Willkommenskultur” po polsku

Tego wszystkiego rząd PiS, z jednej strony spętany dogmatem pomagania Ukrainie w imię wizji Międzymorza (gdzie Ukraina ma to Międzymorze, z grubsza wiadomo), z drugiej szantażowany spowolnieniem papierowych statystyk, nie chce dostrzegać. Alarmują w zasadzie tylko narodowcy, za co dostają łatkę „ruskich agentów”. Tymczasem podnoszone przez nich niebezpieczeństwo podmiany populacji jest całkiem realną perspektywą, a to z tej prostej przyczyny, że naiwnością jest sądzić, że Ukraińcy przyjadą tu, trochę popracują i wyjadą do siebie. Otóż nie, nie wyjadą. Tak samo myśleli Niemcy sprowadzając sobie masowo gastarbeiterów z Turcji – obudzili się po niewczasie z potężną mniejszością i wszystkimi związanymi z tym problemami. Analogie z obecnym kryzysem migracyjnym również są dość czytelne, jeśli wziąć pod uwagę, że większość Ukraińców pochodzi z zachodniej części kraju, najbardziej przesiąkniętej banderowską propagandą – potencjalnie równie morderczą co islamizm (nie bez przyczyny zajmuję się tym tematem właśnie tuż po kolejnej rocznicy Krwawej Niedzieli). Za kilka lat możemy się ocknąć z kilkumilionową mniejszością, która zapewne zechce się politycznie zorganizować i nie łudźmy się – ci ludzie się nie spolonizują, choćby dlatego, że już teraz aktywnie wśród nich działa Związek Ukraińców w Polsce. Na marginesie – ukraińscy imigranci założyli we Wrocławiu amatorski piłkarski klub „Dynamo”, który przyjął sobie czerwono-czarne, banderowskie barwy. Tymczasem sejmowa większość boi się wpisać banderyzmu do karalnych ideologii.

Na zakończenie - masowy napływ Ukraińców zwietrzyło już lewactwo jako szansę na zaprowadzenie swojskiej odmiany „multi-kulti”. Prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz w wywiadzie udzielonym Jarosławowi Kuźniarowi z Onetu raczył wyrazić nadzieję, iż 100 tys. mieszkających w aglomeracji wrocławskiej Ukraińców może być „lekarstwem na polską ksenofobię”. Ciekawe, czy właśnie za takie podejście odebrał niedawno Niemiecką Nagrodę Narodową. Ot - i doczekaliśmy się „Willkommenskultur” po polsku...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (19-25.07.2017)