Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gastarbeiterzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gastarbeiterzy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 września 2018

Dymisja Chorążego - czyli kowal zawinił, cygana powiesili

W obecnych warunkach masowa migracja skutkować będzie utrwaleniem peryferyjnego statusu naszej gospodarki – wiecznego podwykonawcy.

„Kowal zawinił, cygana powiesili” - w ten sposób można podsumować dymisję wiceministra inwestycji i rozwoju, Pawła Chorążego. Przypomnijmy, że Chorąży na debacie Klubu Jagiellońskiego „Jakiej polityki integracyjnej potrzebuje Polska?” wyraził opinię, iż do utrzymania wzrostu gospodarczego potrzebny jest zwiększony napływ imigrantów. Ponadto podał w wątpliwość sensowność repatriacji Polaków ze wschodu, w tym z Kazachstanu. Powodem mają być trudności językowe i logistyczne, prócz tego ze względów finansowych bardziej opłacalne jest przyjmowanie migrantów zarobkowych z Azji i Ukrainy. Wg Chorążego to dzięki imigracji zbudowany został „dobrobyt państw, które osiągnęły sukces”. Wypowiedzi p. Chorążego wywołały wśród opinii publicznej – zwłaszcza w twardym elektoracie PiS – spore zamieszanie, któremu zresztą trudno się dziwić. Jak pamiętamy bowiem, PiS swoje podwójne zwycięstwo w 2015 r. zawdzięcza w dużej mierze sprzeciwowi wobec przyjmowania obcych kulturowo przybyszy, szczególnie z krajów muzułmańskich – a tu nagle taka wolta?

Pozornie zatem nie dziwi, że premier Morawiecki odciął się od swojego podwładnego, twierdząc, że ten „zagalopował się zdecydowanie w niektórych swoich wypowiedziach” i ekspresowo go zdymisjonował. Notabene, przy tej okazji do mediów wyciekła informacja, że „premier był wściekły”, co jako żywo przypomina PR-owskie sztuczki z czasów Donalda Tuska. Hm, w to że Mateusz Morawiecki się mocno zdenerwował akurat nie wątpię, ale nie z tego powodu, że Chorąży powiedział coś sprzecznego z polityką rządu, tylko wręcz przeciwnie – premier się wściekł z powodu zbyt długiego języka i tego, że wiceminister publicznie wychlapał rządowe plany, na domiar złego tuż przed wyborami samorządowymi. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że elektorat egzotycznych nachodźców sobie nie życzy i nawet na bliższych kulturowo Ukraińców patrzy coraz bardziej krzywym okiem.

Tymczasem polityka migracyjna jest wpisana czarno na białym w tzw. „plan Morawieckiego”, w tym do kluczowego dokumentu, czyli „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. W rozdziale „Polityka migracyjna jako instrument zarządzania zasobami ludzkimi” możemy przeczytać o tym wszystkim, co przedstawił wiceminister - m.in. o potrzebie kształtowania polityki migracyjnej pod kątem potrzeb rynku pracy czy programach ukierunkowanych na integrację migrantów. Generalnie, Morawiecki żadną miarą nie chce powstrzymania napływu zagranicznych pracowników, lecz dąży jedynie do tego, by imigracja (docelowo obliczona na osiedlenie się przybyszy w Polsce na stałe) przebiegała w sposób planowy i kontrolowany. Na dobrą sprawę zatem premier powinien zdymisjonować samego siebie – ale że nie można utrącić „generała”, więc postanowiono rzucić na pożarcie „chorążego”.

Prawda jest jednak taka, że rzekoma konieczność masowego napływu pracowników z zagranicy, w tym bardzo dalekiej, jest dla członków rządu „oczywistą oczywistością”. Mówiła o tym chociażby dla „Rzeczpospolitej” minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz („Jesteśmy gotowi, żeby jeszcze bardziej otworzyć granice dla pracowników spoza Polski”) czy bezpośredni przełożony Pawła Chorążego, minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński („Nasza gospodarka już teraz potrzebuje pracowników spoza Polski, a w przyszłości będzie ich potrzebować coraz więcej”). Co więcej, sam Chorąży udzielił wcześniej na ten temat obszernego wywiadu internetowej „Kulturze Liberalnej” - wówczas jeszcze prezentowanie oficjalnej polityki własnego rządu jakoś mu się upiekło.

Oczywiście, politycy jak mantrę powtarzają zapewnienia, że procesy imigracyjne mają przebiegać w sposób kontrolowany i bezpieczny, co jest jedynie pobożnym życzeniem. Nie da się zapanować nad milionowymi ruchami ludzkich mas i ich postępowaniem w kraju osiedlenia (a właśnie w takiej, milionowej skali, swe zapotrzebowanie zgłaszają organizacje przedsiębiorców). Przekonały się o tym na własnej skórze np. Niemcy, które podobne złudzenia żywiły co do tureckich gastarbeiterów. Polska już w tej chwili jest największym światowym importerem siły roboczej – i to w liczbach bezwzględnych, co na łamach wspomnianej „Kultury Liberalnej” ujawnił powołując się na dane OECD Paweł Kaczmarczyk, dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW. Co to oznacza w praktyce? Ano to, że rząd rakiem wycofuje się z obietnic, że Polska wreszcie zerwie z modelem rozwoju opartym na taniej sile roboczej. W obecnych warunkach bowiem masowa migracja skutkować będzie utrwaleniem peryferyjnego statusu naszej gospodarki – wiecznego podwykonawcy. Zapłacą za to zwykli Polacy, którzy po staremu będą mieli do wyboru: godzić się na niskie płace lub emigrować za chlebem, co z kolei znów zwiększy presję na sprowadzanie obcokrajowców... i tak w kółko. W efekcie nastąpi pełzająca podmiana populacji – ze wszystkimi, znanymi z krajów Zachodu konsekwencjami. Ot, i taki właśnie będzie wyśniony przez ex-ministra Chorążego nasz wielki „sukces”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polska – kraj migracyjny


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 37 (21-27.09.2018)

niedziela, 22 lipca 2018

Polska – kraj migracyjny

Zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy.

I. Śladami „starej Europy”

Sądzę, że można już ogłosić to oficjalnie – Polska stała się krajem migracyjnym. Jeszcze brakuje nam co nieco do Francji czy Niemiec, ale znajdujemy się na tej samej ścieżce, którą przebyły z wiadomym skutkiem państwa „starej Europy”. Dzieje się tak dzięki masowemu napływowi pracowników z zagranicy - głównie z Ukrainy, ale nie tylko. Wg danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w samym tylko 2017 r. wydano łącznie 235 626 zezwoleń na pracę dla obcokrajowców, z czego zdecydowana większość (192 547) dotyczyła obywateli Ukrainy. Ale to nie wszystko, obowiązuje bowiem także równoległa procedura uproszczona, zwana również procedurą oświadczeniową. Oznacza ona, że pracodawca deklaruje poprzez specjalny dokument złożony w Urzędzie Pracy chęć zatrudnienia wskazanego obcokrajowca, co stanowi podstawę do sprowadzenia takiego pracownika do Polski. Takich oświadczeń złożono w zeszłym roku 1,8 miliona. Nie oznacza to, że w każdym przypadku doszło do faktycznego zatrudnienia – lecz daje to ogólne pojęcie na temat skali udziału cudzoziemców w polskim rynku pracy. Ponadto, gdyby dodać „ciemną liczbę”, tzn. pracowników zagranicznych zatrudnianych nielegalnie, przypuszczam, że w sumie otrzymalibyśmy zbliżoną wartość. Zwróćmy uwagę, że już teraz wspomniane dane niemal pokrywają się z szacunkami dotyczącymi upustu krwi, jaki przeżyła Polska od momentu otwarcia się zachodnich rynków pracy. W minionych latach wypchnięto bowiem na emigrację ekonomiczną ponad 2 mln. Polaków – głównie młodych, przedsiębiorczych, w najlepszym wieku produkcyjnym. W większości osiedlili się oni za granicą na stałe, ściągnęli lub założyli tam rodziny, zapuścili korzenie – i bez radykalnej zmiany warunków życia w Polsce są w większości nie do odzyskania. Obecna fala migracji zarobkowej do Polski jest rozpaczliwą próbą załatania tych ubytków.

Zresztą, wystarczy przejść się ulicami większych miast, albo zawitać chociażby na Dworzec Zachodni w Warszawie – przytłaczająca większość podróżnych to przybysze ze wschodu, zewsząd słychać rosyjski i ukraiński, wzrok przykuwają też dwujęzyczne szyldy barów i sklepików. Słowem, można poczuć się jak w Kijowie. W centrum stolicy z kolei normą są grupki przechadzających się śniadych przybyszów – i bynajmniej nie sprawiają oni wrażenia egzotycznych turystów, albo zagranicznych studentów. Jak to wygląda procentowo? Przyjmijmy, że liczba 1,8 mln. oświadczeń o chęci zatrudnienia obcokrajowców oddaje w przybliżeniu stan rzeczywisty. Oznacza to, że mamy w Polsce de facto 4,7 proc. mniejszości etnicznych – oczywiście, z silnym wskazaniem na Ukraińców. Podobnie rzecz się ma ze studentami – w roku akademickim 2016/2017 studiowało w Polsce 65 793 zagranicznych studentów (w tym 35 584 Ukraińców i 5119 Białorusinów), co przekłada się na „współczynnik umiędzynarodowienia” w wysokości 4,8 proc. Uczelnie we współpracy z lokalnymi władzami, szczególnie w mniejszych ośrodkach i na tzw. ścianie wschodniej, prześcigają się wręcz w oferowaniu cudzoziemcom rozmaitych udogodnień (często niedostępnych dla studentów polskich), widząc w nich ratunek dla własnej egzystencji. Należy dodać przy tym, że studenci ci również często wiążą swoje przyszłe plany życiowe z Polską. Jak zatem widać, na odcinku wieloetniczności w szybkim tempie nadganiamy kraje Zachodu.


II. Lobbying biznesu

Za coraz szerszym otwieraniem granic dla obcokrajowców nieustannie lobbują największe organizacje biznesowe – i są chętnie wysłuchiwane przez rządzących. Powody są te same od kilku lat: niekorzystny trend demograficzny, niskie bezrobocie i związany z tym brak rąk do pracy oraz potrzeba zachowania konkurencyjności polskiej gospodarki. Szczególnie to ostatnie bije rekordy hipokryzji – mówiąc normalnym językiem, biznesowi zależy po prostu na utrzymaniu w ryzach wzrostu płac, mamy bowiem rzekomo w Polsce „rynek pracownika”. Temu obiegowemu poglądowi przeczą jednak dane GUS – dajmy sobie spokój ze „średnią krajową”, bo tej przytłaczająca większość Polaków nie ogląda na oczy. Miarodajnym wyznacznikiem jest tu dominanta, czyli najczęściej wypłacane wynagrodzenie – wynosi ono 2073,03 zł brutto, co daje 1511 zł „na rękę”. Istne kokosy. Stosunkowo wysoka średnia krajowa (4346,76 zł brutto) nie jest zatem wyznacznikiem ogólnej zamożności Polaków, lecz krzyczącym aktem oskarżenia – oznacza ona bowiem, że mamy ogromne rozwarstwienie dochodów, co jest cechą typową dla różnych bantustanów. Potwierdzają to dane KE mówiące, że udział płac w PKB jest u nas na poziomie 48 proc. (unijna średnia to 55,4 proc.), co plasuje nas w UE na piątym miejscu od końca. Krótko mówiąc, nacisk na masowe sprowadzanie pracowników ma m.in. zamrozić wzrost wynagrodzeń. Odwrotnie postępują np. Czesi, ściśle reglamentując dostęp do swojego rynku pracy, czego efektem jest najniższe w Unii bezrobocie i konsekwentnie rosnące płace – i jakoś nie słychać, żeby czeska gospodarka miała się od tego zwijać.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że nie tak miało być. Polska miała odchodzić od modelu gospodarczego opartego na taniej sile roboczej i przestawiać się na konkurowanie jakością. Emigranci ekonomiczni mieli wracać do kraju, mówiło się też o ściąganiu Polaków rozproszonych po świecie – w tym również potomków rodaków wywiezionych w głąb ZSRR. W praktyce jednak rządzący postawili na gastarbeiterów – za kierunkiem wschodnim optuje m.in. Cezary Kaźmierczak ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, domagając się sprowadzenia w najbliższych latach łącznie 5 mln. pracowników. Do osiągnięcia takiej liczby Ukraina i Białoruś nie wystarczą, toteż już teraz trafiają do nas Hindusi, Nepalczycy czy mieszkańcy Bangladeszu. Zauważmy tu, że Bangladesz jest krajem muzułmańskim i liczy sobie ponad 166 mln. klepiących biedę obywateli – istny mokry sen pracodawcy marzącego o półdarmowych niewolnikach. Jeszcze dalej idzie Marek Goliszewski, prezes Business Centre Club, postulujący uchwalenie specjalnej ustawy migracyjnej, która „otworzyłaby drzwi” nie tylko przed Ukraińcami, lecz również przybyszami z krajów arabskich – i generalnie, globalnego Południa.


III. Multi-kulti u bram

Co na to rząd? Rząd jest za. W niedawnym wywiadzie dla internetowej „Kultury Liberalnej” Paweł Chorąży, podsekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, otwartym tekstem zapowiedział intensyfikację proimigranckiej polityki – i to z naciskiem nie na pracowników sezonowych, lecz z intencją osiedlenia przybyszów w Polsce na stałe. Tym samym powtarzamy historię Niemiec i Francji. Przypomnę, że Niemcy sprowadzając sobie gastarbeiterów z Turcji również zakładali, że ci trochę popracują i wrócą do siebie, zaś jakiś odsetek, który zostanie w Niemczech wraz z upływem czasu samoistnie się zintegruje. Jak wiemy, nic podobnego nie nastąpiło, zaś migranci oraz ich potomkowie stali się źródłem rozlicznych społecznych napięć na tle kulturowym. Jeżeli zatem dzisiaj rządzący usiłują nam wmówić, że jakoś nad procesami migracyjnymi zapanują, to zwyczajnie robią nam wodę z mózgów. Oni tu w większości zostaną, tak jak zostali w krajach zachodu. W innym wywiadzie dla wspomnianej „KL” Paweł Kaczmarczyk (dyrektor Ośrodka Badań na Migracjami UW) mówi, iż już teraz „Polska stała się największym importerem cudzoziemskiej siły roboczej na świecie” - większym niż USA (dane OECD). Mamy zatem swoisty paradoks – z jednej strony rząd na forum UE twardo broni się przed próbami narzucenia nam nachodźców, z drugiej zaś otwiera granice na ekonomiczną migrację, tyle że z nieco innych regionów świata. Wkrótce otrzymamy zatem następującą sytuację: zagraniczni inwestorzy skuszeni pomocą publiczną pootwierają tutaj nowe fabryki, centra logistyczne i montownie... w których będą zatrudniani Ukraińcy, Hindusi i Bengalczycy. A rząd będzie się chwalił tysiącami nowych miejsc pracy, zapominając dodać, że owe dotowane przez polskie państwo stanowiska zostaną obsadzone przez cudzoziemców. Witamy w krainie multi-kulti.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (13-19.07.2018)

niedziela, 29 kwietnia 2018

Pan Andrzej ma rację!

W Polsce nie tyle problemem jest „brak rąk do pracy”, ile to, że tym „rękom” należałoby odpowiednio zapłacić.


Nie tak dawno temu małą sensację w „internetach” wywołał wpis zamieszczony na portalu społecznościowym przez pana Andrzeja z Gdańska. Otóż pan Andrzej ogłosił, że szuka pracy – ale takiej, w której nie czułby się jak niewolnik. W praktyce oznacza to wynagrodzenie w wysokości 3100 zł. „na rękę”. Na poparcie podaje miesięczne koszty życia w Trójmieście. Przytoczmy je, bo stanowią one naprawdę dobry materiał poglądowy: wynajem mieszkania (1 pokój z kosztami – czyli, jak rozumiem, opłaty typu prąd, woda, gaz) – 1500 zł.; bilet miesięczny – 200 zł.; środki czystości i kosmetyki – 100 zł.; wyżywienie – 750 zł.; telefon i internet – 100 zł.; leki plus usługi medyczne (np. dentysta) – 150 zł.; możliwość odłożenia czegoś „na czarną godzinę” - 200 zł. Pomijając drobną pomyłkę w rachunkach (z powyższego zestawienia wynika suma 3000 zł.), widzimy, że potrzeby pana Andrzeja nie są wygórowane – chodzi naprawdę o przeżycie (autor w ten sposób uzasadnił brak wydatków na kulturę i sztukę) i trudno się do któregokolwiek z punktów przyczepić. Można co najwyżej zwrócić uwagę, że Gdańsk to duże miasto i w mniejszych ośrodkach życie jest nieco tańsze – z tym, że owe niższe koszty mogą dotyczyć co najwyżej wynajmu mieszkania. Jeżeli mieszka się z rodzicami, wyjdzie pewnie jeszcze taniej, ale nie zapominajmy, że do budżetu domowego wypadałoby jednak się dorzucić. Jeżeli natomiast poruszamy się samochodem (w związku z zapaścią komunikacji publicznej, to często konieczność), należy dodatkowo dołożyć koszty paliwa, napraw, ubezpieczenia... Słowem, jak by nie kombinować, nawet na prowincji miesięczna kwota za którą można w miarę godnie przeżyć „do pierwszego” (bez żadnych ekstrawagancji) to orientacyjnie jakieś 2500 zł.

Pan Andrzej swój wpis dedykuje pracodawcom, którym „brakuje rąk do pracy” i na koniec zauważa: „Każdy kto zarabia mniej jest niewolnikiem i żyje po niżej minimum socjalnego. Udostępnijcie, pomóżcie mi znaleźć TEGO PRACODAWCĘ któremu brakuje rąk do pracy”.

Powyższe przypomniało mi falę bezprzykładnego hejtu, jaki wylał się na beneficjentów programu „500+” wkrótce po uruchomieniu świadczenia. Tak się składa, że furorę wówczas zrobiła wypowiedź p. Tomasza Limona z organizacji Pracodawcy Pomorza (a więc z regionu pana Andrzeja), który pomstował, że kobieta z trójką dzieci woli „siedzieć w domu i nic nie robić” - wszystko w kontekście braku pracowników i tęsknego wyczekiwania na gastarbeiterów z Ukrainy. Ciekawe, czy ktokolwiek z narzekających usiadł sobie z kalkulatorem i wyliczył, jak proponowane warunki finansowe (często najniższa krajowa, lub niewiele więcej) mają się do realnych kosztów utrzymania w jego regionie? Czy z oklepanego już stwierdzenia, że nie można w nieskończoność konkurować niskimi kosztami pracy, ktokolwiek wyciągnął praktyczne wnioski? Póki co, mamy nieustanną presję na przyjmowanie coraz większej ilości pracowników z zagranicy – a że nawet Ukraińcy pomału stają się dla naszych „orłów biznesu” zbyt drodzy, to coraz częściej w grę wchodzą bardziej egzotyczne kierunki importu „siły roboczej” - Nepal, Bangladesz...

Daleki jestem od demonizowania przedsiębiorców na wzór skrajnej lewicy typu „Razem” i żądania np. 75 proc. podatku dla najbogatszych. Niemniej, warto czasem spojrzeć na rzeczywistość również z perspektywy drugiej strony – owych rzekomo „roszczeniowo nastawionych” zwykłych pracowników. Ujmę to tak – w Polsce nie tyle problemem jest „brak rąk do pracy”, ile to, że tym „rękom” należałoby odpowiednio zapłacić. Gastarbeiterzy, którzy przyjeżdżają na kilka miesięcy mogą się przez ten czas przemęczyć w zbiorowych kwaterach-sypialniach i jeść cokolwiek. Polak, jeżeli ma związać przyszłość ze swoim krajem, potrzebuje normalnych warunków do życia i założenia rodziny. I nie jest to żadna „roszczeniowość”, tylko zdroworozsądkowe postawienie sprawy. Tymczasem w Polsce mediana zarobków to nieco ponad 2500 zł. netto, zaś dominanta (najczęściej wypłacane wynagrodzenie) to – wstyd powiedzieć – niewiele ponad 1500 zł. „na rękę”.

Pracodawcy narzekają na opodatkowanie pracy, w tym koszty ubezpieczeń (głównie ZUS). Powiedzcie uczciwie - gdyby obniżono Wam podatki, to zapłacilibyście więcej pracownikom? Czy korporacje „optymalizujące” dochody i uciekające do rajów podatkowych zapłaciły pracownikom choć grosz więcej z tego, co „zaoszczędziły” z należnych danin? No właśnie... W USA giganci typu „Walmart” bez żenady instruują pracowników jak efektywnie korzystać z pomocy socjalnej, a pewna globalna marka fast foodów zasłynęła mailem z „dobrymi radami” dla swojego personelu, typu „wyłącz klimatyzację/ogrzewanie”, „sprzedaj zbędne rzeczy na e-bayu” czy... „dziel jedzenie na mniejsze porcje” (!). Chcemy tego u nas?

Podsumowując – aby społeczeństwo funkcjonowało bez większych wewnętrznych napięć, potrzebna jest pewna dawka solidaryzmu. Płaca na poziomie 1500 zł. może zaś wywoływać jedynie frustrację i traktowanie pracodawcy niczym wroga. Radziłbym to przemyśleć, zanim będzie za późno.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16-17 (27.04 - 10.05.2018)