Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusze biznesu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Janusze biznesu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Jak zarobić na zerowym PIT dla młodych, czyli Janusz biznesu potrafi

Zamiast sięgać lewą ręką do prawego ucha i wprowadzać jakieś „zerowe PIT-y dla młodych”, wystarczy po prostu podwyższyć kwotę wolną od podatku, która w Polsce należy do najniższych w Europie.


Doprawdy, zdarzają się takie sytuacje, że witki opadają. Oto portal money.pl donosi o nowym sposobie rodzimych przedsiębiorców na podniesienie zysków. Metoda polega na... zagarnięciu zerowego PIT. Przypomnijmy, że zerowy PIT dla młodych (tj. pracowników do 26 roku życia) był elementem „piątki Kaczyńskiego” i obowiązuje od 1 sierpnia 2019 r. W założeniu miał sprawić, by wkraczającym na rynek pracy młodym ludziom (a więc z reguły zarabiającym najmniej) zostawało w kieszeniach nieco więcej pieniędzy. Ale co tam, okazuje się, że „Janusz biznesu” potrafi – otóż część pracodawców postanowiła na zerowym PIT sobie dorobić... obniżając pracownikom wynagrodzenia właśnie o kwotę, która teoretycznie powinna do nich trafić wskutek zredukowania podatku. W efekcie pracownik dostaje „na rękę” tyle samo, co przed obniżeniem podatku, a różnica trafia do kasy pracodawcy. Wyszło więc na to, że rozwiązanie „pro-pracownicze” zamieniło się w swoistą ulgę podatkową (lub patrząc z drugiej strony – dotację) dla przedsiębiorców.

W przypadku pojedynczego pracownika sumy może nie robią oszałamiającego wrażenia – to może być sto kilkadziesiąt, czasem 200 zł. miesięcznie, rzadko kiedy więcej (pamiętajmy, że mówimy o ludziach na starcie, nie zarabiających kokosów). Ale, po pierwsze – taka różnica jest właśnie dla ludzi najmniej zarabiających jednak dość istotna, w odczuwalny sposób przekładająca się chociażby na zwykłe, codzienne wydatki. Po drugie natomiast – dla pracodawcy zatrudniającego większą liczbę młodych robi się z tych dziadowskich obrywów w skali roku całkiem przyjemna sumka. Nie bez przyczyny mowa jest m.in. o branży gastronomicznej, w której kelnerują, bądź stoją na zmywaku właśnie dwudziestoparolatkowie.

I co takiemu zrobisz? Nic nie zrobisz. Państwowa Inspekcja Pracy rozkłada ręce – nie ma bowiem uprawnień do ingerowania w przyczyny obniżania wynagrodzeń. Jeżeli tylko wypłata nie schodzi poniżej płacy minimalnej (lub w przypadku umów cywilnoprawnych – minimalnej stawki godzinowej), to wszystko jest w porządku. Bo też cała ta chamówa rzeczywiście jest niby zgodna z prawem. Wprawdzie intencje ustawodawcy były skrajnie odmienne, lecz formalnie nie można się do niczego przyczepić. A że patrząc od czysto ludzkiej strony, jest to typowe „dziaderskie” s...o? A od kiedy „dziadersi” się tym przejmują? W artykule opisującym sprawę jeden z pracowników przytoczył klasyczną sytuację: mógł albo podpisać umowę z niższą stawką, albo szukać innej roboty. Ktoś tu jeszcze będzie tokował o „rynku pracownika”? Bulwersujące jest również to, że mówimy o pracownikach o najsłabszej pozycji rynkowej, którym często zależy, by jednak trochę popracować w jednym miejscu – choćby z powodu przyszłego CV. No chyba, że w pewnym momencie rzucą to wszystko w diabły i wyjadą z Polski. Nie bez przyczyny emigranci zarobkowi jako jeden z powodów swej decyzji oprócz niskich wynagrodzeń podają brak szacunku dla pracownika i różne cwaniackie numery ze strony pracodawców. Słowem, mieli dość tego folwarku, jakim wciąż w znacznej mierze pozostaje polski rynek pracy.

Warto jeszcze zwrócić uwagę na inne konsekwencje powyższego procederu. Zerowy PIT to mniejsze wpływy do kasy państwa i samorządów – zgodzono się na ten budżetowy uszczerbek wyłącznie po to, by ludziom dać parę złotych więcej. To, jak widzimy, co najmniej w jakiejś mierze nie wypaliło. Kolejny aspekt bije bezpośrednio w niedoszłych beneficjentów zerowego PIT – obniżenie wynagrodzeń sprawia, że na konta emerytalne ZUS młodych ludzi przez kilka lat trafi mniej pieniędzy, co w przyszłości odbije się nieco niższymi świadczeniami. A zatem, okazuje się, że nie dość, że nie otrzymają wyższych wynagrodzeń tu i teraz, to jeszcze czeka ich mniejsza emerytura.

Pora na wniosek nieco bardziej ogólny. W narracji rynkowych fundamentalistów jak mantra przewija się motyw, że jeśli tylko sprywatyzować usługi publiczne i w zamian poobniżać podatki, to ludzi będzie stać na prywatne wykupienie sobie świadczeń typu ubezpieczenie emerytalne, opieka zdrowotna czy edukacja. No więc – nie, nie będzie. Redukcja podatków dogodzi tylko tym, których na powyższe stać również i dzisiaj. Uderzy natomiast w rzesze pracowników najemnych, którym pracodawcy obetną wynagrodzenia o kwotę zredukowanych podatków, chowając różnicę do kieszeni. Efektem będzie zarówno brak powszechnie dostępnych usług, jak i niskie płace. Ubiegłoroczny wybuch społecznych protestów w Chile o którym przez jakiś czas było dosyć głośno w mediach spowodowany był właśnie taką polityką – prywatyzacją wszystkiego co się rusza i nieproporcjonalnie niskimi zarobkami.

No dobrze, a jakie jest wyjście? Dość proste – zamiast sięgać lewą ręką do prawego ucha i wprowadzać jakieś „zerowe PIT-y dla młodych”, wystarczy po prostu podwyższyć kwotę wolną od podatku, która w Polsce należy do najniższych w Europie. Zyskają na tym wszyscy, a „Janusze biznesu” przynajmniej nie położą na tych pieniądzach łapy.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polski folwark

Chile – upadek liberalnego mitu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 09 (28.02-05.03.2020)

piątek, 21 lutego 2020

Polski folwark

Opóźnianie wypłaty należy traktować jak kradzież – czyli przestępstwo z Kodeksu Karnego, ścigane z urzędu i zagrożone konkretnymi sankcjami.

Portal rynekpracy.org związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych (FISE) pokusił się o oszacowanie rozmiarów zaległości w wypłacaniu wynagrodzeń w Polsce. Za punkt wyjścia wziął raport Państwowej Inspekcji Pracy za 2018 rok. Biorąc pod uwagę odsetek kontroli skargowych i planowanych, zakończonych wydaniem decyzji o wypłacie zaległych świadczeń, z poprawką na liczbę i strukturę przedsiębiorstw w Polsce oraz ich charakterystykę w badanej kwestii (np. małe i mikro-firmy stanowiące większość przedsiębiorstw działających na rynku i tworzące ponad połowę miejsc pracy statystycznie częściej zalegają z wypłatami, niż większe podmioty), portal wyliczył, iż opóźnienia oraz inne nieprawidłowości mogą dotyczyć nawet 1/5 polskich firm i 2,5 mln. zatrudnionych. Przekłada się to, bagatela, na kwotę 5,5 mld. złotych. Oczywiście, ze względu na ograniczone „moce przerobowe” PIP (łącznie w 2018 r. PIP przeprowadziła 1050 kontroli skargowych i 1209 planowanych zakończonych w sumie wydaniem 1030 decyzji), mówimy tu jedynie o szacunkach – ale nawet jeżeli przyjąć powyższe wyliczenia za nieco zawyżone, to i tak problem pozostaje poważny. Wciąż jest to ogromna rzesza pracowników i miliardowe kwoty.

Warto przy tym zwrócić uwagę, że pod ogólnym terminem „zaległości” kryje się szereg różnych zjawisk – to nie tylko brak wypłaty wynagrodzeń w terminie, lecz również ich zaniżanie czy chociażby nieuwzględnianie przepracowanych nadgodzin. Co szczególnie bulwersujące, wspomniane patologie dotykają w pierwszym rzędzie pracowników o najsłabszej pozycji rynkowej – zarabiających grubo poniżej średniej krajowej (a więc zapewne w okolicach dominanty oscylującej niezmiennie wokół płacy minimalnej) oraz tzw. prekariat, czyli osoby na umowach czasowych i cywilnoprawnych („śmieciówki”). Jak łatwo się domyślić, to właśnie w ich przypadku najczęściej żyje się „od pierwszego do pierwszego” i nawet kilkudniowa zaległość czy pominięcie nadgodzin bardzo boleśnie i niemal natychmiast odbija się na portfelu – a rachunki i codzienne zakupy nie chcą czekać. Kończy się to często wymuszonym przez sytuację braniem „chwilówek” z bandyckim oprocentowaniem, albo debetowaniem konta, co dodatkowo pogłębia problemy finansowe gospodarstw domowych. Tu trzeba dodać, że aż 45 proc. Polaków nie ma żadnych oszczędności (i jak można się domyślać, jest to przede wszystkim grupa tych najmniej zarabiających, na których najczęściej „oszczędzają” pracodawcy), co dodatkowo pogłębia problem. Osobną sprawą jest jeszcze ciemna liczba zatrudnianych „na czarno” - a pomimo rzekomego „rynku pracownika” proceder ten bynajmniej nie zniknął.

Z czego wynika opisany stan rzeczy? Instynktownie można by powiedzieć, że jest on efektem generalnych zatorów płatniczych na rynku – pracodawca zalega z wynagrodzeniami, bo sam czeka na przelewy od kontrahentów. Ale okazuje się, że brakiem pieniędzy tłumaczyło się przed inspektorami jedynie 14,7 proc. zalegających pracodawców. Co ciekawe, nieznajomością przepisów próbowało wyjaśnić zaległości aż 42,6 proc. To ostatnie „wytłumaczenie” jest szczególnie kuriozalne – pracodawcy „nie wiedzieli”, że pensje należy wypłacać na czas i płacić za nadgodziny? Przy czym warto zauważyć, że pracownik raczej nie składa skargi do PIP, jeśli wypłata spóźnia się o kilka dni – na takie ruchy na ogół decydują się ludzie, którzy nie widzą innego wyjścia, by odzyskać swoje pieniądze.

Zaryzykuję zatem tezę, że mamy tu raczej do czynienia z wciąż pokutującą na polskim rynku pracy folwarczną mentalnością przeróżnych „Januszy biznesu”, którzy uważają, że mogą w ten sposób się „kredytować”. Proszę mi wierzyć, widziałem już takich wielu. Prezesa w drogim garniturze wożącego się „esbahnem”, za to cierpiącego męki przy każdej wypłacie i starającego się opóźnić ten bolesny moment choć o parę dni. Właścicielkę szwalni wyprowadzającą pieniądze i „płacącą” swoim szwaczkom... spodniami, które mogły sobie potem sprzedać. Innego „biznesmena”, którego mantrą było „u mnie kodeks pracy nie obowiązuje”, a wypłatę nadgodzin traktował jak wymysł roszczeniowego „chamstwa”, któremu „robić się nie chce”. Ludzie ci zatrzymali się mentalnie w latach '90 i czasach dwucyfrowego bezrobocia, kiedy to obowiązywała zasada „na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych, a jak się nie podoba – tam są drzwi”. Co więcej, to raczej oni, a nie pracownicy są produktem „komuny” - latami słyszeli, że kapitalizm polega na oszustwie i wyzysku, więc kiedy sami stali się kapitalistami, to uznali, że najwyraźniej tak trzeba, a orżnięcie pracownika na wypłacie traktują jak dowód własnej zaradności. I, jak widać, to „dziaderskie” podejście wciąż ma się znakomicie.

Rada? Cóż, znalazłaby się. W analizie od której wyszliśmy pada m.in. postulat, by opóźnianie wypłaty traktować jak kradzież – czyli przestępstwo z Kodeksu Karnego, ścigane z urzędu i zagrożone konkretnymi sankcjami. Radykalne, ale jak widać, na „dziadersów” perswazja nie działa. Potrzebny jest więc bat - im większy, tym lepiej.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Śmieciowy rynek pracownika

Rozkwit i upadek państwa dobrobytu


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 06 (07-13.02.2020)

niedziela, 21 kwietnia 2019

Polacy dziadami Europy

Wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób?

Może staję się nieco monotematyczny, ale cóż począć, skoro w ostatnim czasie regularnie ukazują się analizy i dane, wobec których trudno przejść obojętnie? Mówiliśmy już tu sobie o regresywnym systemie podatkowym na podstawie raportu Instytutu Badań Strukturalnych pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”, tydzień temu przyjrzeliśmy się rozwarstwieniu dochodowemu opisanemu w analizie World Inequality Lab „Jak nierówna jest Europa?” - a dziś przyjdzie zająć się kosztami pracy, bowiem właśnie pojawiły się najświeższe dane Eurostatu na ten temat. Wynika z nich jednoznacznie, że wynagrodzenia w Polsce są po prostu dziadowskie – i to nie tylko na tle „starej Europy”, lecz również części krajów naszego regionu. Co więcej, wiele do życzenia pozostawia również dynamika wzrostu zarobków.

W 2018 r. koszt godziny pracy w Polsce wynosił przeciętnie zaledwie 10,1 euro przy europejskiej średniej 27,4 euro/godz. Koszty pozapłacowe to 18,4 proc. tej kwoty, co daje ok. 1,86 euro/godz. i na tle reszty Europy również nie należą do wysokich – unijna średnia kosztów pozapłacowych to bowiem 23,7 proc., czyli 6,5 euro/godz., co polecam uwadze organizacjom pracodawców narzekającym na „wysokie koszty” i „narzuty” na pracę. Za nami są jedynie Bułgaria (5,4 euro), Rumunia (6,9 euro), Litwa (9 euro), Węgry (9,2 euro) oraz Łotwa (9,3 euro). Wyprzedzają nas natomiast Chorwacja (10,9 euro), Słowacja (11,6 euro), Estonia (12,4 euro), Czechy (12,6 euro) i Słowenia (18,1 euro). Jeśli chodzi o dynamikę wzrostu płac rok do roku, również nie prezentujemy się najlepiej – w porównaniu z 2017 rokiem, w 2018 zarobki wzrosły o 6,8 proc. Dla porównania – w Czechach odnotowano wzrost o 11,2 proc. (a więc nasi południowi sąsiedzi nam uciekają), zaś spośród krajów, gdzie zarabia się jeszcze mniej niż w Polsce dwucyfrowy wzrost osiągnęły Litwa (10,4 proc.), Rumunia (11,2 proc.) i Łotwa (12,9 proc.) - oni z kolei nas doganiają.

Innymi słowy, wciąż tkwimy w pułapce średniego rozwoju – taka jest cena za pozostawanie „montownią Europy” i konkurowanie oparte na taniej sile roboczej. Od ładnych kilku lat mówi się, że taki model gospodarczy to na dłuższą metę ślepy zaułek, lecz jak widać póki co nie wyciągamy z tego praktycznych wniosków. Na domiar złego, pracodawcy strasząc zastojem gospodarki i „presją płacową” wylobbowali sobie otwarcie naszego rynku pracy na masowy napływ gastarbeiterów z Ukrainy i Azji (nad czym bardzo szybko przestano panować), a obecnie zgłaszają jeszcze dalej idące postulaty, nawet niespecjalnie ukrywając, że jedną z głównych motywacji jest zamrożenie płac. Jak widać – cel już teraz został w znacznej mierze osiągnięty. Warto w tym kontekście zerknąć na Czechy. Otóż tamtejszy rząd bardzo skrupulatnie limitował napływ pracowników spoza UE, otwarcie przy tym mówiąc, że ma to na celu podwyższenie zarobków czeskich pracowników. Podejście to okazało się skuteczne – i to do tego stopnia, że gdy Czesi od niedawna nieco uchylili furtkę (podkreślam – furtkę, a nie bramę, jak u nas) dla Ukraińców, to na naszych „Januszy biznesu” padł blady strach przed exodusem ukraińskiej siły roboczej zwabionej wyższymi wynagrodzeniami za południową granicą.

Tak wygląda osławiony „rynek pracownika” - jak zdarzyło mi się już pisać, w „rynek pracownika” uwierzę, gdy zobaczę twarde dane świadczące o dynamice wzrostu wynagrodzeń, udziale płac w PKB i malejącym rozwarstwieniu dochodów. A rezerwy są, bowiem przez większość okresu naszej sławetnej „transformacji” wzrost wynagrodzeń nie nadążał za wzrostem produktywności, do czego przyczyniało się dwucyfrowe bezrobocie i słynne „jak się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych” (obecnie w wersji: „na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców)” - o czym pisałem już półtora roku temu na bazie raportu Europejskiego Instytutu Związkowego pt. „Dlaczego Europa Wschodnia i Centralna potrzebuje wzrostu płac”.

Na zakończenie podpowiedź, którą podrzucam rządzącym w kontekście regresywnego systemu podatkowego oraz trudności z efektywnym opodatkowaniem korporacji i kapitału (wpływy z CIT nie przekraczają u nas 2 proc. PKB). Otóż wyższe pensje, to również wyższe wpływy do budżetu z PIT, składek ZUS i podatków pośrednich (#MinisterFinansówLubiTo). Innymi słowy, wzrost wynagrodzeń jest pośrednią formą opodatkowania przedsiębiorstw – skoro nie da się bezpośrednio CIT-em, to może właśnie w ten sposób? Proponowane rozwiązanie ma także tę zaletę, że równocześnie podnosi poziom zamożności Polaków (zwłaszcza w grupie najmniej zarabiających) i dochody budżetowe – w przeciwieństwie do „500+”, które wprawdzie „tu i teraz” jest programem koniecznym, lecz obciąża budżet i stanowi zaledwie doraźny plasterek łagodzący biedę i nierówności. Na dłuższą metę niezbędny jest radykalny wzrost wynagrodzeń – a że 2/3 Polaków zarabia poniżej średniej krajowej przy dominancie ok. 2500 zł. brutto, to naprawdę jest tu wielkie pole do działania. Bez tego pozostaniemy na kolejne dziesięciolecia dziadami Europy.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne

Jak nierówna jest Polska?

Koniec prezesów na śmieciówkach?

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom!

Podatek od nędzy

Janusze biznesu

Chcemy niewolników!

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 16 (19-25.04.2019)

poniedziałek, 12 listopada 2018

Janusze biznesu

I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku.

Pod koniec października gruchnęła w rubrykach ekonomicznych hiobowa wieść: z początkiem przyszłego roku Niemcy mają zamiar otworzyć się na pracowników spoza Unii Europejskiej, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy. Zapowiedź ta wywołała u polskich pracodawców ciarki na plecach, oznacza bowiem widmo gwałtownej utraty siły roboczej, skuszonej lepszymi warunkami oferowanymi za Odrą. Jak wynika z analiz firm Work Service i Personal Service (dane za „Rzeczpospolitą”), do Niemiec może wyjechać nawet 59 proc. pracujących w Polsce Ukraińców. Na dodatek już dziś przybyszów ze wschodu „podkupują” nam Czesi, Słowacy i Węgrzy, którzy również oferują im korzystniejsze warunki. Powyższe ma przełożyć się na „gigantyczną presję płacową”, spowolnienie wzrostu gospodarczego i spadek konkurencyjności polskich firm.

Można powiedzieć – sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Od lat mówi się, że rywalizowanie niskimi kosztami pracy to na dłuższą metę droga donikąd, wpędzająca nas w pułapkę średniego rozwoju. Owa pułapka zaś w praktyce skutkuje ubogim społeczeństwem – jeżeli mamy „konkurencyjną” gospodarkę, której głównym autem jest tani pracownik, to tenże nisko płatny pracownik przekłada się chociażby na biednego konsumenta i sfrustrowanego obywatela. Dobrze obrazuje to udział płac w PKB – wg danych Komisji Europejskiej nieodmiennie wleczemy się w ogonie Europy. Obecnie ze wskaźnikiem 48 proc. zajmujemy piąte miejsce od końca – na dodatek, patrząc od 1995 r. zanotowaliśmy niechlubny rekord: nasz udział płac w PKB spadł w tym okresie o 8,9 pkt. proc. Oznacza to m.in., że całymi latami wynagrodzenia nie nadążały za wzrostem produktywności. Ot, i cała tajemnica naszego wiekopomnego „sukcesu” pokazująca na czym budowaliśmy swoją konkurencyjność. Dopiero niedawno tendencja ta pomału zaczęła się zmieniać i wzrost płac nieznacznie przekroczył produktywność, co pracodawcom dało asumpt do narzekania na „presję płacową” i „rynek pracownika”. Otóż sprawa wygląda zgoła inaczej – polski pracownik dopiero zaczyna odrabiać straty z poprzednich lat, determinowanych „rynkiem pracodawcy” (czyli słynne – „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”).

Taki model anty-rozwoju ma swoje konsekwencje. Jedną z nich był masowy odpływ Polaków za granicę po otwarciu zachodnich rynków. Doraźnie skutkowało to jedynie złagodzeniem bezrobocia, ale już po kilku latach odbiło się bolesną czkawką – bo gdy minął najgorszy kryzys, nagle okazało się, że nie ma komu pracować. Wymuszono więc na rządzie ściągnięcie Ukraińców – m.in. po to, by utrzymać w ryzach wzrost wynagrodzeń (i zaczęła się gadka: „jak ci się nie podoba, to na twoje miejsce jest dziesięciu Ukraińców” - to był ów słynny „rynek pracownika”). Wszystko w ramach tego samego, patologicznego systemu. Jednocześnie odmawiano przyjęcia do wiadomości, że można zatrudniać ludzi na bardziej cywilizowanych warunkach – nie tylko jeśli chodzi o pensje (słynną średnią krajową mało kto ogląda na oczy, a dominanta wg GUS wciąż oscyluje na poziomie ok. 1600 „na rękę”), ale też ograniczyć plagę „śmieciówek” czy folwarczno-pańszczyźniane stosunki w firmach. Nie bez powodu Polacy pracujący za granicą jako jedną z przyczyn dla których nie palą się do powrotu podają, że prócz większych pieniędzy są w swoim obecnym miejscu pracy bardziej szanowani. Przy okazji okazało się, że rzekomo niewydajny Polak-nieudacznik z chwilą przekroczenia granicy stawał się cenionym i zaradnym pracownikiem, a nawet przedsiębiorcą. Cóż, jeżeli ktoś jest traktowany jak niewolnik, to pracuje jak niewolnik, proste. Zwróćmy uwagę na jeszcze jedną rzecz – z cytowanych na wstępie wypowiedzi wynika, że nasi sąsiedzi z regionu pozostający na podobnej stopie rozwoju jakoś są w stanie „podkupić” Ukraińców lepszymi warunkami. U nas wszelka wzmianka o wzroście zarobków wywołuje z miejsca nerwowy dygot.

Przykład z życia. Mamy firmę średniej wielkości. Właściciel latami ignorował wszelkie prośby o podwyżki, aż w końcu pracownicy zaczęli składać wypowiedzenia. Szef rozejrzał się po rynku – i gdy zobaczył ile musiałby zapłacić nowym osobom, zbielało mu oko. Pieniądze na podwyżki nagle się znalazły, a firma jakoś nie zbankrutowała i nie utraciła konkurencyjności. Mimo to, ów Janusz biznesu nosi w sobie poczucie dojmującej krzywdy, co przejawia się od czasu do czasu złośliwym opóźnianiem wypłat (bo „mogą poczekać” - jak wrzasnął do księgowej, która z racji funkcji wiedziała, że pieniądze na wypłaty są). I tak to, proszę państwa, wygląda: drogie garnitury, mercedes „eska” - a w butach słoma, w głowie zaś mentalność karbowego z folwarku. W tym kontekście nie dziwią niedawne wyniki badań firmy Randstad pokazujące, że polskie firmy nie są w stanie utrzymać pracowników i wciąż panuje w nich zbyt duża rotacja – nie tylko ze względu na płace, ale też np. brak inwestowania w rozwój pracownika. A teraz słychać płacz i zgrzytanie zębów, bo Niemcy zabiorą Ukraińców – niech zabierają, może wreszcie zrobi się normalniej.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 44 (09-15.11.2018)