Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwarstwienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozwarstwienie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 grudnia 2017

Cena demokracji

Za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Popularne powiedzenie gospodarczych liberałów głosi, że „nie ma darmowych obiadów” - i pełna zgoda, w życiu za wszystko trzeba płacić taką czy inną walutą. Problem zaczyna się w momencie, gdy powiedzenie to wykorzystywane jest w charakterze polemicznej kłonicy przeciw, najogólniej mówiąc, redystrybucji dóbr. Przecież nikt przytomny nie twierdzi, że państwowa służba zdrowia, edukacja, czy rozmaite świadczenia socjalne są „za darmo”. Wiadomo, że trzeba pokrywać je z podatków, a gdy tych nie wystarczy - z zadłużania państwa. Tego ostatniego należy oczywiście w miarę możliwości unikać – z szeregu przyczyn, począwszy od groźby bankructwa, poprzez etyczno-ekonomiczny aspekt obciążania długami kolejnych pokoleń, a skończywszy na kwestii suwerenności, której zagraża uzależnienie finansowe od globalnych spekulantów. Rzecz w tym, by obciążenia na szeroko rozumianą sferę publiczną rozłożyć w sprawiedliwy i efektywny sposób, nie dopuszczając do nawarstwienia się społecznych nierówności.

I w tym momencie przechodzimy do sedna niniejszego felietonu. Otóż twierdzenie, że „nie ma darmowych obiadów” dotyczy także społecznego spokoju i samej demokracji. Tak - za demokrację i komfort prowadzenia interesów w przewidywalnym otoczeniu też trzeba płacić. To tak oczywiste, że aż niewiarygodne, że trzeba to tłumaczyć – jednak owa prosta konstatacja nader często wolnorynkowcom umyka. Ceną społecznej stabilizacji są nie tylko bezpośrednie transfery socjalne, ale też np. stabilne formy zatrudnienia i pewność emerytur. Kiedy tego brakuje, wkrada się niepokój będący pożywką dla tzw. „populistów” - czyli mówiąc po ludzku, polityków wsłuchujących się w zbiorowe lęki i frustracje, by następnie wykorzystać je dla swoich celów. Rozumiano to dobrze na Zachodzie w czasach zimnej wojny, kiedy strach przez komunizmem i społeczną rewoltą zmusił tamtejsze elity (również biznesowe) do wprowadzenia „welfare state”. Gdy komunistyczne zagrożenie stopniowo mijało, wielki biznes coraz głośniej wołał „hulaj dusza” wchodząc w okres globalnej spekulacji, niczym nieograniczonej maksymalizacji zysku, prekaryzacji rynku pracy i absolutyzowania wolności gospodarczej w myśl demagogicznej maksymy, że „przypływ podnosi wszystkie łodzie”.

Efekty znamy. „Przypływ” wcale nie podniósł „wszystkich łodzi”, tylko te największe, mniejsze zatapiając – drobny, rodzinny biznes na całym świecie jest w odwrocie, co przekłada się nie tylko na utratę samodzielnych źródeł utrzymania, lecz również odziera rzesze ludzi z poczucia własnej wartości. Rzekoma wolność doprowadziła do daleko posuniętej oligarchizacji światowej gospodarki. Realne płace stanęły w miejscu, czemu towarzyszy postępujący zanik klasy średniej – ostoi społecznego konsensusu gwarantującego porządek. W USA epoka Eisenhowera z 91 proc. podatkiem od dochodów przekraczających 400 tys. dol. jawi się niczym raj utracony. „Uśmieciowienie” rynku pracy doprowadziło do wytworzenia nowej warstwy społecznej – prekariatu, czyli rzesz ludzi wiecznie niepewnych jutra, często mimo podjęcia pracy kwalifikujących się do pomocy socjalnej („working poor”), co zresztą koncerny cynicznie wykorzystują, przerzucając część kosztów pracy na państwo (taki „Wall Mart” wręcz szkoli pracowników w efektywnym korzystaniu z opieki społecznej). Okazało się, że wbrew innemu sloganowi, bogactwo wcale nie „skapuje w dół”, tylko zatrzymuje się na górze.

Skutkiem powyższego jest rosnące rozwarstwienie i związany z tym gniew, poczucie przegranej i frustracja. To zaś tworzy naturalne podglebie dla różnych niebezpiecznych tendencji. Liberałowie dziwią się, skąd nagle „fala populizmu”, wygrana Trumpa czy popularność różnych radykałów. Ano właśnie stąd – sami na to zapracowaliście nieopanowaną żądzą zysku bez oglądania się na konsekwencje.

Dlatego tak pomstuję w kolejnych felietonach na „śmieciówki”, niskie płace, rozwarstwienie i piętnuję cwaniackie firmy „optymalizujące” zobowiązania podatkowe - słowem, na ten cały ekonomiczny bantustan. Z tych samych przyczyn chwalę program 500+ i uszczelnianie podatków. Dlatego też moim wrogiem numer jeden jest oligarchia pieniądza na czele z banksterskimi spekulantami, wysysająca niczym upiór soki życiowe z całych narodów – a także, chociażby globalne umowy handlowe.

Tu zastrzeżenie – powyższe poglądy zwykło się dezawuować oskarżeniami o socjalizm. Otóż nie, to nie żaden „socjalizm”, tylko społeczny konserwatyzm – stara, dobra chadecja z czasów, kiedy to pojęcie jeszcze cokolwiek znaczyło. Demokracja to inwestycja – żeby wyjąć, trzeba najpierw włożyć. Tak więc, jeśli chcemy funkcjonować w demokratycznym państwie prawa, a nie w targanym niepokojami bantustanie, to zacznijmy od poparcia dla zatrudniania pracowników na normalną umowę o pracę, płacenia im godziwych pieniędzy nawet kosztem nieco niższego zysku i uczciwego odprowadzania podatków. Nie ma darmowych obiadów, a za komfort demokracji trzeba płacić - i to nie górnolotnymi frazesami, lecz całkiem przyziemnymi, realnymi pieniędzmi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (08-14.12.2017)

niedziela, 3 grudnia 2017

Rynek pracy, czy rynek nędzy?

Wkrótce okaże się, że nasz dynamiczny wzrost PKB „na papierze”, sprowadził się w ostatecznym rozrachunku do wyhodowania nędzy na niespotykaną skalę.


GUS opublikował właśnie najnowsze dane dotyczące struktury wynagrodzeń Polaków (dotyczą października 2016 r. - dane tego typu GUS przedstawia co dwa lata).

Krótko mówiąc – wieje grozą.

Średnia krajowa to wprawdzie 4346,76 zł, lecz mediana to już tylko 3510,67 zł. Oznacza to, że średnie zarobki są zawyżone przez wąską grupę najlepiej zarabiających – a to z kolei potwierdza absurdalne rozwarstwienie dochodów, będące pokłosiem rozlicznych patologii naszej sławetnej transformacji gospodarczej, której „zazdrości nam cały świat”. Dość powiedzieć, że 66,2 proc. pracowników (a więc ok. 2/3) zarabiało mniej lub tyle samo, ile wynosi przeciętne miesięczne wynagrodzenie. Do tego najmniej zarabiające 10 proc. (decyl pierwszy) musiało zadowolić się sumą do 1890,32 zł brutto, z kolei 10 proc. najlepiej zarabiających (decyl dziesiąty) to kwoty powyżej 7200 zł. brutto, zaś 6,3 proc. zarabiało powyżej 8693,52 zł brutto – czyli dwukrotność, lub więcej średniej krajowej. Dominanta (najczęstsze wynagrodzenie) prezentuje się wręcz żałośnie - 2074,03 zł brutto.

Wprawdzie w porównaniu z poprzednimi danymi GUS sprzed dwóch lat, mediana zaczęła rosnąć nieco szybciej, niż średnia krajowa – ale tylko w ujęciu procentowym (6,7 proc. - mediana do 5,8 proc. - średnia). W liczbach bezwzględnych jest odwrotnie – mediana wzrosła o 219,11 zł. przy wzroście średniej krajowej o 239,02 zł. Rozwarstwienie więc realnie się powiększyło. A dominanta? O ile w danych prezentowanych na stronach GUS nie ma jakiegoś przekłamania, to wychodzi, że dominanta wręcz... spadła o niemal 400 zł! W 2014 r. wynosiła 2469,47 zł., przy obecnych 2074,03 zł – oczywiście brutto. To ma być ten osławiony „rynek pracownika”? Czy może obserwujemy „zbawienny” efekt masowej imigracji gastarbeiterów z Ukrainy? Dodać należy, że podane wyniki dotyczą jedynie przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób, zatem z radaru znikają najmniejsze firmy, oraz pracownicy wypchnięci na samozatrudnienie - a wg danych NBP takich „mikro-firm” w 2016 r. było ponad 4 mln.

Powyższe potwierdzają dane Komisji Europejskiej odnośnie udziału płac w PKB. Jak podaje „Business Insider” jesteśmy pod tym względem na miejscu piątym od końca z udziałem płac w PKB na poziomie 48 proc. przy unijnej średniej 55,4 proc. Co więcej, charakteryzujemy się niechlubną dynamiką spadku udziału płac w PKB – zajmujemy tu 3 miejsce (za Rumunią i Irlandią). Od 1995 r. udział płac w PKB spadł u nas o 8,9 pkt. proc. - co zgadzałoby się z przytoczonym tu spadkiem dominanty zarobków. Przekłada się to na siłę nabywczą Polaków. Z badania „GfK purchasing power 2017” wynika, że na 42 odnotowane kraje europejskie Polska zajmuje 29 lokatę (bez zmian w porównaniu do ubiegłego roku) z wynikiem 48,1 proc. europejskiej średniej. Nasza przeciętna siła nabywcza to 6,710 euro przy 13,937 euro średniej w Europie. Dodam, że jeśli by wziąć pod uwagę „gołe pensje” w tym w szczególności gusowską medianę (a tym bardziej dominantę), to otrzymamy obraz nędzy i rozpaczy, bo badanie GfK uwzględniało również transfery socjalne.

Dla dopełnienia obrazu warto również wspomnieć o rozwarstwieniu majątkowym Polaków. W raporcie NBP „Zasobność gospodarstw domowych w Polsce” z 2014 r. czytamy: „10 proc. najbardziej zasobnych gospodarstw domowych posiada 37 proc. całkowitego majątku netto, podczas gdy majątek (netto) 20 proc. najmniej zasobnych gospodarstw stanowi jedynie niewielką część (1,0 proc.) całego majątku gospodarstw domowych”.

Generalnie, to jest proszę Państwa dramat i przepis na społeczną katastrofę. Już nie mówię nawet o napięciach, jakie generuje zarysowany tu stan rzeczy, ale w dalszej perspektywie taka patologiczna struktura zarobków może doprowadzić chociażby do bankructwa systemu ubezpieczeń społecznych i fali nędzy. Po pierwsze, niskie płace, zwłaszcza w warunkach „uśmieciowienia” rynku pracy, oznaczają niskie wpływy do ZUS. Po drugie i ważniejsze – te 2/3 pracowników zarabiających poniżej średniej za jakiś czas przejdzie na emerytury – i wolę nawet nie myśleć o groszach, które dostaną (zakładając optymistycznie, że w ogóle jakieś emerytury będą). Oznacza to także, że mamy chorą strukturę PKB, którego owoce są konsumowane przez stosunkowo wąską grupę społeczną, nie wspominając już o firmach maksymalizujących zyski kosztem zatrudnianej taniej siły roboczej (i unikających zarazem opodatkowania). Jeżeli nie zmierzymy się z tym problemem teraz – podnosząc sukcesywnie i w odczuwalny sposób płacę minimalną, stawkę godzinową i eliminując umowy śmieciowe - to wkrótce okaże się, że nasz dynamiczny wzrost PKB „na papierze”, sprowadził się w ostatecznym rozrachunku do wyhodowania nędzy na niespotykaną skalę. Na zakończenie – podczas prezentowania założeń budżetowych na 2018 r. wicepremier Morawiecki powiedział: „społeczeństwo nie umawiało się z państwem w '89 roku, że stworzy system, w którym będzie dużo dla niewielu i bardzo niewiele dla prawie wszystkich”. Trzymam za słowo, bo tak dalej być nie może.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 48 (01-07.12.2017)

niedziela, 22 października 2017

Ubóstwo i nierówności – bomba zegarowa

Jeśli chodzi o dwie tykające społeczne bomby zegarowe (ubóstwo i rozwarstwienie), to pierwszą zaczynamy rozbrajać, do drugiej nawet się nie zabraliśmy.

17 października to Międzynarodowy Dzień Walki z Ubóstwem. Wprawdzie do tego typu ONZ-owskich „świąt” mam stosunek podobny jak do innych przejawów „nowej świeckiej tradycji” wdrażanej przez różne międzynarodowe agendy, ale w tym przypadku nadarza się akurat okazja, by zwrócić uwagę na kilka istotnych dla naszej wspólnej przyszłości kwestii. Pierwsza informacja, to mile nas łechczące dane Eurostatu wedle których jesteśmy europejskim liderem walki z biedą. W latach 2008-2016 zagrożenie ubóstwem i wykluczeniem społecznym spadło u nas z 30,5 proc. (2008 r.) do 21,9 proc. (2016). Tym samym ze spadkiem o 8,6 pkt. proc. znaleźliśmy się przed Łotwą (5,7) i Rumunią (5,4 pkt. proc.). Warto też dodać, że wreszcie zeszliśmy poniżej unijnej średniej – w 2016 r. w całej UE zagrożonych biedą było 23,4 proc. obywateli.

Z powyższym koresponduje przygotowany z okazji 17 października raport Polskiego Komitetu Europejskiej Sieci Przeciw Ubóstwu (EAPN Polska) pt. „Skrajne ubóstwo i pogłębiona deprywacja materialna w Polsce w latach 2014-2016”. Skupia się on na ubóstwie skrajnym (w 2016 r. uśredniony próg dla różnych typów rodzin wynosił 486 zł. na osobę) i pogłębionej deprywacji materialnej (czyli sytuacji, gdy rodziny nie stać na opłacenie co najmniej 4 z 9 wydatków: czynszu i rachunków za media, odpowiedniego ogrzania domu, niespodziewanych wydatków, jedzenia mięsa, ryby lub ich odpowiednika w białku co drugi dzień, tygodniowego urlopu poza domem, korzystania z samochodu, pralki, telewizora, telefonu). Wynika z niego, że skala skrajnego ubóstwa w latach 2014-2016 spadła z 7,4 do 4,9 proc., co daje spadek o 34 proc. Natomiast pogłębiona deprywacja materialna, która w 2014 r. dotykała 10,4 proc. gospodarstw domowych, w 2016 r. wynosiła 6,7 proc., co oznacza spadek o 36 proc. W obu przypadkach zatem te nader dotkliwe formy biedy zmniejszyły swój zasięg o ponad jedną trzecią.

Warto zatrzymać się nad ubóstwem wśród dzieci. W ubiegłym roku w felietonie „Żegnaj biedo” pisałem w tym miejscu o raporcie EAPN Polska pod kierunkiem prof. Ryszarda Szarfenberga w którym zawarto symulacje dotyczące programu 500+ m.in. na podstawie danych Banku Światowego. W najbardziej optymistycznym wariancie wynikało z nich zmniejszenie skrajnego ubóstwa dzieci z 11,9 do 0,7 proc. a więc o 94 proc. Rzeczywistość zweryfikowała te założenia, niemniej i tutaj postęp jest znaczący. Ubóstwo skrajne dzieci spadło z 11,9 w 2014 do 5,8 proc. w 2016 – czyli o 51 proc. Wg metodologii GUS nastąpił zaś spadek o 44 proc. - z 10,3 proc. do 4,8 proc. Szczególnie znaczący postęp dokonał się w latach 2015-2016 – aż o 36 proc., co ewidentnie związane jest ze startem programu 500+. Podobnie rzecz się ma z pogłębioną deprywacją materialną wśród dzieci – tu również mamy spadek o 44 proc. Wciąż jednak pozostaje ok. 400 tys. dzieci żyjących w skrajnym ubóstwie i tyle samo w warunkach pogłębionej deprywacji materialnej.

Jak było do przewidzenia, znacząco spadło zarówno skrajne ubóstwo, jak i deprywacja materialna wśród rodzin wielodzietnych z dwójką rodziców/opiekunów. Niestety, nie można tego powiedzieć o rodzinach, gdzie występuje jeden opiekun z dziećmi – ich sytuacja w latach 2014-2016 praktycznie nie drgnęła.

Dlaczego powyższe dane są takie ważne? Otóż niwelowanie ubóstwa to nie tylko odruch humanitarny – to przede wszystkim inwestycja w przyszłość. Rodzina wychodząca z biedy staje się bardziej wartościowa z punktu widzenia ogólnospołecznego (mniejsze napięcia społeczne, lepsze perspektywy na przyszłość – chociażby zdobycie odpowiedniego wykształcenia), a także gospodarki („lepsi” konsumenci, wykwalifikowani i bardziej wydajni pracownicy).

Wiąże się z tym również inne zagadnienie – mianowicie, kwestia rozwarstwienia społecznego. A z tym w Polsce (ale też generalnie na świecie) nie jest dobrze – ba, sytuacja wręcz się pogarsza. Zwraca na to uwagę nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, alarmując (np. w raporcie „World Economic Outlook”), że od 1991 r. w 29 spośród 50 największych gospodarek spadł udział płac w PKB, co na dłuższą metę zagraża rozwojowi gospodarczemu i spójności społecznej – a to gotowa pożywka dla różnych destrukcyjnych tendencji. W związku z tym, MFW rekomenduje działania zmierzające do „redystrybucji kapitału”. Cóż, łatwo powiedzieć – najpierw trzeba by chociażby zmusić globalne koncerny do uczciwego płacenia podatków i dzielenia się wypracowanym bogactwem z pracownikami. W Polsce wg Eurostatu (dane za 2014 r.) mamy do czynienia z największymi nierównościami w zarobkach w całej UE. Po porównaniu płac w przeliczeniu na stawkę godzinową okazało się, że górne 10 proc. zarabia 4,7 raza więcej, niż dolne 10 proc. Dla przykładu - w Szwecji analogiczny wskaźnik wynosi 2,1, w Belgii, Finlandii i Danii – 2,4. A zatem, jeśli chodzi o dwie tykające społeczne bomby zegarowe (ubóstwo i rozwarstwienie), to pierwszą zaczynamy rozbrajać, do drugiej nawet się nie zabraliśmy – a długofalowo jest ona równie niszczycielska.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 42 (20-26.10.2017)