Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezwarunkowy dochód podstawowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezwarunkowy dochód podstawowy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lutego 2019

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Dywidenda obywatelska to już nie są mrzonki, tylko coraz bardziej paląca konieczność – ruch „żółtych kamizelek” jest dobitnym dowodem, że żyjemy na tykającej społecznej bombie zegarowej.

Niedawno w Finlandii zakończył się dwuletni eksperyment z wypłacaniem Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP). Programem objęto 2000 bezrobotnych, którym wypłacano co miesiąc kwotę 560 euro – była to suma nieopodatkowana i otrzymywana niezależnie od innych świadczeń. Celem eksperymentu było zbadanie, czy osoby pobierające BDP staną się bardziej aktywne na rynku pracy – robocza hipoteza zakładała, że beneficjenci świadczenia będą poszukiwali dodatkowych możliwości zatrudnienia bez obaw, że stracą w ten sposób przysługujące im zasiłki socjalne.

Efekty? Co najmniej dwuznaczne. Nadzorujący program fiński urząd ubezpieczeń socjalnych Kela opublikował właśnie wyniki za pierwszy rok trwania eksperymentu – czyli 2017 (wyniki za 2018 mają zostać podane w roku 2020). Okazało się, że bezrobotni otrzymujący BDP w znikomym stopniu aktywizowali się zawodowo w porównaniu z grupą kontrolną (czyli bezrobotnymi nie otrzymującymi dochodu gwarantowanego), średnio bowiem w ciągu roku przepracowali raptem pół dnia więcej. Jednocześnie jednak większość z nich (55 proc.) stwierdziła, że poprawiło im się samopoczucie (czemu trudno się dziwić) oraz ogólny dobrostan – odczuwali mniejszy stres, mieli również mniej kłopotów ze zdrowiem. Ohto Kanniainen, ekonomista pracujący przy wdrożeniu programu stwierdził, iż tego typu wyników można się było spodziewać m.in. ze względu na niskie kwalifikacje bezrobotnych oraz towarzyszące im trudne sytuacje życiowe. Cóż, nie od dziś wiadomo, że bieda degraduje – nawet ta względna, jak w Finlandii.

A więc porażka? Hm, wszystko zależy od tego, czemu BDP ma służyć. Jeśli jedynie skłonieniu do pracy czy podejmowania większego ryzyka życiowego z gwarancją, że zawsze ma się finansową „poduszkę bezpieczeństwa” - to fiński eksperyment od początku był nietrafiony i źle zaadresowany. Po pierwsze, u ludzi długotrwale bezrobotnych pojawia się często zjawisko „wyuczonej bierności”, na które niekiedy nakładają się problemy psychiczne, typu depresja czy obniżone poczucie własnej wartości – szczególnie, jeśli dana osoba przez dłuższy czas bezskutecznie poszukiwała pracy. Po drugie, BDP wypłacany równolegle np. do zasiłku dla bezrobotnych uruchamia w głowie „kalkulator”: w porządku, znajdę jakąś (nie oszukujmy się, na ogół niskopłatną) pracę, zachowam dochód podstawowy, ale stracę inne świadczenia – czy mi się to opłaca? Tutaj o wiele bardziej interesujące byłoby sprawdzenie, jak BDP działałby u osób pracujących, ale zarabiających stosunkowo niewiele – czy byłyby bardziej skłonne do podnoszenia kwalifikacji, przeprowadzki za pracą, bądź założenia własnej firmy.

W tym kontekście o wiele więcej sensu wydaje się mieć włoski program „warunkowego” dochodu podstawowego. Tamtejszy rząd od kwietnia będzie wypłacał „pensje” najuboższym obywatelom oraz bezrobotnym aktywnie poszukującym pracy. Rodzina ma otrzymywać miesięcznie 1330 euro, zaś osoby samotne – 780 euro. Warunkiem jednak jest podjęcie zatrudnienia – po trzech odmowach przyjęcia proponowanej pracy świadczenie będzie zabierane.

Wszystko to moim zdaniem jednak jest kręceniem się wokół problemu bez dotykania jego istoty. Otóż dochód gwarantowany (który wolę określać mianem „dywidendy obywatelskiej”) w jakiejś perspektywie czasowej będzie niezbędny z zupełnie innych powodów. Obecna rzeczywistość wygląda bowiem tak, że gros obciążeń podatkowych przerzucanych jest na zwykłych obywateli, podczas gdy globalne koncerny stosują przy bezradności rządów agresywną optymalizację. Efektem jest regresywny system podatkowy (ubożsi, głównie w formie podatków pośrednich odprowadzają proporcjonalnie większą część dochodów niż bogatsi) – co z kolei prowadzi do wzrostu kosztów życia za którym nie nadążają wynagrodzenia. Na powyższe nakłada się prekaryzacja rynku pracy, czego konsekwencją jest zjawisko „pracującej biedoty” („working poor”), które wkrótce przełoży się na rzeszę biednych emerytów. Widoczne jest to chociażby w spadającym udziale płac w PKB, rosnącym rozwarstwieniu społecznym i zanikaniu klasy średniej. Wszystko to razem wzięte zaburza społeczną mobilność – obecnie pozycję społeczną coraz częściej się dziedziczy, czemu dodatkowo sprzyja pogarszająca się jakość usług publicznych (edukacja, służba zdrowia, transport).

I właśnie łagodzeniu tych patologii przede wszystkim ma służyć dywidenda obywatelska, którą można wdrożyć chociażby poprzez omawiane tu niedawno „luzowanie ilościowe dla ludzi” (jego zwolennicy nazywają to „dywidendą społeczną”) - przy czym, odpowiednio skalkulowana, mogłaby być wypłacana ZAMIAST rozmaitych, rozproszonych świadczeń socjalnych, co pozwoliłoby zaoszczędzić na kosztach ich obsługi. Takie rozwiązanie ma jeszcze jeden walor – wpuszcza świeży pieniądz do realnej gospodarki. To już nie są mrzonki, tylko coraz bardziej paląca konieczność – ruch „żółtych kamizelek” jest dobitnym dowodem, że żyjemy na tykającej społecznej bombie zegarowej. Lepiej ją zawczasu rozbroić, zanim eksploduje.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dywidenda obywatelska

BDP, czyli dywidenda obywatelska

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Wirtualny pieniądz i realny dług


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 07 (15-21.02.2019)

niedziela, 21 stycznia 2018

BDP, czyli dywidenda obywatelska

BDP w dzisiejszej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej przestaje być „mokrym snem lewaka”, a jego wprowadzenie już wkrótce stanie się koniecznością.

W świąteczno-noworocznej „Gazecie Finansowej” red. Jakub Woziński zamieścił interesujący felieton dotyczący tzw. Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP), który ja wolę nazywać „dywidendą obywatelską” (dlaczego właśnie tak – o tym za chwilę). Autor, przytaczając argumenty „za” (np. opinię Miltona Friedmana, kwestię „naoliwienia” systemu finansowego czy zagrożenia ze strony postępującej robotyzacji) pozycjonuje się jednak jako przeciwnik tej koncepcji. Pozwolę sobie przedstawić odmienną opinię – i to wcale nie z powodu robotów „kradnących pracę”, czy troski o „oliwienie” konsumpcji. Przyczyny mojego stanowiska są, odnoszę wrażenie, nieco głębsze.

Otóż uważam, że BDP w dzisiejszej rzeczywistości społeczno-ekonomicznej przestaje być „mokrym snem lewaka”, a jego wprowadzenie już wkrótce stanie się po prostu koniecznością. To dlatego właśnie władze Finlandii i kanadyjskich prowincji Ontario i Quebec zdecydowały się na próbne eksperymenty w tej materii. Natomiast odrzucenie BDP w szwajcarskim referendum i różne obiekcje wynikają raczej z ugruntowanych schematów myślenia, każących instynktownie wzdragać się przed rozdawaniem pieniędzy „za nic”. Proszę zwrócić uwagę, że z podobnymi głosami mieliśmy do czynienia również w przypadku programu „500+”, stanowiącego właśnie coś w rodzaju fragmentarycznego dochodu podstawowego.

Dlaczego zatem wprowadzenie BDP uważam w jakiejś perspektywie czasowej za konieczne? Wynika to wprost z obecnych realiów, w których zacięły się szeroko rozumiane mechanizmy redystrybucyjne. Powszechnym trendem jest np. malejący udział płac w PKB, rosnąca przewaga kapitału nad pracą oraz wzrost rozwarstwienia społecznego, o czym alarmują nawet takie świątynie globalizacji, jak MFW czy Bank Światowy (inna sprawa, że niewiele z tym robią). Jeżeli w Polsce średnia krajowa wynosi 4346,76 zł brutto, a dominanta ponad dwukrotnie mniej - 2074,03 zł, przy czym górny decyl zarabia na godzinę 4,7 raza więcej niż decyl dolny (ewenement na skalę Europy) – to słowo „patologia” samo ciśnie się na usta. Okazuje się, że bogactwo bynajmniej nie „skapuje w dół”, tylko wręcz odwrotnie, zaś „przypływ nie podnosi wszystkich łodzi” - unosi te największe, mniejsze zaś idą na dno.

Konsekwencją powyższego jest postępująca pauperyzacja i zanik klasy średniej. Szczególnie dobrze widać to w Ameryce – niedawno opublikowano dane z których wynika, że odsetek rodzin z długami przewyższającymi oszczędności jest najwyższy od 1962 r., zaś mediana majątku przeciętnego amerykańskiego gospodarstwa domowego jest niższa niż w 1989 roku. Wzrost płac nie nadąża za kosztami życia – a warto zwrócić uwagę, że jeszcze w latach '60 na ogół jedynym dochodem były zarobki ojca rodziny, wystarczające na utrzymanie domu. Wynika to chociażby z pogarszającej się jakości współczesnych miejsc pracy – postępuje „uśmieciowienie”, a normalna umowa o pracę (niegdyś standard) dziś pomału staje się luksusem. Idąc dalej – wzrost wynagrodzeń (zwłaszcza biorąc pod uwagę inflację) nie nadąża za wzrostem produktywności, co prowokuje pytanie, kto konsumuje tę różnicę?

Tego typu wynaturzeniami rynek pracy (ten realny, widoczny choćby z perspektywy polskiej prowincji, a nie z okien wysokich gabinetów) jest wręcz przesycony. Doczekaliśmy się całej nowej warstwy społecznej – prekariatu - skazanej na wieczną niestabilność i tymczasowość. Rośnie rzesza ludzi pozbawionych różnych form społecznych ubezpieczeń (np. zdrowotnego, również tu, w Polsce), a na horyzoncie rysuje się widmo głodowych emerytur ludzi pracujących całe życie na „śmieciówkach”.

Generalnie, zoligarchizowany rynek wielkich, globalnych korporacji przestał się „samoregulować”, a stał się wampirem wysysającym siły witalne z całych społeczeństw i narodów. Zatem BDP pełniłby w tych warunkach funkcję redystrybutora tego, co wcześniej ukradziono ludziom (np. w postaci zaniżonych płac), rodzaju „dywidendy obywatelskiej” dla tych, którzy wypracowują PKB, nie partycypując dziś należycie w jego podziale. I tak właśnie na to należy moim zdaniem patrzeć - nie traktować BDP jako socjalistycznego „rozdawnictwa”, lecz właśnie jako dywidendę. Państwo jest przedsiębiorstwem w którym wszyscy pracujemy, a nawet więcej - jesteśmy jego współwłaścicielami, „akcjonariuszami”. A skoro przyczyniamy się jako pracownicy i konsumenci do wytwarzania jego dochodu (PKB), to należą się nam stosowne profity.

Na chwilę obecną jedynym racjonalnym kontrargumentem dla „dywidendy obywatelskiej” jest groźba bankructwa finansów publicznych. Jeżeli jednak uszczelnienie podatków pozwoliło sfinansować „500+”, to może i BDP nie jest wcale taką nierealną mrzonką? Zwłaszcza, gdyby wprowadzić BDP w miejsce dotychczasowych, rozproszonych świadczeń socjalnych, oszczędzając tym samym na kosztach ich obsługi? Idealnym rozwiązaniem byłoby, gdyby poprzez skuteczne opodatkowanie zmusić niejako wielkie koncerny do bardziej sprawiedliwego podziału bogactwa. Skoro inne mechanizmy zawiodły, to trzeba właśnie tak.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dywidenda obywatelska

Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?

Rynek pracy, czy rynek nędzy?

Ubóstwo i nierówności – bomba zegarowa

Cena demokracji

Wyższe płace są możliwe

Wyższe płace są konieczne


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 03 (19-25.01.2018)