Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dochód gwarantowany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dochód gwarantowany. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lutego 2019

Dywidenda obywatelska – eksperyment czy konieczność?

Dywidenda obywatelska to już nie są mrzonki, tylko coraz bardziej paląca konieczność – ruch „żółtych kamizelek” jest dobitnym dowodem, że żyjemy na tykającej społecznej bombie zegarowej.

Niedawno w Finlandii zakończył się dwuletni eksperyment z wypłacaniem Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego (BDP). Programem objęto 2000 bezrobotnych, którym wypłacano co miesiąc kwotę 560 euro – była to suma nieopodatkowana i otrzymywana niezależnie od innych świadczeń. Celem eksperymentu było zbadanie, czy osoby pobierające BDP staną się bardziej aktywne na rynku pracy – robocza hipoteza zakładała, że beneficjenci świadczenia będą poszukiwali dodatkowych możliwości zatrudnienia bez obaw, że stracą w ten sposób przysługujące im zasiłki socjalne.

Efekty? Co najmniej dwuznaczne. Nadzorujący program fiński urząd ubezpieczeń socjalnych Kela opublikował właśnie wyniki za pierwszy rok trwania eksperymentu – czyli 2017 (wyniki za 2018 mają zostać podane w roku 2020). Okazało się, że bezrobotni otrzymujący BDP w znikomym stopniu aktywizowali się zawodowo w porównaniu z grupą kontrolną (czyli bezrobotnymi nie otrzymującymi dochodu gwarantowanego), średnio bowiem w ciągu roku przepracowali raptem pół dnia więcej. Jednocześnie jednak większość z nich (55 proc.) stwierdziła, że poprawiło im się samopoczucie (czemu trudno się dziwić) oraz ogólny dobrostan – odczuwali mniejszy stres, mieli również mniej kłopotów ze zdrowiem. Ohto Kanniainen, ekonomista pracujący przy wdrożeniu programu stwierdził, iż tego typu wyników można się było spodziewać m.in. ze względu na niskie kwalifikacje bezrobotnych oraz towarzyszące im trudne sytuacje życiowe. Cóż, nie od dziś wiadomo, że bieda degraduje – nawet ta względna, jak w Finlandii.

A więc porażka? Hm, wszystko zależy od tego, czemu BDP ma służyć. Jeśli jedynie skłonieniu do pracy czy podejmowania większego ryzyka życiowego z gwarancją, że zawsze ma się finansową „poduszkę bezpieczeństwa” - to fiński eksperyment od początku był nietrafiony i źle zaadresowany. Po pierwsze, u ludzi długotrwale bezrobotnych pojawia się często zjawisko „wyuczonej bierności”, na które niekiedy nakładają się problemy psychiczne, typu depresja czy obniżone poczucie własnej wartości – szczególnie, jeśli dana osoba przez dłuższy czas bezskutecznie poszukiwała pracy. Po drugie, BDP wypłacany równolegle np. do zasiłku dla bezrobotnych uruchamia w głowie „kalkulator”: w porządku, znajdę jakąś (nie oszukujmy się, na ogół niskopłatną) pracę, zachowam dochód podstawowy, ale stracę inne świadczenia – czy mi się to opłaca? Tutaj o wiele bardziej interesujące byłoby sprawdzenie, jak BDP działałby u osób pracujących, ale zarabiających stosunkowo niewiele – czy byłyby bardziej skłonne do podnoszenia kwalifikacji, przeprowadzki za pracą, bądź założenia własnej firmy.

W tym kontekście o wiele więcej sensu wydaje się mieć włoski program „warunkowego” dochodu podstawowego. Tamtejszy rząd od kwietnia będzie wypłacał „pensje” najuboższym obywatelom oraz bezrobotnym aktywnie poszukującym pracy. Rodzina ma otrzymywać miesięcznie 1330 euro, zaś osoby samotne – 780 euro. Warunkiem jednak jest podjęcie zatrudnienia – po trzech odmowach przyjęcia proponowanej pracy świadczenie będzie zabierane.

Wszystko to moim zdaniem jednak jest kręceniem się wokół problemu bez dotykania jego istoty. Otóż dochód gwarantowany (który wolę określać mianem „dywidendy obywatelskiej”) w jakiejś perspektywie czasowej będzie niezbędny z zupełnie innych powodów. Obecna rzeczywistość wygląda bowiem tak, że gros obciążeń podatkowych przerzucanych jest na zwykłych obywateli, podczas gdy globalne koncerny stosują przy bezradności rządów agresywną optymalizację. Efektem jest regresywny system podatkowy (ubożsi, głównie w formie podatków pośrednich odprowadzają proporcjonalnie większą część dochodów niż bogatsi) – co z kolei prowadzi do wzrostu kosztów życia za którym nie nadążają wynagrodzenia. Na powyższe nakłada się prekaryzacja rynku pracy, czego konsekwencją jest zjawisko „pracującej biedoty” („working poor”), które wkrótce przełoży się na rzeszę biednych emerytów. Widoczne jest to chociażby w spadającym udziale płac w PKB, rosnącym rozwarstwieniu społecznym i zanikaniu klasy średniej. Wszystko to razem wzięte zaburza społeczną mobilność – obecnie pozycję społeczną coraz częściej się dziedziczy, czemu dodatkowo sprzyja pogarszająca się jakość usług publicznych (edukacja, służba zdrowia, transport).

I właśnie łagodzeniu tych patologii przede wszystkim ma służyć dywidenda obywatelska, którą można wdrożyć chociażby poprzez omawiane tu niedawno „luzowanie ilościowe dla ludzi” (jego zwolennicy nazywają to „dywidendą społeczną”) - przy czym, odpowiednio skalkulowana, mogłaby być wypłacana ZAMIAST rozmaitych, rozproszonych świadczeń socjalnych, co pozwoliłoby zaoszczędzić na kosztach ich obsługi. Takie rozwiązanie ma jeszcze jeden walor – wpuszcza świeży pieniądz do realnej gospodarki. To już nie są mrzonki, tylko coraz bardziej paląca konieczność – ruch „żółtych kamizelek” jest dobitnym dowodem, że żyjemy na tykającej społecznej bombie zegarowej. Lepiej ją zawczasu rozbroić, zanim eksploduje.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Dywidenda obywatelska

BDP, czyli dywidenda obywatelska

Luzowanie ilościowe dla ludzi

Ekonomia „króla Albanii”

Nowoczesna teoria pieniądza

BDP, czyli dywidenda obywatelska

O wypłukiwaniu pieniędzy z powietrza

Wirtualny pieniądz i realny dług


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 07 (15-21.02.2019)

piątek, 1 lipca 2016

Dywidenda obywatelska

Dochód gwarantowany przestaje być fanaberią, a staje się istotnym elementem łagodzenia patologii, uzupełniając chociażby niski udział płac w PKB.

I. „500+” dla dorosłych

Po sukcesie programu „Rodzina 500+” (a że jest to sukces i to wielopłaszczyznowy, przekonujemy się już teraz, pisałem o tym tydzień temu w tekście „Pińćset!”), rząd Beaty Szydło zapowiada program kolejny - „Mieszkanie +”, co wydaje się logiczną kontynuacją, bo wszak te „rodziny 500+” muszą gdzieś mieszkać, a że komercyjny rynek nieruchomości dalece nie zaspokaja potrzeb Polaków, widać po ćwierćwieczu naszej sławetnej „transformacji” aż nadto wyraźnie. Skoro tak, to moim zdaniem warto pójść o krok dalej i rozważyć możliwość wprowadzenia tzw. dochodu podstawowego (występującego też pod innymi nazwami – np. dochód gwarantowany). Idea ta, forsowana dziś przez lewicowych ekonomistów, zakłada przyznanie każdemu dorosłemu obywatelowi, bez względu na wiek, poziom materialny, zatrudnienie itd. comiesięcznej kwoty pieniędzy – czyli takie „500+” dla dorosłych. Powody są wielorakie – „prekaryzacja” rynku pracy i związana z nią niepewność jutra (jeden z podstawowych czynników wpływających na odkładanie decyzji o założeniu rodziny), postępująca robotyzacja miejsc pracy, narastające rozwarstwienie społeczne, zjawisko „working poor” (czyli „pracująca biedota” - ludzie, których mimo podjęcia pracy nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych) – długo by wymieniać.

Wbrew liberalnej dogmatyce, bogactwo jakoś niekoniecznie stosuje się do prawa grawitacji i wcale nie ścieka w dół wraz ze wzrostem PKB – tego fetyszu współczesnej ekonomii. O wiele bardziej miarodajnym wskaźnikiem, pokazującym, czy zwykli obywatele czerpią z rozwoju gospodarczego korzyści, czy też jego owoce są przechwytywane i konsumowane przez „nie-wiadomo-kogo”, jest udział płac w PKB – czyli na ile wynagrodzenia partycypują w ogólnym rozwoju. A tak się składa, że udział płac w PKB systematycznie na całym świecie spada, przy czym w Polsce należy on do najniższych w Europie (47% przy unijnej średniej 56%) i wciąż się obniża (w latach 1995-2014 spadł o 10,8 pkt. proc.). Elementem powyższego jest to, że wzrost płac pozostaje daleko w tyle za wzrostem produktywności polskich pracowników. Na dodatek Polska wbrew propagandzie narzekających na rzekomo zbyt rozdęty „socjal” jest krajem bardzo niskich transferów socjalnych (wedle Eurostatu średnia unijna za 2011 – 29,1% PKB, Polska – 19,2% PKB, przy czym lwią część - 58,1% pożerają renty i emerytury, procentowo jesteśmy tu na 2 miejscu, za Włochami). Innymi słowy – pozostajemy Bangladeszem Europy.

W kontekście powyższego, dochód gwarantowany przestaje być fanaberią, a staje się istotnym elementem łagodzenia zarysowanych tu patologii, uzupełniając chociażby niski udział płac w PKB. Poza doraźnym efektem odczuwalnym w kieszeni obywateli, skutkować będzie również tak pożądaną presją na wzrost wynagrodzeń – jak już można to zaobserwować w przypadku programu „500+”.

II. Dywidenda a nie „socjal”

Na początek należy koncepcję dochodu podstawowego „odczarować”, czyli wyjąć ją z rąk lewicy, która na razie dzierży tu monopol – analogicznie, jak PiS pozbawił lewicę monopolu na wrażliwość społeczną. Jeśli spojrzymy na państwo jak na spółkę akcyjną, to każdy dorosły obywatel jest tu równorzędnym akcjonariuszem – niezależnie od społecznego i materialnego statusu – wszyscy bowiem mamy w ręku identyczne dowody osobiste i kartki wyborcze. Zatem, pozostając konsekwentnym, należy nam się od tego interesu dywidenda. I właśnie taką nazwę - „dywidenda obywatelska” - proponuję. Nie żaden „zasiłek”, „socjal”, „zapomoga” (czyli coś otrzymywanego „z łaski”), a właśnie dywidenda – czyli coś, co każdemu słusznie się należy, jako partycypantowi wspólnego dobra, jakim jest państwo.

Zwróćmy uwagę, że owa „dywidenda” już w jakiejś mierze funkcjonuje, tyle, że albo wybiórczo (500 zł na drugie i każde kolejne dziecko), albo w zawoalowanej formie (kwota wolna od podatku – jednak nie każdy korzysta z niej w równym stopniu). Do tego, transfery socjalne – i tak niskie – są wydawane w sposób skrajnie nieefektywny, nie likwidując obszarów biedy i generując przy okazji wysokie koszta obsługi. Są m.in. bardzo rozproszone, przyznawane według niejednolitych kryteriów, rozbite między administrację państwową i samorządową, do czego dochodzą odrębne przywileje resortowe i branżowe w przedsiębiorstwach państwowych. Dlatego też dywidendę obywatelską należy wprowadzić zamiast dotychczasowego systemu pomocy społecznej. Ma to podstawowy atut – prostotę i radykalną redukcję „socjalnej” administracji. To bardzo ważne, jeśli chcemy odebrać dochód gwarantowany lewicy – ta bowiem pragnie wdrożyć swój pomysł równolegle z dotychczasowym „socjalem”, drastycznie podnosząc podatki i mordując gospodarkę. Dla lewicy „dochód podstawowy” jest po prostu kolejnym narzędziem zniszczenia znienawidzonego kapitalizmu. My zaś podatków podnosić nie chcemy.

III. Matematyka obywatelska

Teraz proszę o chwilę skupienia, będzie bowiem trochę matematyki i to na dużych liczbach – niestety, nie da się tego uniknąć. Załóżmy, że naszym punktem docelowym jest zapewnienie każdemu dorosłemu Polakowi 500 zł miesięcznie. W 2014 r. wg GUS mieliśmy 31.534.000 obywateli w wieku 18+. Daje to 15 mld 767 mln zł miesięcznie, czyli 189 mld 204 mln zł rocznie. Skąd to wziąć? Sięgnijmy do sporządzonej przez Fundację Republikańską na podstawie danych rządowych i GUS „Mapy wydatków państwa 2014”. Informuje nas ona, iż wydatki na pomoc społeczną wyniosły 42 mld 673 mln zł, do tego pensje odnośnego aparatu urzędniczego – 2 mld 11 mln 420 tys. zł. W sumie - 44.684.420.000 zł. Jeśli podzielić to na 31.534.000 dorosłych Polaków, otrzymamy 1.417,02 zł/rok, czyli 118,09 zł miesięcznie. Mało.

Jak widać, nie da się niestety (albo może właśnie „stety”) osiągnąć założonej dywidendy obywatelskiej bez gruntownej reformy systemu emerytalnego – bo, jak wspomniałem, podatków podnosić nie chcemy. Owszem, rząd mógłby zrobić generalny przegląd resortów i doraźnie ściąć różne zbędne koszty, ale to mimo wszystko byłaby łatanina. Przyjrzyjmy się zatem systemowi emerytalno-rentowemu.

Na emerytury i renty państwo wydaje 230 mld 968 mln zł rocznie. Do tego koszta obsługi (ZUS, KRUS itd.) - 2 mld. 400 mln 430 tys zł. W sumie - 233.368.430.000 zł. Podzielmy to na 7.304.000 osób w wieku „poprodukcyjnym” i otrzymamy średnio 31.950,77 zł/osobę rocznie, czyli 2.662,56 miesięcznie. Nie ma siły, musimy wprowadzić własną wersję systemu kanadyjskiego – czyli, każdy emeryt/rencista dostaje od państwa pewne minimum, na resztę zaś musi odłożyć w ciągu lat pracy w indywidualnym programie emerytalnym. To wymusza niestety stopniowość odchodzenia od obecnego systemu – nie można zabrać tego, co się obecnym emerytom należy. Przyjmijmy jednak, że przyszły emeryt będzie otrzymywał bezpośrednio z budżetu państwa obecną pensję minimalną „na rękę” - czyli w zaokrągleniu 1300 zł. Da to łącznie 113 mld 942 mln 400 tys zł rocznie – czyli „oszczędzamy” na łącznych wydatkach emerytalnych (przypomnę, obecnie - 233.368.430.000 zł) 119 mld 426 mln 030 tys zł.

Dodajmy owo 119.426.030.000 zł do 44.684.420.000 zł wydatków na „socjal” - łącznie będzie to 164 mld 110 mln 450 tys zł. Podzielmy przez 31.534.000 dorosłych obywateli i otrzymamy 5.204,24 /rok, czyli 433,69zł /mies. Jesteśmy blisko celu.

Idźmy dalej – szacunkowo dziura w ściągalności VAT (53 mld) i CIT (46 mld) to w sumie 99 mld zł rocznie. Załóżmy, że obie luki da się ograniczyć łącznie o 40%. Otrzymamy wtedy 39 mld 600 mln zł – czyli 118,09 zł na każdą dorosłą osobę miesięcznie. Dodajmy do „zaoszczędzonych” na emeryturach i socjalu 433,69 /mies i wyjdzie 551, 78 zł comiesięcznej „dywidendy obywatelskiej”. Jesteśmy w domu.

IV. Odzyskane państwo

Jak widać, przy okazji dokonaliśmy na papierze gruntownej reformy wydatków publicznych, co samo w sobie jest wartością :). A jak będą sobie radzić „ograbieni” przez nas emeryci? Nie najgorzej – emeryt/rencista dostawałby 1300 „emerytury kanadyjskiej” + 551, 78 zł dywidendy obywatelskiej – czyli 1851, 78 zł (oczywiście, byłoby to zwolnione z podatku PIT, bo nie ma sensu przekładać z jednej kieszeni do drugiej – generuje to tylko zbędne koszta na obsługę skarbową). Plus to, co odłoży indywidualnie w swym funduszu emerytalnym przez lata pracy.

No i pytanie: czy w ogóle warto? Warto. Zaproponowana koncepcja radykalnie uprości obecny niewydolny i kosztowny system świadczeń społecznych. ZUS-owsko – KRUS-owski moloch odejdzie w niebyt, bo na dobrą sprawę rozdział środków może się tu odbywać automatycznie, przez odpowiedni system informatyczny przekazujący środki na zarejestrowane w nim konta bankowe beneficjentów – niemal bez udziału czynnika ludzkiego. Pieniądze trafią do ludzi, którzy wprowadzą je do obrotu, od czego państwo ściągnie podatki. Przyjmijmy dla uproszczenia 23% VAT od łącznej sumy 203.710.450.000 przeznaczanej rocznie na „dywidendy obywatelskie”. Wyjdzie nam VAT w wysokości 46.853.403.500 zł – tyle wróci do budżetu państwa.

Podkreślmy, że państwo i tak dziś te pieniądze wydaje (albo traci w przypadku „dziur” podatkowych) – tyle, że czyni to nieefektywnie i marnotrawnie. Przedstawione rozwiązanie zaś nie wprowadza żadnych nowych kosztów, podatków itp. - racjonalizuje jedynie znaczący segment budżetowego „kotła” i to w sposób prorozwojowy, dając gospodarce potencjalny impuls stymulujący. Weźmy rodzinę z trójką dzieci – otrzyma ona 1000 zł „na dzieci” z programu 500+, do tego ok. 1100 zł „dla rodziców” z programu dywidendy obywatelskiej – łącznie będzie zatem miała co miesiąc 2100 zł nieopodatkowanego PIT-em dochodu ekstra! To rewolucja.

Kto straci? Ci, którzy nauczyli się żerować na obecnym systemie opieki społecznej – a są tacy, co wyciągają miesięcznie o wiele więcej, niż wynosiłaby dywidenda obywatelska. Dla nich wprowadzenie proponowanego rozwiązania stanie się bodźcem do efektywnego szukania pracy. Dla uczciwych natomiast ten „dorosły” wariant „500+” stanie się tym, czym już dziś dla milionów polskich rodzin stał się program „Rodzina 500+” - zapewni minimum elementarnego komfortu materialnego i poczucie współudziału w państwie - przestanie się ono jawić jako opresyjna machina, którą trzeba kiedy tylko się da oszukiwać, by jakoś „odebrać swoje” - tak jak niegdyś parobek okradał dziedzica na miarkę zboża, czy niewolnik pana. Kto wie, czy likwidacja owej feudalnej patologii ukształtowanej na linii państwo-obywatel i odbudowa kapitału społecznego zaufania nie będzie bodaj najcenniejszym długofalowym efektem wprowadzenia „obywatelskiej dywidendy”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Pińćset!”

„Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (22-28.06.2016)

niedziela, 19 czerwca 2016

Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?

Jeśli spojrzymy na państwo jako na spółkę akcyjną, to wszyscy jesteśmy równorzędnymi udziałowcami. Może zatem należy nam się od tego interesu dywidenda?

W niedzielę 5 czerwca odbyło się w Szwajcarii referendum nad wprowadzeniem tzw. dochodu gwarantowanego, zwanego też dochodem podstawowym. Koncepcja ta funkcjonuje od jakiegoś czasu, głównie wśród lewicowych ekonomistów (promuje ją chociażby Guy Standing, twórca pojęcia prekariatu) i oznacza nieopodatkowaną kwotę pieniędzy otrzymywaną bezwarunkowo przez każdego obywatela – niezależnie od jego statusu materialnego, czy zatrudnienia. W przypadku Szwajcarii proponowano sumę 2500 franków na osobę dorosłą i 625 franków dla niepełnoletnich. Ostatecznie referendum skończyło się porażką inicjatorów – stosunkiem 76,9 proc. głosujących „przeciw” do 23,1 proc. „za”. Zwolennicy tego rozwiązania argumentują, że państwo i tak wydaje duże sumy na pomoc socjalną w różnych postaciach, zatem równie dobrze można by ją skumulować – zamiast rozmaitych zasiłków obywatele otrzymywaliby co miesiąc jednolity, stały zastrzyk gotówki. Ponadto robotyzacja miejsc pracy, rosnące „uśmieciowienie” zatrudnienia, narastające rozwarstwienie dochodów i systematyczny spadek udziału wynagrodzeń w PKB sprawiają, że do życia coraz szerszych warstw społecznych wkradł się element niestabilności, niepewności jutra. Do tego, prekaryzacja stwarza także zagrożenie dla podstaw bytowych przyszłych emerytów, narażonych na głodowe świadczenia po odejściu z rynku pracy. Ten ostatni problem od niedawna raczono zauważyć również w Polsce, stąd nacisk na ograniczenie „elastycznych form zatrudnienia”.

Przeciwnicy wskazują na koszty wprowadzenia dochodu podstawowego (szwajcarski rząd mówił o wydatkach rzędu 208 mld CHF rocznie – nawet po likwidacji dotychczasowych świadczeń społecznych trzeba byłoby znaleźć dodatkowe 25 mld), demotywujące działanie programu (pieniądze otrzymywane „za nic” zniechęcałyby do aktywnego poszukiwania pracy), w polskich realiach odżywa dodatkowo jeszcze wspomnienie socjalizmu i zasady „czy się stoi, czy się leży”.

A ja? Prawdę mówiąc, żałuję, że ten eksperyment w Szwajcarii nie wypalił, bo z ciekawością obserwowałbym jego efekty. Do tej pory podobną „rentę obywatelską” wprowadzono na Alasce – ze specjalnego funduszu mieszkańcy tego stanu otrzymują 2 tys. USD rocznie. Pilotażowy program funkcjonuje też w Utrechcie, z kolei w Niemczech zebrano w ramach crowdfundingu środki na objęcie inicjatywą „My Basic Income” kilkudziesięciu osób. Przymiarki zatem trwają, jednak w przypadku Szwajcarii po raz pierwszy mielibyśmy do czynienia z kompleksowym wprowadzeniem rozwiązania w skali całego kraju i na poziomie zabezpieczającym minimum socjalne.

W zasadzie, jako osoba, której myślenie o gospodarce przez lata było kształtowane lekturą korwinowskiego „Najwyższego czasu” powinienem odwrócić się ze wstrętem od pomysłów takiej „recydywy socjalizmu”, jednak koncepcja dochodu gwarantowanego jakoś mnie pociąga. Ma ona jedną, niezaprzeczalną zaletę: prostotę. Zostawmy na boku bogatych Szwajcarów i rozejrzyjmy się po własnym podwórku. Obecnie w Polsce mamy mętlik bardzo rozproszonych świadczeń, realizowanych przez najróżniejsze agendy państwowe i samorządowe. A skoro tak, to realnie nie ma żadnego spójnego systemu opieki społecznej. Kwalifikujący się do pomocy obywatele dostają (przyznawane wg niespójnych, niejednolitych kryteriów) zasiłki dla bezrobotnych, renty, zasiłki pielęgnacyjne, świadczenia rodzicielskie, dopłaty do czynszów, mediów, na wyprawki szkolne, becikowe, programy dożywiania, do tego w państwowych przedsiębiorstwach dochodzą najróżniejsze świadczenia branżowe, ostatnio ruszył program „500 +” będący w istocie właśnie formą dochodu gwarantowanego - tyle, że fragmentaryczną, bo przyznawaną na drugie i kolejne dziecko.

Słowem, jest tego multum i idę o zakład, że nikt nad tym tak naprawdę nie panuje. Ponieważ poszczególnymi świadczeniami zajmują się różne struktury w administracji państwowej i samorządowej, skutkuje to wysokimi kosztami obsługi – do każdego rodzaju zasiłku są osobni urzędnicy, którzy muszą przyjąć wniosek, rozpatrzyć, w międzyczasie napić się kawy i pogadać z panią Halinką z biurka obok, zadecydować czy i w jakim wymiarze przyznać świadczenie... Żmudne to, pracochłonne i kosztochłonne – a nade wszystko, nieefektywne, mimo – w sumie – znacznych środków. Jedni nauczyli się żerować na systemie, inni zaś unikają zwracania się o pomoc, bo to stygmatyzuje. I teraz powstaje kwestia: gdyby ktoś pokusił się o sumaryczne zestawienie wydatków na cały obszar polskiego „socjalu” (w tym koszta obsługi), to czy nie okazałoby się, że równie dobrze można wprowadzić dochód podstawowy? Nie mówiąc już o powstaniu presji na zwyżkę wynagrodzeń, byśmy wreszcie przestali być Bangladeszem Europy. W końcu, jeśli spojrzymy na państwo jako na spółkę akcyjną, to wszyscy – niezależnie od społecznego statusu - jesteśmy równorzędnymi udziałowcami, bo każdy z nas dysponuje taką samą kartką wyborczą. Może zatem należy nam się od tego interesu dywidenda?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 24 (10-16.06.2016)