Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma emerytalna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reforma emerytalna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 marca 2018

Emerytalne miraże

Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”.

Kończąc mini-cykl poświęcony emeryturom w kontekście zbliżającej się „reformy Morawieckiego” wprowadzającej Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK), warto się zastanowić jaki model byłby najbardziej wydajny, a przede wszystkim – najbezpieczniejszy dla przyszłych świadczeniobiorców. Jak wiemy, reforma rządu Jerzego Buzka z 1999 r. w połączeniu z późniejszym „uśmieciowieniem” rynku pracy zakończyła się klęską, nie tylko sprowadzając na rzesze pracowników widmo nędzy na stare lata, lecz także powodując gigantyczną dziurę w ZUS odpowiedzialną za połowę przyrostu długu publicznego w latach 1999-2013 (ok. 330 mld. zł.). Do czego może to prowadzić na przestrzeni kilkudziesięciu lat, nader boleśnie przekonało się Chile, które po przeprowadzeniu w 1981 r. skrajnie liberalnej reformy, dziś musi borykać się z obciążającymi finanse publiczne dopłatami do głodowych emerytur – lecz nie mając do dyspozycji składek odprowadzanych w całości do prywatnych funduszy (co opisałem szczegółowo tydzień temu w felietonie „Chilijska lekcja”). Jakie płyną z tego wnioski dla nas?

W przeciwieństwie do cytowanej tu niejednokrotnie prof. Leokadii Oręziak nie jestem apriorycznym przeciwnikiem PPK – nie znaczy to jednak, że nie podzielam pewnych obaw związanych z ich wprowadzeniem. Przede wszystkim, PPK będące w istocie przymusowym III filarem (do tego sprowadzają się obostrzenia związane z wypisaniem się z projektu), nie mogą stanowić podstawowego składnika przyszłej emerytury. Związane jest to ze zbyt dużym ryzykiem jakie wiąże się z inwestowaniem na rynkach finansowych – wystarczy jeden porządny krach, by większość zainwestowanych pieniędzy „poszła z dymem”. Świadczenia decydujące dosłownie o życiu i śmierci (chociażby biorąc pod uwagę rosnące wraz z wiekiem koszty opieki zdrowotnej, leków) nie mogą być uzależnione od giełdowej ruletki – zwróćmy uwagę, że w tym systemie poza optymistycznymi szacunkami tak naprawdę nikt „oszczędzającym” niczego nie gwarantuje. Tymczasem premier Morawiecki sprawia wrażenie, jakby uznawał za znakomity pomysł rynkową ofertę polegającą de facto na obietnicy wygrania przyszłej emerytury w kasynie. A że w ciągu następnych kilkudziesięciu lat nastąpi kolejny globalny kryzys finansowy – i to najpewniej nie jeden – możemy założyć w ciemno.

Obawa numer dwa związana jest z tym, że składkami III filaru będą zarządzały prywatne Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych. Wprawdzie ich prowizja nie może przekroczyć łącznie 0,6 proc. zgromadzonych na kontach środków, ale można iść o zakład, że gdy tylko projekt zostanie ostatecznie „przyklepany” nastąpi intensywny lobbing, by podnieść opłaty za zarządzanie. No i wreszcie, mamy swoistą „alchemię finansową” - mianowicie, wprowadzenie PPK oznacza systematyczne zasilanie rynków finansowych dziesiątkami miliardów złotych z przymusowych „oszczędności” (i pieniędzy publicznych – 250 zł. „startowego” plus coroczne dopłaty 240 zł. z Funduszu Pracy). Gracze giełdowi i maklerzy już zacierają ręce. Nie jest tajemnicą, że część z tych środków będzie inwestowana w obligacje skarbu państwa, co spowoduje, że prywatne instytucje finansowe będą z naszych pieniędzy finansowały pożyczkowe potrzeby budżetu, potrącając sobie po drodze honorarium za pośrednictwo. Zostaniemy więc sponsorami długu publicznego - „rynki” zarobią, Morawiecki dostanie kasę na wymarzoną „elektromobilność”, a obowiązkowi dostarczyciele składek może na koniec odzyskają swoje pieniądze... a może nie.

Podsumowując – PPK mogą stanowić co najwyżej dodatek do emerytury. A zatem, projekt Morawieckiego ma sens jedynie wówczas, gdy całkowicie zlikwidujemy pozostałości reformy z 1999 r., włącznie z tymi wszystkimi IKE, IKZE i przekierujemy całość składki emerytalnej do ZUS oraz powrócimy do zasady zdefiniowanego świadczenia w miejsce obecnego systemu „rentierskiego”. To może mieć postać np. powszechnej emerytury obywatelskiej gwarantującej normalne funkcjonowanie – plus to, co ewentualnie wypracuje III filar. No i przede wszystkim – niezbędne jest podniesienie płac oraz likwidacja umów śmieciowych. Przy rozpaczliwie niskiej dominancie zarobków (2074,03 zł. brutto, czyli 1511,61 zł. netto) żaden cudowny „plan kapitałowy” nie zapewni godnego życia, może co najwyżej pełnić rolę „kieszonkowego”. Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”. Rozumieją to np. Czesi, którzy restrykcyjnie limitują napływ pracowników z Ukrainy, nie ukrywając, że ma to wymusić właśnie wzrost płac. W efekcie, niedawno czeski „Lidl” ogłosił podwyżki – szeregowy pracownik zarabiał będzie 28 tys, koron, czyli... więcej niż średnia krajowa w Polsce. Wreszcie – zarządzaniem środkami powinno zająć się docelowo (a nie jak jest w obecnej propozycji, jedynie przez pierwsze dwa lata) TFI działające pod egidą Państwowego Funduszu Rozwoju. Spekulantom przebierającym nogami, by gładko wskoczyć w buty OFE – dziękujemy.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?

Chilijska lekcja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (23-29.03.2018)

niedziela, 18 marca 2018

Chilijska lekcja

Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy emerytalnej – oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych i budżetowych.

W kontekście rozpoczętego tydzień temu wątku emerytur, warto pochylić się nad analizą prof. Leokadii Oręziak (SGH) pt. „Plany dalszej prywatyzacji emerytur w Polsce” zawartą w zbiorze „Ekonomia polityczna »dobrej zmiany«” (wyd. Instytut Studiów Zaawansowanych). Tu od razu uprzedzam zarzut promowania skrajnej lewicy (wydawnictwo jest afiliowane przy „Krytyce Politycznej”). Tak się bowiem składa, że prof. Oręziak jako bodaj jedyny polski naukowiec miała okazję na własne oczy obserwować skutki katastrofy emerytalnej w Chile do jakiej doszło za sprawą przeprowadzonej w 1981 r. reformy systemu ubezpieczeń społecznych, będącej z kolei wzorem dla zmian przeprowadzonych w 1999 r. w Polsce przez rząd Jerzego Buzka – więc choćby dlatego wypada przyjrzeć się wspomnianemu opracowaniu. Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy – u nas wprowadzono ją w wersji „light”, tzn. nie zlikwidowano w całości „państwowych” („ZUS-owskich”) emerytur, a jedynie dokonano podziału na „filary”. Oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych (niskie emerytury) i budżetowych (narastanie długu publicznego podyktowane koniecznością refundowania ubytków w ZUS, do jakich doszło na skutek podziału składek).

W Chile mianowicie przekierowano do prywatnych ubezpieczalni (AFP – odpowiednik naszych OFE) całość składek pracowników, za wyjątkiem służb mundurowych, które najwyraźniej uznały, że nie po to jako żołnierze i policjanci ryzykują zdrowiem i życiem, by wystawiać na rynkowy hazard swoje zabezpieczenie na starość – i jak się okazało, słusznie. Mniej więcej po trzydziestu latach, gdy zaczęły osiągać wiek emerytalny kolejne roczniki płacące składki w nowym systemie, wyszło na jaw, że inwestujące w instrumenty finansowe AFP nie gwarantują ubezpieczonym nawet emerytur minimalnych. Z tej przyczyny od 2008 r. chilijski rząd został zmuszony do interwencyjnego uruchomienia dopłat i zasiłków emerytalnych. Dziś zatem, prócz emerytur mundurowych, budżet państwa dofinansowuje ok. 80 proc. „sprywatyzowanych” świadczeń, by zapewnić ludziom minimum środków do życia – i nie łudźmy się, że podobny scenariusz nas ominie, choć zapewne w Polsce wystąpi w nieco mniejszej skali.

Mechanizm tej zapaści polega na tym, że ponieważ składki inwestowane są na rynkach finansowych (w dużej mierze w USA), to nie mogą być przeznaczane na wypłacanie bieżących emerytur, tak jak dzieje się to w systemie opartym na „solidarności międzypokoleniowej”. Z całości zgromadzonych aktywów, na świadczenia przeznaczane jest ok. 30 proc. - reszta pozostaje do dyspozycji AFP, stanowiąc źródło gigantycznych zysków tego sektora, który jak dotąd „przejadł” w postaci opłat za zarządzanie 1/3 wpłacanych środków. Do powyższego trzeba jeszcze dodać skutki kryzysów finansowych, dramatycznie „ścinających” wartość instrumentów w które zainwestowano składki. To doprawdy zdumiewające, że rządy w reformatorskim zapale zdawały się kompletnie lekceważyć pazerność instytucji finansowych, ślepo wierząc przy tym, że na przestrzeni kolejnych kilkudziesięciu lat rynki będą nieustannie rosnąć i generować powszechny dobrobyt. W efekcie, owe „rynki” otrzymały rozłożony w czasie wielomiliardowy prezent w postaci stałego zastrzyku gotówki (na chwilę obecną – 160 mld. USD, czyli 60 proc. chilijskiego PKB), zaś emeryci zostali z bieda-emeryturami, które trzeba dotować z budżetu. Bardziej by im się opłaciło, gdyby odkładali te pieniądze do skarpety. Dla finansów publicznych z kolei, opisywany tu system stał się źródłem nieustających obciążeń – średnio 5 proc. PKB rocznie. Tak wygląda kolonialny drenaż w pigułce.

Co gorsza, od raz wdrożonych rozwiązań trudno odejść, mimo że większość Chilijczyków zdecydowanie optuje za powrotem do tradycyjnego modelu emerytalnego, a krajem wstrząsają protesty społeczne. Działający w Chile międzynarodowy kapitał wygenerował bowiem w międzyczasie warstwę powiązanej z nim lokalnej, skorumpowanej oligarchii, skutecznie blokującej wszelkie zmiany. Prezydent Michelle Bachelet powołała wprawdzie w 2014 r. grupę ekspertów (15 profesorów z Chile i 9 z zagranicy, w tym prof. Leokadię Oręziak) mających przygotować odpowiednie propozycje – ale do realnych rozstrzygnięć wciąż jest daleko. O sile finansowego lobby i zakorzenionej „rynkowej mitologii” świadczy fakt, iż prof. Oręziak jako jedyna postulowała całkowitą likwidację AFP i przywrócenie publicznego repartycyjnego systemu emerytalnego, jako w ostatecznym rozrachunku tańszego i gwarantującego niemal natychmiastowy wzrost emerytur o 75 proc., do tego pozwalającego na oszczędności budżetowe rzędu 1,8 proc. PKB rocznie. Reszta proponowała półśrodki – podniesienie wieku emerytalnego i wzrost składek odprowadzanych do AFP (!), lub w najlepszym razie „podział” składki między AFP i odpowiednik ZUS-u, czyli wprowadzenie aż za dobrze nam znanych „filarów”.

A jaki jest z tego morał dla nas – szczególnie w kontekście opisanej przed tygodniem reformy Morawieckiego? O tym już za tydzień.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (16-22.03.2018)

piątek, 1 lipca 2016

Dywidenda obywatelska

Dochód gwarantowany przestaje być fanaberią, a staje się istotnym elementem łagodzenia patologii, uzupełniając chociażby niski udział płac w PKB.

I. „500+” dla dorosłych

Po sukcesie programu „Rodzina 500+” (a że jest to sukces i to wielopłaszczyznowy, przekonujemy się już teraz, pisałem o tym tydzień temu w tekście „Pińćset!”), rząd Beaty Szydło zapowiada program kolejny - „Mieszkanie +”, co wydaje się logiczną kontynuacją, bo wszak te „rodziny 500+” muszą gdzieś mieszkać, a że komercyjny rynek nieruchomości dalece nie zaspokaja potrzeb Polaków, widać po ćwierćwieczu naszej sławetnej „transformacji” aż nadto wyraźnie. Skoro tak, to moim zdaniem warto pójść o krok dalej i rozważyć możliwość wprowadzenia tzw. dochodu podstawowego (występującego też pod innymi nazwami – np. dochód gwarantowany). Idea ta, forsowana dziś przez lewicowych ekonomistów, zakłada przyznanie każdemu dorosłemu obywatelowi, bez względu na wiek, poziom materialny, zatrudnienie itd. comiesięcznej kwoty pieniędzy – czyli takie „500+” dla dorosłych. Powody są wielorakie – „prekaryzacja” rynku pracy i związana z nią niepewność jutra (jeden z podstawowych czynników wpływających na odkładanie decyzji o założeniu rodziny), postępująca robotyzacja miejsc pracy, narastające rozwarstwienie społeczne, zjawisko „working poor” (czyli „pracująca biedota” - ludzie, których mimo podjęcia pracy nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych) – długo by wymieniać.

Wbrew liberalnej dogmatyce, bogactwo jakoś niekoniecznie stosuje się do prawa grawitacji i wcale nie ścieka w dół wraz ze wzrostem PKB – tego fetyszu współczesnej ekonomii. O wiele bardziej miarodajnym wskaźnikiem, pokazującym, czy zwykli obywatele czerpią z rozwoju gospodarczego korzyści, czy też jego owoce są przechwytywane i konsumowane przez „nie-wiadomo-kogo”, jest udział płac w PKB – czyli na ile wynagrodzenia partycypują w ogólnym rozwoju. A tak się składa, że udział płac w PKB systematycznie na całym świecie spada, przy czym w Polsce należy on do najniższych w Europie (47% przy unijnej średniej 56%) i wciąż się obniża (w latach 1995-2014 spadł o 10,8 pkt. proc.). Elementem powyższego jest to, że wzrost płac pozostaje daleko w tyle za wzrostem produktywności polskich pracowników. Na dodatek Polska wbrew propagandzie narzekających na rzekomo zbyt rozdęty „socjal” jest krajem bardzo niskich transferów socjalnych (wedle Eurostatu średnia unijna za 2011 – 29,1% PKB, Polska – 19,2% PKB, przy czym lwią część - 58,1% pożerają renty i emerytury, procentowo jesteśmy tu na 2 miejscu, za Włochami). Innymi słowy – pozostajemy Bangladeszem Europy.

W kontekście powyższego, dochód gwarantowany przestaje być fanaberią, a staje się istotnym elementem łagodzenia zarysowanych tu patologii, uzupełniając chociażby niski udział płac w PKB. Poza doraźnym efektem odczuwalnym w kieszeni obywateli, skutkować będzie również tak pożądaną presją na wzrost wynagrodzeń – jak już można to zaobserwować w przypadku programu „500+”.

II. Dywidenda a nie „socjal”

Na początek należy koncepcję dochodu podstawowego „odczarować”, czyli wyjąć ją z rąk lewicy, która na razie dzierży tu monopol – analogicznie, jak PiS pozbawił lewicę monopolu na wrażliwość społeczną. Jeśli spojrzymy na państwo jak na spółkę akcyjną, to każdy dorosły obywatel jest tu równorzędnym akcjonariuszem – niezależnie od społecznego i materialnego statusu – wszyscy bowiem mamy w ręku identyczne dowody osobiste i kartki wyborcze. Zatem, pozostając konsekwentnym, należy nam się od tego interesu dywidenda. I właśnie taką nazwę - „dywidenda obywatelska” - proponuję. Nie żaden „zasiłek”, „socjal”, „zapomoga” (czyli coś otrzymywanego „z łaski”), a właśnie dywidenda – czyli coś, co każdemu słusznie się należy, jako partycypantowi wspólnego dobra, jakim jest państwo.

Zwróćmy uwagę, że owa „dywidenda” już w jakiejś mierze funkcjonuje, tyle, że albo wybiórczo (500 zł na drugie i każde kolejne dziecko), albo w zawoalowanej formie (kwota wolna od podatku – jednak nie każdy korzysta z niej w równym stopniu). Do tego, transfery socjalne – i tak niskie – są wydawane w sposób skrajnie nieefektywny, nie likwidując obszarów biedy i generując przy okazji wysokie koszta obsługi. Są m.in. bardzo rozproszone, przyznawane według niejednolitych kryteriów, rozbite między administrację państwową i samorządową, do czego dochodzą odrębne przywileje resortowe i branżowe w przedsiębiorstwach państwowych. Dlatego też dywidendę obywatelską należy wprowadzić zamiast dotychczasowego systemu pomocy społecznej. Ma to podstawowy atut – prostotę i radykalną redukcję „socjalnej” administracji. To bardzo ważne, jeśli chcemy odebrać dochód gwarantowany lewicy – ta bowiem pragnie wdrożyć swój pomysł równolegle z dotychczasowym „socjalem”, drastycznie podnosząc podatki i mordując gospodarkę. Dla lewicy „dochód podstawowy” jest po prostu kolejnym narzędziem zniszczenia znienawidzonego kapitalizmu. My zaś podatków podnosić nie chcemy.

III. Matematyka obywatelska

Teraz proszę o chwilę skupienia, będzie bowiem trochę matematyki i to na dużych liczbach – niestety, nie da się tego uniknąć. Załóżmy, że naszym punktem docelowym jest zapewnienie każdemu dorosłemu Polakowi 500 zł miesięcznie. W 2014 r. wg GUS mieliśmy 31.534.000 obywateli w wieku 18+. Daje to 15 mld 767 mln zł miesięcznie, czyli 189 mld 204 mln zł rocznie. Skąd to wziąć? Sięgnijmy do sporządzonej przez Fundację Republikańską na podstawie danych rządowych i GUS „Mapy wydatków państwa 2014”. Informuje nas ona, iż wydatki na pomoc społeczną wyniosły 42 mld 673 mln zł, do tego pensje odnośnego aparatu urzędniczego – 2 mld 11 mln 420 tys. zł. W sumie - 44.684.420.000 zł. Jeśli podzielić to na 31.534.000 dorosłych Polaków, otrzymamy 1.417,02 zł/rok, czyli 118,09 zł miesięcznie. Mało.

Jak widać, nie da się niestety (albo może właśnie „stety”) osiągnąć założonej dywidendy obywatelskiej bez gruntownej reformy systemu emerytalnego – bo, jak wspomniałem, podatków podnosić nie chcemy. Owszem, rząd mógłby zrobić generalny przegląd resortów i doraźnie ściąć różne zbędne koszty, ale to mimo wszystko byłaby łatanina. Przyjrzyjmy się zatem systemowi emerytalno-rentowemu.

Na emerytury i renty państwo wydaje 230 mld 968 mln zł rocznie. Do tego koszta obsługi (ZUS, KRUS itd.) - 2 mld. 400 mln 430 tys zł. W sumie - 233.368.430.000 zł. Podzielmy to na 7.304.000 osób w wieku „poprodukcyjnym” i otrzymamy średnio 31.950,77 zł/osobę rocznie, czyli 2.662,56 miesięcznie. Nie ma siły, musimy wprowadzić własną wersję systemu kanadyjskiego – czyli, każdy emeryt/rencista dostaje od państwa pewne minimum, na resztę zaś musi odłożyć w ciągu lat pracy w indywidualnym programie emerytalnym. To wymusza niestety stopniowość odchodzenia od obecnego systemu – nie można zabrać tego, co się obecnym emerytom należy. Przyjmijmy jednak, że przyszły emeryt będzie otrzymywał bezpośrednio z budżetu państwa obecną pensję minimalną „na rękę” - czyli w zaokrągleniu 1300 zł. Da to łącznie 113 mld 942 mln 400 tys zł rocznie – czyli „oszczędzamy” na łącznych wydatkach emerytalnych (przypomnę, obecnie - 233.368.430.000 zł) 119 mld 426 mln 030 tys zł.

Dodajmy owo 119.426.030.000 zł do 44.684.420.000 zł wydatków na „socjal” - łącznie będzie to 164 mld 110 mln 450 tys zł. Podzielmy przez 31.534.000 dorosłych obywateli i otrzymamy 5.204,24 /rok, czyli 433,69zł /mies. Jesteśmy blisko celu.

Idźmy dalej – szacunkowo dziura w ściągalności VAT (53 mld) i CIT (46 mld) to w sumie 99 mld zł rocznie. Załóżmy, że obie luki da się ograniczyć łącznie o 40%. Otrzymamy wtedy 39 mld 600 mln zł – czyli 118,09 zł na każdą dorosłą osobę miesięcznie. Dodajmy do „zaoszczędzonych” na emeryturach i socjalu 433,69 /mies i wyjdzie 551, 78 zł comiesięcznej „dywidendy obywatelskiej”. Jesteśmy w domu.

IV. Odzyskane państwo

Jak widać, przy okazji dokonaliśmy na papierze gruntownej reformy wydatków publicznych, co samo w sobie jest wartością :). A jak będą sobie radzić „ograbieni” przez nas emeryci? Nie najgorzej – emeryt/rencista dostawałby 1300 „emerytury kanadyjskiej” + 551, 78 zł dywidendy obywatelskiej – czyli 1851, 78 zł (oczywiście, byłoby to zwolnione z podatku PIT, bo nie ma sensu przekładać z jednej kieszeni do drugiej – generuje to tylko zbędne koszta na obsługę skarbową). Plus to, co odłoży indywidualnie w swym funduszu emerytalnym przez lata pracy.

No i pytanie: czy w ogóle warto? Warto. Zaproponowana koncepcja radykalnie uprości obecny niewydolny i kosztowny system świadczeń społecznych. ZUS-owsko – KRUS-owski moloch odejdzie w niebyt, bo na dobrą sprawę rozdział środków może się tu odbywać automatycznie, przez odpowiedni system informatyczny przekazujący środki na zarejestrowane w nim konta bankowe beneficjentów – niemal bez udziału czynnika ludzkiego. Pieniądze trafią do ludzi, którzy wprowadzą je do obrotu, od czego państwo ściągnie podatki. Przyjmijmy dla uproszczenia 23% VAT od łącznej sumy 203.710.450.000 przeznaczanej rocznie na „dywidendy obywatelskie”. Wyjdzie nam VAT w wysokości 46.853.403.500 zł – tyle wróci do budżetu państwa.

Podkreślmy, że państwo i tak dziś te pieniądze wydaje (albo traci w przypadku „dziur” podatkowych) – tyle, że czyni to nieefektywnie i marnotrawnie. Przedstawione rozwiązanie zaś nie wprowadza żadnych nowych kosztów, podatków itp. - racjonalizuje jedynie znaczący segment budżetowego „kotła” i to w sposób prorozwojowy, dając gospodarce potencjalny impuls stymulujący. Weźmy rodzinę z trójką dzieci – otrzyma ona 1000 zł „na dzieci” z programu 500+, do tego ok. 1100 zł „dla rodziców” z programu dywidendy obywatelskiej – łącznie będzie zatem miała co miesiąc 2100 zł nieopodatkowanego PIT-em dochodu ekstra! To rewolucja.

Kto straci? Ci, którzy nauczyli się żerować na obecnym systemie opieki społecznej – a są tacy, co wyciągają miesięcznie o wiele więcej, niż wynosiłaby dywidenda obywatelska. Dla nich wprowadzenie proponowanego rozwiązania stanie się bodźcem do efektywnego szukania pracy. Dla uczciwych natomiast ten „dorosły” wariant „500+” stanie się tym, czym już dziś dla milionów polskich rodzin stał się program „Rodzina 500+” - zapewni minimum elementarnego komfortu materialnego i poczucie współudziału w państwie - przestanie się ono jawić jako opresyjna machina, którą trzeba kiedy tylko się da oszukiwać, by jakoś „odebrać swoje” - tak jak niegdyś parobek okradał dziedzica na miarkę zboża, czy niewolnik pana. Kto wie, czy likwidacja owej feudalnej patologii ukształtowanej na linii państwo-obywatel i odbudowa kapitału społecznego zaufania nie będzie bodaj najcenniejszym długofalowym efektem wprowadzenia „obywatelskiej dywidendy”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Pińćset!”

„Dochód gwarantowany – nie tylko dla bogatych?”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3892-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (22-28.06.2016)