Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chile. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 listopada 2019

Chile – upadek liberalnego mitu

Pinochet uratował Chile przed komunizmem - głównie dzięki amerykańskiemu poparciu. Ale miało to swoją cenę - przyjęcie pod dyktando „wielkiego brata” modelu ekonomicznego wdrażanego przez słynnych „Chicago boys” - i roli kolonii amerykańskich koncernów. Dziś, po kilkudziesięciu latach, ta cena okazuje się pod każdym względem ponad ludzkie siły.


Od kilku tygodni w Chile trwają uliczne protesty połączone z zamieszkami. Zaczęło się 6 października od stosunkowo niewielkiej (o 30 pesos) podwyżki cen biletów na metro w stolicy kraju, Santiago de Chile – w przeliczeniu z 4,30 zł. do 4,45 zł. Podrożała też komunikacja autobusowa. Nawiasem, była to już druga podwyżka w ciągu roku, ponadto – ciekawostka – w Chile nie ma biletów okresowych, co dodatkowo uderza obywateli po kieszeni. Rewoltę zainicjowali studenci i uczniowie szkół średnich – okupowali stacje metra, przeskakiwali nad barierkami bez płacenia, niszczyli bramki obrotowe, by wreszcie przejść do demolowania, a następnie podpaleń stacji i wagonów. Protesty, do których dołączyły inne grupy społeczne, szybko przeniosły się na ulice i przekształciły w regularne zamieszki. Zapłonęły autobusy, dewastowano i okradano sklepy, toczono regularne bitwy z siłami porządkowymi, a demonstracje rozlały się na pozostałe miasta kraju.

Charakterystyczne - rządzący początkowo kompletnie zlekceważyli społeczne nastroje, wypowiadając się o niezadowolonych obywatelach w sposób skrajnie protekcjonalny i arogancki, potępiając „wandali”, co jedynie zradykalizowało chilijską ulicę. W efekcie, 21 października prezydent Sebastian Pinera zaprowadził stan wyjątkowy oraz godzinę policyjną w stolicy i 9 innych regionach kraju. Na ulicach po raz pierwszy od czasów dyktatury Pinocheta pojawiło się wojsko. Ostatnie doniesienia mówią o 19 zabitych, kilku tysiącach aresztowanych i stratach rzędu 1,4 mld dol. (w tym 79 zniszczonych stacjach metra i 200 ograbionych supermarketach). Ostatecznie prezydent Pinera musiał ugiąć się przed skalą protestów i po największej w historii kraju demonstracji w której wzięło udział 1,2 mln. ludzi (populacja Chile to nieco ponad 18 mln.) ogłosił zniesienie stanu wyjątkowego, wycofanie podwyżek cen biletów, a także wprowadzenie szeregu reform prospołecznych. Protesty jednak trwają nadal. Władze Chile zostały zmuszone do odwołania zaplanowanych na listopad i grudzień szczytów APEC (Wspólnoty Gospodarczej Azji i Pacyfiku) oraz COP25.

Oczywiście, podwyżka cen biletów była jedynie ostatnią kroplą, która przelała czarę - analogicznie do francuskiego ruchu „żółtych kamizelek” - w ich przypadku podniesienie cen paliwa również posłużyło tylko za detonator społecznego wybuchu. Tak to już jest – społeczna frustracja gromadzi się gdzieś podskórnie, w sposób niezauważalny dla politycznych i gospodarczych elit, by nagle za sprawą jakiegoś drobiazgu w najmniej spodziewanym momencie eksplodować rządzącym prosto w twarze.

Cóż, Chilijczycy mają dość ultraliberalnej „terapii szokowej”, której koszta zostały przerzucone na zwykłych obywateli – podobnie jak we Francji, gdzie obarczono stosunkowo mniej zamożne warstwy społeczne kosztami „zielonej transformacji”. Do tej pory ludzie zaciskali zęby (i pasa) – aż wreszcie się „ulało”. Chile na tle innych krajów Ameryki Łacińskiej uchodziło dotąd za oazę stabilności i gospodarczy wzór do naśladowania, jednak za optymistycznymi wskaźnikami ekonomicznymi kryły się narastające patologie. Po raz kolejny okazało się, że sam wzrost PKB czy PKB per capita niewiele mówi o faktycznym dobrobycie społeczeństw – trzeba przede wszystkim patrzeć na to, kto jest głównym beneficjentem fetyszyzowanego PKB i na ile powszechna jest partycypacja w gospodarczym rozwoju.

A z tym, w Chile jest fatalnie. Kraj ten zajmuje wśród państw OECD trzecie miejsce pod względem rozwarstwienia dochodów (po RPA i Kostaryce), ponadto jest przedostatni jeśli chodzi o wydatki socjalne (niżej jest tylko Meksyk). Do tego dochodzą nierównomierne obciążenia podatkowe i koszty życia nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do zarobków. Zakrojona na szeroką skalę prywatyzacja usług publicznych sprawia, że służba zdrowia czy edukacja dostępna jest w pełnym zakresie jedynie dla wąskiej grupy najbogatszych. Reszta Chilijczyków, jeśli chce np. skończyć studia, zmuszona jest do wzięcia kredytu porównywalnego w naszych realiach jedynie z długoletnim kredytem hipotecznym. Relacja najczęściej wypłacanej pensji do średniej krajowej jest mniej więcej taka jak u nas, a górne 20 proc. społeczeństwa zgarnia 48 proc. dochodów. Na powyższe nakładają się skutki nieszczęsnej reformy emerytalnej – prywatne fundusze (AFP, odpowiednik naszych OFE) zarządzające składkami „pożerają” 1/3 powierzonego im kapitału, a wypłacane świadczenia są na tyle głodowe, że od 2008 r. chilijski rząd musi dopłacać do 80 proc. emerytur, by zapewnić „beneficjentom” tego poronionego systemu minimum egzystencji (pisałem o tym szerzej w felietonie „Chilijska lekcja”, GF nr 11/2018).

Pinochet uratował Chile przed komunizmem - głównie dzięki amerykańskiemu poparciu. Ale miało to swoją cenę - przyjęcie pod dyktando „wielkiego brata” modelu ekonomicznego wdrażanego przez słynnych „Chicago boys” - i roli kolonii amerykańskich koncernów. Dziś, po kilkudziesięciu latach, ta cena okazuje się pod każdym względem ponad ludzkie siły.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Chilijska lekcja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 45 (08-14.11.2019)

niedziela, 18 marca 2018

Chilijska lekcja

Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy emerytalnej – oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych i budżetowych.

W kontekście rozpoczętego tydzień temu wątku emerytur, warto pochylić się nad analizą prof. Leokadii Oręziak (SGH) pt. „Plany dalszej prywatyzacji emerytur w Polsce” zawartą w zbiorze „Ekonomia polityczna »dobrej zmiany«” (wyd. Instytut Studiów Zaawansowanych). Tu od razu uprzedzam zarzut promowania skrajnej lewicy (wydawnictwo jest afiliowane przy „Krytyce Politycznej”). Tak się bowiem składa, że prof. Oręziak jako bodaj jedyny polski naukowiec miała okazję na własne oczy obserwować skutki katastrofy emerytalnej w Chile do jakiej doszło za sprawą przeprowadzonej w 1981 r. reformy systemu ubezpieczeń społecznych, będącej z kolei wzorem dla zmian przeprowadzonych w 1999 r. w Polsce przez rząd Jerzego Buzka – więc choćby dlatego wypada przyjrzeć się wspomnianemu opracowaniu. Polskę od Chile różni jedynie zakres reformy – u nas wprowadzono ją w wersji „light”, tzn. nie zlikwidowano w całości „państwowych” („ZUS-owskich”) emerytur, a jedynie dokonano podziału na „filary”. Oznacza to jednak tylko względne osłabienie negatywnych konsekwencji społecznych (niskie emerytury) i budżetowych (narastanie długu publicznego podyktowane koniecznością refundowania ubytków w ZUS, do jakich doszło na skutek podziału składek).

W Chile mianowicie przekierowano do prywatnych ubezpieczalni (AFP – odpowiednik naszych OFE) całość składek pracowników, za wyjątkiem służb mundurowych, które najwyraźniej uznały, że nie po to jako żołnierze i policjanci ryzykują zdrowiem i życiem, by wystawiać na rynkowy hazard swoje zabezpieczenie na starość – i jak się okazało, słusznie. Mniej więcej po trzydziestu latach, gdy zaczęły osiągać wiek emerytalny kolejne roczniki płacące składki w nowym systemie, wyszło na jaw, że inwestujące w instrumenty finansowe AFP nie gwarantują ubezpieczonym nawet emerytur minimalnych. Z tej przyczyny od 2008 r. chilijski rząd został zmuszony do interwencyjnego uruchomienia dopłat i zasiłków emerytalnych. Dziś zatem, prócz emerytur mundurowych, budżet państwa dofinansowuje ok. 80 proc. „sprywatyzowanych” świadczeń, by zapewnić ludziom minimum środków do życia – i nie łudźmy się, że podobny scenariusz nas ominie, choć zapewne w Polsce wystąpi w nieco mniejszej skali.

Mechanizm tej zapaści polega na tym, że ponieważ składki inwestowane są na rynkach finansowych (w dużej mierze w USA), to nie mogą być przeznaczane na wypłacanie bieżących emerytur, tak jak dzieje się to w systemie opartym na „solidarności międzypokoleniowej”. Z całości zgromadzonych aktywów, na świadczenia przeznaczane jest ok. 30 proc. - reszta pozostaje do dyspozycji AFP, stanowiąc źródło gigantycznych zysków tego sektora, który jak dotąd „przejadł” w postaci opłat za zarządzanie 1/3 wpłacanych środków. Do powyższego trzeba jeszcze dodać skutki kryzysów finansowych, dramatycznie „ścinających” wartość instrumentów w które zainwestowano składki. To doprawdy zdumiewające, że rządy w reformatorskim zapale zdawały się kompletnie lekceważyć pazerność instytucji finansowych, ślepo wierząc przy tym, że na przestrzeni kolejnych kilkudziesięciu lat rynki będą nieustannie rosnąć i generować powszechny dobrobyt. W efekcie, owe „rynki” otrzymały rozłożony w czasie wielomiliardowy prezent w postaci stałego zastrzyku gotówki (na chwilę obecną – 160 mld. USD, czyli 60 proc. chilijskiego PKB), zaś emeryci zostali z bieda-emeryturami, które trzeba dotować z budżetu. Bardziej by im się opłaciło, gdyby odkładali te pieniądze do skarpety. Dla finansów publicznych z kolei, opisywany tu system stał się źródłem nieustających obciążeń – średnio 5 proc. PKB rocznie. Tak wygląda kolonialny drenaż w pigułce.

Co gorsza, od raz wdrożonych rozwiązań trudno odejść, mimo że większość Chilijczyków zdecydowanie optuje za powrotem do tradycyjnego modelu emerytalnego, a krajem wstrząsają protesty społeczne. Działający w Chile międzynarodowy kapitał wygenerował bowiem w międzyczasie warstwę powiązanej z nim lokalnej, skorumpowanej oligarchii, skutecznie blokującej wszelkie zmiany. Prezydent Michelle Bachelet powołała wprawdzie w 2014 r. grupę ekspertów (15 profesorów z Chile i 9 z zagranicy, w tym prof. Leokadię Oręziak) mających przygotować odpowiednie propozycje – ale do realnych rozstrzygnięć wciąż jest daleko. O sile finansowego lobby i zakorzenionej „rynkowej mitologii” świadczy fakt, iż prof. Oręziak jako jedyna postulowała całkowitą likwidację AFP i przywrócenie publicznego repartycyjnego systemu emerytalnego, jako w ostatecznym rozrachunku tańszego i gwarantującego niemal natychmiastowy wzrost emerytur o 75 proc., do tego pozwalającego na oszczędności budżetowe rzędu 1,8 proc. PKB rocznie. Reszta proponowała półśrodki – podniesienie wieku emerytalnego i wzrost składek odprowadzanych do AFP (!), lub w najlepszym razie „podział” składki między AFP i odpowiednik ZUS-u, czyli wprowadzenie aż za dobrze nam znanych „filarów”.

A jaki jest z tego morał dla nas – szczególnie w kontekście opisanej przed tygodniem reformy Morawieckiego? O tym już za tydzień.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (16-22.03.2018)