Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pracownicze Plany Kapitałowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pracownicze Plany Kapitałowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 marca 2018

Emerytalne miraże

Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”.

Kończąc mini-cykl poświęcony emeryturom w kontekście zbliżającej się „reformy Morawieckiego” wprowadzającej Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK), warto się zastanowić jaki model byłby najbardziej wydajny, a przede wszystkim – najbezpieczniejszy dla przyszłych świadczeniobiorców. Jak wiemy, reforma rządu Jerzego Buzka z 1999 r. w połączeniu z późniejszym „uśmieciowieniem” rynku pracy zakończyła się klęską, nie tylko sprowadzając na rzesze pracowników widmo nędzy na stare lata, lecz także powodując gigantyczną dziurę w ZUS odpowiedzialną za połowę przyrostu długu publicznego w latach 1999-2013 (ok. 330 mld. zł.). Do czego może to prowadzić na przestrzeni kilkudziesięciu lat, nader boleśnie przekonało się Chile, które po przeprowadzeniu w 1981 r. skrajnie liberalnej reformy, dziś musi borykać się z obciążającymi finanse publiczne dopłatami do głodowych emerytur – lecz nie mając do dyspozycji składek odprowadzanych w całości do prywatnych funduszy (co opisałem szczegółowo tydzień temu w felietonie „Chilijska lekcja”). Jakie płyną z tego wnioski dla nas?

W przeciwieństwie do cytowanej tu niejednokrotnie prof. Leokadii Oręziak nie jestem apriorycznym przeciwnikiem PPK – nie znaczy to jednak, że nie podzielam pewnych obaw związanych z ich wprowadzeniem. Przede wszystkim, PPK będące w istocie przymusowym III filarem (do tego sprowadzają się obostrzenia związane z wypisaniem się z projektu), nie mogą stanowić podstawowego składnika przyszłej emerytury. Związane jest to ze zbyt dużym ryzykiem jakie wiąże się z inwestowaniem na rynkach finansowych – wystarczy jeden porządny krach, by większość zainwestowanych pieniędzy „poszła z dymem”. Świadczenia decydujące dosłownie o życiu i śmierci (chociażby biorąc pod uwagę rosnące wraz z wiekiem koszty opieki zdrowotnej, leków) nie mogą być uzależnione od giełdowej ruletki – zwróćmy uwagę, że w tym systemie poza optymistycznymi szacunkami tak naprawdę nikt „oszczędzającym” niczego nie gwarantuje. Tymczasem premier Morawiecki sprawia wrażenie, jakby uznawał za znakomity pomysł rynkową ofertę polegającą de facto na obietnicy wygrania przyszłej emerytury w kasynie. A że w ciągu następnych kilkudziesięciu lat nastąpi kolejny globalny kryzys finansowy – i to najpewniej nie jeden – możemy założyć w ciemno.

Obawa numer dwa związana jest z tym, że składkami III filaru będą zarządzały prywatne Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych. Wprawdzie ich prowizja nie może przekroczyć łącznie 0,6 proc. zgromadzonych na kontach środków, ale można iść o zakład, że gdy tylko projekt zostanie ostatecznie „przyklepany” nastąpi intensywny lobbing, by podnieść opłaty za zarządzanie. No i wreszcie, mamy swoistą „alchemię finansową” - mianowicie, wprowadzenie PPK oznacza systematyczne zasilanie rynków finansowych dziesiątkami miliardów złotych z przymusowych „oszczędności” (i pieniędzy publicznych – 250 zł. „startowego” plus coroczne dopłaty 240 zł. z Funduszu Pracy). Gracze giełdowi i maklerzy już zacierają ręce. Nie jest tajemnicą, że część z tych środków będzie inwestowana w obligacje skarbu państwa, co spowoduje, że prywatne instytucje finansowe będą z naszych pieniędzy finansowały pożyczkowe potrzeby budżetu, potrącając sobie po drodze honorarium za pośrednictwo. Zostaniemy więc sponsorami długu publicznego - „rynki” zarobią, Morawiecki dostanie kasę na wymarzoną „elektromobilność”, a obowiązkowi dostarczyciele składek może na koniec odzyskają swoje pieniądze... a może nie.

Podsumowując – PPK mogą stanowić co najwyżej dodatek do emerytury. A zatem, projekt Morawieckiego ma sens jedynie wówczas, gdy całkowicie zlikwidujemy pozostałości reformy z 1999 r., włącznie z tymi wszystkimi IKE, IKZE i przekierujemy całość składki emerytalnej do ZUS oraz powrócimy do zasady zdefiniowanego świadczenia w miejsce obecnego systemu „rentierskiego”. To może mieć postać np. powszechnej emerytury obywatelskiej gwarantującej normalne funkcjonowanie – plus to, co ewentualnie wypracuje III filar. No i przede wszystkim – niezbędne jest podniesienie płac oraz likwidacja umów śmieciowych. Przy rozpaczliwie niskiej dominancie zarobków (2074,03 zł. brutto, czyli 1511,61 zł. netto) żaden cudowny „plan kapitałowy” nie zapewni godnego życia, może co najwyżej pełnić rolę „kieszonkowego”. Potrzeba nam cywilizowanych wynagrodzeń i stabilnych form zatrudnienia, bez tego wszelkie świetlane wizje będą kolejną fatamorganą w stylu pamiętnych „emerytur pod palmami”. Rozumieją to np. Czesi, którzy restrykcyjnie limitują napływ pracowników z Ukrainy, nie ukrywając, że ma to wymusić właśnie wzrost płac. W efekcie, niedawno czeski „Lidl” ogłosił podwyżki – szeregowy pracownik zarabiał będzie 28 tys, koron, czyli... więcej niż średnia krajowa w Polsce. Wreszcie – zarządzaniem środkami powinno zająć się docelowo (a nie jak jest w obecnej propozycji, jedynie przez pierwsze dwa lata) TFI działające pod egidą Państwowego Funduszu Rozwoju. Spekulantom przebierającym nogami, by gładko wskoczyć w buty OFE – dziękujemy.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Powtórka z „emerytur pod palmami”?

Chilijska lekcja


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 12 (23-29.03.2018)

niedziela, 11 marca 2018

Powtórka z „emerytur pod palmami”?

Zaczynamy płacić cenę za model pseudo-rozwoju spod znaku „Polska montownią Europy”, opierającego się na konkurowaniu niskimi kosztami pracy.

Wielkimi krokami zbliża się kolejna rewolucja emerytalna, czyli wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych (PPK). Obecnie stosowna ustawa jest na etapie konsultacji, zaś wg planów rządowych od 2019 r. ma stopniowo wchodzić w życie - począwszy od największych pracodawców, a skończywszy na najmniejszych firmach i jednostkach sektora finansów publicznych, mających dołączyć do programu w połowie 2020 r. Ogółem zapisanych do PPK zostanie ponad 11 mln. pracowników, przy czym szacuje się, iż finalnie zostanie na stałe co najmniej 75 proc. zapisanych (8,5 mln. osób). Od momentu rozpoczęcia funkcjonowania programu z wypłaty pracownika będzie pobierane 2 proc. liczone od pensji brutto, z kolei pracodawca dołoży od siebie 1,5 proc. kwoty wynagrodzenia. Do powyższego dojdzie dofinansowanie z Funduszu Pracy – 250 zł. na start i 240 zł. każdego kolejnego roku. Składki będzie można zwiększyć – pracownik o kolejne 2 proc., a pracodawca o 2,5 proc. Planami zostaną objęte automatycznie osoby od 19 do 55 roku życia, pozostałe będą mogły przystąpić dobrowolnie. Środki mają być w pełni prywatne i dziedziczone, zaś zarządzające nimi Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych będą je inwestować w zależności od wieku pracownika – najpierw bardziej ryzykownie, w akcje, następnie coraz bardziej zachowawczo – np. w obligacje. Wg wyliczeń Ministerstwa Finansów zakładających realną stopę zwrotu z inwestycji na poziomie 3,5 proc. i wzrost wynagrodzeń co roku o 2,8 proc., po 40 latach oszczędzania pracownik zarabiający 4,5 tys. zł. brutto będzie miał na swoim koncie 288 tys. zł. Początkowo z programu będzie można się wypisać poprzez złożenie odpowiedniego oświadczenia – lecz tylko na okres dwóch lat. Po tym czasie pracownik znów zostanie automatycznie zapisany – i jeśli ponownie się nie wypisze, zostanie w PPK na stałe. Całkowity koszt obsługi rachunku klienta przez TFI nie może przekroczyć 0,6 proc. zgromadzonych środków.

Brzmi pięknie i faktem jest, że z obecną sytuacją emerytalną należało coś zrobić, po tym, jak wprowadzone w ramach reformy rządu Buzka (pod naciskiem Banku Światowego) OFE okazały się, mówiąc wprost, przekrętem, zarabiającym pieniądze dla wszystkich, tylko nie dla „ubezpieczonego”. Prócz tego, „sprywatyzowanie” pokaźnej części składek doprowadziło do rosnącej dziury finansowej w ZUS, będąc w konsekwencji jednym z głównych motorów napędowych rosnącego długu publicznego. Prof. Leokadia Oręziak ocenia, że w latach 1999-2013 konieczność refundowania ubytków w ZUS odpowiadała za połowę przyrostu długu publicznego w tym okresie (łącznie ok. 330 mld. zł.). Na powyższe nałożyło się galopujące „uśmieciowienie” rynku pracy i niskie zarobki, powodujące, że znaczna część pracowników przez całe lata albo wcale nie odprowadzała składek, albo w minimalnej wysokości. Wymienione czynniki plus odejście od modelu zdefiniowanego świadczenia na rzecz systemu zdefiniowanej składki, powiązane z malejącą stopą zastąpienia doprowadziło do kuriozum w rodzaju „emerytury” w wysokości... 45 groszy. ZUS podaje, iż obecnie 166,6 tys. osób otrzymuje emerytury poniżej minimalnej – i liczba takich bieda-emerytów szybko rośnie. Dzieje się tak z prostego powodu – ludzie, którzy w ramach „elastycznego” rynku pracy przepracowali znaczną część kariery zawodowej na nisko płatnych „śmieciówkach” zwyczajnie nie mieli z czego zebrać odpowiedniego kapitału. Takich osób mamy najwięcej w Unii Europejskiej.

Zaczynamy więc płacić cenę za model pseudo-rozwoju spod znaku „Polska montownią Europy”, opierającego się na konkurowaniu niskimi kosztami pracy – i ten problem będzie narastał w miarę osiągania wieku emerytalnego przez kolejne roczniki, które większość stażu pracy zaliczyły po reformie z 1999 r. A kiedy przyjdzie do osób, które weszły na rynek pracy po 1999 r., czeka nas po prostu fala nędzy. Wymowny jest przykład Chile, które było wzorem dla naszych „reformatorów”. Ponieważ tam podobny model wprowadzono odpowiednio wcześniej (w 1981 r.), to emerytalna tragedia już nastąpiła – prywatne fundusze, którym oddano w zarząd składki, nie są w stanie wypracować nawet minimalnych emerytur i państwo musiało uruchomić specjalny system dopłat, krajem zaś wstrząsają regularnie milionowe protesty „uszczęśliwionych” obywateli.

Lekarstwem na powyższe ma być wspomniana na wstępie reforma Morawieckiego, będąca de facto przymusowym wprowadzeniem III filaru. I tu pojawia się kilka wątpliwości –dlaczego po prostu nie skasować niewydolnego i generującego wielkie koszta systemu opartego na podziale składek? Po drugie, jakie kokosy można odłożyć przy dominancie zarobków 2074,03 zł brutto (1511,61 zł netto)? Po trzecie, przez rynki finansowe na których będą inwestowane składki systematycznie przejeżdża „kosiarka” ścinająca wartość aktywów. Na jakiej podstawie rząd zakłada, że w ciągu najbliższych 40 lat nie nastąpi kilka krachów w rodzaju tego z 2008? Słowem, czy nie czeka nas powtórka z pamiętnych obiecanek „emerytur pod palmami”?

CDN.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 10 (09-15.03.2018)