Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łże-liberalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą łże-liberalizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 września 2014

Niewolnicy Europy

Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas!

I. Nowoczesne niewolnictwo

„Są tylko dwa państwa w Europie z tak tanimi pracownikami: Polska i Albania” - tak chwalił sobie inwestycję w Polsce przedstawiciel włoskiego koncernu produkującego słodycze na spotkaniu z polskim biznesmenem. To była prywatna rozmowa o której doniosły mi wróbelki, więc nie podam nazwy tej firmy, ale każdy z Czytelników może sobie sprawdzić w internecie jakież to włoskie słodkości są wytwarzane w naszym kraju. Dodatkowym atutem w oczach italskiego inwestora jest brak mafii, czyli zmory włoskiej gospodarki, której trzeba się na każdym kroku okupywać, by móc w ogóle prowadzić jakąkolwiek działalność. Po prostu – żyć nie umierać.

Warto w tym kontekście przypomnieć prospekt „Investing in Poland 2014” w którym województwo warmińsko-mazurskie chwaliło się: „Mamy największą stopę bezrobocia w Polsce i najniższe zarobki. Dzięki temu zapewniamy inwestorom bogate zasoby taniej siły roboczej”. Innymi słowy – naszym jedynym atutem są biedacy gotowi wypruwać sobie żyły za półdarmo, inwestuj u nas! Tak funkcjonuje nowoczesne niewolnictwo – system pod pewnymi względami bardziej perfidny od niewolnictwa tradycyjnego. Niegdyś pan musiał niewolnika odziać, nakarmić, zapewnić dach nad głową, a nawet leczyć (niewolnik był drogi, trzeba było dbać o inwestycję). Dziś te wszystkie obowiązki odpadają. Dostajesz dziesięć złotych brutto za godzinę na śmieciówce i radź sobie człowieku – opłać czynsz, rachunki, nakarm się i ubierz. A jeśli ci mało, to spadaj na zmywak do Anglii, lub do bauera na pole.

II. Łże-liberalizm dla ubogich

Powyższe refleksje naszły mnie, gdy uświadomiłem sobie, że jakoś tak niepostrzeżenie minęła kolejna rocznica podpisania „Porozumień Sierpniowych”. Na ile współczesna Polska odzwierciedla pragnienia tych, którzy o nią walczyli, często przypłacając swa walkę zdrowiem, życiem, a co najmniej wykluczeniem, zepchnięciem na margines, a dziś nędzą na głodowej emeryturze? Z ciekawości zajrzałem sobie na stronę Warmińsko-Mazurskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej, by dowiedzieć się jakież to atrakcje prócz „bogatych zasobów taniej siły roboczej” ma do zaoferowania. I tu pytanie: co wspólnego z kapitalizmem, lub liberalizmem, który ponoć u nas panuje, mają dofinansowania z budżetu inwestycji przygotowywanych pod zatrudnienie „taniej siły roboczej” na umowach śmieciowych? A takowe oferuje wspomniana „strefa” – nie ona jedna zresztą. Spójrzmy: „dla województwa warmińsko-mazurskiego maksymalną wysokość pomocy przepisy ustalają na poziomie 50% kwalifikowanych kosztów nowej inwestycji lub 50% dwuletnich kosztów pracy nowo zatrudnionych pracowników” .

Oto łże-liberalizm w całej swej okazałości. Łże-liberalizm, czyli po prostu kolejna mutacja socjalizmu. Ów neo-socjalizm polega na sprzęgnięciu „inwestorów” z władzą polityczno-urzędniczą w jeden organizm żerujący na reszcie społeczeństwa. Efekty? Prócz gnębienia nieuprzywilejowanych, najczęściej drobnych i średnich rodzimych przedsiębiorców (bo ktos jednak te podatki przeznaczone na udelektowanie wielkich inwestorów zapłacić musi) mamy postępującą pauperyzację, bo bogactwo nie ścieka w dół, tylko jest wyprowadzane – kapitał ma bowiem, wbrew popularnemu mitowi, narodowość. My zostajemy z papierowymi słupkami wzrostu PKB z którego nic nie wynika, bo jego owoce konsumuje nie ten, kto go realnie wypracował.

Albo jeszcze inaczej: liberalizm mamy dla biednych. Mamy liberalne koszty pracy i elastyczne formy zatrudnienia, często przez współczesne biura wynajmu niewolników, czyli agencje pracy tymczasowej, a dla uprzywilejowanych socjalizm - pomoc publiczną przy inwestycjach, zwolnienia z podatków, ulgi i preferencje. Wskutek tego pojawia się zjawisko tzw. working poor - „pracującej biedoty”, czyli ludzi, których mimo podjęcia pracy nie stać na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Gwoli ścisłości – wspomniany na początku Włoch pomylił się o tyle, że wedle Eurostatu godzinny koszt pracy plasuje nas na szóstej pozycji od końca w UE, jednak marna to pociecha, zważywszy że według danych tegoż Eurostatu z 2012 roku w Polsce żyje ponad 10 mln ludzi (27,8%) spełniających kryteria ubóstwa, bądź zagrożonych ubóstwem lub wykluczeniem społecznym.

III. Widmo nędzy

A będzie jeszcze gorzej. Na horyzoncie rysuje się bowiem widmo nędzy niespotykanej chyba od czasów wojny - krach systemu emerytalnego. Już teraz wiadomo, że na emerytury ZUS-owskie nie ma co liczyć, w chwili obecnej przejadane są już nawet te pieniądze, które rząd niedawno zajumał z OFE. Zresztą OFE, które przez lata inwestowały w znacznej mierze w obligacje Skarbu Państwa, zajmowały się de facto finansowaniem z naszych składek długu publicznego, zaś poziom zwrotu jest tak mizerny, że bardziej opłacałoby się wrzucić te pieniądze na jakąkolwiek lokatę bankową. Tego jednak uczynić nie możemy, bo Sąd Najwyższy w wyroku z 04.06.2008 roku uznał, że „składki na ubezpieczenie emerytalne odprowadzane do funduszu nie są prywatną własnością członka funduszu”. Tak więc ze szczątkowego „drugiego filaru” otrzymamy jakieś grosze, a i to pod warunkiem, że kolejny światowy krach finansowy nie doprowadzi funduszy do bankructwa, lub rząd nie zabierze wszystkiego, by opędzić bieżące wydatki.

Z rozbrajającą szczerością przyznał to zresztą Waldemar Pawlak, który wprost oświadczył, że zabezpieczeniem na starość powinny być dzieci, bo emerytur nie będzie. O oszczędnościach również nie ma co myśleć, bo dla większości Polaków przy obecnych relacjach elementarnych kosztów utrzymania do zarobków odłożenie czegokolwiek jest zwyczajnie niemożliwe. Przeciwnie – jesteśmy permanentnie zadłużeni. Jak nie kredyt hipoteczny na kilkadziesiąt lat, to chwilówki. Jesteśmy zatem niewolnikami podwójnymi - „inwestorów” takich jak ci Włosi od czekoladek, oraz finansowych grandziarzy. Ale nic to – ci, którzy pełnią obecnie rolę nadzorców roboczego, polskiego bydła i tak nam powiedzą, że III RP to spełniony sen historycznej „Solidarności”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2012/02/zielona-wyspa-w-czarnej-dziurze.html

http://niepoprawni.pl/blog/346/lze-liberalizm

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (08.09-14.09.2014)

 

sobota, 12 października 2013

Łże-liberalizm

Wychodzi na to, że liberalizm jest rodzajem ułudy dozowanej ludowi wedle uznania przez banki.

I. Błąd liberałów

Ciężko mi to pisać jako zwolennikowi wolności gospodarczej, który uważa że swoboda produkcji i handlu jest czynnikiem najwydajniej sprzyjającym wytwarzaniu bogactwa zarówno narodów, jak i poszczególnych jednostek – ale z tym całym liberalizmem jest jednak coś nie tak. Tu od razu uprzedzę, że będę posiłkował się „Wojną o pieniądz” Song Hongbinga i można niniejszą notkę potraktować jako dopełnienie mojego poprzedniego tekstu „Kawał rzetelnej, chińskiej propagandy”.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, iż doktryna liberalna stanowi pewien ideowy destylat, który nigdzie i nigdy nie był w stu procentach zrealizowany. Postulaty liberałów wskazują jedynie zasadniczy kierunek, który ma nam mówić, że im mniej obciążeń fiskalnych oraz prawnych ograniczeń narzucanych jest na gospodarkę, tym lepiej ona funkcjonuje ku pożytkowi – mniejszemu lub większemu – wszystkich uczestników obiegu. Krótko mówiąc: tyle państwa, ile jest to konieczne, tyle rynku, ile jest to możliwe. Państwo w tej koncepcji powinno przede wszystkim nie przeszkadzać – co nie znaczy, że ma być słabe. Przeciwnie - ma być „chude, ale żylaste” jak to onegdaj ujął Korwin-Mikke – winno pilnować bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego oraz praworządności.

Nie rozstrzygając tutaj, na ile ta wizja jest możliwa do zrealizowania i jakie zagrożenia się z nią wiążą („darwinizm społeczny”), łatwo zauważyć, że w tej optyce państwo staje się wrogiem dążącym do poszerzenia swego władztwa na różnych polach kosztem obywateli i próbującym ograbić ich z majątku. Jednak podstawowy błąd, jaki jest przez liberałów popełniany to przekonanie, że państwo jest wrogiem głównym, jeśli nie jedynym. Tymczasem, wcale tak nie jest.

II. Gospodarka sterowana

I tu przywołać muszę wspomnianą na wstępie „Wojnę o pieniądz” Song Hongbinga, w której to książce głównym przeciwnikiem i zagrożeniem dla zdrowej gospodarki oraz jej harmonijnego rozwoju nie jest wcale państwo, lecz międzynarodowa finansjera – czyli po prostu bankierzy ulokowani w świątyniach szatana na Wall Street, w londyńskim City, w bazylejskim Banku Rozrachunków Międzynarodowych i podobnych inkarnacjach Mammona.

Państwo wraz ze swymi wszystkimi organami jawi się tutaj wręcz jako marionetka i narzędzie w rękach finansistów. Wojna o pieniądz – czyli prawo do jego emisji i kontroli została przez państwa przegrana i to w wymiarze globalnym, a to oznacza wyprowadzenie władzy gospodarczej do banków. Jeżeli dodamy do tego koncepcję kreacji pieniądza fiducjarnego przez prywatne banki centralne jako państwowego długu dla którego zastawem są podatki obywateli (czyli „upaństwowienie” długu i „prywatyzację” zysków), to nagle okazuje się, że liberalizm ma w praktyce zupełnie inne oblicze, niż wynikałoby to z teoretycznych założeń.

Owszem, swoboda obrotu gospodarczego pozostaje czynnikiem pożądanym i korzystnym, ale co począć, gdy cykle koniunkturalne kontrolują rekiny finansjery? Jeśli są w stanie nadmuchać emisją łatwego pieniądza–kredytu bańkę spekulacyjną w którą wchodzą nieświadomi niczego ludzie i przedsiębiorstwa skuszone wizją prosperity, a następnie raptownie „odciąć prąd” przechodząc do etapu „strzyżenia owiec”, to gdzie tu mamy liberalizm? Z jednej strony są hasła o swobodzie przepływu kapitałów, towarów, siły roboczej, a drugiej wychodzi na to, że gospodarka jest jak najbardziej sterowana – tyle, że nie przez państwo.

Kryzysy finansowe zaś to nie wynik naturalnego cyklu koniunkturalnego, żaden „dopust Boży” wynikający z okresowego „przegrzewania się” gospodarki, tylko sprokurowane na zimno skoki na kasę. Mechanizm jest prosty: odcinamy, bądź podrożamy udzielane dotąd hojną ręką kredyty, a gdy następuje krach, zgarniamy jak szuflą gwałtownie tracący na wartości majątek. W ten sposób można załatwić cale państwa (np. załamanie na rynkach wschodnioazjatyckich), nie mówiąc już o milionach szarych obywateli, którym np. raptownie staniały domy poniżej kwoty kredytu, który wciąż mają do spłacenia.

III. Łże-liberalizm

Wychodzi zatem na to, iż rzekomy „liberalizm” jest rodzajem ułudy dozowanej ludowi wedle uznania przez banki. Innymi słowy, jest to rodzaj systematycznej hodowli polegającej na naprzemiennych etapach „podkarmiania” koniunktury (i wtedy mówi się nam, że liberalizm „działa”) oraz „strzyżenia owiec” (i wówczas powiada się rozkładając ręce, iż nastąpiło „przegrzanie”). Różnica między takim “liberalizmem” a interwencjonizmem jest taka, że łapę na gospodarce zamiast państwa trzyma prywatna oligarchia… Czyli, mamy do wyboru dwie patologie.

System łże-liberalnego mirażu polega więc na tym, że w skali „mikro” może panować daleko posunięta swoboda gospodarcza, niskie podatki, wycofanie się państwa z różnych biurokratycznych „knebli”, wszystko to wspomożone sprawnym sądownictwem – a mimo to w skali „makro” będziemy mieli do czynienia z niemalże ręcznym sterowaniem gospodarką jako całością. Kluczem do owego panowania jest emisja pieniądza – szczególnie, gdy nie ma on zabezpieczenia w stałych walorach, takich jak kruszce. Nie bez przyczyny Mayer Rothschild powiedział, że jeśli ma kontrolę nad emisją pieniądza w danym kraju, nie dba o to jaka kukła siedzi na tronie (w wersji łagodniejszej – nie dba o to, kto stanowi w nim prawo). Z doktryną liberalną opisaną w pierwszej części notki taka sytuacja nie ma nic wspólnego, dlatego też obecny system nazwałem „łże-liberalizmem”.

Wymowną ilustracją obecnego stanu rzeczy jest podane w książce Song Hongbinga zestawienie siły nabywczej głównych światowych walut na przestrzeni czasu. Okazuje się, że dopóki pieniądz miał zakorzenienie w złocie, jego siła nabywcza mimo różnych zawirowań praktycznie nie spadała. W momencie odejścia od parytetu złota, poleciała na łeb na szyję. I to również jest fragment procederu systemowego rabunku bogactwa wypracowywanego przez pokolenia ludzi „strzyżonych” przez centralnie sterującą cyklami koniunkturalnymi finansową międzynarodówkę.

Czy jest wyjście z tej sytuacji? Teoretycznie tak. Państwo musi odzyskać monopol na emisję pieniądza – odpowiednik królewskiej prerogatywy bicia monety. Tyle, że ów pieniądz musi diametralnie różnić się od obecnego wirtualnego śmiecia emitowanego jako państwowy dług pod zastaw podatków. Powrót do kruszców jako zabezpieczenia wartości jest jedną z możliwych opcji. Tylko zakorzenienie pieniądza w trwałych, namacalnych walorach jest bowiem gwarancją, że zaczniemy żyć w realnym świecie, nie zaś w gospodarczym Matrixie zafundowanym nam niczym hodowlanej trzodzie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/kawal-rzetelnej-chinskiej-propagandy

piątek, 11 marca 2011

O liberalizmach


Dedykowane Triariusowi.



I. Tygrysowe wzburzenie.


Pod moim postem „Oligarchowie kontra klasa średnia”, w którym pozwoliłem sobie odróżnić liberalizm gospodarczy w klasycznym rozumieniu od współczesnego łże-liberalizmu, zacny współbloger Triarius raczył zamieścić komentarze w których zauważył, że „łże-liberalizm - to po prostu realny liberalizm, jedyny, jaki istnieje. Wszystkie inne żyją wyłącznie w mózgach różnych mających zaburzenia kontaktu ze światem świrów”, zaś na moje zapytanie czy Adama Smitha również zaliczyłby do „świrów” odparł, iż „do oświeceniowych mędrków raczej”, następnie zaś poddał w wątpliwość czy aby Adam Smith był liberałem, całość zaś zakończył mocnym przytupem, sugerując jakobym z niewidzialnej ręki rynku robił „religię”, „albo jakąś pieprzoną utopię”, podczas gdy „liberalizm (...) to połowa drogi do komunizmu". Starałem się dość wiernie oddać argumentację Triariusa – pełne komentarze TU i TU.


Ponieważ sprawia mi przykrość patrzenie jak niepospolity skądinąd umysł zasnuwa mgła zacietrzewienia, pozwalam sobie na szerszą polemikę w osobnej notce, licząc na zrozumienie.


II. Błąd uogólnienia.


Otóż sądzę, że podstawowy błąd popełniany przez Triariusa (i nie tylko przez niego, zjawisko jest szersze) to sprowadzenie intelektualnego dorobku Oświecenia wyłącznie do Francji oraz różnych Wolterów i Diderotów, tudzież postrzeganie dorobku epoki przez ich pryzmat. Tymczasem Oświecenie anglosaskie to zupełnie inna para kaloszy, a liberalizm Adama Smitha to coś zgoła innego niż utopijne gdakanie Rousseau czy encyklopedystów. Najogólniej rzecz ujmując różnica jest taka, jak między spekulatywnym bujaniem w obłokach i gilotynowaniem każdego, kto nie podziela wyklutej z owego bujania ideologii, a skrzętnym opisem rzeczywistości i wyciąganiem z tejże rzeczywistości wniosków.


Kolejny błąd, to utożsamienie z liberalizmem obecnego antycywilizacyjnego porządku dominującego w krajach i ponadnarodowych strukturach Zachodu tak w sferze materialnej, jak i duchowej – tu odsyłam do mego cyklu o Antycywilizacji Postępu (TU, TU i TU). Innymi słowy, to tak jakby nazwać kurę kaczką, tylko dlatego że możni tego świata dla własnych celów umówili się by wrzeszczeć „kaczka !”.


III. Od liberalizmu do socjalizmu.


Tymczasem, smithowska pochwała przedsiębiorczości, wsparta surową protestancką moralnością i etyką pracy (przepraszam za ten kuchenny weberyzm, ale tak lepiej dla czytelności wywodu) oraz „Teorią uczuć moralnych” bazującą na pojęciu współodczuwania, legła u podstaw gospodarczej potęgi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Samo eksploatowanie kolonii (Wielka Brytania), czy podbitej połaci kontynentu (Stany Zjednoczone) nic by nie dało, gdyby nie fundamentalna, wynikła z obserwacji koncepcja, że u źródeł bogactwa narodów leży nie zgromadzona ilość kruszców, zboża, ziemi - lecz praca. Odmiennej koncepcji hołdowały choćby Hiszpania (złoto) czy Rosja (ziemia). Różnice widać gołym okiem.


No dobrze, ale jak uczył dziadek Arystoteles, ustroje polityczne wynaturzają się, a ja pozwolę od siebie dodać, iż podobna kolej rzeczy dotyka systemy ekonomiczne. W przypadku liberalizmu gospodarczego początek końca to liberalizm socjalny Johna Stuarta Milla, który podmiotem wolności, również gospodarczej, w miejsce jednostki uczynił zbiorowość, społeczeństwo. Ta koncepcja liberalizmu dotarła do Stanów Zjednoczonych, które do tej pory praktykowały zdroworozsądkowy liberalizm opisany przez Adama Smitha nie wiedząc, że mówią prozą. Z pojęciem liberalizmu zetknięto się za oceanem na szeroką skalę za sprawą J.S. Milla właśnie, stąd w Stanach Zjednoczonych „liberał” oznacza lewicowca, czy wręcz lewaka a zwolennik liberalizmu w typie smithowskim to „konserwatysta”.


Później pojawiła się doktryna ekonomiczna Johna Maynarda Keynesa która, będąc reakcją na Wielki Kryzys, legła u podstaw rooseveltowskiego New Dealu z tym całym interwencjonizmem, stymulowaniem popytu przez państwowe inwestycje i lekceważeniem deficytu. Bang! - tu wracamy do naturalnego konfliktu między magnatami a średnią szlachtą, który zarysowałem w przywołanej na wstępie notce „Oligarchowie kontra klasa średnia”, a której fragmenty tak wzburzyły Triariusa. Biznesowa magnateria wyczuła w koncepcji Keynesa swą szansę, bo skoro państwo ma być „aktywne” to przecież nie powierzy realizowania swej aktywności rzeszy drobnych i średnich przedsiębiorców, tylko właśnie magnatom, bo duży może więcej.


To sprzężenie interesów magnaterii i sterroryzowanej kryzysem klasy politycznej legło u źródeł systemu gospodarczego w którym obecnie żyjemy. Dalej już poszło, tym bardziej, że Europa kontynentalna też nigdy nie była od tego. Ironią historii jest, że quasi-socjalistyczna koncepcja Keynesa, powstała jako sprzeciw wobec smithowskiego liberalizmu, dziś nazywana jest „liberalizmem” właśnie, zaś protestujący przeciw niej „antyglobaliści” uważają, że skoro socjalistyczny „liberalizm” się nie sprawdził, to receptą powinno być... więcej socjalizmu, więcej kontroli itd. (vide – postulat globalnego podatku od przepływu kapitałów).


IV. Miedzy neototalitaryzmem a liberalizmem.


Jak widać z powyższego, termin „liberalizm”, to taki kąsek, który wyrywają sobie z gardeł najróżniejsze grupy, podkładając pod to pojęcie wzajemnie wykluczające się treści i twierdząc, że moja definicja jest „najmojsza”. Obecnie górą są bękarty poczęte z mariażu francuskich oświeceniowych mędrków, liberalizmu socjalnego J. S. Milla i doktryny ekonomicznej Keynesa, zaczadzone dodatkowo sowietyzmem i rewoltą kontrkulturową „pokolenia ‘68”. Oczywiste jest, że tak rozumiany „liberalizm”, to „połowa drogi do komunizmu”, bez dwóch zdań. Za sprawą tych bękartów słowo „liberalizm” przeżuwane jest przez porządnych ludzi z niesmakiem, zaś określenie „liberał” robi za standardową obelgę w polityczno-ideologicznych naparzankach. Tyle, że ten „liberalizm” to tak naprawdę neototalitarna opresja i zniewolenie – na każdym poziomie, tak ekonomicznym jak i duchowym, zatem ja pozwalam sobie tę toksyczną mutację określać mianem „łże-liberalizmu”. To „jawny bądź zakamuflowany totalitaryzm” podszywający się pod wolność.


Prawdziwy liberalizm natomiast, mający na uwadze dobro ludzi a nie „ludu”, określany niekiedy mianem liberalizmu konserwatywnego (wolność gospodarcza plus konserwatyzm światopoglądowy), to nic innego jak powrót do Adama Smitha – premiowania pracy i przedsiębiorczości obywateli (przy czym Smith „niewidzialną rękę rynku” nie tyle „odkrył”, jak kąśliwie stwierdził Triarius, ile po prostu opisał). Rolą państwa w owym „premiowaniu” jest (poza budową infrastruktury) zapewnienie równych warunków – takich samych obciążeń fiskalnych (w miarę możności niskich), sprawnego sądownictwa oliwiącego obrót gospodarczy, zlikwidowanie przeróżnych żerowisk na styku władza-biznes, słowem: ukrócenie kleptokratycznych mechanizmów blokujących rozwój klasy średniej - podstawy każdego zdrowego państwa i narodu.


Moim zdaniem jest to podejście godne, słuszne i zbawienne. I tak, to jest właśnie liberalizm.


Gadający Grzyb

wtorek, 8 marca 2011

Oligarchowie kontra klasa średnia


Samodzielna firma rodzinna jest większą wartością, niż ta sama rodzina pracująca w międzynarodowych koncernach.



I. Od ruchu egzekucyjnego do oligarchii.


Jednym z podstawowych błędów, który z czasem fatalnie odbił się na kondycji ustrojowej I Rzeczypospolitej było zlekceważenie przez ostatnich Jagiellonów ruchu egzekucyjnego. Przypomnijmy, iż ruch ów skupiał dominującą część „narodu politycznego” - średniej szlachty, która domagała się m.in. zwrotu przejętych przez magnatów królewszczyzn (egzekucja dóbr), wyegzekwowania praw (np. zakazu łączenia urzędów w jednym ręku), uporządkowania skarbu, naprawy sądownictwa, wolności celnej, przekazania annatów (opłat wysyłanych do Rzymu za objęcie godności kościelnych) na obronę przed Tatarami, wzmocnienia roli szlacheckiego Sejmu względem magnackiego Senatu i wiele innych pożytecznych, systemowych rozwiązań.


Szlachta była jeszcze wówczas politycznie samodzielna, generalnie propaństwowa i reformatorska. Niestety, zarówno Zygmunt I Stary, jak i Zygmunt August woleli opierać się na możnowładcach, co z czasem, już podczas epoki elekcyjnej, doprowadziło do oligarchizacji życia politycznego w Polsce, sklientelizowania szlachty przez magnaterię i uczynienia z króla zakładnika najpierw magnatów, później zaś mocarstw na których jurgielcie owi magnaci pozostawali. Efektem była powolna gangrena i wynaturzenie ustroju I Rzeczpospolitej. Trochę upraszczam kilkuwiekowy proces, ale tak się generalnie rzeczy miały. To nie król (państwo) miał swoją szlachtę i swoich magnatów, tylko magnacka oligarchia miała zarówno króla jak i szlachtę, czyli w efekcie – państwo.


II. Oligarchizacja gospodarki.


Zarysowana powyżej kolej rzeczy przypomina mi się, kiedy myślę o gospodarce – i to nie tylko polskiej. Znane powiedzenie mówi, że nie ma większych wrogów kapitalizmu, niż sami kapitaliści. Oznacza ono, iż potężne firmy (magnaci) szukają państwowego wsparcia (monarchy), by zabezpieczyć się przed konkurencją przedsiębiorców z klasy średniej (średnią szlachtą). Dążą do podatkowego uprzywilejowania, niejasnego sytemu prawnego z „furtkami” dla wybranych, obejmowania systemem koncesyjnym coraz to nowych obszarów gospodarki, zaporowych wymogów dotyczących pewnych dziedzin które spełnić mogą tylko duzi („duży może więcej”) itd. W ramach ekwiwalentu oferują szeleszczące poparcie, „tworzenie miejsc pracy” przy wielkich inwestycjach, napływ kapitału i takie tam różności, tyle tylko, że po jakimś czasie okazuje się, że to nie Państwo (rozumiane jako Rzeczpospolita – dobro wspólne) ma swych magnatów, tylko magnaci mają państwo.


Następuje oligarchizacja. Klasa polityczna (monarcha) siedzi w kieszeni możnych, a gdy któryś próbuje bryknąć, uruchamiane są naciski. Buntownik okrzyknięty zostaje „wrogiem wolnego rynku” (choć właśnie usiłuje ten wolny rynek przywrócić), straszy się likwidacją miejsc pracy, odpływem inwestycji itd. Coś takiego spotyka właśnie na Węgrzech Wiktora Orbana, próbującego zerwać z dotychczasowym oligarchicznym modelem i budować dobrobyt kraju na przedsiębiorczości zwykłych obywateli.


III. Łże-liberalizm.


Warto zwrócić uwagę na charakterystyczne i moim zdaniem świadome zakłamanie pojęcia liberalizmu gospodarczego z jakim mamy obecnie do czynienia. Otóż w załganej nowomowie przyjęto określać mianem „liberalizmu”, bądź „neo-liberalizmu” właśnie opisywany wyżej oligarchiczny system polegający na hołubieniu przez państwo biznesowej magnaterii, kosztem drobnych i średnich przedsiębiorców, ponoszących gros fiskalnych ciężarów (bo państwo przecież musi się jakoś utrzymać). Tymczasem to oni, patrząc zbiorowo, a nie ponadnarodowy „kapitał” są zdolni do tworzenia największej ilości miejsc pracy i współtworzenia bogactwa narodowego. Patrząc z perspektywy dobra wspólnego, samodzielna firma rodzinna jest większą wartością niż ta sama rodzina pracująca w międzynarodowych koncernach.


Aby jednak to urzeczywistnić, trzeba liberalizmu rozumianego jako równość szans: zerwania z „koncesjokracją”, równości niskich (w miarę możliwości) obciążeń fiskalnych i przede wszystkim – równego dostępu do sprawnie działającego sądownictwa dla wszystkich. Zerwania z panującym obecnie w skali globalnej uprzywilejowaniem „możnych” na rzecz materialnego upodmiotowienia obywateli.


Tymczasem, wszechobecny dziś łże-liberalizm, charakteryzujący się splotem wielkiego biznesu i władzy, doprowadza do takich paradoksów, że instytucje finansowe odpowiadające w znacznej mierze za globalny kryzys zamiast splajtować i odejść w zapomnienie, są ratowane pieniędzmi podatników tak naprawdę za powiedzenie „więcej już nie będę”. Idę o zakład, że owszem, będą – uzyskały bowiem pewność, że jakby co, to pozostające w ich garści państwo poratuje.


IV. Klasa średnia, głupcze!


Podsumowując, państwo jest silne gospodarczo na tyle, na ile silna i niezależna gospodarczo jest jego klasa średnia. Wielkie firmy, oczywiście również się przydają, musi jednak zostać zachowana równowaga – ta, która istniała jeszcze za ostatnich Jagiellonów i pierwszych królów elekcyjnych, a której zaprzepaszczenie doprowadziło do upadku I Rzeczypospolitej.


Mądry władca powinien to rozumieć – tak jak nie sposób pchnąć do przodu państwa inwestując tylko w metropolie (bo te raczej „zasysają” prowincję niż dają jej coś od siebie), tak też nie sposób budować bogactwa narodowego opierając się wyłącznie na wielkim biznesie, dążącym do stłumienia przedsiębiorczości potencjalnych konkurentów - obywateli. Tymczasem nasze obecne państwo zwane Trzecią Rzeczpospolitą budowano z założenia tak, by zabezpieczyć interesy magnaterii – bądź to rekrutującej się spośród uwłaszczonej nomenklatury, bądź fetyszyzowanego zagranicznego kapitału.


W przeciwieństwie do państw Zachodu, gdzie na skutek opisywanych tu mechanizmów można zaobserwować proces „zwijania się” klasy średniej, u nas upodmiotowiona materialnie klasa średnia nie miała tak naprawdę okazji powstać. A to, co przedstawia się nam jako „klasę średnią” jest pokracznym tworem – sklientelizowanym na starcie, zanim miał okazję przeżyć okres „złotego wieku”. Innymi słowy, w budowie państwa zaczęto od razu od czasów saskich.


Trzeba odwrócić tę tendencję tak, jak próbuje odwrócić ją wspomniany już Wiktor Orban. Pytanie, czy wiodąca siła opozycyjna i jej lider zapatrzeni w spektakularny wyborczy sukces węgierskiego przywódcy, dostrzegają też treść, która za tym sukcesem stoi.


Gadający Grzyb

środa, 25 sierpnia 2010

Karuzela podatkowa (część 2)


Przyszłoroczna podwyżka VAT-u, to dopiero początek podatkowej karuzeli.

W części pierwszej napisałem jak „jednoprocentowa” podwyżka VAT odbije się na naszych kieszeniach w korelacji ze wzrostem akcyzy na paliwo. Będzie to znacząco więcej niż jeden procent. Ale to nie koniec zabaw z VAT-em łże-liberalnej (he, he) Platformy i naszego natchnionego nie-rządu.

I. Ambitne plany.

Otóż, plany rządowe są ambitne: jeżeli w następnych latach, mimo podwyżki VAT i wszystkich buchalteryjnych sztuczek ministra Rostowskiego, relacja długu publicznego do PKB przekroczy kolejny tzw. „próg ostrożnościowy” (55%), podatek ten będzie dalej sukcesywnie zwiększany!

Plany wyglądają następująco: jeżeli na koniec 2011 roku dług publiczny przekroczy 55% PKB, wówczas VAT w przedziale czasowym od 1 lipca 2012 roku do 30 czerwca 2013 wzrośnie do 24, 9 i 7,5 procent, następnie zaś między lipcem 2013 a czerwcem 2015 podatek dobije do maksymalnych unijnych stawek – 25, 10 i 8%!

Jeżeli próg 55% długu publicznego w relacji do PKB zostanie przekroczony „dopiero” na koniec roku 2012, wówczas w lipcu 2013 czeka nas podwyżka do 24, 9 i 7,5 procent, by w 2014 roku osiągnąć pułap maksymalny, czyli 25, 10 i 8%.

Podwyżka jest oczywiście przewidziana „tylko” na 3 lata, ale jestem dziwnie pewien, że po upływie tego terminu ich utrzymanie okaże się „niezbędne”, bo przecież Tusk nie jest politycznym samobójcą i nie będzie przeprowadzał żadnych reform, by nie narazić się różnym grupom interesów i tym wyborcom (np. armii urzędników), którzy żyją z dojenia budżetu.

II. „Welfare state” bez „welfare”.


Tym samym doszlusujemy do państw o najwyższym dopuszczalnym vacie w UE (Szwecja i Dania). Całe szczęście, że wyższej niż 25% stawki VAT wprowadzić nie można, bo aż strach pomyśleć jakie mogłyby być bardziej dalekosiężne plany rządu... Chociaż, kto wie – może akurat w tym przypadku trio Tusk – Sikorski – Rostowski wykaże się niespotykaną energią, tudzież dyplomatycznymi talentami i dumnie ogłosi, że Komisja Europejska przyznała nam w drodze wyjątku prawo do „czasowego” (he, he) podniesienia VAT-u na wszystko do stawki, powiedzmy, 30%...

Jestem pewien, że nasi gospodarczy konkurenci w UE szczerze się z tego ucieszą i będą gratulować Polsce „odpowiedzialnego” rządu. Niemcy nie będą już płakać na „dumping podatkowy”, co miało miejsce, gdy Leszek Miller (komuch!) obniżał podatek od przedsiębiorstw (CIT).

Będziemy mieli zatem podatki jak w skandynawskich „welfare state’s”, tyle że bez „welfare”.

III. „Czasowy” pic na wodę.

Nie łudźmy się. Jak wspomniałem w punkcie pierwszym niniejszej notki, odtrąbiona jako „czasowa” podwyżka VATu utrzyma się - a to z prostego powodu. Liberalny (he, he) rząd (wciąż to „he, he” powtarzam, chociaż coraz mniej mi do śmiechu) nie planuje żadnych reform, żadnych cięć w administracji (przeciwnie – w latach 2008 – 2009 przybyło 40 tys etatów), zatem to, co wybulimy w cenie towarów i usług pójdzie na bieżące utrzymanie urzędników, a nie na reformę finansów państwa i redukcję długu publicznego. Dług zaś będzie rósł niepowstrzymanie, zatem „konieczne” okażą się kolejne podwyżki VAT, wedle zarysowanego na wstępie scenariusza, by załatać kolejne dziury... Koniec końców - ockniemy się z błogiego snu o „zielonej wyspie” z gospodarką zduszoną podatkami i zatorami płatniczymi, ale za to z tak samo niewydolnym sądownictwem i rozdętą „parkinsonowską” administracją jak dziś.

A ponieważ podwyższanie podatków ponad akceptowalną miarę skutkuje (zgodnie z krzywą Laffera) zmniejszaniem się wpływów do budżetu, efektem w ciągu najbliższego dziesięciolecia może być tylko bankructwo.

***

Co więcej, nawet gdyby w najbliższych wyborach parlamentarnych PO została odsunięta od władzy (a prawdę mówiąc, jakoś się na to nie zanosi), to mechanizmów gospodarczych, które nabrały w międzyczasie własnej dynamiki nie da się z dnia na dzień zastopować. Chyba, że... obecna opozycja zjawiłaby się, niczym anioł z niebios, z dopracowanym programem reform i „pełnymi szufladami” ustaw, które z jednej strony ograniczyły by wydatki rządu w skali choćby 5 miliardów zł rocznie, z drugiej zaś – uczyniła by Rzeczpospolitą państwem naprawdę przyjaznym swym obywatelom.

Ale – próżne to marzenia. Póki co, musimy się przygotować do 25% stawki VAT-u, która niechybnie zostanie wprowadzona na przestrzeni najbliższych kilku lat.

Gadający Grzyb

P.S. Gdy plajtowała Grecja, niemieckie tabloidy wypuszczały balony próbne z zapytaniami o możliwość kupna kilku wysepek. Fakt – Grecy mają ich od pyty. Gdy my splajtujemy, co sprzedamy? Wolin? A może Hel z naszą częścią Mierzei Wiślanej w pakiecie? Zapewne znalazłaby się jakaś niemiecko – rosyjska spółka z siedzibą w jakimś podatkowym „neverlandzie” skłonna „rzygnąć” kasą by wesprzeć taką transakcję...

Inne moje notki o podobnej tematyce:

www.niepoprawni.pl/blog/287/gra-pozorow


www.niepoprawni.pl/blog/287/karuzela-podatkowa-czesc-1


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Karuzela podatkowa (część 1)


Podwyżka VAT o 1% spowoduje podwyżkę cen... wyższą niż 1%.

I. Częściowa prawda.


Podwyżka VAT-u od 2011 roku, którą zaplanował nasz łże - liberalny (he, he) rząd co niektórych (mniejszość) wzburzyła, większość zareagowała obojętnością uśpiona sączoną przez mediodajnie kołysanką, że chleb praktycznie nie zdrożeje, do części opinii publicznej natomiast chyba zupełnie nie dotarła, bo pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu działy się bardziej „draczne” numery.

Tymczasem, z tą „jednoprocentową” podwyżką jest jak ze wszystkimi działaniami rządu – niby prawda, ale nie cała i nie do końca, zaś jak poskrobać nieco głębiej, to okazuje się, że to zupełnie g...o prawda. Część towarów, która miała bowiem do tej pory 3% stawkę (żywność nieprzetworzona), od nowego roku będzie miała 5%. Czyli – podwyżka nie o jeden a o dwa punkty procentowe. Co do reszty – owszem, siedmioprocentowa stawka wzrośnie do ośmiu, a dwudziesto dwu- do dwudziestu trzech procent, tyle że... no właśnie – to jedynie część prawdy.

II. Paliwa.


W przyszłym roku bowiem, niemal równolegle z VAT-em wzrośnie stawka podatku akcyzowego na papierosy i paliwa. Papierosy jak papierosy - wzrost akcyzy jest tu akurat wymuszony przez nasze zobowiązania unijne: do 2018 roku mamy osiągnąć minimum akcyzowe 90 euro za 1000 sztuk papierosów. Rosjanie i Ukraińcy się cieszą, bo przemytnicy nabijają im sprzedaż, ale co tam.

Gorzej, że 30 kwietnia 2011 roku wygasa ulga akcyzowa na biokomponenty dodawane do paliw. To też efekt ustaleń unijnych, tyle, że polski rząd nie wystąpił do Komisji Europejskiej o przedłużenie okresu ulgowego, choć istniała taka możliwość.

W efekcie, ceny paliw w 2011 roku wzrosną następująco:

- olej napędowy średnio o 5 gr za litr;

- benzyna średnio o 7 groszy za litr.

Ale to nie wszystko, sytuacja bowiem jest jak w thrillerze Hitchcocka: trzęsienie ziemi, a potem napięcie rośnie. Do podwyżki cen spowodowanej zniesieniem ulgi na biokomponenty należy bowiem doliczyć wspomnianą podwyżkę VAT-u z 22 na 23%, która da kolejne kilka groszy na litrze więcej (szacuje się, że ok. 4gr).

Finalnie, ceny paliwa wzrosną więc następująco:

- olej napędowy średnio o 9 gr za litr (5gr ze zniesionej ulgi + 4gr z podniesionego VAT);

- benzyna średnio o 11 groszy za litr (rachunek wedle powyższego wzorca).

Wszystko to niezależnie od wahań cen ropy! Jeżeli ropa pójdzie w górę, będzie jeszcze ciekawiej. Szarpnie to po kieszeni szeregowego obywatela, ale nie tylko jako klienta stacji benzynowej. Wzrost cen paliwa zapłaci on bowiem również jako konsument rozlicznych dóbr, również tych pierwszej potrzeby.

III. Komasacja podatków.

Nie wiem, jak nazywają to ekonomiści, ja postanowiłem na własny użytek efekt, którego doświadczymy w roku 2011 nazwać komasacją podatków. Oznacza to, że wszystkie podwyżki zbiegną się w finalnym produkcie, za który zabulimy w sklepie.

Przykład:

Do wyrobu bochenka chleba, którego cena ma wzrosnąć ponoć „nieodczuwalnie”, (jak to ujęli magicy od pijaru), potrzeba X różnych składników, których cena ze względu na podwyżkę VAT-u będzie wyższa. Do tego piekarnia zużywa prąd (choćby do oświetlenia) za który zapłaci więcej (znów – wyższy VAT, zresztą koszta funkcjonowania elektrowni też wzrosną, więc energia „skoczy” spokojnie więcej niż o 1 proc, podobnie jak wszystko inne). Te składniki trzeba przewieźć do piekarni, a produkt finalny (chlebuś nasz powszedni) do sklepu. Koszta transportu będą wyższe niż do tej pory (wzrost cen benzyny) i tak dalej, i tak dalej...

Wszystko to znajdzie odbicie w ostatecznej cenie produktu na sklepowej półce, a sklep też ponosi swoje wydatki na utrzymanie.

Ktoś mógłby powiedzieć, że firmy przecież VAT odliczają. To prawda, ale tylko częściowa. Wszelkie produkty bowiem nabywa się po pełnych cenach (brutto, razem z VAT-em) i dla zachowania płynności finansowej natychmiast (przed comiesięcznym rozliczeniem z fiskusem) koszta te przerzucane są w łańcuszku kontrahentów aż do końcowego odbiorcy.

Wzrost cen będzie „nieodczuwalny”, jak zapewniali nas Tusk z Rostowskim? Już to widzę... Tu się zgina dziób pingwina. Wzrost cen będzie wyższy niż jeden procent i to znacząco.

***

Miałem na zakończenie umieścić jakąś dowcipno – kąśliwą uwagę o łże - liberalnej (he, he) Platformie Obywatelskiej. Przebiegłem jednak wzrokiem to, co napisałem do tej pory i śmiech zamarł mi na ustach.

Gadający Grzyb

Inna notka w podobnym temacie: http://www.niepoprawni.pl/blog/287/gra-pozorow

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl