Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Idee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Idee. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 marca 2011

O liberalizmach


Dedykowane Triariusowi.



I. Tygrysowe wzburzenie.


Pod moim postem „Oligarchowie kontra klasa średnia”, w którym pozwoliłem sobie odróżnić liberalizm gospodarczy w klasycznym rozumieniu od współczesnego łże-liberalizmu, zacny współbloger Triarius raczył zamieścić komentarze w których zauważył, że „łże-liberalizm - to po prostu realny liberalizm, jedyny, jaki istnieje. Wszystkie inne żyją wyłącznie w mózgach różnych mających zaburzenia kontaktu ze światem świrów”, zaś na moje zapytanie czy Adama Smitha również zaliczyłby do „świrów” odparł, iż „do oświeceniowych mędrków raczej”, następnie zaś poddał w wątpliwość czy aby Adam Smith był liberałem, całość zaś zakończył mocnym przytupem, sugerując jakobym z niewidzialnej ręki rynku robił „religię”, „albo jakąś pieprzoną utopię”, podczas gdy „liberalizm (...) to połowa drogi do komunizmu". Starałem się dość wiernie oddać argumentację Triariusa – pełne komentarze TU i TU.


Ponieważ sprawia mi przykrość patrzenie jak niepospolity skądinąd umysł zasnuwa mgła zacietrzewienia, pozwalam sobie na szerszą polemikę w osobnej notce, licząc na zrozumienie.


II. Błąd uogólnienia.


Otóż sądzę, że podstawowy błąd popełniany przez Triariusa (i nie tylko przez niego, zjawisko jest szersze) to sprowadzenie intelektualnego dorobku Oświecenia wyłącznie do Francji oraz różnych Wolterów i Diderotów, tudzież postrzeganie dorobku epoki przez ich pryzmat. Tymczasem Oświecenie anglosaskie to zupełnie inna para kaloszy, a liberalizm Adama Smitha to coś zgoła innego niż utopijne gdakanie Rousseau czy encyklopedystów. Najogólniej rzecz ujmując różnica jest taka, jak między spekulatywnym bujaniem w obłokach i gilotynowaniem każdego, kto nie podziela wyklutej z owego bujania ideologii, a skrzętnym opisem rzeczywistości i wyciąganiem z tejże rzeczywistości wniosków.


Kolejny błąd, to utożsamienie z liberalizmem obecnego antycywilizacyjnego porządku dominującego w krajach i ponadnarodowych strukturach Zachodu tak w sferze materialnej, jak i duchowej – tu odsyłam do mego cyklu o Antycywilizacji Postępu (TU, TU i TU). Innymi słowy, to tak jakby nazwać kurę kaczką, tylko dlatego że możni tego świata dla własnych celów umówili się by wrzeszczeć „kaczka !”.


III. Od liberalizmu do socjalizmu.


Tymczasem, smithowska pochwała przedsiębiorczości, wsparta surową protestancką moralnością i etyką pracy (przepraszam za ten kuchenny weberyzm, ale tak lepiej dla czytelności wywodu) oraz „Teorią uczuć moralnych” bazującą na pojęciu współodczuwania, legła u podstaw gospodarczej potęgi Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych. Samo eksploatowanie kolonii (Wielka Brytania), czy podbitej połaci kontynentu (Stany Zjednoczone) nic by nie dało, gdyby nie fundamentalna, wynikła z obserwacji koncepcja, że u źródeł bogactwa narodów leży nie zgromadzona ilość kruszców, zboża, ziemi - lecz praca. Odmiennej koncepcji hołdowały choćby Hiszpania (złoto) czy Rosja (ziemia). Różnice widać gołym okiem.


No dobrze, ale jak uczył dziadek Arystoteles, ustroje polityczne wynaturzają się, a ja pozwolę od siebie dodać, iż podobna kolej rzeczy dotyka systemy ekonomiczne. W przypadku liberalizmu gospodarczego początek końca to liberalizm socjalny Johna Stuarta Milla, który podmiotem wolności, również gospodarczej, w miejsce jednostki uczynił zbiorowość, społeczeństwo. Ta koncepcja liberalizmu dotarła do Stanów Zjednoczonych, które do tej pory praktykowały zdroworozsądkowy liberalizm opisany przez Adama Smitha nie wiedząc, że mówią prozą. Z pojęciem liberalizmu zetknięto się za oceanem na szeroką skalę za sprawą J.S. Milla właśnie, stąd w Stanach Zjednoczonych „liberał” oznacza lewicowca, czy wręcz lewaka a zwolennik liberalizmu w typie smithowskim to „konserwatysta”.


Później pojawiła się doktryna ekonomiczna Johna Maynarda Keynesa która, będąc reakcją na Wielki Kryzys, legła u podstaw rooseveltowskiego New Dealu z tym całym interwencjonizmem, stymulowaniem popytu przez państwowe inwestycje i lekceważeniem deficytu. Bang! - tu wracamy do naturalnego konfliktu między magnatami a średnią szlachtą, który zarysowałem w przywołanej na wstępie notce „Oligarchowie kontra klasa średnia”, a której fragmenty tak wzburzyły Triariusa. Biznesowa magnateria wyczuła w koncepcji Keynesa swą szansę, bo skoro państwo ma być „aktywne” to przecież nie powierzy realizowania swej aktywności rzeszy drobnych i średnich przedsiębiorców, tylko właśnie magnatom, bo duży może więcej.


To sprzężenie interesów magnaterii i sterroryzowanej kryzysem klasy politycznej legło u źródeł systemu gospodarczego w którym obecnie żyjemy. Dalej już poszło, tym bardziej, że Europa kontynentalna też nigdy nie była od tego. Ironią historii jest, że quasi-socjalistyczna koncepcja Keynesa, powstała jako sprzeciw wobec smithowskiego liberalizmu, dziś nazywana jest „liberalizmem” właśnie, zaś protestujący przeciw niej „antyglobaliści” uważają, że skoro socjalistyczny „liberalizm” się nie sprawdził, to receptą powinno być... więcej socjalizmu, więcej kontroli itd. (vide – postulat globalnego podatku od przepływu kapitałów).


IV. Miedzy neototalitaryzmem a liberalizmem.


Jak widać z powyższego, termin „liberalizm”, to taki kąsek, który wyrywają sobie z gardeł najróżniejsze grupy, podkładając pod to pojęcie wzajemnie wykluczające się treści i twierdząc, że moja definicja jest „najmojsza”. Obecnie górą są bękarty poczęte z mariażu francuskich oświeceniowych mędrków, liberalizmu socjalnego J. S. Milla i doktryny ekonomicznej Keynesa, zaczadzone dodatkowo sowietyzmem i rewoltą kontrkulturową „pokolenia ‘68”. Oczywiste jest, że tak rozumiany „liberalizm”, to „połowa drogi do komunizmu”, bez dwóch zdań. Za sprawą tych bękartów słowo „liberalizm” przeżuwane jest przez porządnych ludzi z niesmakiem, zaś określenie „liberał” robi za standardową obelgę w polityczno-ideologicznych naparzankach. Tyle, że ten „liberalizm” to tak naprawdę neototalitarna opresja i zniewolenie – na każdym poziomie, tak ekonomicznym jak i duchowym, zatem ja pozwalam sobie tę toksyczną mutację określać mianem „łże-liberalizmu”. To „jawny bądź zakamuflowany totalitaryzm” podszywający się pod wolność.


Prawdziwy liberalizm natomiast, mający na uwadze dobro ludzi a nie „ludu”, określany niekiedy mianem liberalizmu konserwatywnego (wolność gospodarcza plus konserwatyzm światopoglądowy), to nic innego jak powrót do Adama Smitha – premiowania pracy i przedsiębiorczości obywateli (przy czym Smith „niewidzialną rękę rynku” nie tyle „odkrył”, jak kąśliwie stwierdził Triarius, ile po prostu opisał). Rolą państwa w owym „premiowaniu” jest (poza budową infrastruktury) zapewnienie równych warunków – takich samych obciążeń fiskalnych (w miarę możności niskich), sprawnego sądownictwa oliwiącego obrót gospodarczy, zlikwidowanie przeróżnych żerowisk na styku władza-biznes, słowem: ukrócenie kleptokratycznych mechanizmów blokujących rozwój klasy średniej - podstawy każdego zdrowego państwa i narodu.


Moim zdaniem jest to podejście godne, słuszne i zbawienne. I tak, to jest właśnie liberalizm.


Gadający Grzyb

poniedziałek, 28 lutego 2011

Spiskologia


Nie psioczmy na spiski - róbmy własne!



I. Między „poprawniakami” a „wtajemniczonymi”.


Z tymi spiskami, panie dzieju, to generalnie śliska sprawa. Na hasło „spisek”, a szczególnie już „spiskowa teoria dziejów” większość odruchowo reaguje mieszaniną drwiny i politowania. Postawie tej towarzyszy rysowanie sobie kółeczek na czole, mające sugerować, że wszelkie spiskowe domniemania są domeną wariatów, oszołomów i generalnie, osób dość ograniczonych umysłowo, które nie potrafią sobie uporządkować i wytłumaczyć świata inaczej niż przez dopatrywanie się wszędzie działalności jakichś ciemnych mocy.


Drugi biegun zajmuje mniejszość, która mocą przyrodzonej, bądź stymulowanej przez pewne lektury wnikliwości uznaje, iż posiadła skrywaną przed pospólstwem PRAWDĘ o tajnych mechanizmach rządzących światem, których otumaniona reszta ludzkiej masy nie chce przyjąć do wiadomości. Przełykają frustrującą gorycz odrzucenia, ale zarazem spoglądają na ciemniaków z pewnym poczuciem wyższości, jakie daje przynależność do grona wtajemniczonych depozytariuszy straszliwej wiedzy.


Nie ukrywam, że między tymi dwoma młyńskimi kamieniami czuję się dość niekomfortowo, bowiem daleko mi zarówno do jednych, jak i do drugich.


II. Poprawniacy.


Jeśli chodzi o grupę nr 1 („poprawniacy”), ich – uprzejmie mówiąc – sceptycyzm (a po prawdzie - ignorancja) jest wynikiem dość intensywnej indoktrynacji każącej zamykać oczy nawet na powszechnie wiadome fakty, albo przynajmniej nazywać je inaczej niż by należało, dzięki czemu można osiągnąć poczucie psychicznego komfortu, łudząc się, że za pomocą nowej etykietki zmieni się zawartość słoika, czyli istotę rzeczy. Tak się bowiem składa, że historia, zwłaszcza historia polityczna, jest w znacznej mierze historią spisków, które niejednokrotnie zmieniały losy państw i bieg dziejów. Nie trzeba do tego pogłębionej wiedzy, wystarczy uważać na lekcjach (to znaczy do niedawna wystarczyło, bo jak to wygląda obecnie, po reformach minister Hall, trudno powiedzieć).


Pierwszy z brzegu przykład to triumwirat. Trzech wpływowych facetów umówiło się, że nic w Imperium Rzymskim nie wydarzy się bez ich wiedzy i zgody – spisek w czystej postaci, zmieniający system polityczny Rzymu w oligarchię, mimo formalnego zachowania wszelkich republikańskich procedur. Przykład nieco bliższy, to Okrągły Stół ze wszystkimi magdalenkowymi przyległościami. Na polecenie kremlowskiego genseka zamordystyczna „waadza” zmieniła kurs na „liberalizm”, dogadując się ze starannie wyselekcjonowanymi przez szefa bezpieki przedstawicielami „konstruktywnej” opozycji. Efektem owej zmowy stała się zadekretowana odgórnie fasadowa łże-demokracja w jakimś pokracznym, kartoflano-postkolonialnym wydaniu z którą do tej pory borykamy się i w której grzęźniemy niczym w kisielu. Wyraźnym sygnałem była reakcja na wybory 4 czerwca 1989 roku, kiedy to ludzie w swej naiwnej niedojrzałości, nie dorastając najwyraźniej do „historycznego kompromisu”, wykosili „czerwonych”. I w tym momencie skończyła się demokracja, tudzież szacunek dla woli ludu, gdyż w Magdalence ustalono co innego i trzeba było na gwałt pichcić drugą turę, by w sejmie kontraktowym mógł zasiąść odpowiedni odsetek „ludzi honoru”.


Wszystko co stało się później było już tylko konsekwencją owego podeptania woli wyborców – chociażby to, że między elitami a ludem wyrósł mur nieufności, zaś państwo i jego instytucje wciąż traktowane są przez znaczną część Polaków jako element systemu opresji pozostający w rękach „onych”, dogadujących się ponad głowami nominalnego suwerena – demosu. Demosu, dodajmy, arbitralnie pozbawionego podmiotowości zanim ją odzyskał. Rany społeczne jeszcze długo pozostaną niezagojone.


Tak przy okazji – ów „spisek założycielski” III RP tłumaczy, dlaczego jego beneficjenci za pomocą posiadanego aparatu propagandowego z „Gazetą Wyborczą” na czele tak intensywnie wbijali do głów tubylców, że żadnych spisków nie było, nie ma i być nie może, a kto ulega spiskowej histerii, ten wariat. Ów zabieg okazał się na tyle skuteczny, że programowa niewiara w jakiekolwiek zakulisowe knowania stała się wręcz jednym z niezbędnych atrybutów współczesnego neo-inteligenta.


III. Wtajemniczeni.


No dobrze, dlaczego jednak, skoro przyjmuję do wiadomości istnienie spisków, jest mi równie daleko do drugiej z omawianych tu grup (nazwa robocza - „wtajemniczeni”)? Ano dlatego, że w mojej ocenie popełniają podstawowy błąd. Otóż globalne procesy zachodzące w świecie przypisują na ogół działalności jednego, ukrytego a wszechpotężnego centrum decyzyjnego. W zależności od tego kogo bardziej nie lubią, za owo „centrum” biorą a to masonerię, a to syjonizm (czasem zresztą przechodzi to płynnie w „żydomasonerię”), to znów polityczno-biznesowo-masońsko-żydowski spisek mający zaprowadzić New World Order („Nowy Porządek Świata”) z Rządem Światowym. Jest jeszcze Opus Dei, czy - w skrajnych przypadkach - nawet „ufonauci” (kosmici władający potajemnie ludzkością). Niegdyś modny był również np. spisek jezuitów.


Tymczasem, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. W zglobalizowanym świecie funkcjonują bowiem globalne grupy interesu, wpływu, lobbies - jak zwał, tak zwał. Takie ogólnoświatowe sitwy motają oczywiście swoje sieci, starając się by, najogólniej rzecz ujmując, sprawy potoczyły się w pożądanym przez nie kierunku. Czasem ze sobą współdziałają a czasem nie. Charakter owych grup jest różny: ideologiczny, biznesowy, nacjonalistyczny (ekspansja gospodarcza Chin!)... Przyznaję, że z pewnego oddalenia faktycznie może to wyglądać, jakby jakiś mistrz marionetek pociągał nad globusem sznurkami, jednak takie podejście więcej zaciemnia niż wyjaśnia, bowiem między najbardziej nawet wpływowym lobby a czymś w rodzaju, dajmy na to, Rządu Światowego, istnieje dość spora różnica.


Weźmy dwie niewątpliwie istniejące grupy interesu jakimi są lewactwo (lobby ideologiczne) i Izrael (lobby nacjonalistyczne). Lewacy nienawidzą Izraela jak zarazy jako sługusa amerykańskiego imperializmu, czego efektem jest chociażby fala żydożerstwa we Francji i sympatia lewicy dla świata arabskiego (stąd modne w tym środowisku „arafatki”), co zresztą nie przeszkadza tejże lewicy w rytualnym oskarżaniu Kościoła Katolickiego o antysemityzm. Z drugiej strony, intelektualne elity żydowskiej diaspory w USA (wpływowej do tego stopnia, że niektórzy uważają, iż to „ogon kręci psem”) sympatyzują z Demokratami i „liberalnymi” (po naszemu – lewicowymi) mediami, które nie zostawiają suchej nitki na republikanach i „faszyście” G.W. Bushu, który rozpętał „żydowskie” ponoć wojny w Iraku i Afganistanie. Inni Żydzi z kolei są wpływowymi postaciami w republikańskim establishmencie. Żeby było jeszcze ciekawiej, globalni spekulanci jak węgierski Żyd George Soros finansują marsz lewackiej, neo-totalitarnej z ducha Antycywilizacji Postępu (A.P. - zob. TU, TU i TU) i jej przeróżne postępackie działania mające przyśpieszyć kres i tak już dogorywającej cywilizacji łacińskiej.


Wychodzi na to, że ci sami lewacy, którzy zmietliby najchętniej Izrael z powierzchni ziemi, współpracują zarazem z Żydami na innych poletkach nie gardząc „żydowskimi” pieniędzmi, które ci sami Żydzi wręczają zaprzysięgłym wrogom izraelskiego państwa. To nie „rząd światowy”, tylko tradycyjny światowy galimatias w którym raz ścierają się, innym razem współpracują różne sitwy, których przedstawiciele na dodatek zasiadają czasem w tych samych lożach masońskich (a i w lożach, jak znam życie, też są różne zwalczające się frakcje). Business as usual, tyle że obecnie na globalną skalę, ot i wszystko.


IV. Spiski a Czwarta Rzeczpospolita.


Kto wie, czy podejście cechujące „wtajemniczonych” w skali mikro (krajowej) nie stało się jedną z przyczyn politycznej porażki rządu Jarosława Kaczyńskiego. Nie siedzę w głowie prezesa PiS, ale wydaje się, iż autentycznie wierzył w istnienie jakiejś „centrali” (np. grupy oligarchów z agenturalnymi powiązaniami), która zza kulis steruje Polską i wystarczy dotrzeć do owego jądra, by radykalnie zmienić sytuację w kraju. Błędna diagnoza. Istnieje bowiem wiele sitw – biznesowych, przestępczych, intelektualnych, urzędniczych, korporacyjnych, agenturalnych itd., których naturalnym interesem jest obrona status quo i nie potrzeba żadnego ober-dyspozytora, by wszystkie kręciły z grubsza w tę samą mańkę. Magdalenko-pochodna III RP u samego zarania stworzyła im przyjazny habitat. Należy przy tym dodać, że nie muszą to być zbiory rozłączne. Przykładowo, można spokojnie wyobrazić sobie wpływowego prawnika, który jest powiązany z podziemiem przestępczym piastując zarazem funkcję profesora uniwersytetu, ale też jednocześnie obsługującego interesy jakiegoś oligarchy, wyznając przy tym poglądy a la „Wyborcza” i doradzając rządowi, mając przy tym w biografii współpracę z SB a obecnie pozostając na służbie obcego wywiadu. Łapiecie?


Każde administracyjne uderzenie w tego typu typu sitwy skazane jest na porażkę. Pajęczyna się ugnie, pękną może niektóre włókienka ale efektem łowów będzie co najwyżej jeden czy drugi skorumpowany urzędnik, agent, szemrany biznesmen... Jedyną skuteczną formą walki z siecią układów jest kompleksowa reforma struktur państwowych tak, by owe układy nie miały się na czym pożywić. Jeżeli np. złapano iluś tam urzędników z Ministerstwa Finansów, którzy za łapówki umarzali podatki, to następnym logicznym krokiem byłaby nowelizacja przepisów likwidująca sferę urzędniczej uznaniowości. I tak na każdym polu, konsekwentnie – aż do szczęśliwego nadejścia IV RP.


V. Nie lada jaki spisek...


W niniejszym tekście starałem się zarysować dwa, błędne moim zdaniem, podejścia do problemu spisków: programową niewiarę charakteryzującą „poprawniaków” oraz równie programową nad-wiarę „wtajemniczonych”, jakoby globalny spisek modelował i organizował całą naszą rzeczywistość. Cóż, potajemne knowania zawsze będą nam towarzyszyły. Jak uchronić się przed ich zbyt daleko idącym wpływem na nasze życie? Ukrócenie systemowych, korupcyjnych zachęt, wbudowanych w funkcjonowanie zarówno państw jak i międzynarodowych instytucji, byłoby niezłym początkiem. Proste i trudne zarazem. Aby to przeforsować trzeba by nie lada jakiego spisku... Naszego spisku.


Gadający Grzyb

piątek, 20 sierpnia 2010

Na czerwonym rowerku.


Lewackie korzenie pseudoprawicowego żydożerstwa.

Od jakiegoś czasu nurtowało mnie pytanie: jak to jest, że ludzie uważający się za prawicowców powtarzają tezy, które taką popularnością cieszą się na mieżdunarodnych lewicowych salonach? Skąd obsesja na punkcie Izraela, żydowskiej międzynarodowej finansjery i ogólnie rzecz biorąc – żydowskiej wszechwładzy nad światem?

I. Sowieckie korzenie.

Otóż, jest to nic innego, jak pokłosie „antysyjonistycznej” propagandy Związku Radzieckiego i reszty demoludów, podchwyconej przez zachodnie lewactwo z „pokolenia 68” (w nieformalnej nomenklaturze GRU - „gównojadów”) i kultywowanej przez lewicę do tej pory. Oczywiście, można by pogrzebać nieco głębiej i przypomnieć syna rabina – niejakiego Karola Marksa, dla którego Żyd był synonimem wyzyskiwacza, (co bardzo spodobało się socjaliście – Hitlerowi, prawem kaduka przypisanego przez komunistów „prawicy” i to „skrajnej”). Można też nadmienić o zawsze silnej w Rosji carsko – cerkiewnej tradycji pogromów, której „ochraniarskim” wykwitem są popularne po dziś dzień w niektórych kręgach „Protokoły mędrców Syjonu”.

Niemniej, by nie przeciągać wywodu, wystarczy cofnąć się do czasów Zimnej Wojny, gdzie antyżydowska (czy też, jak kto woli - „antysyjonistyczna”) retoryka zajmowała w sowieckiej propagandzie poczesne miejsce jako imperialistyczny straszak.

Jednym z kluczowych regionów na geopolitycznej szachownicy był i jest Bliski Wschód. Zarówno ZSRR jak i USA poszukiwały tam sojuszników. W rozgrywce tej Izrael stał się forpocztą Zachodu i praktycznie jedynym gwarantem, że region nie wpadnie w łapy komunistów. Otaczało go morze arabskiego żywiołu wspieranego przez ZSRR, który dostarczał broń, specjalistów (jak w Korei, Wietnamie i Afryce) i szkolił w swych obozach „bojowników” od „towarzysza Arafata”.

Kiedyś rozumiała to polska ulica, która cieszyła się, gdy „nasi Żydzi” prali „ich Arabów”.

Broniący swej niepodległości Izrael stał się zatem jednym z głównych obiektów ataków sowieckiej propagandy, jako „sługus amerykańskiego imperializmu”, a że zachodnia lewica była w znacznej mierze finansowana przez KGB i GRU, odpowiedni stosunek do Izraela stał się również jej tożsamościowym wyznacznikiem, jako pochodna lewicowego antyamerykanizmu.

Trwa to po dziś dzień, albowiem ówcześni „kontestatorzy” stanowią dziś establishment – polityczny, ideowy, uniwersytecki, medialny - wychowawszy sobie po drodze kolejne pokolenie naśladowców zaludniających antyglobalistyczne zadymy. Nie bez kozery tak popularne w środowiskach lewackich stały się „arafatki”, podobnie jak koszulki z „Che” Guevarą, wcześniej zaś znaczki z Mao. Proste jak w pysk dał: jesteś przeciw amerykańskim imperialistom i kapitalistycznym wyzyskiwaczom? To musisz być również przeciw „zbrodniczej” polityce Izraela, który śmie bronić się przed zamachami i ostrzałem rakietowym ze strony „niepodległościowych bojowników”.

Zimnowojenne powiązania i antagonizmy przetrwały i zostały zaadaptowane do obecnych realiów. Dla Rosji wciąż wrogiem nr 1 są Stany Zjednoczone i NATO, a co się z tym wiąże – również Izrael, dlatego też tradycyjnie prorosyjska (prosowiecka) i antyamerykańska lewica Zachodu jednoznacznie opowiada się po stronie popieranych przez Rosję, a śmiertelnie wrogich Izraelowi państw arabskich, bezkrytycznie wspierając świat islamu w jego jihadzie przeciw „małemu (Izrael) i wielkiemu (USA) szatanowi”. Teorii o zamachu na WTC, jako spisku CIA i Mossadu, kiedy to żydowscy pracownicy mieli rzekomo nie przyjść feralnego dnia do swych biur nie wymyślił, bynajmniej, prawicowy oszołom.

II. Lewacka prawica.

Mimo to, w niektórych środowiskach polskiej „prawicy” tego typu teorie, podobnie jak cała reszta „żydożerczego” nastawienia cieszą się sporym wzięciem. Saakaszwili, to produkt amerykańsko – żydowskiego chowu. Palestyńscy terroryści to uciśnieni „bojownicy” walczący z „okupantem”. Polska zamiast w stronę Zachodu powinna pójść w stronę Rosji w nadziei na „wielkie korzyści gospodarcze”. Ameryką rządzą Żydzi. Światowej gospodarki nie niszczą nieodpowiedzialne rządy zadłużające swoje kraje dla podtrzymania „socjalu”, niszczące walutę i obracające coraz większą ilością wirtualnego pieniądza, tylko żydowscy spekulanci. To, że owi spekulanci nie mieli by się czym pożywić, gdyby rządy raczyły przestawić gospodarki swych krajów z głowy na nogi i nie wykazywały się na każdym kroku oportunizmem, tchórzostwem, brakiem kompetencji i nie dotowały np. padających instytucji finansowych – to, do tropicieli Żydów nie trafia. Winien jest spisek międzynarodowych finansistów o mięsistych nosach, którzy do spółki z Izraelem kręcą światem.

Mamy zatem do czynienia z nader osobliwym tworem – lewacką prawicą, która powtarza zasadniczo znane od czasów ZSRR tezy propagandowe z zapałem, którego nie powstydziłyby się „La Repubblica”, „El Pais”, czy inny „Le Monde”, nie mówiąc już o komunistycznych przekaziorach doby moczarowszczyzny. Oczywiście, wszystko to zanurzone jest w patriotycznej, bogoojczyźnianej frazeologii, ale gdy głębiej poskrobać...

III. Dlaczego?

No dobrze, objawy znamy, ale jakie są przyczyny tej aberracji, która powoduje, że - jak sądzę - szczerzy patrioci, zamiast rozpatrywać racjonalnie interesy Izraela i żydowskiej nacji, analizować gdzie są zgodne, a gdzie sprzeczne z naszymi i co w związku z tym powinniśmy zrobić, dostają „małpy” na hasło „Żyd” a nie dostają podobnej na hasło „Francuz”, czy „Rosjanin”?

Cóż, jestem zdania, że jest to związane z zagładą, jaka na skutek rozlicznych dziejowych okoliczności dotknęła szeroko rozumiany obóz Narodowej Demokracji. Otóż, z przedwojennego, wielonurtowego ruchu do dnia dzisiejszego przetrwała grupa, która idee narodowe doprowadziła do ponurego absurdu. Zamiast trzeźwej kalkulacji politycznej, mamy mętny, mesjanistyczny panslawizm, który sprowadza się w praktyce do prorosyjskiego „pożytecznego zidiocenia”. Racjonalny krytycyzm wobec roszczeń części żydowskiej diaspory (tzw. „przedsiębiorstwo holocaust”), czy zadekretowanego przy Okrągłym Stole modelu przemian zastąpiony został tezą o żydowskiej wszechwładzy i badaniem napletków przedstawicieli szeroko rozumianych „elit” (bo wiadomo – Polak, nie oszukałby Polaka) i.t.d.

Nie ma to wiele wspólnego z sensem politycznej spuścizny Romana Dmowskiego, który zwykł bazować na chłodnej politycznej kalkulacji, ma za to wspólnego bardzo wiele ze zwasalizowanymi przez komunę twardogłowymi nurtami od Bolesława Piaseckiego, tudzież popierających Jaruzela i stan wojenny Jędrzeja i Macieja Giertychów. Najwięcej zaś z moczaryzmem, wspartym przez żydożercze resentymenty jeszcze carsko - cerkiewnego chowu zaadaptowanymi sprawnie przez „czerwonych carów” komunizmu. Nic dziwnego, że przy różnych okazjach, nasi pożal się Boże „narodowcy” mówią i zachowują się niczym kolejni przedstawiciele moskiewskiej „agentury opinii”.

Jakoś tak się stało, że w pełni uzasadniona nienawiść do wykorzenionych ubeckich oprawców, tudzież aparatczyków żydowskiego pochodzenia, którzy zaprzedali się czerwonej barbarii, splotła się w ich umysłach w jedno z nienawiścią do Izraela – sojusznika antykomunistycznej Ameryki i poparciem dla sojuszniczych wobec Kremla Arabów... Wychodzi ogólne popierdzielenie.

Osobiście przypuszczam, że to efekt przeżarcia środowisk post – endeckich (również emigracyjnych) przez peerelowską i rosyjską agenturę, ale rzecz jasna, nie mam dowodów. Mogę jedynie spekulować na podstawie widocznych zachowań. Jeżeli np. w towarzystwie Kazimierza Świtonia broniącego papieskiego krzyża na Żwirowisku pojawia się natychmiast jakiś „były” esbek, to mogę jedynie współczuć Świtoniowi i skonstatować, że Ruskim i ich sługom w Polsce zależy: po pierwsze - na kompromitacji szeroko rozumianych sił patriotycznych, po drugie – na zbudowaniu własnej, prorosyjskiej „prawicy” zdolnej do stumanienia jak największej liczby wyborców i odebrania ich tym niepodległościowym siłom, które mogłyby realnie coś dla Polski zrobić, bez licytowania się radykalizmem i wykrzykiwania o zdradzie.

Krótko mówiąc – ród olbrzymów, jakim niegdyś był obóz Narodowej Demokracji, zdegenerował się na przestrzeni dziesięcioleci do rodzinki groteskowych gnomów, której przekaz został zredukowany do obsesyjnego poszukiwania Żydów, tępego popierania polityki rosyjskiej (proszę sprawdzić, co mówiono i pisano w „narodowych” mediach podczas wojny gruzińskiej w 2008 roku) i bełkotliwego słowiańskiego mesjanizmu.

Obozu narodowego, który w przytomny, racjonalny politycznie sposób gotów byłby chwycić się za bary z wyzwaniami współczesności, próżno szukać.

Podsumowanie.

Osoby epatujące teoriami o syjonizmie kręcącym światem i doszukujące się wszędzie zakamuflowanych bądź jawnych Żydów uważają się za prawicowców i antykomunistów. Takie jest ich autentyczne, subiektywne przeświadczenie. Niestety, obiektywnie rzecz biorąc, są nieświadomymi sojusznikami międzynarodowego lewactwa nafaszerowanego sowiecką propagandą. Tak, tak, państwo „narodowcy”. Pedałujecie z lewicą na tym samym, czerwonym rowerku.

Gadający Grzyb

P.S. Temat „siedział” we mnie od dawna, ale wolałem zaczekać aż ucichną emocje wokół działalności Chłopa Ze Wsi. Dlatego napisałem notkę dopiero teraz.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 23 lipca 2010

Homoseksualiści kontra geje...


..czyli o homofobicznych homoseksualistach słów kilka.

I. Zawodowa gejowszczyzna.

Przy okazji niedawnej warszawskiej gej – parady, stanowiącej zwieńczenie „Tygodnia Dumy”, przypomniała mi się notka „Geje kontra homoseksualiści”, którą opublikowałem nieco ponad rok temu. Generalnie, myśl przewodnia sprowadzała się do rozróżnienia pojęć „gej” i „homoseksualista”. Otóż, homoseksualistę, poza wiadomymi preferencjami, cechuje akceptacja ogólnie przyjętych norm społecznych. Oznacza to m.in., że łóżkowe sprawy zostawia za drzwiami sypialni i nie wynosi ich na forum publiczne - nie odczuwa potrzeby epatowania swą seksualnością otoczenia.

Geje natomiast, pod pozorem walki z nietolerancją, arogancko żądają afirmacji swego trybu życia, promując w sferze publicznej swoisty kult homo - rozwiązłości. Cechuje ich przy tym silnie zideologizowana i spolityzowana postawa – można powiedzieć, że czują się swoistą „awangardą postępu”, uzurpując sobie zarazem prawo do reprezentowania wszystkich osób o homoseksualnych skłonnościach, nie bacząc na to, czy tym osobom się to podoba, czy nie. Zawodowi geje, podobnie jak zawodowe feministki, a wcześniej – zawodowi komuniści, czują przemożną potrzebę wyzwolenia społecznej „klasy”, przypisując swój światopogląd wszystkim domniemanym tejże „klasy” przedstawicielom. Bez pytania o zdanie, bo niby po co? Gdy zwyciężymy, to nielewomyślnych homoseksualistów podda się reedukacji w odpowiednim duchu, albo nawet wsadzi do tiurmy za... homofobię!

To trochę tak, jakby „heterycy” byli reprezentowani przez zawodowych ekshibicjonistów, którzy z parkowych zaułków „wycomingoutowali się” do mediorzeczywistości, czyniąc z aktu okazywania bliźnim swych genitaliów kwestię polityczną.

Czy „heterycy” zgodziliby się na dyktat ekshibicjonistów? Nie sądzę.

Czy homoseksualiści muszą się godzić na podobny „gejopoprawnościowy” dyktat? Otóż nie, nie muszą.

I, co więcej, nie godzą się. Tylko, że ich głos jest przez ultrapostępowe mediodajnie starannie wyciszany.

II. Pani redaktor się dziwi.

Paradoksalnie, jako dowód owego przemilczania przytoczę wywiad ze... stołecznego dodatku „Gazety Wyborczej”, która w minionym tygodniu w pełni zasłużyła na miano „Gazety Gejowskiej”. Ów wywiad, opatrzony „prowokacyjnym” tytułem „Geje którzy nie idą na Euro Pride: , przeprowadzony został z homoseksualną parą, która, delikatnie mówiąc, nie pała entuzjazmem do próbującej ich zawłaszczać krzykliwej gejowszczyzny. Fakt, że ów wywiad został przeprowadzony i opublikowany, interpretuję dwojako:

1)
Po fali propagitki utrzymanej w duchu gejowszczyzny w redakcji uznano, że dla zachowania pozorów obiektywizmu należy odnotować „zdanie odrębne”.

2) W tzw. „branży” opór przeciw „zawodowym reprezentantom” jest na tyle silny, że nie dało się dłużej ignorować głosów homoseksualnych „dołów”.

Tak, czy inaczej, lektura artykułu dostarczyła mi wiele radości. I to nie ze względu na interlokutorów - Michała i Łukasza, którzy mówią sensownie, lecz ze względu na arcypostępową panią redaktor Martę Krzeptowską, której najwyraźniej nie mieści się w zmodernizowanej główce, że homoseksualistom może nie pasować podszyty szantażem dyktat gejowszczyzny. Kolejne pytania pani Marty dowodzą kompletnej bezradności w obliczu nieznanego zjawiska, jakim jest brak jednomyślności „grupy docelowej” w obliczu polit-ideologicznego wyzwania.

Spójrzmy:

Pani redaktor pyta o powody, dla których jej rozmówcy nie wybierają się na paradę. Następnie, nieco zdziwiona, dopytuje, czy to dlatego, że parada jest krzykliwa i kolorowa, by w kolejnych pytaniach desperacko dociskać, że przecież „ludzie walczą w ten sposób o akceptację” i „niecałe środowisko myśli w ten sposób” (pisownia org. - G.G.), na koniec zaś spytać się z troską czy aby panowie nie boją się narażenia znajomym.

Co odpowiadają Łukasz i Michał? Oto garść cytatów:

„(...) Przez takie parady utrwala się negatywny obraz środowiska homoseksualnego(...)” „(...)Ta forma nas odrzuca, powoduje niesmak, a czasem wręcz złość(...)” „(...)Roznegliżowani panowie o wymuskanych torsach i wymalowanych brwiach mają reprezentować nasze interesy?(...)” „(...)Niech pokażą, że są wartościowymi ludźmi, a nie przebierańcami(...)” „(...) Rozmawiać ze społeczeństwem, a nie narzucać tęczowy monolog(...)”


Zresztą, całość wywiadu zamieszczam w post scriptum – polecam.

Symptomatyczne jest narastające zdumienie pani redaktor. Jak to, zdaje się mówić między wierszami – tu kwiat gejowszczyzny demonstruje... no, może mniejsza z tym, co konkretnie demonstruje, ale idea słuszna, a wy - Michale i Łukaszu, się alienujecie? Redaktor Krzeptowska jest w kłopocie: z jednej strony chciałoby się pryncypialnie potępić homofobów, z drugiej zaś – to są jednak przedstawiciele właściwej mniejszości. Na dodatek z kontekstu wynika, że są młodzi, wykształceni i mieszkają w dużym mieście. Nie to, co jakieś zapyziałe, prowincjonalne mohery...

Dysonans poznawczy to istny koszmar. Zwłaszcza dla dziennikarki, która nagle dowiaduje się, że świat nie jest czarno-biały.

Najgorsze (z punktu widzenia oświeconych sił Postępu) jest to, iż zważywszy na mizerną frekwencję Euro Pride, większość osób homoseksualnych zdaje się podzielać postawę Michała i Łukasza.

Od razu zastrzegam - nie kupuję argumentacji, że ci, którzy nie przybyli boją się coming out’u, bo mieliby przechlapane w lokalnych środowiskach. Nie po tym, jak za uporczywe wyzywanie sąsiadów od „pedałów” pewna Wolinianka zarobiła sądowy wyrok.

Cóż, nie wątpię, że z punktu widzenia zawodowych gejów, powyższa para homoseksualistów kwalifikuje się co najmniej do antyhomofobicznej reedukacji. (W myśl hasła: „Homofobia – to się leczy!”). Homofobiczny homoseksualista? To tylko pozorny oksymoron. Do łagrów trafiali wszak m.in. robotnicy, którym nie podobał się zafundowany im przez „przedstawicieli klasy pracującej” raj na Ziemi...

III. Medio - rzetelność.

Tak a propos - zwróćmy uwagę na „rzetelność” mediodajni. W tym samym, weekendowym czasie, miały miejsce dwie imprezy. Na polach grunwaldzkich inscenizacja w 600-lecie bitwy, mimo morderczego upału (w pełnym słońcu temperatura dochodziła do 40 stopni), zgromadziła grubo ponad sto tysięcy osób (byłem, widziałem, poparzeń słonecznych się nabawiłem ;)). Warszawska gej – parada zgromadziła około ośmiu tysięcy uczestników. Co w niedzielę 19 lipca AD 2010 było newsem nr 1? Oczywiście, parada gejowskich aktywistów, zaś o Grunwaldzie wspominano w trzeciej kolejności (po wypadku taterników) z naciskiem na fatalną organizację imprezy (co, niestety, jest prawdą).

Podtekst suflowanej dez-informacji jest jasny: nie pchajcie się na ten cały Grunwald, bo to upał i niemożliwe do rozładowania korki. Lepiej udajcie się na gej – paradę, gdzie jest fajnie, kolorowo, wielkoświatowo, europostępowo i w ogóle. No, może zjawi się jakaś grupka prawicowych ekstremistów (a co – tworzenie atmosfery zagrożenia jest najlepszym gwarantem umacniania jedności polityczno – światopoglądowej), ale dzielna policja już tym wichrzycielom pokaże... Nie to, co pod tym całym Grunwaldem, gdzie drogówka spieprzała ze strachu przed rękoczynami ze strony kierowców...

Jeżeli ktoś potrzebuje przykładu na ideologiczne zaangażowanie mediodajni w służbie ideologii tolerancjonizmu i szerzejAntycywilizacji Postępu, to zarysowana powyżej, wielce charakterystyczna gradacja „ważności” newsów mówi wszystko.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. Wywiad z Michałem i Łukaszem zamieszczono również na lesbijskim portalu kobiety-kobietom.com. Komentarze pokazują, jak obce osobom homoseksualnym są krzykliwe zapędy zawodowej gejowszczyzny.

P.S.2 A oto całość wywiadu:

Marta Krzeptowska: W sobotę wyruszy parada EuroPride. Nie wybieracie się. Dlaczego?

Michał (25 lat) i Łukasz (22 lata), żyją ze sobą i tworzą wspólnie projekty medialne od sześciu lat: - Przez takie parady utrwala się negatywny obraz środowiska homoseksualnego. EuroPride krzyczy: "My istniejemy, niech nas zobaczą!". Dobrze, niech nas zobaczą. Ale nie takich. To prawda, istniejemy. Ale my to nie tęczowy zespół pieśni i tańca. By kogoś tolerować, a potem zaakceptować, najpierw trzeba go poznać. Przez takie poznanie, jakie oferuje parada, chyba mało kto chce brnąć dalej w taką znajomość.

Dlatego, że parada jest krzykliwa i kolorowa?

- Ta forma nas odrzuca, powoduje niesmak, a czasem wręcz złość. Nie dziwi nas, że społeczeństwo reaguje na parady negatywnie i emocjonalnie. Bo pokazują całe środowisko LGTB przez pryzmat seksualności. Roznegliżowani panowie o wymuskanych torsach i wymalowanych brwiach mają reprezentować nasze interesy? Zdecydowanie nie. Bo wtedy ludzie postrzegają nas jako istoty niecywilizowane, które swoją prywatność i intymność wynoszą na ulicę. To tak jakby sto heteroseksualnych par w obscenicznych skórzanych strojach wskoczyło na lawetę i ruszyło w miasto, namiętnie się całując. Uwagę to przykuwa, ale co z tego wynika? Nic. Jak potem można uważać nas za partnerów do rzeczowej dyskusji na temat istotnych dla nas problemów, np. jak zmienić prawo, bym mógł odwiedzić w szpitalu ukochaną osobę czy zabezpieczyć jej status. Trafne jest powiedzenie: "Jak cię widzą, tak cię piszą". A co ludzie widzą na paradzie? Cyrk oraz promujących się polityków. To żenujące. I wypacza obraz homoseksualistów.

Ale ludzie walczą w ten sposób o akceptację.


- Tak, ale najpierw niech pokażą cechy i elementy łączące, a nie skrajne różnice. Niech pokażą, że są wartościowymi ludźmi, a nie przebierańcami. Chodzi o nasze bezpieczeństwo i godność. Czemu mamy być narażeni na wulgaryzmy, rękoczyny, potępianie z ambon, uosabianie geja z pedofilem? Chcemy być traktowani normalnie.

Niecałe środowisko myśli w ten sposób.

- To nasze subiektywne zdanie. To prawda, że parady przekazują zawsze jakieś edukacyjne treści i są dla niektórych bodźcem do myślenia, na uwagę zasługuje pozytywny wydźwięk imprez towarzyszących EuroPride, jak konferencje społeczno-biznesowe oraz spektakle teatralne. Ale społeczeństwo koncentruje się głównie na paradzie. Wtedy efekty są odwrotne do zamierzonych. Jesteśmy ludźmi, kochamy tak samo, tak samo cierpimy, tak samo martwimy się i staramy o ukochaną osobę. Są wśród nas indywidualności, które na paradach są zgrupowane niczym kompania reprezentacyjna, co tworzy nasz obraz.

Nie boicie się, że taką oceną narazicie się znajomym?

- Wiemy o tym i bardziej ze względu na nich niż nas samych nie podajemy nazwisk. Chodzi nam o szersze spojrzenie. Na nasz stosunek do świata i innych osób, na nasze zaangażowanie społeczne i zawodowe. A nie na nasze łóżko, bo to nasza intymność, taka sama jak pani.

Jak więc homoseksualiści powinni walczyć o swoje prawa?

- Rozmawiać ze społeczeństwem, a nie narzucać tęczowy monolog. Pokazać naszą normalność. Wciąż jest wiele dyskryminacji, masa prawnych ograniczeń. Rozmawiajmy na argumenty, nie osaczajmy. Tu nie chodzi o walkę, ale o coś, co nam się najzwyczajniej należy - o ludzkie traktowanie. Mądrych form do tego jest wiele.

sobota, 3 kwietnia 2010

Jan Paweł Guevara.


Na naszych oczach wizerunek Papieża jest poddawany identycznej handlowej obróbce, jak postać "Che" Guevary.

Stacja Discovery rozbiła mnie następującą reklamą:

„Papież – pielgrzym…” … ”nauczyciel i mediator…” … ”dążył do nawiązania dialogu ekumenicznego…” i tak dalej… Wszystko wygłaszane przez lektora niskim, kojącym głosem. „Premiera w piątek na Discovery Channel…”

I nagle, ni z tego ni z owego: „więcej programów o papieżu w stacji Discovery Historia! Jeśli nie masz Discovery Historia, skontaktuj się ze swoim operatorem kablowym!”

Cóż… Nie ma to jak zareklamować się przy okazji rocznicy śmierci wielkiej postaci.

Są tu dwa aspekty: pierwszy to gombrowiczowskie „upupienie” Papieża. Przedstawienie jego wygładzonego, pozbawionego kontrowersji oblicza. Ot, taki łagodny staruszek, niczym „święty Mikołaj” z reklam Coca Coli, sprzedający światu cukierkowatą, neohippisowską gadkę-szmatkę o pokoju i miłości. Drugi aspekt zaś, to wciskanie ludziom za pomocą Jana Pawła II kolejnych produktów.

Skąd ta erozja pamięci o postaci i dorobku papieża – Polaka?

Dobry Jan Paweł, zły Benedykt.

Po pierwsze, mamy do czynienia z celowym zabiegiem przeciwstawienia „dobrego” Jana Pawła II „złemu” Ratzingerowi, „buldogowi Pana Boga”. Do tego niezbędne jest uładzenie wizerunku, mimo że jeszcze nie tak dawno cały postępowy świat sarkał na „konserwatyzm” „starca z Watykanu” w kwestiach obyczajowych i spekulował na temat jego abdykacji.

Ale o tym pamiętać dziś już nie wypada. Martwy papież jest potrzebny w wersji „soft” - jako dobrotliwy dziadzio sprowadzony do aktualnych, polit – poprawnych standardów. Papież „dialogował”, „mediował” itd. Ot, był kimś w rodzaju Sekretarza Generalnego ONZ. Może nie tak postępowy, ale cóż… nikt nie jest bez wad. Absolutnie nie głosił jakiegoś tam Słowa Bożego i broń Boże, niczego od ludzi nie wymagał. Nie to co ten zły Benedykt XVI, który ciągle czegoś się czepia i nie pozawala ludziom konsumować w spokoju ducha owoców rewolucji seksualnej.

„JP II light”.

Po drugie, z komercyjnego punktu widzenia, wartość ma tylko „JP II light”. Taki duchowy odpowiednik dietetycznej Coli. Jedynie taki „papa” nadaje się na „postać kultową” w popkulturowym znaczeniu tego pojęcia. Gadżety, takie jak koszulki, kubki, znaczki i czapeczki bowiem źle znoszą przesłanie odbiegające od medialnej papki. Dlatego Wojtyłę trzeba przykroić i zinfantylizować jego przesłanie tak, by było strawne dla przeciętnego odbiorcy reklamowego kitu. Krótko mówiąc, wizerunek Papieża na naszych oczach jest poddawany identycznej handlowej obróbce, jak postać "Che" Guevary. I zaczyna mieć dokładnie tyle samo wspólnego z historyczną prawdą.

Zatem, nie zdziwmy się specjalnie, gdy niedługo okaże się, że małolaty jednego dnia zakładają t-shirt z JP II, następnego zaś z "Che" Guevarą, świecie wierząc, że za obiema postaciami stoją te same wartości. Zapytani o dorobek Jana Pawła II będą zapewne w stanie wydukać jedynie, że papież był „cool” i zrobią wielkie oczy na wieść, że ten łagodny staruszek zabraniał aborcji, zwalczał komunizm i sprzeciwiał się chociażby kapłaństwu kobiet.

Postępowo – popkulturowe zidiocenie jest bowiem procesem nieodwracalnym.

Gadający Grzyb


P.S. Wszystkim Niepoprawnym składam najserdeczniejsze życzenia zdrowych, spokojnych, wesołych Świąt Wielkanocnych!

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

poniedziałek, 29 marca 2010

Międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji…


… czyli autodonos na posługiwanie się przez autora homofobiczną „mową nienawiści”.

I. Ofensywa sądowa.

Na marginesie swojego procesu, Joanna Najfeld podaje na stronie http://mamproces.pl/ następującą informację:

„blisko związane z promotorami aborcji środowisko gejów ostatnio rozpoczęło otwartą ofensywę sądową; do masowego pozywania do sądu krytyków ideologii homoseksualnej nawoływali działacze lewicy na konferencji w siedzibie Gazety Wyborczej, jednym z głównych głosicieli tego pomysłu jest Krystian Legierski, który zachęca do pozywania i apelowania aż po sądy zagraniczne; Legierski wytoczył kilka procesów o “homofobię” prawicowym politykom, prokuraturą i utratą pracy grozili też lewicowi działacze Wojciechowi Cejrowskiemu za cytowanie Biblii o homoseksualizmie na katolickiej uczelni… i tak dalej, i tak dalej.”


II. Rachunek sumienia z myślozbrodni.


Biorąc pod uwagę, że procesowa homogorączka przybiera na sile i doszło już nawet do skazania jakiejś kobiety z Wolina za publiczne lżenie od „pedałów” swego sąsiada, postanowiłem zrobić rachunek sumienia, czy aby kiedykolwiek nie skaziłem przestrzeni publicznej homofobiczną „mową nienawiści”, na którą to pozaprawną kategorię z takim przejęciem powoływała się sędzina Ewa Tkocz w ustnym uzasadnieniu wyroku przeciw „Gościowi Niedzielnemu”. (Wiem, że tam chodziło o aborcję, ale sama zasada ma perspektywy znacznie szerszego zastosowania, jak od lat dzieje się to na Zachodzie).

No cóż - ze zgrozą odkryłem, że najprawdopodobniej posłużyłem się publicznie „mową nienawiści” co najmniej dwukrotnie: pierwszy raz publikując na „Niepoprawnych” notkę „Geje kontra homoseksualiści”, drugi zaś raz o wiele wcześniej, co świadczy zapewne o mojej nieodwracalnej demoralizacji, bez szans na resocjalizację w jedynie słusznym duchu Antycywilizacji Postępu. Ponieważ w międzyczasie nie zmieniłem poglądów i zmieniać nie zamierzam, to być może są nawet widoki, by moją myślozbrodnię podciągnąć pod kodeksową konstrukcję „przestępstwa ciągłego”.

III. Międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji.


Niniejszym, składam zatem autodonos, który, jeśli taka wola, może sobie wykorzystać pan Legierski, czy inny homoaktywista.

Otóż, swojego czasu, Rafał Ziemkiewicz prowadził na antenie „Radia Plus” audycję „Plusy dodatnie, plusy ujemne”, która była próbą przeszczepienia na polski grunt konwencji amerykańskiego „talk radio”. Jednym z punktów programu był prześmiewczy w założeniu konkurs, polegający na wymyślaniu przez słuchaczy rodzimych, polit-poprawnych odpowiedników dla pojęć, które w aktualnej polszczyźnie nie brzmią wystarczająco „afirmatywnie”. Tak się złożyło, że wygrałem jedną z nagród: konkretnie - w konkursie polegającym na znalezieniu odpowiednio „postępowego” określenia dla nazwy „stosunek lesbijski”. Moją, jak się okazało, zwycięską, propozycją było określenie „międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji”. Pojęcie to wygłosiłem na antenie ogólnopolskiego, jak by nie było, radia.

Wygrałem koszulkę. Sądowi podpowiadam, że można to podciągnąć pod tzw. „niskie pobudki”, jak np. żądza zysku, skorelowana z nienawiścią do „innych orientacji seksualnych”.

IV. Doktrynalne rozterki.

Po dokonaniu powyższej ekspiacji już miał mi spaść kamień z serca, pojawiła się jednak, jakby tu rzec, rozterka o charakterze doktrynalnym. A co, jeżeli sformułowanko „międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji” zostanie podchwycone i rozpropagowane w naświetlonym pozytywnie kontekście przez uczone tolerancjonistki z „genderowych” katedr? Jeśli przebije się do powszechnej świadomości i będzie wymawiane we wszystkich mediodajniach z pełną powagą i stosownym namaszczeniem? (W myśl zasady: „wymyśl najgłupszą rzecz, a oni to zrobią”). Czy, jeśli tak się stanie, powinienem zastrzec sobie copyright do tego, jakże naukowo i politycznie perspektywicznego, pojęcia? Jeżeli tak, właśnie to czynię, ostrząc sobie reakcyjne ząbki na przyszłe tantiemy (znów ta niska chęć zysku, ale cóż począć...).

Dlaczego uważam, by naszkicowany wyżej scenariusz był możliwy? Ano, skłonił mnie do tego artykuł RAZ-a w „Rzepie”, w którym to autor opisuje takie przykłady genderowych szaleństw, jak paradowanie z twarzą wysmarowaną krwią menstruacyjną po campusie (to w USA), feministyczna rozprawa na temat ideologicznych aspektów stosowania atrapy penisa, czyli tzw. „dilda” (to już u nas) i generalnie, polityczne traktowanie tego, co w normalnych czasach zostawałoby za drzwiami sypialni.

Z tego co się orientuję, seks jest dla feministek czynnością o dogłębnie ideolo-politycznym charakterze. Seks małżeński to patriarchalna forma ucisku kobiety przez mężczyznę, wynikła w ten sposób ciąża jest „niezdrowym poświęceniem się kobiety na rzecz gatunku” (M. Środa) i tak dalej. Zatem, logicznie rzecz biorąc, stosunek lesbijski… wróć! – „międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji”, jest aktem wyzwolenia, z przeproszeniem, cipki, spod fallicznej dominacji.

Tylko, jak w tym kontekście nazwać stosunek homoseksualny między mężczyznami? „Międzymęskim aktem wzajemnego ucisku”? Nie brzmi to zbyt dobrze. A może „międzymęskim aktem anty-heteroseksualnego wyzwolenia”? To już lepiej, choć może zbyt rozwlekle. Czekam na zgrabniejsze propozycje Czytelników. Wspomóżmy doktrynalny rozwój gnębionych mniejszości!

***

Zakończę pytaniem do antycywilizacyjnych inkwizytorów, tudzież cenzorskich kapłanów Postępu w sędziowskich togach: czy powyższe hiperpoprawnie brzmiące i jakże ideologicznie postępowe określenia, ale sformułowane z prześmiewczą intencją - z wrogich i głęboko niesłusznych, że tak się wyrażę, pozycji, narusza „dobra osobiste” gejów i lesbijek, czy też, póki co, mogę jeszcze spać spokojnie?

A może, powinienem złożyć zawczasu samokrytykę?

Gadający Grzyb

Notki "sądokratyczne":

www.niepoprawni.pl/blog/287/kaplani-w-togach-przyczynek-do-antycywilizacji-postepu-odc2

www.niepoprawni.pl/blog/287/trzecia-wladza-z-ulicy-mysiej


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 19 marca 2010

Lajfstajlowy feminizm…


…czyli współczesna „żona modna”. Krótkie studium feministycznej hipokryzji.

Mam wśród znajomych osobę lubiącą uważać się za feministkę. To znaczy, jest takich więcej, ale dla przejrzystości opisu skupię ich pewne cechy w jednej, fikcyjnej postaci (nazwijmy ją Kingą). Nie prezentują one (ona) feminizmu w wersji „hard”, takiego z intelektualnym sznytem, rodem z okolic genderowych katedr uniwersytetów, czy środowisk grupujących się wokół „Krytyki Politycznej”. W jej przypadku raczej mamy do czynienia z feminizmem w wersji „soft” – taką nieco rozwodnioną mutacją, sączącą się z łamów kolorowych pism dla pań, czy „babskich” seriali typu „Seks w wielkim mieście”. Słowem, wszystko to, co akurat jest „trendy”… i czym siłą rzeczy nasiąka mózgownica współczesnej „żony modnej”.

Na własny użytek, nazywam tę odmianę feminizmu „feminizmem lajfstajlowym”.

I. Krótki opis zjawiska.


Na czym polega feminizm lajfstajlowy?

1)
Należy wiedzieć, co aktualnie jest na topie w intelektualnych przybornikach kobiety współczesnej, którymi są wspomniane wyżej czasopisma i seriale. (Np. gdy ktoś opowie świński dowcip, właściwą reakcją nie jest reprymenda co do kultury osobistej opowiadającego sprośności w obecności dam, względnie staroświeckie danie po gębie, lecz rzucenie oskarżenia o „seksizm”). Do zestawu oświeconych poglądów należy doliczyć indyferencję religijną, „wyzwolenie” obyczajowe, aborcjonizm, tolerancjonizm i resztę postępowego kanonu.

2) Kolejnym, niezbędnym składnikiem światopoglądowego wyposażenia adeptki lajfstajlowego feminizmu jest lenistwo… to jest, chciałem rzec, świadomość ideologiczna upokarzającego charakteru wykonywania jakichkolwiek prac domowych z gotowaniem, praniem, sprzątaniem i prasowaniem na czele. W końcu, od czego współczesna kobieta ma gosposię, która przy okazji zajmie się też dzieckiem, bo mamusia nie ma do wychowywania potomka serca i zapału, gdyż przeszkadza to w samorealizacji?

3) Należy znać swe prawa, na które składa się: prawo do kupowania garderoby i akcesoriów w dowolnej ilości, prawo do salonów piękności i markowych kosmetyków, oraz prawo do „czasu dla siebie” w nieograniczonym wymiarze. Oczywiście, wiele kobiet korzysta z tego rodzaju przywilejów bez ideologicznej protezy, ale o wiele przyjemniej jest sądzić, że nie jest się lalkowatą ofiarą reklam i mody, kierującą się płytkim konsumpcjonizmem, tylko uprawia się „samorealizację”.

4) Bardzo użytecznym elementem jest rys charakterologiczny, polegający na bezrefleksyjnym egoizmie i zapatrzeniu w siebie.

5) No i podstawa – należy mieć kasę na realizację feministycznych fanaberii. Jak nie własną, to męża lub partnera. Lajfstajlowy feminizm nie jest bowiem dla biedoty.

II. Feministka kobiecie wilkiem.

Nie zapomnę, jak Kinga podczas jakiegoś przyjęcia perorowała, jak to niegdyś kobieta miała do pomocy kucharkę, służącą, garderobianą… a teraz wszystko musi robić sama. W jej oglądzie kobietami nie były owe pośledniejsze, służebne „podgatunki”, stworzone po to, by służyć feministycznym „nadludczyniom”.

Zwróćmy uwagę: owa młoda, wykształcona, wielkomiejska „żona modna” nie dostrzega najmniejszej sprzeczności, między swymi feministycznymi poglądami, a zatrudnianiem innej kobiety do czarnej, domowej roboty.

W jej postrzeganiu świata, „pełnowartościową” kobietą jest bowiem ona i podobne jej koleżanki, natomiast jakaś wiejska dziewucha, to coś w rodzaju osobnego, niższego szczebla ewolucji. Taka „podkobieta” zrobi w domu to, czego Kindze – kobiecie na wskroś nowoczesnej – czynić absolutnie nie wypada, bez ujmy dla poczucia własnej wartości.

Doprawdy, nasze przodkinie, zatrudniające służbę w dworkach, pałacach czy kamienicach, miały mniej hipokryzji: tu my - wyższa klasa społeczna, tam oni – służba. Wszystko było jasne i bez niedomówień.

Dziś ten podział społeczny odżywa, lecz w totalnie wypaczonej mutacji: feministka, uważająca siebie za szczyt kobiecej drabiny ewolucyjnej, sprzęgła swe poczucie wyższości płynące ze statusu materialnego i wykształcenia z ideologiczną podbudową: milcząco zakłada, że nieuświadomiona, ciemna baba nie jest przedstawicielką tej samej warstwy społecznej, co ona, zatem nie ma co przejmować się jej losem. Przecież jakiś kocmołuch, który rodzi dzieci i opiekuje się domem, kobietą być nie może! I to pomimo posiadania tych samych biologicznych cech płciowych! Stuprocentową kobietą jest natomiast lajfstajlowa feministka, która do prac domowych zatrudnia „podkobietę” i nie ma dzieci (no, może jedno, jeśli jest to akurat w modzie, którym i tak zajmie się niańka).

Ale gardłować o prawach kobiet i samorealizacji, tak „w ogólności” – bardzo proszę.

Najwyraźniej, w oczach lajfstajlowych feministek, kobiecość jest nie tyle kwestią biologii, ile ideologicznego uświadomienia, skorelowanego z odpowiednim statusem życiowym. Różnica mniej więcej taka, jak między „świadomym komunistą” a prostym, „nieuświadomionym” a być może nawet – o zgrozo, bogobojnym, robotnikiem.

III. Konsekwencje.


Opisana tu postać byłaby jedynie anegdotycznym kuriozum, gdyby nie smutny fakt, iż lajfstajlowy feminizm na tyle przeżera współczesną kobietę, że skutkuje to konkretnymi, życiowymi, społecznymi, a niekiedy wręcz prawno – ustrojowo – doktrynalnymi konsekwencjami.

Weźmy rosnącą liczbę rozwodów: feministka „naczytana” kolorową prasą i „naoglądana” nowojorskimi „seksami” i „szminkami”, siłą rzeczy konfrontuje to z codzienną szarzyzną i wpada w dysonans poznawczy. Bo jej życie odbiega od ucukrowanego New Yorku i „wyzwolonych” od wszystkiego bohaterek, których jedynym zmartwieniem jest zdobycie kolejnej pary butów i torebki. Rodzi się frustracja… i „rozkład pożycia” gotowy.

Inny przykład, to odbieranie dzieci rodzicom (sprawy małej Róży i Wioletty Woźny z Błot Wielkich, czy 11-letniego Sebastiana z Bystrzycy Nowej), bo w domu bieda: nie ma tak niezbędnych akcesoriów, jak kuchenka mikrofalowa, czy elektryczny czajnik. Bo kto to widział, żeby gotować na kuchni gazowej, czy, uchowaj Postępie, węglowej! Wniosek: rodziny „lajfstajlowo upośledzone” nie powinny się rozmnażać. Zatem i kastracja rodzącej kobiety (Wioletta Woźny) jest w pełni usprawiedliwiona. To jest ten sam rodzaj pogardy, jak w omówionym powyżej stosunku do „podkobiecej” „służby”. Niższy rodzaj człowieczeństwa i tyle.

Idealnie komponuje się z tym projektowana nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, która pozwoli pracownikom socjalnym odbierać dzieci pod byle pretekstem. Zważywszy na feminizację zawodu pracownika socjalnego i kobiecą obsadę większości sądów rodzinnych i opiekuńczych (wraz z odpowiednio postępowym zestawem poglądów tych pań), wychodzi na to, że lajfstajlowy feminizm doczekał się już państwowej instytucjonalizacji, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

IV. Długi marsz.


Na zakończenie uwaga bardziej ogólna. Antycywilizacja Postępu uprawia nie tylko „długi marsz przez instytucje”. Nie mniej istotny jest swoisty „społeczny marsz” przez światopoglądy i sumienia. „Lajfstajlowy feminizm”, to tylko jedna z bardzo wielu jego odsłon.

Gadający Grzyb

niedziela, 7 marca 2010

Bunt w salonie…


…czyli o próbie sił między michnikoidalną gerontokracją a sierakowszczyzną słów kilka.

Indeks autorów i ksiąg nieczytanych.

W ostatnich latach dało się zaobserwować rosnącą listę książek i pisarzy, co do których salonowi luminarze deklarują, że ich „nie czytają”, „nie biorą do ręki”, „brzydzą się” itd. Za owymi „parnasiarzami” postępuje liczna grupa akolitów, znajdujących w ten sposób podkładkę i usprawiedliwienie dla własnego intelektualnego lenistwa.

Spójrzmy: Zdzisław Krasnodębski? Ależ, „ludzie na poziomie go nie czytają”. Cenckiewicz z Gontarczykiem? Toż to „oszalali lustratorzy”. Paweł Zyzak? Jakiś chłystek - ci, którzy dali mu magisterkę, powinni do śmierci jeździć wraz z nim na wózkach widłowych w hipermarkecie. Ks. Isakowicz – Zaleski? Nie dość, że „lustrator”, to jeszcze zdrajca swej kapłańskiej korporacji i antyukraiński „jątrzyciel”. Marek Migalski? Akademicki renegat, kolejny „lustrator”, a nade wszystko - pisowiec. Do wymienionych przykładów należy doliczyć hurtem wszystkie publikacje „pisowskiego” IPN-u (w skali kraju, licząc zarówno centralę, jak i terenowe oddziały, są to już tysiące pozycji książkowych i setki autorów – a jeszcze periodyki…).

Tymczasem, taki Krasnodębski czy inny Migalski, to analiza politologiczno – socjologiczna stanu współczesnej Polski (i naszego regionu) w europejskim kontekście. „Młodzi gnoje” z IPN-u zaś, to wiedza o najnowszej historii, będąca efektem benedyktyńskiej orki pracowników Instytutu.

Paranoidalne wyobcowanie.

Ale - Salon ma to gdzieś. Salon nie potrzebuje faktów. Salon olewa, pogrążając się w paranoidalnym odlocie własnych fantasmagorii – „katoendeckich” demonów, „fundamentalistów” od Rydzyka, „kaczystowskich” zagrożeń dla demokracji, „policjantów pamięci” z IPN…Lata płyną, tymczasem opisywane środowisko wciąż tkwi mentalnie w latach 90-tych, kiedy to sprawowało z wysokości swych parnasów niepodzielny rząd dusz. Rząd dusz nad społeczeństwem z którego salonowe elity na własne życzenie kompletnie się wyobcowały.

Od pewnego czasu do wyobcowania społecznego dołącza wyobcowanie intelektualne. Wciąż poszerzająca się lista pozycji wciąganych na „indeks ksiąg nieczytanych” grozi w nieodległej perspektywie, jakby tu rzec… powstaniem znaczących luk w oczytaniu i tzw. „wiedzy ogólnej” środowiska „ludzi rozumnych”. Zostanie kurcząca się i tetryczejąca sekta za murami redakcji przy ulicy Czerskiej.

Osobiście, jestem ciekaw, czy członkowie sekty otrzymują aktualizowany na bieżąco wykaz autorów i dzieł, których czytać nie należy – bo spamiętać trudno.

Bunt na pokładzie.

Już się wydawało, że sekta z ulicy Czerskiej ostatecznie zwarła szeregi, by trwać pod przewodem Jaśnie Oświeconych w swych okopach… Aż tu nagle – kij w plecy i nóż w szprychy, tudzież woda na młyn mrowiska! Słowem – zdrada! Zdrada jest tym bardziej wstrząsająca, że zalęgła się w sercu salonowego matecznika. Popełnił ją Artur Domosławski książką „Kapuściński non-fiction” - napisaną zresztą, z generalnie słusznych, antykapitalistyczno – alterglobalistycznych pozycji, wg których taka, dajmy na to, współpraca z wywiadem komunistycznego państwa przeciw „imperialistom”, to żaden wstyd.

Ale, żeby tak bez uzgodnienia? Bez środowiskowej kolaudacji? Jak on mógł?

Panie i Panowie, mógłby ogłosić Michnik – mamy bunt na pokładzie.

Próba sił.

Dlaczego tak się stało? Ano, zasygnalizowany powyżej indeks „autorów i ksiąg nieczytanych”, jest zaledwie jednym z wielu przejawów wszechogarniającej listy zakazów i nakazów obowiązujących „wiecznych czeladników”, tyrających pod okiem Autorytetów w manufakturze „michnikowszczyzny”. Młodzi lewicowcy poczuli się stłamszeni „czapą” Autorytetów na tyle, by spróbować emancypacji. Są świadomi śmieszności rozlicznych, niewytrzymujących racjonalnej krytyki, biograficzno – historycznych „tabu”. Widzą prace powstające w IPN-ie, czy innych „Arcanach”… i chcą wydawać podobne, tylko napisane z przeciwstawnych pozycji. Tę możliwość jest w stanie udostępnić środowisko „Krytyki Politycznej” zgrupowane wokół Sławomira Sierakowskiego. Książka Domosławskiego w tym kontekście jawi się jako balon próbny, wypuszczony w celu porachowania własnych szeregów, tudzież sprawdzenia siły dotychczasowych patronów.

I, dodajmy, jako bunt przeciw intelektualnemu wyobcowaniu.

Sierakowszczyzna kontra michnikowszczyzna.

Wygląda na to, że – patrząc z perspektywy Salonu - do „młodych gnoi” z IPN-u, doszlusowali równie „młodzi gnoje” zgrupowani wokół „Krytyki Politycznej”. Do tych drugich dołączają ludzie z ekipy „Wyborczej”, mający powyżej uszu uciążliwej dominacji i zrzędliwych pouczeń starzejących się „mistrzów”.

Fakt, że właśnie ich wychowanek - „alterglobalista” Domosławski, postanowił chrzanić odwieczne zakazy i napisać książkę w której z jednej strony otwarcie sięga do „ipeenowskiego szamba” (choć interpretuje owo „szambo” zgodnie z duchem „Nowej Lewicy”), z drugiej zaś wkracza w zastrzeżoną sferę osobistą „upomnikowionej” postaci, jest wielce symptomatyczny. Świadczy o tym, że „sierakowszczyzna” rośnie w siłę i w najbliższych latach będzie usiłowała (z wszelkimi rytualnymi honorami) odesłać „michnikowszyznę” na emeryturę.

Na miejscu prominentnych saloniarzy zacząłbym się poważnie obawiać: z prawej strony są podgryzani przez rozbeszczelnionych „gnojków” z IPN–u, z lewej zaś – przez podobnie rozbeszczelnionych „gnojków” od Sierakowskiego.

Lewica – prawica: następne starcie.

Jeżeli moje proroctwo o uwiądzie michnikoidalnej gerontokracji się spełni (a względy metrykalne za tym przemawiają), oznacza to, że anachroniczni już dzisiaj „gazeciarze” z Czerskiej nie będą w najbliższej przyszłości podstawowym przeciwnikiem ideologiczno – polityczno – światopoglądowym prawicy. Będzie nim nabierająca sił i wigoru „sierakowszczyzna”, próbująca skupić wokół siebie rozliczne nurty współczesnej lewicy, jak chociażby kilkukrotnie opisywani przeze mnie „racjonaliści”.

Przykład Hiszpanii pod rządami Zapatero pokazuje jak bardzo realna jest to perspektywa.

Gadający Grzyb

P.S. „Młodzi gnoje” to określenie powstałe podczas pamiętnej pogwarki Michnika z Urbanem. Wówczas odnosiło się do dziennikarzy, ale z powodzeniem można zastosować je każdych, pokoleniowo młodszych „elementów”, podnoszących rękę na parnasiarską gerontokrację.

pierwotna publikacja: "http://www.niepoprawni.pl">

poniedziałek, 1 marca 2010

Gordon Brown i Linda Papadopoulos walczą z „erotyzacją”.


Motto: „Socjalizm bohatersko walczy z problemami nieznanymi w żadnym innym ustroju.” - Stefan Kisielewski

Dziś kolejny wypis z „Antycywilizacji Postępu”. Dawno nie zabierałem głosu „w tym temacie”, ale, muszę przyznać, zwilżyłem się opisanym poniżej przypadkiem - jest wręcz rozbrajający.

Do rzeczy:

Premier Brown rusza na wojnę.


Zgodnie z pamiętną tezą Stefana Kisielewskiego, że socjalizm bohatersko walczy z problemami, które sam spowodował (cytat dosłowny – patrz motto), premier Wielkiej Brytanii, Gordon Brown, ogłosił walkę z „erotyzacją młodzieży”. Uczynił to za pomocą niepisanej zasady mówiącej, że gdy pojawia się problem z którym nie wiadomo co począć, wówczas w odpowiedzi organizuje się „kampanię społeczną”. W efekcie, publicznemu napiętnowaniu poddane zostaną firmy produkujące nacechowane seksualnie gadżety, „sformatowane” pod kątem nieletnich konsumentów.

Pana premiera z lewicowej Partii Pracy wzburzyły takie produkty, jak: piórniki z logo Playboya (słynny „króliczek”), biustonosze z pompowanymi wkładkami adresowane do brytyjskich „seksolatek”, tudzież podkoszulki z hasełkami o wiadomym przekazie. Do tego dochodzi pornografia w komórkach i reklama. Odpowiedni raport sporządziła dr Linda Papadopoulos na zlecenie Home Office (takie brytyjskie MSW).

W związku z powyższym, dzielny labourzysta postanowił, iż od tej pory producentów kierujących świński „mesydż” do brytyjskich małolatów płci obojga, spotka:

- najpierw ostrzeżenie;

- w następnym etapie zaś - wpisanie na czarną listę pozarządowej organizacji NSPCC („The National Society for the Prevention of Cruelty to Children” - w moim tłumaczeniu: Narodowe Stowarzyszenie Na Rzecz Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Dzieci).

Destruktorzy ratują.

Pusty śmiech ogarnia.

Lewicowy premier wraz z równie lewicową panią doktor (postępową psycholożką i medialną celebrytką) sprawiają bowiem wrażenie, jakby spadli nagle z niebios i oto, jąwszy rozglądać się po świecie okiem niewinnych dzieciąt, skonstatowali z przerażeniem, że brytyjskim nielatom zagraża demoralizacja…

Ta, jakże dobrana para, wywodząca się z orientacji światopoglądowej, która od bez mała pół wieku systematycznie demoluje tradycyjne normy społeczne (również te dotyczące sfery seksualnej)... Te lewackie popłuczyny zadżumionego „pokolenia '68", które to pokolenie od dziesięcioleci wtłacza młodzieży do łbów, że można bzykać się gdzie i z kim popadnie na złość starym i że wyraża w ten sposób swój, jakże uprawniony, „bunt pokoleniowy”… Otóż, ta para nagle „uempatyczniła” się na tyle, by wejść w buty przeciętnego rodzica, który nie mając wpływu na treści suflowane ponad jego głową potomstwu, może tylko modlić się, by spustoszenia w świadomości jego dziecka okazały się możliwie niewielkie.

Żeby było śmieszniej, przeciw „erotyzowaniu” zaprotestował premier, którego partia od lat z lubością postępowo „erotyzuje” nastolatków w szkołach za pomocą obowiązkowego wychowania seksualnego (oczywiście, nie pytając o zdanie jakichś tam rodziców, bo niby po co). Państwowa, odgórna „erotyzacja” walnie przyczyniła się chociażby do lawinowego wzrostu ciąż wśród nieletnich dziewcząt (najwyższy wskaźnik w Europie).

Kozioł ofiarny i propagandowa szopka.

Producenci gadżetów podlewanych obficie erotycznym sosem, wykorzystali po prostu klimat społecznego przyzwolenia i administracyjno – propagandowego obezwładnienia dorosłej części populacji, bojącej się choćby pisnąć słówko protestu, by nie narazić siebie i pociech na kłopoty.

Ale, dostrzeżenie tego oczywistego związku przyczynowo – skutkowego, najwyraźniej przekracza zdolności intelektualne pani doktor Papadopoulos i premiera Browna. Albo, powiedzmy inaczej – oboje dostrzegają, lecz z różnych względów nie mogą tego co widzą publicznie zwerbalizować, gdyż tym samym zanegowaliby jedynie słuszną linię postępowej ideologii składającej się na ich tożsamość, którą jest Antycywilizacja Postępu.

Dlatego też, widząc realny, społeczny problem „rozerotyzowanej” młodzieży, a nie mogąc powiedzieć głośno o prawdziwych jego przyczynach, postanowili znaleźć kozła ofiarnego. Padło na złych kapitalistów deprawujących (zapewne z niskiej chęci zysku) wyspiarskie dziatki.

I właśnie dlatego postanowiono urządzić całą tę propagandową szopkę, mającą na celu stworzyć wrażenie, że rząd, owszem, czuwa, dostrzega zagrożenie, pochyla się i stanowczo przeciwdziała… za pomocą „ostrzeżeń” i wpisywania na „czarną listę”.

***

Wracając do cytowanego we wstępie Kisiela: nie tylko siermiężny, peerelowski socjalizm bohatersko przezwyciężał problemy przez tenże socjalizm sprokurowane. Jak widać, regułę tę spokojnie można zastosować do ultranowoczesnej, na wskroś współczesnej Antycywilizacji Postępu.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.fronda.pl/news/czytaj/czy_uda_sie_powstrzymac_powszechna_erotyzacje_mlodziezy

www.rp.pl/artykul/25,440225_Skonczyc_z__erotyzacja__mlodziezy.html

Cykl o Antycywilizacji Postępu:


www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci

www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu

www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2

www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-3

www.niepoprawni.pl/blog/287/wypisy-z-antycywilizacji-postepu-ap-odc-1

www.niepoprawni.pl/blog/287/kindersztuba-vs-antypedagogika-postepu

www.niepoprawni.pl/blog/287/kaplani-w-togach-przyczynek-do-antycywilizacji postepu-odc2

www.niepoprawni.pl/blog/287/irracjonalni-racjonalisci

www.niepoprawni.pl/blog/287/talibowie-laicyzmu

www.niepoprawni.pl/blog/287/racjonalizm-po-sadursk

sobota, 16 stycznia 2010

Mini – propaganda.


Eko – agitka od kołyski.

Może jestem przewrażliwiony, a może nie. Osądźcie sami:

Podczas rodzinnego spotkania w drugim dniu Świąt łypnąłem ot tak, między drugim daniem a deserem na telewizyjny ekran. Telepudło nastawione było na kanał Mini Mini, gwoli rozrywki dzieciarni. Jako się rzekło, łypnąłem okiem i… wsiąkłem w ekran, wyłączając się niegrzecznie na czas trwania bajeczki z ogólnej konwersacji.

I. Taka sobie bajeczka.


Oto, co ujrzały moje piękne oczy:

Cykliczna, jak się zdaje, kreskówka nosi tytuł „Słoń Benjamin”. Głównym szwarccharakterem jest arystokrata jakby żywcem wyjęty z komunistycznych, propagandowych karykatur „jaśnie pana”. Arystokrata ów, tytułowany Hrabią, pragnie postawić na rzece przecinającej rezerwat przyrody przystań dla swej ekskluzywnej łodzi, zbudowanej z „egzotycznych gatunków drzew” (w domyśle – a tropikalne lasy giną…). Atmosfera się zagęszcza.

Hrabia, by zrealizować swój diaboliczny plan, wręcza sutą łapówkę burmistrzowi (spasiony typ w cylindrze), który w zamian udziela mu zezwolenia na budowę. Powiedzmy, że do tego momentu film ma nawet pewien walor edukacyjny, pozbawiając naszych milusińskich złudzeń co do tego, jak funkcjonuje ten najlepszy ze światów…

Budowa rusza, jednakże przepłasza bobry, które w tym właśnie miejscu urządziły sobie żeremie i tamę. Tu pora przedstawić dwóch pierwszych bohaterów pozytywnych: oto Słoń Benjamin, wraz ze swym przyjacielem – nieletnim knypkiem o imieniu Otto, żeglując sobie po rzece natrafiają na wygnane bobry i dowiadują się od nich o całej aferze. (Swoją drogą, ciekawe, co o n i robili na terenie rezerwatu, ale najwyraźniej, bohaterowie pozytywni mogą sobie gwizdać na zakazy).

W każdym razie, rzeczone bobry zostają odwiezione na przymusową emigrację do ZOO, ku początkowej radości dyrektora tejże placówki – dość dementywnego staruszka. Jednakże, po okresie początkowej euforii, bobry zaczynają postępować po bobrzemu, tzn. podgryzając wszystko dookoła z przęsłami mostu na czele, przyczyniając się tym samym do nielichych szkód w majątku trwałym ogrodu.

Teraz czas, by zaznajomić się z pozytywnym bohaterem nr 3 – dziennikarką Karlą Kolumną, która od początku powiastki tropi hrabiowsko – burmistrzowski układ ;)). Jest wszędobylska, pstryka kompromitujące fotki… słowem, spełnione marzenie każdego naczelnego.

W tym punkcie opowieści, pozytywni bohaterowie łączą siły i podejmują kontrakcję. Knypek ze słoniem montują z wygnanych bobrów komando dywersyjne, które robi nalot na hrabiowską przystań. Bobry przerywają swą tamę, obniżając tym samym poziom wody w rzece, co czyni budynek bezużytecznym. A Karla - reporterka pstryka fotki i w międzyczasie szantażuje nimi Hrabiego, rzucając mimochodem: „my, dziennikarze mamy swoje dojścia”.

Koniec końców, skruszony arystokrata przerabia przystań na punkt obserwacyjny przyrody, zaś bobry radośnie odbudowują tamę, zwieńczając swe dzieło… zatknięciem czerwonej flagi (!).

Koniec i fanfary.

II. Wnioski.


Jakiś przechodzień zapyta się może, czego właściwie się czepiam. Wszak bajka promuje pozytywne wzorce: dbałość o przyrodę, rezerwaty, ochronę gatunków…

A ja się nie zgodzę. Opisywane tu dziełko lansuje bowiem w moim odczuciu nieznośny eko – aktywizm w najbardziej lewackiej, greenpeace’owskiej formie (ten najazd na przystań…). Aż dziw, że żaden z bohaterów nie zająknął się nawet o globalnym ociepleniu.

Czegóż bowiem dowiaduje się posadzony przed ekranem kilkulatek?

1) „Klasy posiadające” są złe i dla swych egoistycznych przyjemności dewastują naturalne środowisko. To nie „prości ludzie” niszczą przyrodę (choćby przez dzikie wysypiska), o nie. Przyrodę niszczy demoniczno – śmieszny, zmanierowany arystokrata i równie groteskowy, skorumpowany burmistrz.

2) Eko – aktywiści i postępowi, zaangażowani dziennikarze stanowią sól ziemi. Jeden w drugiego są to szlachetni idealiści, których wszelkie poczynania usprawiedliwione są altruistycznymi pobudkami. Żadni tam nawiedzeni fanatycy, broń Boże.

3) „Jaśnie panów” należy poddać szokowej reedukacji, by przywrócić ich na ekologistyczne łono, zdrowej, zwierzęco – ludzkiej społeczności.

4) Czerwona flaga jest pozytywnym symbolem triumfu uciskanych, zwierzęcych mas (zwierzęcego proletariatu) nad zdegenerowanym i zdeprawowanym „jaśnie państwem”.

W ten oto sposób, od kołyski, koduje się w główkach naszych milusińskich odpowiednio postępowy przekaz. Tak kształtuje się przyszłych eko – lemingów, gardłujących za kolejnymi wymysłami ekologistów i wywierających masową presję na nie dość ekologistycznie usposobionych polityków.

III. Dziennikarski aktywizm.

Ach, jeszcze jedno. Zapomniałbym na śmierć o tym, czego w owej wielce umoralniającej bajeczce n i e pokazano.

Otóż, dziennikarka Karla Kolumna, napstrykawszy multum „hakowych” fotek, dokumentujących łapówkarstwo burmistrza, budowę przystani w sercu rezerwatu itp., tych zdjęć nie opublikowała! Nie powstaje żaden reportaż śledczy, obnażający zmowę arystokraty i miejskiego notabla. Gdy Hrabia pod wpływem szantażu dostosowuje budynek przystani do światopoglądu panny Kolumny, wojownicza dziennikarka, ot tak, po prostu, chowa swe materiały pod korzec. Przechodzi do porządku dziennego nad udokumentowanym korupcyjnym procederem.

Krótko mówiąc, dziennikarka dopuszcza się swoistej korupcji ideologicznej. Różnica między nią, a burmistrzem polega na tym, że burmistrz przyjmuje łapówkę w formie czeku, ona zaś absorbuje podobną „grzeczność” pod postacią ideologicznego zaspokojenia.

Albowiem, jej misją nie jest informowanie społeczeństwa, o nie – to coś zdecydowanie poniżej aspiracji pani redaktor. Jej misją jest naprawianie świata. I to jest, drogie dzieci, jak najbardziej w porządku…

Zresztą, bo ja wiem? Może jednak jestem ździebko przeczulony? Jako rzekłem na wstępie, osądźcie sami.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 20 grudnia 2009

Ekologia kontra ekologizm.


Ekologiści traktują ochronę środowiska naturalnego w sposób instrumentalny, jako pretekst do globalnej przebudowy stosunków społeczno – gospodarczych.

1) Sen.

Miałem kiedyś sen, tak intensywny i plastyczny, że pamiętam go do tej pory.

Zdewastowany świat przyszłości rodem z katastroficznej fantastyki. Wraz z grupą znajomych żyjemy w walących się betonowych blokowiskach. Brud, nędza; gruzowisko będące niegdyś wielkim miastem. Ale, niedaleko od miejsca naszej wegetacji, rozciąga się połać kusząco zielonego lasu, otoczonego wysokim płotem, zabezpieczonym u góry kłębami drutu kolczastego. Wstęp surowo wzbroniony. Jest to, jak nam mówią, obszar rekultywacji – władze w pocie czoła usiłują odtworzyć naturalne środowisko, by stworzyć potomności godziwe warunki życia na ponurej, wyniszczonej planecie.

Jednak, pewnego dnia, ciekawość bierze górę. Przełazimy przez ogrodzenie, tniemy drut kolczasty. Wokół morze zieleni. Biegniemy wśród drzew, ciesząc się jak dzieci. Nagle las się urywa. Otwiera się przed nami wielka polana, na której pyszni się osiedle wspaniałych, eleganckich willi. Inny świat. My, zgraja półdzikich obdartusów, stajemy oniemiali. Więc to tak żyją sobie nasi władcy… I olśnienie: niczego nie trzeba „rekultywować”. Trzymają nas w getcie, bo tak wygodniej rządzić.

Wtem powietrze przeszywa ryk syren. Po chwili daje się słyszeć ujadanie psów i gwizdki. Policja ekologiczna! Rzucamy się do ucieczki. Na próżno. Wyłapują nas, jedno po drugim. Słyszymy zarzut: złamanie prawa ekologicznego, polegające na wtargnięciu na tereny rekultywacyjne. Wprowadzają nas po kolei do jakiegoś bunkra. W końcu przychodzi kolej na mnie. Ciemno. Chłód i wilgoć. Strażnik otwiera ciężkie metalowe drzwi. Wchodzimy do dużej, słabo oświetlonej sali. W półmroku kołyszą się na stryczkach ciała mych współtowarzyszy.

Przejmujący strach oblewa mnie jak kubeł lodowatej wody. Szarpię się w tył, lecz Strażnicy Przyrody trzymają mocno. Wpychają mnie na krzesło, ktoś zakłada mi pętlę na szyję. Czuję na skórze każdy splot solidnego, grubego sznura. Potworne uczucie, suchość w ustach, paraliżująca panika. Ktoś wykopuje krzesło spod nóg, natychmiastowe odcięcie tlenu, czerwień przed oczami…

Budzę się, chwytając łapczywie powietrze.

2) Jawa.

Proszę darować ten nieco ekshibicjonistyczny wstęp, ale opisany sen przypomina mi się za każdym razem, gdy słyszę o kolejnych, coraz bardziej szalonych żądaniach ekologistów. Właśnie – ekologistów, nie ekologów, między tymi pojęciami istnieje bowiem zasadnicza różnica.

a) Ekolodzy i ekologiści.

W telegraficznym skrócie, ekolog jest osobą, której leży na sercu dobro przyrody i która działa na jej rzecz zgodnie z aktualnym stanem wiedzy i, co może ważniejsze – zdrowym rozsądkiem. Ekologista natomiast traktuje ochronę środowiska naturalnego w sposób instrumentalny, jako pretekst do globalnej przebudowy stosunków społeczno – gospodarczych. Co za tym idzie, o ile ekologia jest nauką o przyrodzie i współzależnościach, tudzież procesach, które w niej zachodzą, o tyle ekologizm jest ideologią mającą na celu przebudowę świata zgodnie z lewicową dogmatyką – szczególnie zaś zmianę w stosunkach międzyludzkich, relacjach władza – obywatel, poddanie procesów społecznych i gospodarczych wszechogarniającej kontroli w duchu kolektywistycznej urawniłowki.

Słowem, ekologizm jest kolejną odsłoną antywolnościowej, totalniackiej z ducha Antycywilizacji Postępu.

Nie przeszkadza to oczywiście podczepić się pod ową ideologię różnej maści pożytecznym idiotom szczerze wierzącym w swe posłannictwo, konformistom podążającym za każdą dominującą aktualnie modą, czy cwanym kanaliom węszącym w ekologizmie okazję do zrobienia łatwych pieniędzy (Al Gore). Całe to wymieszane stado napędza za pomocą mediów ogłupiającą ogólnoświatową histerię, za którą, chcąc nie chcąc, podążają politycy – jedni by nie stracić dobrej prasy i uniknąć napiętnowania, inni – widząc w owym pędzie okazję do poszerzenia zakresu swej władzy. Samonapędzający się terror intelektualny. Nieliczne wyjątki, jak Vaclav Klaus, skazane są na polityczno – medialny ostracyzm.

b) Zdrowy rozsądek i kindersztuba.

Nie znaczy to, że problem ochrony środowiska nie istnieje. Każdy normalnie myślący człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że należy oczyszczać ścieki, że fabryki nie powinny spuszczać zanieczyszczeń bezpośrednio do rzek, że nie można uwalniać toksycznych wyziewów do atmosfery bez uprzedniej filtracji, że należy utylizować odpadki. Każdy kto pamięta mętne szamba, jakimi były polskie rzeki zatrute peerelowskim przemysłem, każdy kto widział zniszczone sudeckie lasy, każdy kto wdychał powietrze przemysłowych dzielnic, pewnie się z tym zgodzi. I to są normalne, ekologiczne działania, podyktowane zdrowym rozsądkiem, który każe nam dbać o swoje otoczenie.

Nie od rzeczy będzie też wspomnieć o dobrym wychowaniu, staroświeckiej kindersztubie, która nas uczy, by nie śmiecić. Mało co denerwuje mnie tak, jak widok dzikiego wysypiska w lesie (co rusz napotykam takowe podczas grzybobrań), czy puste butelki i papiery na górskim szlaku. Zadziwiające, zwłaszcza, gdy skonfrontować to z zalewem eko-propagandy, dudniącej od rana do nocy w rozlicznych przekaziorach.

A może nie takie znów zadziwiające? Problem w tym, że ludziska faszerowani na co dzień eko-propagandą i wiarą w globalne ocieplenie, nie przyswoili w swoim czasie odpowiednich wzorców i dlatego, zamiast płacić za wywóz śmieci ze swych posesji, wolą wyrzucić je w lesie. Zamiast płacić za opróżnienie szamba, murują je tylko do pewnego miejsca w głąb, by część fekaliów „samoistnie” wsiąkała w glebę i do wód gruntowych, lub opróżniają je po kryjomu do rowu. I bynajmniej, nie są to jacyś „ciemni chłopi”. Oto skutki zaniku elementarnej kindersztuby.

Na zdrowy rozum wydawałoby się, że to wtórne barbarzyństwo, że tych ludzi trzeba na nowo wychować. Ale, „wiedzący lepiej” nie po to trudzili się przez większość ubiegłego stulecia nad zniszczeniem tradycyjnego wychowania, by teraz je przywracać - Boże broń! Celowo stworzoną próżnię aksjologiczną zapełniają pracowicie własnym tworem - społeczną antypedagogiką postępu, tutaj występującą pod płaszczykiem ideologii ekologizmu. Na tym polega ich „misja” i postępowa reedukacja. Tę tematykę opisałem wcześniej dość obszernie: http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kindersztuba-vs-antypedagogika-postepu

c)Zielony totalitaryzm.

Do czego opisana eko-indoktrynacja jest potrzebna? Ano, do wspomnianej wyżej przebudowy świata. Jeżeli np. teza o globalnym ociepleniu zostanie (przy społecznym poklasku) usankcjonowana prawnie i podniesiona do rangi niepodważalnego dogmatu, w ręce ekologistów (działaczy różnych Greenpeace’ow, polityków i zideologizowanej biurokracji) trafi gigantyczna władza i fundusze. Zniknie gospodarka taka, jaką znamy, zastąpiona jakimś globalnym systemem nakazowo – rozdzielczym, gdzie nośnikiem bogactwa stanie się dystrybucja kwot CO2. Zamiast „niewidzialnej ręki rynku”, będzie „niewidzialna waluta” rozdzielana przez ogólnoświatowych redystrybutorów, pożądana bardziej niż dziś ropa i gaz razem wzięte.

Władza uzyska prawo kształtowania życia i postaw obywateli w nieporównywalnym do dzisiejszego rozmiarze. Obywatel (trafniej byłoby rzec – państwowy niewolnik) będzie kontrolowany na każdym kroku – od sortowania własnych śmieci, po obligatoryjne korzystanie z „energooszczędnych technologii”. Od żarówek, przez „ekologiczną” żywność, po samochody i kontrolę urodzin, by ludzie nie wydychali za dużo dwutlenku węgla.

Nieprzypadkowo solą w oku ekologistów jest energia atomowa, nieprzypadkowo też przejawiają zadziwiającą powściągliwość w kwestii geotermii. Choć czyste i wydajne, oba źródła energii mają bowiem z ich punktu widzenia podstawową wadę: uniezależniają tych, którzy winni być poddani nadzorowi i umożliwiają dynamiczny rozwój gospodarki. Ekologiści zaś chcą, by rozwój był „zrównoważony” (czytaj – wyhamowany). Tego zaś nie da się osiągnąć bez permanentnej kontroli.

Dlatego za wszelką cenę i wszelkimi sposobami należy zagłuszać i deprecjonować głosy klimatycznych „negacjonistów”, promować zaś skrajnie kosztowne i niewydajne rozwiązania. Prawda, nieprawda – grunt, że teoria „globalnego ocieplenia” służy naszym celom. Przypomnę jeszcze raz - ekologiści traktują ochronę środowiska naturalnego w sposób instrumentalny, jako pretekst do globalnej przebudowy stosunków społeczno – gospodarczych.

d) Władza nad eko - Utopią.

Używając analogii do opisywanego na wstępie snu – toczy się gra o to, kto zamieszka w ekskluzywnym willowym osiedlu, a kto będzie wegetował w slumsach. Do tego bowiem doprowadzi spełnienie rujnujących gospodarczo ekologistycznych postulatów. Podporządkowanie się tym żądaniom sprowadzi na naszą cywilizację zagładę o wiele pewniej, niż zatrucie środowiska, wybuch nuklearny, mityczne „globalne ocieplenie”, równie mityczne „przeludnienie”, tudzież inne globalne klęski wieszczone przez ekofanatyków, jeżeli pozwoli się ludzkości na „niekontrolowany rozwój”. A gdy doprowadzimy się już do ruiny, wówczas oni - światli i rozumni, zajmą się urządzaniem świata („nowego i wspaniałego”, oczywiście). Świata, który sami uprzednio, świadomie i celowo, zdewastowali.

Zakończenie.

Szczyt klimatyczny w Kopenhadze zakończył się, na całe szczęście, przyjęciem niewiążącej deklaracji. Instynkt samozachowawczy chwilowo wziął górę. Nie łudźmy się jednak – to zaledwie odroczenie wyroku na wolność, gospodarkę i zdrowy rozsądek. Ekologiści prędzej czy później dopną swego.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. Ekologia (gr. oíkos + lógos = dom + nauka) – nauka o strukturze i funkcjonowaniu przyrody, zajmująca się badaniem oddziaływań pomiędzy organizmami a ich środowiskiem oraz wzajemnie między tymi organizmami. (Wikipedia)

P.S.2
Inne teksty „ideowo - cywilizacyjne”:

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/humanistyczne-homozaslubiny http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-3

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/wypisy-z-antycywilizacji-postepu-ap-odc-1

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kaplani-w-togach-przyczynek-do-antycywilizacji-postepu-odc2

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/irracjonalni-racjonalisci

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/talibowie-laicyzmu

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/racjonalizm-po-sadursku

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/kindersztuba-vs-antypedagogika-postepu

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/gdy-cezar-siega-po-boskie%E2%80%A6

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6