Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gejowszczyzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gejowszczyzna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 lipca 2011

Lesbijski agit-prop


Dla niecierpliwych – na zakończenie pikantna anegdotka. Cierpliwym polecam resztę, żeby wiedzieli z jakich powodów wzmiankowana anegdotka została opowiedziana.



I. Serial dla posła Węgrzyna.


Od czasu do czasu popatruję na lecący w Fox Life serial „Słowo na L”. Nie, żeby wciągały mnie perypetie bohaterek - szczerze mówiąc, gdybym miał teraz wymienić ich imiona i streścić fabułę, byłbym w kłopocie. Serial ów zainspirował mnie z zupełnie innych powodów – jako przykład skutecznej propagandy uprawianej za pomocą mediodajni przez środowiska LGBT (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders - Lesbijki, Geje, Biseksualiści i Transseksualiści, tj. pardon - „osoby transgenderyczne”).


Oto mamy do czynienia z grupą lesbijek miksujących się w różnych emocjonalno-łóżkowych konfiguracjach, żyjących ze sobą, rozstających się – ba, procesujących gdy przychodzi do rozwiązania lesbijskiego stadła. Jedna z bohaterek zachodzi nawet w ciążę, by wzbogacić związek potomstwem (a potem się procesuje ze swą eks). To wszystko jeszcze nie wywołuje żywszej pulsacji neuronów; nasze nieszczęśliwe czasy nie takie rzeczy dobijające zdychającą cywilizację Zachodu już widziały - był czas by zobojętnieć.


Rzecz tkwi w czym innym: otóż wszystkie bohaterki są ucieleśnieniem marzeń posła PO Roberta Węgrzyna, pamiętacie – tego, co to by sobie chętnie popatrzył - a także, jak sądzę, różnych „lajfstajlowych feministek” z główkami zaczadzonymi postępackimi nowinkami. Tele-bohaterki są atrakcyjne, młode, wykształcone, niezależne, często o „artystycznym” zacięciu, żyją w wielkim mieście, wykonują wolne zawody – no, słowem żywa reklama mówiąca widzowi – lesbijki są cool, trendy, czadowe, zajebiste i w ogóle super. Reklama jest tym skuteczniejsza, że są również i „momenty”, a jakże – i to nakręcone estetycznie, bez wulgarności. Tak, posłowie Węgrzynowie tego świata mieli by prawo poczuć się usatysfakcjonowani.


Zwróćmy uwagę – facetom ten obrazek mówi: lesbijki to fajne babki, natomiast otumanionym kobiecą prasą „lajfstajlowym feministkom” serwuje przekaz, nazwijmy to, werbunkowy: pragniesz pełnej samorealizacji? Więc zostań... no właśnie. Albo przynajmniej spróbuj – a nuż ci się spodoba.


II. Strategia homoofensywy.


Nie bez przyczyny serial nie opowiada o pedziach lecz o lesbijkach. Widok dwóch facetów penetrujących swe kiszki stolcowe działa wymiotnie. Co innego dwie atrakcyjne kobitki – tu ryzykujemy jedynie tym, że jak się baby całują, to deszcz będzie padał. Krótko mówiąc, niezależnie od sercowych rozterek, zdrad i perturbacji zawodowych pokazywanych pretekstowo - wyłącznie po to, by była jakakolwiek akcja – mamy do czynienia z wyidealizowanym oleodrukiem.


Jest to idealnie zbieżne ze „Strategią homoofensywy”, którą onegdaj opisywałem przy okazji Raportu Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji”, negliżującym m.in. wielofrontową wojnę o zdominowanie społeczeństwa heteroseksualnej większości przez homoseksualną mniejszość. Fundacja Mamy i Taty przywołała sformułowane w 1989 roku przez amerykańskiego aktywistę Marshalla Kirka zasady pozyskiwania kolejnych odcinków przestrzeni publicznej dla szeroko rozumianej gejowszczyzny.


Tu muszę wtrącić ważne rozróżnienie między homoseksualistą a gejem, które onegdaj przedstawiłem w notce „Geje kontra homoseksualiści”. W skrócie chodzi o to, że homoseksualistę poza prywatnymi, łóżkowymi preferencjami, cechuje dyskrecja i szacunek dla ogólnie przyjętych norm społecznych, natomiast gej odznacza się postawą silnie zideologizowaną i spolityzowaną. Gej do swej seksualności dorabia ideologię, której długofalowym celem jest przebudowa społeczeństwa, zgodnie z zasadami ideologii tolerancjonizmu, czyli agresywnej apologii zachowań i obyczajów pozostających w sprzeczności z normami kulturowymi przyjętymi w określonym kręgu cywilizacyjnym. W szerszym wymiarze postawa ta jest częścią składową Antycywilizacji Postępu (o której piszę z kolei TU, TU i TU), dążącej do zniszczenia cywilizacji łacińskiej.


Wróćmy jednak do raportu Fundacji Mamy i Taty. Czytamy tam:



Media wizualne - film i telewizja - to najpotężniejsze środki budowy wizerunku w cywilizacji zachodniej. Homoseksualiści w show biznesie są najlepszą ukrytą bronią w walce o znieczulenie głównego nurtu opinii. Stopniowo wprowadza się postacie i tematy „gejowskie” do filmów i programów.” (wytłuszczenie moje - GG)



No i jesteśmy w domu, jeśli chodzi o rolę przywołanego tu serialu, który jest modelowym przykładem praktycznego zastosowania zacytowanych przed chwilą wytycznych.


Zachęcam do lektury całości Raportu Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji” - warto, choćby po to by mieć argumenty w dyskusji z różnymi postępakami.


III. Czego serial „Słowo na L” nie pokazuje. Nie ma homoseksualistów po pięćdziesiątce?


A teraz wracamy do naszego stadka serialowych lesbijek. I do tego, czego serial „Słowo na L” nie pokazuje. Otóż, widz nie zobaczy lesbijek starych, brzydkich, samotnych, ubogich. Dlaczego? Bo to dla środowisk LGBT kłopotliwy temat i porażająco źle wygląda na wizji. Panujący w naszej zdegenerowanej cywilizacji kult młodości, gdzie starość jest co najmniej nietaktem, u nich osiąga rozmiary przerażającej groteski. Warto zapytać o to, jak ci „homo-wykluczeni” sami bezwzględnie wykluczają ze swego grona tych, którzy przestają z wiekiem „odpowiednio” wyglądać. Podstarzały pedał nie ma czego szukać w gejowskich klubach, nie widujemy takich na paradach równości. No, chyba że są bogaci i wpływowi.


Ta druga, ciemna strona medalu nie jest prezentowana masowej publiczności.


Nie ma dramatów samotności, opuszczenia, żebrania o seks i kiblowej, homoseksualnej prostytucji. Zdawałoby się, że nie ma homoseksualistów po pięćdziesiątce. Nie ma lesbijek po menopauzie, brzuchatych i podstarzałych homosiów – brutalnie odtrąconych, wyszydzonych, odepchniętych, wykluczonych przez środowisko tych, którzy na co dzień przed kamerami tak elokwentnie dopominają się o „prawa”.


Tak się bowiem składa, że gejowscy aktywiści-działacze, ci profesjonalni reprezentanci „uciskanej mniejszości”, mają tyle wspólnego z homoseksualistami obojga płci, ile zawodowi komuniści z różnych kompartii z robotnikami.


IV. Anegdota z Dworca Centralnego.


Na zakończenie anegdotka. Kiedyś na Dworcu Centralnym w Warszawie wszedłem do toalety i zobaczyłem ciekawy obrazek: grono facetów w średnim wieku wystawało przed rzędem zamkniętych kabin. W swej młodzieńczej naiwności pomyślałem, że wszystkie sracze są zajęte, a ci panowie, to kolejka. Stanąłem więc grzecznie gdzieś z boku. Panowie zaczęli rzucać mi spod oka dyskretne spojrzenia. Po kilku chwilach, gdy żadna z kabin nie otwierała się, zacząłem lustrować prześwity między podłogą a drzwiami. Niemal nigdzie nie zaobserwowałem charakterystycznego widoczku butów przykrytych opuszczonymi gaciami. Zrobiło mi się jakoś tak nieswojo, ale cóż – naturalna potrzeba była zbyt silna. Klnąc w duchu szarpnąłem za drzwi najbliższego sracza i czym prędzej zrobiłem co swoje. Na ścianach kibla widniały nabazgrane niezmywalnymi markerami różne numery telefonów komórkowych, czasem okraszone dopiskami w stylu „zawsze dostępny”. Załatwiwszy się, wyszedłem unikając spojrzeń wciąż tkwiących pod przeciwległą ścianą pedałów, ale niemal fizycznie czułem na plecach ich spojrzenia.


I to jest prawda o dramacie homoseksualizmu. Ta żałosna grupa brzuszkowatych, wąsatych jegomościów z saszetkami w dłoniach, w brązowych skórach, sweterkach w romby, znoszonych dżinsach, bazarowych „adidasach”, tkwiących pod ścianą sracza na Dworcu Centralnym. O nich nie kręci się seriali. Oni nie istnieją.


I z całą pewnością nie interesują Biedronia, Legierskiego, czy posła Węgrzyna. Ten ostatni zresztą kontentuje zapewne ducha serialem „Słowo na L”.


Gadający Grzyb

sobota, 20 listopada 2010

Strategia homoofensywy


Motto: „Jeśli narodowi niemieckiemu nie podobają się moje upodobania seksualne, to ja go za mordę zmuszę, aby je polubił” - Ernest Rōhm

Raport Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji” (podtytuł: „Strategia polityczna lobby LGTB w Polsce i na świecie: cele, narzędzia, konsekwencje”) powinien być lekturą obowiązkową dla wszystkich zaniepokojonych narastającą ofensywą gejowszczyzny. Dla niezaniepokojonych tym bardziej, bo najwyższa pora, by zaczęli się niepokoić.

Generalnie, mamy do czynienia z realizacją strategii sformułowanej dla ruchu LGTB (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders) jeszcze pod koniec lat 80-tych przez amerykańskiego genealoga Marshalla Kirka, która zakłada stopniowe zdobywanie terenu: od „znieczulenia” społecznego na zjawisko homoseksualizmu po zakneblowanie przeciwników terrorem „mowy nienawiści” pod którym to pojęciem kryje się dążenie do penalizacji poglądów krytycznych wobec zachowań homoseksualnych.

Pozwolę tu sobie na wtręt, że homoofensywa stanowi element szerszego zjawiska, określanego niekiedy mianem ideologii tolerancjonizmu, a które onegdaj zdefiniowałem jako „agresywną apologię zachowań i obyczajów pozostających w sprzeczności z normami kulturowymi przyjętymi w określonym kręgu cywilizacyjnym”.

I. Tęczowa kampania.


Pierwszym etapem, jako się rzekło, ma być „znieczulenie”, co Kirk ujął następująco:

„Darujcie sobie przekonywanie mas, że homoseksualizm to coś dobrego. Ale jeśli tylko potraficie sprawić, by pomyślały, że to coś innego i wzruszyły ramionami, to właściwie już wygraliście bitwę o prawa”. (wytłuszczenie moje - GG)


Owo „wzruszenie ramionami” ma zostać osiągnięte za pomocą zmasowanej kampanii społecznej, której elementami mają być:

- nieustanne mówienie o „gejach” z jednoczesnym unikaniem pokazywania czynności homoseksualnych, by nie zrazić na wczesnym etapie opinii publicznej;

- wizerunkowe wykorzystanie popkultury (np. geje jako pozytywne postaci w filmach, serialach);

- akcentowanie poparcia dla homoseksualizmu ze strony „postępowych” organizacji religijnych, przy jednoczesnym piętnowaniu kościołów „zacofanych”;

- przedstawianie „gejów” jako ofiary własnej biologii i zarazem opresyjnego społeczeństwa (opowieści o drastycznych przejawach dyskryminacji), przy czym „twarzami” kampanii mają być dobrze wyglądające, miłe w obejściu osoby;

- odwoływanie się do zasad humanitaryzmu i praw człowieka jako przeciwwagi do argumentów o charakterze religijnym;

- wywołanie u heteroseksualnej większości odruchu współczucia i tym samym pozyskiwanie obrońców dla własnej sprawy;

- budowanie publicznego poparcia ze strony znanych postaci show biznesu i polityki;

- wyłuskiwanie znanych homoseksualnych postaci historycznych jako swoistych „patronów”. Marshall Kirk: „W krótkim czasie zręczna i bystra kampania medialna może przemienić wspólnotę gejowską w matkę chrzestną cywilizacji zachodniej”;

i wreszcie, na dalszym etapie:

- wytworzenie wokół krytyków homoseksualizmu atmosfery wstydu. Znowu Kirk: „trzeba ich zmieszać z błotem”. W tym celu należy pokazywać „homofobiczne” postaci budzące w przeciętnym odbiorcy mieszaninę politowania i odrazy (agresywny skinhead, zaśliniony dewot itd.), tak by powstało wrażenie, że są to osoby reprezentatywne dla przeciwników ruchu LGTB.

Dodajmy, że celem środowiska gejowskiego nie jest „równouprawnienie”, gdyż osoby homoseksualne dysponują pełnią praw obywatelskich, lecz uzyskanie przywilejów zastrzeżonych dla heteroseksualnej rodziny (takie czasy, że trzeba dodawać – heteroseksualnej) ze względu na jej wyjątkową rolę społeczną.

II. Homoofensywa na Zachodzie.


W krajach zachodnich homoofensywa już dawno ma za sobą pierwszy etap - „oswajania” zjawiska homoseksualizmu w społeczeństwie. Nie bez znaczenia jest wprowadzenie do szkół pod pozorem edukacji elementów homoindoktrynacyjnych w celu kształtowania odpowiednich z punktu widzenia aktywistów LGTB postaw wśród dzieci i młodzieży (przykład: komiks „Ali Baba i 40 pedałów” jako lektura na lekcjach wychowania obywatelskiego w hiszpańskich szkołach).

Aktualnie realizowane są (w różnym stopniu zaawansowania) etapy kolejne: formalizowanie „związków partnerskich”, czyli homoseksualnych konkubinatów, zrównanie pod względem prawnym związków homoseksualnych z małżeństwami (również adopcja dzieci) i wreszcie – penalizacja tzw. „mowy nienawiści”, czyli krytyki postaw homoseksualnych. Autorzy raportu przytaczają szereg przykładów zastraszania i „kneblowania” metodami prawnymi krytyków „gejowszczyzny”. Efektem jest sterroryzowanie światopoglądowe heteroseksualnej większości przez zdeterminowaną homoseksualną mniejszość.

III. Homoofensywa w Polsce.

W Polsce, jak się zdaje, mamy do czynienia z końcową fazą etapu „oswajania” - marsze równości, coming outy znanych postaci, pozytywni gejowscy bohaterowie w masowo oglądanych serialach („Klan”, „M jak miłość” itd). Ilona Łepkowska, człowiek – instytucja w serialowym światku nie kryje zresztą swych intencji:

"-Po prostu wychodzę z prostego skądinąd założenia, że łamanie tabu uczy tolerancji. Takie właśnie mam ambicje, by oswoić widzów z tą tematyką . " (wytłuszczenie moje - G.G.)


Jak widać, przytaczana wyżej strategia Marshalla Kirka realizowana jest z całą konsekwencją.

Środowiska LGTB przymierzają się teraz do kolejnych kroków. Pierwszym ma być ustawa o związkach partnerskich. Co dalej? Oddaję głos autorom:

"Jeśli próba uchwalenia ustawy o związkach partnerskich zakończy się sukcesem, sądzimy, że kolejnym krokiem środowisk LGBT może być:

- zmiana art. 256 i 257 Kodeksu Karnego czyli tzw. penalizacja mowy nienawiści uwzględniająca orientację seksualną;

- wprowadzenie do szkół tzw. edukacji seksualnej, która stanie się obowiązkowym przedmiotem propagującym m.in. poglądy ideologów LGBT na kwestię orientacji seksualnej;

- w dalszej (kilkuletniej) perspektywie zrównanie związków partnerskich z małżeństwem, a w szczególności przyznanie parom homoseksualnym prawa do nieograniczonej adopcji dzieci.

Ze względu na sprzyjającą obecnie sytuację polityczną dojdzie najprawdopodobniej do próby przyspieszenia realizacji celów ruchów LGBT i radykalizacji postulatów, widać już pierwsze symptomy przejścia od dotychczasowej strategii „drobnych kroków” i dialogu do strategii walki."


IV. Droga do homofaszyzmu.

Zachęcam do lektury całości raportu Fundacji Mamy i Taty. Najważniejsze, to nie dać się zwieść zapewnieniom gejowskich aktywistów, że chodzi im jedynie o „tolerancję”. Nie – im chodzi o to, by zgodnie z cytowaną na wstępie wypowiedzią szefa S.A. Ernesta Rōhma zmusić naród „za mordę”, by „polubił” ich „upodobania seksualne”.

Jeżeli uda się im np. poszerzyć art. 256 i 257 Kodeksu Karnego zakazujące szerzenia nienawiści na tle rasowym i religijnym o zakaz dyskryminacją z uwagi na orientację psychoseksualną, to będziemy ugotowani, gdyż praktyka krajów zachodnich pokazuje, że o tym kto jest „homofobem” decydują gejowscy aktywiści, na podobnej zasadzie, jak w III Rzeszy Hermann Goering decydował kto jest Żydem.

„Tęczowi faszyści” postępują wedle dokładnie przemyślanej, konsekwentnie realizowanej i wypróbowanej w innych krajach strategii. Wszystko precyzyjnie, krok po kroku. Tu nie ma miejsca na przypadek. Próbkę ich zapędów mieliśmy niedawno przy okazji żądania dymisji minister Radziszewskiej, a stać ich na dużo, dużo więcej. Dyktatura homoterroru zbliża się wielkimi krokami.

Gadający Grzyb

P.S. Z ostatniej chwili: w Poznaniu odbył się „Marsz Równości”. Uczestnicy, prócz ustawy o związkach partnerskich, domagali się m.in: ustawy o „zbrodniach z nienawiści i mowie nienawiści”. Strategia Marshalla Kirka działa.

P.S. 1

Link do raportu:

http://www.mamaitata.org.pl/docs/Przeciw_wolnosci_i_demokracji_-_Raport_Fundacji_Mamy_i_Taty.pdf

http://www.mamaitata.org.pl/

Gwoli sprawiedliwości - raport zauważył wcześniej Kuki:)

http://niepoprawni.pl/content/fundacja-mamy-i-taty-przeciw-wolnosci-i-demokracji

P.S. 2

Moje notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu


http://niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci


http://niepoprawni.pl/blog/287/homoseksualisci-kontra-geje


P.S. 3

Wypowiedź Ernesta Rōhma za artykułem Bronisława Wildsteina:

http://blog.rp.pl/wildstein/2010/10/11/przemoc-w-sluzbie-postepu/


Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 23 lipca 2010

Homoseksualiści kontra geje...


..czyli o homofobicznych homoseksualistach słów kilka.

I. Zawodowa gejowszczyzna.

Przy okazji niedawnej warszawskiej gej – parady, stanowiącej zwieńczenie „Tygodnia Dumy”, przypomniała mi się notka „Geje kontra homoseksualiści”, którą opublikowałem nieco ponad rok temu. Generalnie, myśl przewodnia sprowadzała się do rozróżnienia pojęć „gej” i „homoseksualista”. Otóż, homoseksualistę, poza wiadomymi preferencjami, cechuje akceptacja ogólnie przyjętych norm społecznych. Oznacza to m.in., że łóżkowe sprawy zostawia za drzwiami sypialni i nie wynosi ich na forum publiczne - nie odczuwa potrzeby epatowania swą seksualnością otoczenia.

Geje natomiast, pod pozorem walki z nietolerancją, arogancko żądają afirmacji swego trybu życia, promując w sferze publicznej swoisty kult homo - rozwiązłości. Cechuje ich przy tym silnie zideologizowana i spolityzowana postawa – można powiedzieć, że czują się swoistą „awangardą postępu”, uzurpując sobie zarazem prawo do reprezentowania wszystkich osób o homoseksualnych skłonnościach, nie bacząc na to, czy tym osobom się to podoba, czy nie. Zawodowi geje, podobnie jak zawodowe feministki, a wcześniej – zawodowi komuniści, czują przemożną potrzebę wyzwolenia społecznej „klasy”, przypisując swój światopogląd wszystkim domniemanym tejże „klasy” przedstawicielom. Bez pytania o zdanie, bo niby po co? Gdy zwyciężymy, to nielewomyślnych homoseksualistów podda się reedukacji w odpowiednim duchu, albo nawet wsadzi do tiurmy za... homofobię!

To trochę tak, jakby „heterycy” byli reprezentowani przez zawodowych ekshibicjonistów, którzy z parkowych zaułków „wycomingoutowali się” do mediorzeczywistości, czyniąc z aktu okazywania bliźnim swych genitaliów kwestię polityczną.

Czy „heterycy” zgodziliby się na dyktat ekshibicjonistów? Nie sądzę.

Czy homoseksualiści muszą się godzić na podobny „gejopoprawnościowy” dyktat? Otóż nie, nie muszą.

I, co więcej, nie godzą się. Tylko, że ich głos jest przez ultrapostępowe mediodajnie starannie wyciszany.

II. Pani redaktor się dziwi.

Paradoksalnie, jako dowód owego przemilczania przytoczę wywiad ze... stołecznego dodatku „Gazety Wyborczej”, która w minionym tygodniu w pełni zasłużyła na miano „Gazety Gejowskiej”. Ów wywiad, opatrzony „prowokacyjnym” tytułem „Geje którzy nie idą na Euro Pride: , przeprowadzony został z homoseksualną parą, która, delikatnie mówiąc, nie pała entuzjazmem do próbującej ich zawłaszczać krzykliwej gejowszczyzny. Fakt, że ów wywiad został przeprowadzony i opublikowany, interpretuję dwojako:

1)
Po fali propagitki utrzymanej w duchu gejowszczyzny w redakcji uznano, że dla zachowania pozorów obiektywizmu należy odnotować „zdanie odrębne”.

2) W tzw. „branży” opór przeciw „zawodowym reprezentantom” jest na tyle silny, że nie dało się dłużej ignorować głosów homoseksualnych „dołów”.

Tak, czy inaczej, lektura artykułu dostarczyła mi wiele radości. I to nie ze względu na interlokutorów - Michała i Łukasza, którzy mówią sensownie, lecz ze względu na arcypostępową panią redaktor Martę Krzeptowską, której najwyraźniej nie mieści się w zmodernizowanej główce, że homoseksualistom może nie pasować podszyty szantażem dyktat gejowszczyzny. Kolejne pytania pani Marty dowodzą kompletnej bezradności w obliczu nieznanego zjawiska, jakim jest brak jednomyślności „grupy docelowej” w obliczu polit-ideologicznego wyzwania.

Spójrzmy:

Pani redaktor pyta o powody, dla których jej rozmówcy nie wybierają się na paradę. Następnie, nieco zdziwiona, dopytuje, czy to dlatego, że parada jest krzykliwa i kolorowa, by w kolejnych pytaniach desperacko dociskać, że przecież „ludzie walczą w ten sposób o akceptację” i „niecałe środowisko myśli w ten sposób” (pisownia org. - G.G.), na koniec zaś spytać się z troską czy aby panowie nie boją się narażenia znajomym.

Co odpowiadają Łukasz i Michał? Oto garść cytatów:

„(...) Przez takie parady utrwala się negatywny obraz środowiska homoseksualnego(...)” „(...)Ta forma nas odrzuca, powoduje niesmak, a czasem wręcz złość(...)” „(...)Roznegliżowani panowie o wymuskanych torsach i wymalowanych brwiach mają reprezentować nasze interesy?(...)” „(...)Niech pokażą, że są wartościowymi ludźmi, a nie przebierańcami(...)” „(...) Rozmawiać ze społeczeństwem, a nie narzucać tęczowy monolog(...)”


Zresztą, całość wywiadu zamieszczam w post scriptum – polecam.

Symptomatyczne jest narastające zdumienie pani redaktor. Jak to, zdaje się mówić między wierszami – tu kwiat gejowszczyzny demonstruje... no, może mniejsza z tym, co konkretnie demonstruje, ale idea słuszna, a wy - Michale i Łukaszu, się alienujecie? Redaktor Krzeptowska jest w kłopocie: z jednej strony chciałoby się pryncypialnie potępić homofobów, z drugiej zaś – to są jednak przedstawiciele właściwej mniejszości. Na dodatek z kontekstu wynika, że są młodzi, wykształceni i mieszkają w dużym mieście. Nie to, co jakieś zapyziałe, prowincjonalne mohery...

Dysonans poznawczy to istny koszmar. Zwłaszcza dla dziennikarki, która nagle dowiaduje się, że świat nie jest czarno-biały.

Najgorsze (z punktu widzenia oświeconych sił Postępu) jest to, iż zważywszy na mizerną frekwencję Euro Pride, większość osób homoseksualnych zdaje się podzielać postawę Michała i Łukasza.

Od razu zastrzegam - nie kupuję argumentacji, że ci, którzy nie przybyli boją się coming out’u, bo mieliby przechlapane w lokalnych środowiskach. Nie po tym, jak za uporczywe wyzywanie sąsiadów od „pedałów” pewna Wolinianka zarobiła sądowy wyrok.

Cóż, nie wątpię, że z punktu widzenia zawodowych gejów, powyższa para homoseksualistów kwalifikuje się co najmniej do antyhomofobicznej reedukacji. (W myśl hasła: „Homofobia – to się leczy!”). Homofobiczny homoseksualista? To tylko pozorny oksymoron. Do łagrów trafiali wszak m.in. robotnicy, którym nie podobał się zafundowany im przez „przedstawicieli klasy pracującej” raj na Ziemi...

III. Medio - rzetelność.

Tak a propos - zwróćmy uwagę na „rzetelność” mediodajni. W tym samym, weekendowym czasie, miały miejsce dwie imprezy. Na polach grunwaldzkich inscenizacja w 600-lecie bitwy, mimo morderczego upału (w pełnym słońcu temperatura dochodziła do 40 stopni), zgromadziła grubo ponad sto tysięcy osób (byłem, widziałem, poparzeń słonecznych się nabawiłem ;)). Warszawska gej – parada zgromadziła około ośmiu tysięcy uczestników. Co w niedzielę 19 lipca AD 2010 było newsem nr 1? Oczywiście, parada gejowskich aktywistów, zaś o Grunwaldzie wspominano w trzeciej kolejności (po wypadku taterników) z naciskiem na fatalną organizację imprezy (co, niestety, jest prawdą).

Podtekst suflowanej dez-informacji jest jasny: nie pchajcie się na ten cały Grunwald, bo to upał i niemożliwe do rozładowania korki. Lepiej udajcie się na gej – paradę, gdzie jest fajnie, kolorowo, wielkoświatowo, europostępowo i w ogóle. No, może zjawi się jakaś grupka prawicowych ekstremistów (a co – tworzenie atmosfery zagrożenia jest najlepszym gwarantem umacniania jedności polityczno – światopoglądowej), ale dzielna policja już tym wichrzycielom pokaże... Nie to, co pod tym całym Grunwaldem, gdzie drogówka spieprzała ze strachu przed rękoczynami ze strony kierowców...

Jeżeli ktoś potrzebuje przykładu na ideologiczne zaangażowanie mediodajni w służbie ideologii tolerancjonizmu i szerzejAntycywilizacji Postępu, to zarysowana powyżej, wielce charakterystyczna gradacja „ważności” newsów mówi wszystko.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. Wywiad z Michałem i Łukaszem zamieszczono również na lesbijskim portalu kobiety-kobietom.com. Komentarze pokazują, jak obce osobom homoseksualnym są krzykliwe zapędy zawodowej gejowszczyzny.

P.S.2 A oto całość wywiadu:

Marta Krzeptowska: W sobotę wyruszy parada EuroPride. Nie wybieracie się. Dlaczego?

Michał (25 lat) i Łukasz (22 lata), żyją ze sobą i tworzą wspólnie projekty medialne od sześciu lat: - Przez takie parady utrwala się negatywny obraz środowiska homoseksualnego. EuroPride krzyczy: "My istniejemy, niech nas zobaczą!". Dobrze, niech nas zobaczą. Ale nie takich. To prawda, istniejemy. Ale my to nie tęczowy zespół pieśni i tańca. By kogoś tolerować, a potem zaakceptować, najpierw trzeba go poznać. Przez takie poznanie, jakie oferuje parada, chyba mało kto chce brnąć dalej w taką znajomość.

Dlatego, że parada jest krzykliwa i kolorowa?

- Ta forma nas odrzuca, powoduje niesmak, a czasem wręcz złość. Nie dziwi nas, że społeczeństwo reaguje na parady negatywnie i emocjonalnie. Bo pokazują całe środowisko LGTB przez pryzmat seksualności. Roznegliżowani panowie o wymuskanych torsach i wymalowanych brwiach mają reprezentować nasze interesy? Zdecydowanie nie. Bo wtedy ludzie postrzegają nas jako istoty niecywilizowane, które swoją prywatność i intymność wynoszą na ulicę. To tak jakby sto heteroseksualnych par w obscenicznych skórzanych strojach wskoczyło na lawetę i ruszyło w miasto, namiętnie się całując. Uwagę to przykuwa, ale co z tego wynika? Nic. Jak potem można uważać nas za partnerów do rzeczowej dyskusji na temat istotnych dla nas problemów, np. jak zmienić prawo, bym mógł odwiedzić w szpitalu ukochaną osobę czy zabezpieczyć jej status. Trafne jest powiedzenie: "Jak cię widzą, tak cię piszą". A co ludzie widzą na paradzie? Cyrk oraz promujących się polityków. To żenujące. I wypacza obraz homoseksualistów.

Ale ludzie walczą w ten sposób o akceptację.


- Tak, ale najpierw niech pokażą cechy i elementy łączące, a nie skrajne różnice. Niech pokażą, że są wartościowymi ludźmi, a nie przebierańcami. Chodzi o nasze bezpieczeństwo i godność. Czemu mamy być narażeni na wulgaryzmy, rękoczyny, potępianie z ambon, uosabianie geja z pedofilem? Chcemy być traktowani normalnie.

Niecałe środowisko myśli w ten sposób.

- To nasze subiektywne zdanie. To prawda, że parady przekazują zawsze jakieś edukacyjne treści i są dla niektórych bodźcem do myślenia, na uwagę zasługuje pozytywny wydźwięk imprez towarzyszących EuroPride, jak konferencje społeczno-biznesowe oraz spektakle teatralne. Ale społeczeństwo koncentruje się głównie na paradzie. Wtedy efekty są odwrotne do zamierzonych. Jesteśmy ludźmi, kochamy tak samo, tak samo cierpimy, tak samo martwimy się i staramy o ukochaną osobę. Są wśród nas indywidualności, które na paradach są zgrupowane niczym kompania reprezentacyjna, co tworzy nasz obraz.

Nie boicie się, że taką oceną narazicie się znajomym?

- Wiemy o tym i bardziej ze względu na nich niż nas samych nie podajemy nazwisk. Chodzi nam o szersze spojrzenie. Na nasz stosunek do świata i innych osób, na nasze zaangażowanie społeczne i zawodowe. A nie na nasze łóżko, bo to nasza intymność, taka sama jak pani.

Jak więc homoseksualiści powinni walczyć o swoje prawa?

- Rozmawiać ze społeczeństwem, a nie narzucać tęczowy monolog. Pokazać naszą normalność. Wciąż jest wiele dyskryminacji, masa prawnych ograniczeń. Rozmawiajmy na argumenty, nie osaczajmy. Tu nie chodzi o walkę, ale o coś, co nam się najzwyczajniej należy - o ludzkie traktowanie. Mądrych form do tego jest wiele.