Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antycywilizacja postępu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antycywilizacja postępu. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lipca 2014

Gramscizm stosowany

Dlatego tak zależy im na pacyfikacji „katoli”, na tym, by „mohery” siedziały cicho. I dlatego należy protestować.

I. Uciszyć „katoli”

Przy okazji awantur rozpętywanych wokół prób rozkołysania społecznych nastrojów za pomocą różnych prowokacji ubieranych na ogół w pozory sztuki, słyszymy często, by owe prowokacje przemilczać, nie nagłaśniać, nie przydawać im znaczenia publicznymi protestami. W mojej świadomości pierwsze tego typu społeczne spięcie zafunkcjonowało przy okazji wejścia na ekrany kin filmu „Ksiądz”. Zapewne mało kto pamięta tę szmirę z głębokich lat 90-tych, wyjaśnię więc, że chodziło w niej o księdza-homoseksualistę, który wielce cierpi z powodu nietolerancji obłudnych hierarchów, ale wszystko, z tego co pamiętam, kończy się pomyślnie, bowiem po nagłośnieniu swych problemów ówże czynny pederasta w sutannie odprawia koniec końców Mszę Świętą koncelebrowaną wraz z innym wielce postępowym kapłanem, co w zamyśle reżysera dowodzić miało prawdziwie głębokiej wiary i eucharystycznego zaangażowania. O filmie już prawie nikt nie pamięta, ale wtedy wywołał on skandal, zaś protestującym środowiskom katolickim próbowano wmówić, że ich sprzeciwy i pikiety są przeciwskuteczne, robią bowiem rzeczonemu filmowi reklamę. Podobny schemat prewencyjnej pacyfikacji protestów stosowano również i później przy rozmaitych okazjach. Padały różne argumenty: prócz wspomnianego zarzutu o „reklamowaniu poprzez protest”, twierdzono, iż skandale są tematami zastępczymi, że mają odwrócić uwagę odbiorców od kwestii o większym ciężarze gatunkowym z bieżącymi wydarzeniami politycznymi na czele, że debata publiczna powinna się toczyć wokół reform, podatków, gospodarki...

Takie założenie, że sprawy polityczne, czy gospodarcze są z zasady ważniejsze od ekscesów różnych niewydarzonych lewaków biegających w mediach za artystów i to „wybitnych” jest moim zdaniem błędem i zaraz postaram się wyjaśnić, dlaczego, a uczynię to na przykładzie najświeższym, czyli „Golgota Picnic”.

II. Droga Gramsciego

Otóż, tego typu pseudoartystycznych prowokacji, jak „Golgota Picnic” Rodrigo Garcii nie można bagatelizować, mają one bowiem konkretny wymiar społeczno-polityczny. Oprócz podczepienia się różnych cwanych miernot i beztalenci pod szemraną awangardę, dzięki czemu mogą skroić co nieco publicznego grosza, mamy tu bowiem do czynienia z realizacją wskazań włoskiego komunisty Antonio Gramsciego, by rewolucję przeprowadzać poprzez sferę kulturową i w ten sposób - rozbijając „kulturę burżuazyjną" - oduraczyć i doprowadzić do stanu mentalnej bezbronności całe społeczeństwa. Rzecz jasna, nie chodzi o to, czy „Golgota" posiada jakiekolwiek walory artystyczne. Skądinąd wiadomo, że to typowy niby-awangardowy knot. Nawet „Wyborcza” w swej relacji z pokazu nagrania sztuki w bydgoskim Teatrze Polskim zmuszona była przyznać, że publiczność znudzona wychodziła na długo przed zakończeniem.

Pozostaje zatem aspekt polityczny – bo dla lewactwa sztuka jest orężem politycznym właśnie. Plan jest po komunistycznemu prostacki, ale też, jak wykazał przykład rewolucji kontrkulturowej na Zachodzie, skuteczny – sterroryzować społeczeństwo wymuszając na nim hasłami o wolności słowa i swobodzie ekspresji artystycznej tolerancję dla bluźnierstwa, następnie stopniowo metodą salami posuwać się coraz dalej, by finalnie po latach takiej obróbki skrawaniem ująć oduraczone społeczeństwo w żelazne cęgi polit-poprawnego tolerancjonizmu, rugując z przestrzeni publicznej wszelkie tradycyjne wartości z religią na czele pod rygorem sankcji karnych. Sankcji, które będzie egzekwować już przemodelowane na lewacką modłę państwo, obsadzone w ramach „długiego marszu przez instytucje” przez zindoktrynowany aparat urzędniczo-sądowy. Już dziś w Szwecji pastor może trafić do więzienia pod pozorem propagowania „mowy nienawiści” za cytowanie Pisma Świętego potępiającego homoseksualizm, zaś w Kanadzie działaczka pro-life może spędzić większość życia za kratkami za pikietowanie klinik aborcyjnych.

III. Wojna cywilizacji

Dlatego protesty przeciw tego typu wydarzeniom dewastującym przestrzeń kulturową kraju są każdorazowo potrzebne. Opór i nacisk mają sens. Nie jest to temat zastępczy, ani „przykrywka” mająca zagospodarować masowe emocje i odciągnąć je od ważniejszych spraw w rodzaju afery podsłuchowej. To jak ze znanym dylematem – myć ręce czy nogi? Odpowiedź jest oczywista – jedno i drugie. Podobnie z „aferą taśmową” i „Golgota Picnic” - sprawne funkcjonowanie państwa, oczyszczenie zgniłej „Republiki Okrągłego Stołu” z bagna zatrutych układów i korupcji oraz pogonienie władzy która im patronuje, czy wręcz idzie na pasku zblatow anych środowisk tworzących Obóz Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, to jedno. Nie sposób jednak stworzyć zdrowego państwa z narodem bądź to sterroryzowanym duchowo przez lewactwo, bądź wręcz zdeprawowanym i wykorzenionym z wartości oraz kulturowego dziedzictwa.

To wojna cywilizacyjna. Zwróćmy uwagę na jeden aspekt: gdyby „Golgota Picnic”, tudzież wcześniejsze produkcje dyżurnych skandalistów w rodzaju inscenizacji „Do Damaszku” Jana Klaty, czy tego nieszczęśnika ocierającego się genitaliami o Chrystusa na Krzyżu, lub tęczy na Placu Zbawiciela były tak nieistotne i chodziło w nich jedynie o danie upustu ekspresyjnym chętkom różnych popaprańców, to czy mielibyśmy do czynienia z aż taką medialną młócką? Nie, gdyby to nie było istotne, to obóz Antycywilizacji Postępu nie zaangażowałby wszelkich dostępnych propagandowych sił w ich obronę, ani nie zabiegał o finansowanie z publicznych pieniędzy. Nie bez przyczyny również pierwsza komuna usiłowała zagonić religię do sfery prywatnej, obecnie zaś jej następcy wymachują sztandarami „świeckiego państwa”, które w istocie oznacza państwo hołdujące ideologii wojującego laicyzmu. Oni doskonale wiedzą o co toczy się gra – o Nowy Wspaniały Świat i stworzenie nowej mutacji „człowieka sowieckiego”. Dlatego tak zależy im na pacyfikacji „katoli”, na tym, by „mohery” siedziały cicho. I dlatego należy protestować. Milczenie bowiem oznacza zgodę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa'' nr 27 07.07 - 13.07.2014

sobota, 10 listopada 2012

Wybory bez ekscytacji

Wybory w USA: z punktu widzenia Polski nie stanowiłoby większej różnicy, czy olewał będzie nas Romney, czy Obama.

I. Zero ofert

Jakoś nie potrafiłem wykrzesać z siebie ekscytacji tegorocznymi wyborami prezydenckimi w USA. Głównie z tej przyczyny, że z punktu widzenia Polski nie stanowiłoby większej różnicy, czy olewał będzie nas Romney, czy Obama. Wizyta nadzianego mormona w Polsce rozwiewała co do tego wszelkie wątpliwości. Wydeklamowanie paru zdań o Papieżu i obowiązkowe ściśnięcie grabuli z Bolesławem W., plus foto do wyborczego portfolio w zestawie, pokazywało, że w optyce republikańskich sztabowców Polska wciąż tkwi gdzieś na przełomie lat 80 i 90 zeszłego stulecia, pod świeżym wrażeniem dopiero co zakończonej prezydentury Reagana, które przekładało się – nie do końca słusznie – na sympatię do Busha seniora.

Tymczasem, realia się zmieniają. Polacy, zakosztowawszy unijnej „michy”, wyraźnie w swej sympatii do USA – dotąd często bezkrytycznej – „wychłódli”, do czego walnie przyczyniły się również wojny w Iraku i Afganistanie, odbierane u nas jako niepotrzebne awantury, w które zaangażowaliśmy się za bezdurno, nie mając w tamtym regionie świata żadnych interesów i nie otrzymując niczego w zamian. Obecnie, zamiast poklepywania po pleckach i zapewnieniach o „sojuszu”, tudzież „strategicznym partnerstwie” (też coraz rzadszych zresztą) wolelibyśmy jakieś konkretne oferty. Taką ofertą była tarcza antyrakietowa George'a W. Busha – Romney zaś nie potrafił się nawet zdobyć na jasną deklarację w sprawie podzielenia się know-how i modelu współpracy przy eksploatacji złóż gazu łupkowego.

Pozostaje mieć nadzieję, że nasi rodacy z czasem nabiorą podobnej wyrachowanej rezerwy również wobec unijnych struktur, którym jak na razie gremialnie czapkują, niczym pańszczyźniany przed dziedzicem, tyleż zauroczeni blichtrem brukselskich Białych Bwana, co powodowani nadzieją na rzucony grosz.

II. „Change” nie przejdzie

Jedyne, co mogłoby nieco rozgrzać atmosferę również z naszej perspektywy, to kwestie światopoglądowe. Obama, to wiadomo - lewak, wywodzący się z antytradycji kontrkultury lat -60 i -70 montowanej przez campusowych „użytecznych idiotów” (Lenin) i „gawnojedów” (Suworow). Najchętniej uczyniłby Stany Zjednoczone poligonem doświadczalnym wszelkich szaleństw cywilizacji śmierci, będącej integralnym elementem Antycywilizacji Postępu. To wciąż pozostaje największym niebezpieczeństwem prezydentury „czarnego mesjasza lewicy” ze względu na promieniowanie amerykańskich wzorców w świecie.

Ale, i tu trudno mi było popadać w gorączkę – przede wszystkim, ze względu na miałkość kontrkandydata, któremu mormoński konserwatyzm nie przeszkadzał wielokrotnie zmieniać zdania w tak kluczowej kwestii, jak aborcja. Owszem, można przyjąć, że Ameryka Romneya byłaby pewnie nieco bardziej zachowawcza obyczajowo i trochę bardziej wolnorynkowa niż ta z wizji „change” Obamy, za którą to „zmianą” kryje się po prostu socjalizm i „europeizacja” wedle najgorszych biurokratycznych wzorców rodem z Brukseli, ale cóż... pierwsza kadencja Obamy pokazuje, że Ameryka wciąż dysponuje ciałami odpornościowymi na postępackie szaleństwa i kolejną kadencję „mesjasza” zwyczajnie przeczeka, stosując bierny opór. No, chyba, że Obama po prostu tę Amerykę zbankrutuje, powiększając dług publiczny o kolejne nieprzytomne biliony dolarów.

III. I tylko McCaina żal...

Nie ukrywam, że patrząc na zakończone niedawno starcie, żałowałem przegranej cztery lata temu kandydatury Johna McCaina. Był to człowiek, który na własnej skórze zakosztował uroków sowietyzmu – w północnowietnamskiej mutacji – i na resztę życia pozbył się wszelkich złudzeń co do tego systemu i jego dzisiejszych spadkobierców. Tortury w wietnamskim gułagu dla jeńców nie złamały go, przeciwnie – utwierdziły w antykomunistycznych przekonaniach. Koresponduje to poniekąd z wypowiedzią Andrzeja Gwiazdy, który stwierdził niegdyś, że z Syberii wracały dwa rodzaje ludzi – jedni złamani i przekonani o sowieckiej wszechpotędze, jak Jaruzelski; inni natomiast zahartowani i z niezłomną wolą oporu. McCain zdecydowanie należał do tych drugich – powrócił z wietnamskiego „sybiru” jako człowiek ulepiony z żelaznej gliny.

Jego nieprzejednany stosunek do sowieckiego imperializmu – dorównujący niemal postawie Reagana – znajdował przełożenie również na czasy obecne, kiedy to czekistowski reżim z pułkownikiem Putinem na czele usiłuje wskrzesić dawne mocarstwo. Słynne zdanie – „spojrzałem w oczy Putina i zobaczyłem w nich trzy litery K-G-B” mówi samo za siebie.

Tak sobie myślę, że z McCainem w Białym Domu, Polska miałaby dziś zupełnie inny status na arenie międzynarodowej, szczególnie w naszym regionie. Putinowskiej Rosji o wiele trudniej byłoby wyciągać łapy po nas i inne kraje dawnego bloku. Przede wszystkim zaś, nie do pomyślenia byłoby to, co zdarzyło się 10 kwietnia 2010 na Siewiernym. Czekiści zwyczajnie by się na to nie odważyli.

IV. Bez Jacka Kwiecińskiego

A poza tym, obserwując te wybory - tych wszystkich zauroczonych Obamą telewizyjnych prezenterów, te panienki z błyskiem w kroku wysmętniające się nad sprawnością czytania z telepromptera z jednej, i profesora Lewickiego obskakującego w czerwonym szaliku jako dyżurny republikanin redakcje wszelkich możliwych mediodajni z drugiej strony – widząc tę całą żenadę i pompowaną na siłę atmosferę politycznego show, uświadomiłem sobie, jak bardzo brakuje w naszym dziennikarstwie ś.p. Jacka Kwiecińskiego.

Nikt tak nie potrafił – czy to w dwuzdaniowych, cudownie lapidarnych „Odcinkach”, czy w pogłębionych analitycznych tekstach na łamach „Gazety Polskiej” wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi, sprowadzić medialne stereotypy do właściwych proporcji, wygrzebać naprawdę istotne, a u nas skrzętnie pomijane aspekty amerykańskiej polityki. Wszystko przystępnie, nierzadko z gryzącym sarkazmem, a jednocześnie z niebywałą erudycją i znajomością rzeczy jaką dają tylko dziesięciolecia obserwowania amerykańskich spraw z perspektywy o wiele szerszej, niż medialno-polityczne bajorko Wschodniego Wybrzeża. Dziś nikt już nie jest w stanie „dotknąć” Ameryki tak jak ON.

I tym spóźnionym hołdem dla Mistrza pozwolę sobie zakończyć dzisiejszą notkę.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 17 lipca 2012

O niewartościowaniu pojęć

„Niewartościowanie” jest fałszem, usiłującym nam wmówić, że można opisywać rzeczywistość abstrahując od jakiegokolwiek systemu wartości.

I. „Socjologia nie wartościuje pojęć”

Z uczelnianych anegdot Jabolissimusa i Kreatora wyemitowanych w „Kontestacji” dowiedziałem się, iż „w socjologii nie wartościuje się pojęć”. Audycję Konserwy można sobie odsłuchać na stronach „Kontestacji” (podlinkowanie powyżej), lub korzystając z archiwum Niepoprawnego Radia PL – audycja 336. Powyższe stwierdzenie padło z ust pani doktor socjologii na zajęciach ze studentami, gdy została przyłapana na promowaniu modelu „rodziny” homoseksualnej zaraz po tym jak wydeklamowała definicję rodziny jak najbardziej zgodną z tradycyjnym kanonem. Jak łatwo zauważyć, zacytowane przed chwilą zdanko miało być zgrabnym wywikłaniem się ze sprzeczności w które owa pani doktor popadła próbując jakoś koślawo poszerzyć kanon wartości tradycyjnych o surowe nakazy postępowej polit-poprawności. Żeby było ciekawiej, gdy Jabolissimus jako kontrargument opowiedział pedofilski dowcip, owa uczona niewiasta zareagowała stwierdzeniem, iż jest to „patologia”. Jabolissimus oczywiście nie omieszkał skwitować tego słowami – „patologia? ależ, proszę pani, w socjologii „nie wartościujemy pojęć”...

Wyczuwamy ten charakterystyczny smrodek relatywizmu? Jakże on wygodny dla wszelkiej maści cioteczek i wujaszków rewolucji, którzy usiłują z socjologii uczynić jedno z narzędzi pierekowki dusz – zatrzeć granicę, między socjologią, a socjotechniką. „Niewartościowanie” służyć ma wyłącznie temu, by zakneblować usta przeciwnikom uprawianej pod szyldem socjologii politgramoty, tak by nie odważyli się weryfikować różnych postępowych teoryjek. Inna z kolei pani doktor, co to zapewne również „nie wartościuje”, nie wahała się, by rozesłać mailem po studentach zaproszenie na homoparadę (jak napisała, „w ramach równowagi w przyrodzie”, cokolwiek miałoby to znaczyć). Gdy Jabolissimus w odpowiedzi rozesłał (w tym do rzeczonej pani doktor) zaproszenie na kontrmanifestację (również w imię „równowagi”, a jakże ;) ), ta raczyła odpisać wdzięcznym słówkiem - „debil”. Ot, „niewartościowanie” w praktyce.

II. Postępowy zabobon

Zastanówmy się teraz, cóż może to oznaczać – owo „niewartościowanie”. Otóż, moim skromnym, przyjęcie takiego założenia jest z gruntu fałszywe i prowadzi w perspektywie do totalnego zakłamania nauki, która wkrótce stanie się zbiorem nieweryfikowalnych teoryjek, wrzucanych „skolko ugodno” do wspólnego wora z etykietką „socjologia”. Innymi słowy, „niewartościowanie” to współczesny, pseudonaukowy zabobon, przybrany dla niepoznaki w pozór naukowości za pomocą akademickiego żargonu.

„Niewartościowanie” jest totalnym fałszem, usiłującym ludziom wmówić, że można opisywać rzeczywistość abstrahując od jakiegokolwiek systemu wartości. Otóż nie, nie można. Gdy wyruguje się jeden system wartości, nieuchronnie wkracza na to miejsce inny, z reguły gorszy. „Niewartościowanie” to intelektualny buldożer, mający usunąć z kolejnego poletka system charakterystyczny dla cywilizacji łacińskiej, zbudowanej na Dekalogu i prawie rzymskim, po to, by zrobić miejsce dla Antycywilizacji Postępu z jej własnym systemem wartościowania.

„Niewartościowanie” podważyć ma również podstawową naukową kategorię „prawda-fałsz”: albo coś odpowiada rzeczywistości, albo nie. Po tym zabiegu, socjologia zamieni się w czysty szamanizm społeczny, gdzie zamiast badań będziemy mieli do czynienia z biciem w bębenki i rytualnym tańcem wokół plemiennych totemów wznoszonych przez czarowników w rodzaju tej pani doktor od homoparady.

Odwołując się do źródeł – jeśli Max Weber, jeden z ojców-założycieli socjologii, uznał na początku XX w. w swej pracy „Etyka protestancka, a duch kapitalizmu”, iż społeczności protestanckie bardziej sprzyjają rozwojowi społeczno-gospodarczemu, niż katolickie – to dokonał oceny wartościującej właśnie. Z jego wnioskami można oczywiście polemizować (choćby na przykładzie Bawarii – najbardziej katolickiego i zarazem najbardziej rozwiniętego landu Niemiec, stanowiącego matecznik tamtejszej chadecji – również w czasach, kiedy ów szyld polityczny jeszcze znaczył coś konkretnego), niemniej owe polemiki poparte badaniami sprowadzać będą się właśnie do wartościowania: prawdziwe/nieprawdziwe, lepsze (bardziej zaawansowane)/gorsze (słabiej zaawansowane).

Z nieco innej beczki - w swej notce „Lemingi będą lemingami” Budyń78 przyznał, iż przez długi czas bronił się przed używaniem określenia „leming”. Hm, może się mylę, ale wyczuwam w tej postawie właśnie ową charakterystyczną dla współczesnej socjologii niechęć do „wartościowania”. Przypuszczam, iż owo określenie wydało się Budyniowi nazbyt stygmatyzujące i uproszczone. Zwróćmy jednak uwagę, jakim językiem posługują się socjologowie w debacie publicznej: młodzi, wykształceni, bardziej zamożni z dużych miast... z drugiej strony – starsi, gorzej wykształceni, mniej zamożni, z mniejszych ośrodków. Czyli – jakoś trzeba rzeczy nazwać, bez tego ani rusz, a jak już nazwiemy, zawsze będzie oznaczało to jakąś upraszczającą i wartościującą kalkę. Od stereotypów uciec nie sposób, mimo że jak się dowiedziałem ze wzmiankowanej na wstępie audycji, owe „stereotypy” są socjologicznym wrogiem numer jeden na równi z „wartościowaniem”.

Zresztą, powracając na chwilę jeszcze do dziadka Webera (nota bene – hakatysty i polakożercy, ale to osobny temat). Przecież jego „Etyka protestancka, a duch kapitalizmu” stała się jak najbardziej rozsadnikiem antykatolickich stereotypów, dziś chętnie przywoływanych przez wszelkich propagatorów „modernizacji” Polski, dla których podstawowym warunkiem tejże „modernizacji” jest zerwanie przez Polskę ze swym katolickim dziedzictwem kulturowym. Złośliwi nazywają to „kuchennym weberyzmem” - i mają sto procent racji.

III. Propagandyści społeczni

Takie stygmatyzowanie jest domeną współczesnych socjologów, zwłaszcza zaś tzw. „psychologów społecznych” - ooo, ci to dopiero uprawiają szamanizm na żywej tkance narodu (oj, przepraszam - „społeczeństwa”). Nawet nie udają, że czują się predestynowani nie tyle do opisywania społecznej rzeczywistości, ile do czynnego na nią wpływania i kształtowania społecznych postaw w imię przyjętych założeń dotyczących tego, jakie z ich punktu widzenia postawy są najbardziej pożądane. Weźmy profesora Markowskiego, rzucającego tezę, iż należy skutecznie, instytucjonalnie się podzielić – czyli oddzielić światło od ciemności - dobrą, liberalną część społeczeństwa od zaściankowej moherowszczyzny. Jeśli to nie jest postulowaniem apartheidu, to nie wiem co jeszcze musiałby powiedzieć.

Albo taki prof. Janusz Czapiński, uprawiający społeczną propagandę sukcesu i nieodmiennie wysnuwający ze swych „diagnoz społecznych” wnioski iż Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Mamy więc do czynienia z propagandystami społecznymi, pozostającymi na usługach obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, którzy do swej orki zaprzęgli całą gałąź nauki – psychologię społeczną. Wspomniany prof. Czapiński jest również autorem tzw. „cebulowej teorii szczęścia", wyróżniającej trzy poziomy szczęścia:

„Najgłębszy, genetycznie zdeterminowany i nie zawsze w pełni świadomie doświadczany poziom to wola życia. Można ją zdefiniować jako obiektywny, niezależny od świadomości standard (wartość) dobrostanu psychicznego człowieka. Poziom środkowy zawiera niektóre hedonistyczne (bilans emocjonalny i pewne satysfakcje) oraz eudajmonistyczne (np. poczucie sensu życia) miary dobrostanu tzn. subiektywnie doświadczane wartości własnego życia. Dlatego został nazwany ogólnym dobrostanem subiektywnym. Na najbardziej zewnętrzny poziom składają się bieżące doświadczenia afektywne oraz satysfakcje cząstkowe, odnoszące się do konkretnych aspektów życia (rodzina, praca, finanse, warunki mieszkaniowe, czas wolny itd.).” (http://www.psychologia-spoleczna.pl/artykuly-czytelnia-48/28-inne/731-co-czyni-szczesliwym.html?start=1 )

Genialne – ujmując tak sprawy zawsze odkryjemy, że na jakimś poziomie niemal każdy z nas jest obiektywnie rzecz biorąc szczęśliwy. Jeśli dopowiemy, iż owa „cebulowa teoria szczęścia” stanowi filtr przez który prof. Czapiński przepuszcza każdorazowo wyniki swych „Diagnoz społecznych” z kolejnych lat, to nie ma co się dziwić nieodmiennie entuzjastycznym wnioskom. Zaś na malkontentów jest bat w postaci „teorii niewdzięczności społecznej” głoszącej m.in., iż „Społeczeństwa są niewdzięczne ze swej konserwatywnej natury i nigdy nie docenią w pierwszym pokoleniu zmian w regułach życia codziennego, nigdy nie nagrodzą twórców tych zmian.”.

Chyba nie trzeba dodawać, iż teorii owej pan profesor użył do wytłumaczenia społecznego niezadowolenia z kosztów „transformacji ustrojowej”, co gładko pozwoliło mu zignorować rozliczne systemowe patologie III RP.

***

Jak widzimy, wszystko sprowadza się do wartościowania i nie dajmy się nabrać, że jest inaczej. Warto mieć wyczulone ucho na różne pięknoduchowskie zaśpiewy w rodzaju „niewartościowania pojęć”. Gdy je usłyszymy, wiedzmy, że nieodmiennie kryje się za nimi jakiś intelektualny szwindel, zazwyczaj interesowny i podszyty dość parszywą ideologią, na której końcu widnieją bramy Nowego Wspaniałego Świata.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL 

P.S. Na zbliżony temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/polska-jak-bhutan

czwartek, 26 kwietnia 2012

Żer dla mediodajni

Powiedzmy to jasno, państwo „prawicowcy”: bywając tam gdzie bywacie, legitymizujecie wrogi front propagandowy. nie zyskując nic w zamian dla sprawy, której ponoć służycie.

I. Naiwni? Masochiści?

W poniedziałkowy wieczór portal wPolityce.pl rutynowo odnotował kolejny popis pluralizmu a la Tomasz Lis. Oto ten prominentny hunwejbin jedynie słusznej opcji polityczno-światopoglądowej w dyskusji na temat ideologicznej konwencji Rady Europy dotyczącej przemocy wobec kobiet, oraz klauzuli sumienia dla aptekarzy, po raz kolejny postawił na złotą proporcję „trzech na jednego”. W praktyce oznacza to, że mamy w studio Lisa, który w sojuszu z zaproszonymi przedstawicielkami skrajnej feministycznej lewicy – Katarzyną Piekarską (SLD) i Kazimierą Szczuką - pastwi się nad osamotnionym przedstawicielem ciemnogrodu w osobie Tomasza „taliba” Terlikowskiego.

Czyli, nic nowego – znamy to nie od dziś i nie od wczoraj. Modus operandi charakterystyczny dla cotygodniowych, Lisowych seansów nienawiści. Nawet trudno wykrzesać z siebie oburzenie, był czas przywyknąć. Nie o tym będzie ta notka.

A o czym?

Otóż, pod portalowym doniesieniem pojawiło się sporo komentarzy internautów dających się sprowadzić do fundamentalnego pytania: po kiego dzwona porządni ludzie łażą do Lisa i jemu podobnych, skoro z góry wiadomo, jaki będzie efekt? Po co uwiarygadniają swoją obecnością wraże mediodajnie i sprzedajnych dziennikarzy – wyrobników propagandowego frontu Dyktatury Matołów i Antycywilizacji Postępu?

Ano właśnie. Podpisuję się pod tymi pytaniami w całej rozciągłości. Na co liczą ci, którzy przychodzą do „Tomasz Lis na żywo” i innych tego typu programów? Liczą, że przedrą się ze swym przesłaniem, komunikatem, że przekonają nieprzekonanych? Że ich argumentacja przebije się przez nienawistny zgiełk Zetki, TokFm, czy innego TVN-u? Że zaznaczą swą obecność, dadzą świadectwo? Że będą mieli możność wyartykułowania w sposób czytelny dla przeciętnego odbiorcy choć jednej myśli, zdania?

Naiwni? Masochiści?

II. Dostarczanie żeru

Poruszałem już ten problem w kontekście peregrynacji polityków PiS po reżimowych mediodajniach, w których nie spotyka ich nic poza upokorzeniem, sponiewieraniem, odarciem z godności. Poza wszystkim, takie „bywanie” jest przede wszystkim przeciwskuteczne – nie służy niczemu, poza masowaniem ego i zaspokajaniem własnego parcia na szkło. W tekście „PiS a mediodajnie” przytoczyłem przykłady dwóch półrocznych bojkotów – TVN-u od lipca 2008 do stycznia 2009 roku i Radia Zet w 2011. Żaden z tych bojkotów nie odbił się negatywnie na sondażach, przeciwnie – stanowił problem dla bojkotowanych stacji, którym bez pisowskich chłopców do bicia siadała dramaturgia programów. Oba bojkoty odwoływano ze względu na zbliżające się wybory, w których PiS zgarniał swoją tradycyjną pulę głosów – i nic ponadto.

Uważam, że podobny mechanizm funkcjonuje również w odniesieniu do tzw. „naszych” publicystów, „liderów opinii” - jak zwał, tak zwał. Sądzę, że ich obecność w audycjach i mediodajniach stanowiących propagandową ekspozyturę obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP niczemu nie służy. Czy Terlikowski przekonał kogokolwiek usiłując dać odpór rozjazgotanym lewaczkom podbechtywanym przez prowadzącego? „Przypuszczam, że wątpię”, jak mawiał Walery Wątróbka. Widz zarejestrował fundamentalistycznego oszołoma, który ciągle by ludziom czegoś zabraniał i tyle. Co gorsza, taka obecność wprowadza w głowach niezorientowanej gawiedzi (czyli większości tele-publiki) niepotrzebny i szkodliwy zamęt, legitymizując Lisa i jego program, no bo przecież były reprezentowane obie strony sporu...

Szkodliwość i przeciwskuteczność takiego postępowania dotyczy oczywiście również odwiedzin w pozostałych mediodajniach. Powiedzmy to jasno, państwo „prawicowcy”: bywając tam gdzie bywacie, ułatwiacie tym samym robienie ludziom wody z mózgów, bierzecie bowiem w ten sposób udział w spektaklu zwanym „pluralizm opinii w mediach III RP”. Powtórzę – legitymizujecie wrogi front propagandowy nie zyskując nic w zamian dla sprawy, której ponoć służycie. Dostarczacie żeru wrażym przekaziorom i żadne zaklęcia tego nie zmienią. Tymczasem, owe przekaziory należy konsekwentnie delegitymizować – choćby za pomocą bojkotu, to zawsze można zrobić. Można przecież odmówić Lisowi, czy Monice Olejnik. Można, prawda?

III. Delegitymizować mediodajnie!

Wiarygodność to podstawa skutecznej propagandy. W aktualnych realiach owa „wiarygodność” mainstreamowego przekazu zasadza się na wywoływaniu u odbiorcy wrażenia „obiektywizmu” i „otwartości” danego medium. Efekt ów uzyskuje się zapraszając do studia „pisowca”, „oszołoma”, „mohera”, następnie zaś wspólnie glanując frajera na antenie. Prowadzący wraz z pozostałymi „dyskutantami” mogą sobie na to pozwolić bez obaw o konsekwencje. Oszołom został zaproszony? Został. A że dyskusja miała taki a nie inny przebieg? Widocznie nie miał racji...

W przypadku konsekwentnego bojkotu z „naszej” strony, zarysowana powyżej gra pozorów jest znacznie utrudniona. Ponadto mediodajniom żyjącym z antenowego „mięcha” siada ekspresja przekazu, gdy zabraknie ofiary do pałowania. To zaś oznacza problemy z utrzymaniem oglądalności. Nie wierzę, że tego nie wiecie. Po prostu nie wierzę. Pojął to chociażby Przemysław Wipler wycofując się z firmowania swą twarzą „parówkowego portalu” Lisa.

Mamy Drugi Obieg 2.0. Ostatnie lata, zwłaszcza okres po Tragedii Smoleńskiej, przyczyniły się do jego rozwoju, okrzepnięcia. Mamy własne kanały docierania do odbiorców. Nie tak masowe, nie tak potężne jak elektroniczne środki rażenia pozostające w rękach „tamtych” - ale znacznie bardziej zdywersyfikowane jeśli chodzi o metody docierania do ludzi z naszym przekazem. Tu jest konkretna praca do wykonania. Łażenie po Lisach i Tefałenach nie jest w stosunku do Drugiego Obiegu komplementarne – ono temuż obiegowi szkodzi, rozmydlając przekaz. O Drugim Obiegu 2.0 pisałem – TUTAJ i TUTAJ. Nie będę się powtarzał. Możecie ten drugoobiegowy potencjał, rzecz jasna, zmarnować, rozmienić na drobne w imię pokazania co jakiś czas swej facjaty na ogólnopolskiej antenie – choćby i u Lisa. Możecie, oczywiście. Nikt wam tego nie jest w stanie zabronić.

No, chyba, że te wszystkie fundamentalne, polityczno-ideowe spory to tylko cyrk odgrywany na nasz użytek, żebyśmy mieli się czym ekscytować, a tak naprawdę jesteście Panie i Panowie z tej samej showmańskiej branży i po „krwistym” programie idziecie razem na piwo. Ale w takim razie powiedzcie to jasno i nie zawracajcie nam więcej głowy.

Gadający Grzyb

P.S.

Chciałbym jeszcze powiedzieć coś o ks. Isakowiczu-Zaleskim i jego tournee po mediach wszelakich po tym, jak w wywiadzie-rzece „Chodzi mi tylko o prawdę” spisanym przez Terlikowskiego, napiętnował m.in. homoseksualizm w szeregach Kościoła. Nie wycofując tego, co napisałem w tekście „Klecha kontra kardynał”, muszę stwierdzić, że wszystko o czym traktuje powyższa notka odnosi się również do tej osobliwej pielgrzymki zacnego kapłana po przybytkach typu Superstacja. Co innego wytykać nieprawidłowości „w porę i nie w porę”, a co innego firmować swym wizerunkiem antykościelną nagonkę w którą mediodajnie ochoczo wpisały niepokornego księdza. Człowiek o takim doświadczeniu jak ks. Isakowicz-Zaleski powinien zdawać sobie sprawę z tego, w jaki kontekst szczekaczki będą starały się wpisać jego przesłanie. Roztropność każe nie dostarczać żeru wrogim przekaziorom.

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

wtorek, 5 lipca 2011

Lesbijski agit-prop


Dla niecierpliwych – na zakończenie pikantna anegdotka. Cierpliwym polecam resztę, żeby wiedzieli z jakich powodów wzmiankowana anegdotka została opowiedziana.



I. Serial dla posła Węgrzyna.


Od czasu do czasu popatruję na lecący w Fox Life serial „Słowo na L”. Nie, żeby wciągały mnie perypetie bohaterek - szczerze mówiąc, gdybym miał teraz wymienić ich imiona i streścić fabułę, byłbym w kłopocie. Serial ów zainspirował mnie z zupełnie innych powodów – jako przykład skutecznej propagandy uprawianej za pomocą mediodajni przez środowiska LGBT (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders - Lesbijki, Geje, Biseksualiści i Transseksualiści, tj. pardon - „osoby transgenderyczne”).


Oto mamy do czynienia z grupą lesbijek miksujących się w różnych emocjonalno-łóżkowych konfiguracjach, żyjących ze sobą, rozstających się – ba, procesujących gdy przychodzi do rozwiązania lesbijskiego stadła. Jedna z bohaterek zachodzi nawet w ciążę, by wzbogacić związek potomstwem (a potem się procesuje ze swą eks). To wszystko jeszcze nie wywołuje żywszej pulsacji neuronów; nasze nieszczęśliwe czasy nie takie rzeczy dobijające zdychającą cywilizację Zachodu już widziały - był czas by zobojętnieć.


Rzecz tkwi w czym innym: otóż wszystkie bohaterki są ucieleśnieniem marzeń posła PO Roberta Węgrzyna, pamiętacie – tego, co to by sobie chętnie popatrzył - a także, jak sądzę, różnych „lajfstajlowych feministek” z główkami zaczadzonymi postępackimi nowinkami. Tele-bohaterki są atrakcyjne, młode, wykształcone, niezależne, często o „artystycznym” zacięciu, żyją w wielkim mieście, wykonują wolne zawody – no, słowem żywa reklama mówiąca widzowi – lesbijki są cool, trendy, czadowe, zajebiste i w ogóle super. Reklama jest tym skuteczniejsza, że są również i „momenty”, a jakże – i to nakręcone estetycznie, bez wulgarności. Tak, posłowie Węgrzynowie tego świata mieli by prawo poczuć się usatysfakcjonowani.


Zwróćmy uwagę – facetom ten obrazek mówi: lesbijki to fajne babki, natomiast otumanionym kobiecą prasą „lajfstajlowym feministkom” serwuje przekaz, nazwijmy to, werbunkowy: pragniesz pełnej samorealizacji? Więc zostań... no właśnie. Albo przynajmniej spróbuj – a nuż ci się spodoba.


II. Strategia homoofensywy.


Nie bez przyczyny serial nie opowiada o pedziach lecz o lesbijkach. Widok dwóch facetów penetrujących swe kiszki stolcowe działa wymiotnie. Co innego dwie atrakcyjne kobitki – tu ryzykujemy jedynie tym, że jak się baby całują, to deszcz będzie padał. Krótko mówiąc, niezależnie od sercowych rozterek, zdrad i perturbacji zawodowych pokazywanych pretekstowo - wyłącznie po to, by była jakakolwiek akcja – mamy do czynienia z wyidealizowanym oleodrukiem.


Jest to idealnie zbieżne ze „Strategią homoofensywy”, którą onegdaj opisywałem przy okazji Raportu Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji”, negliżującym m.in. wielofrontową wojnę o zdominowanie społeczeństwa heteroseksualnej większości przez homoseksualną mniejszość. Fundacja Mamy i Taty przywołała sformułowane w 1989 roku przez amerykańskiego aktywistę Marshalla Kirka zasady pozyskiwania kolejnych odcinków przestrzeni publicznej dla szeroko rozumianej gejowszczyzny.


Tu muszę wtrącić ważne rozróżnienie między homoseksualistą a gejem, które onegdaj przedstawiłem w notce „Geje kontra homoseksualiści”. W skrócie chodzi o to, że homoseksualistę poza prywatnymi, łóżkowymi preferencjami, cechuje dyskrecja i szacunek dla ogólnie przyjętych norm społecznych, natomiast gej odznacza się postawą silnie zideologizowaną i spolityzowaną. Gej do swej seksualności dorabia ideologię, której długofalowym celem jest przebudowa społeczeństwa, zgodnie z zasadami ideologii tolerancjonizmu, czyli agresywnej apologii zachowań i obyczajów pozostających w sprzeczności z normami kulturowymi przyjętymi w określonym kręgu cywilizacyjnym. W szerszym wymiarze postawa ta jest częścią składową Antycywilizacji Postępu (o której piszę z kolei TU, TU i TU), dążącej do zniszczenia cywilizacji łacińskiej.


Wróćmy jednak do raportu Fundacji Mamy i Taty. Czytamy tam:



Media wizualne - film i telewizja - to najpotężniejsze środki budowy wizerunku w cywilizacji zachodniej. Homoseksualiści w show biznesie są najlepszą ukrytą bronią w walce o znieczulenie głównego nurtu opinii. Stopniowo wprowadza się postacie i tematy „gejowskie” do filmów i programów.” (wytłuszczenie moje - GG)



No i jesteśmy w domu, jeśli chodzi o rolę przywołanego tu serialu, który jest modelowym przykładem praktycznego zastosowania zacytowanych przed chwilą wytycznych.


Zachęcam do lektury całości Raportu Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji” - warto, choćby po to by mieć argumenty w dyskusji z różnymi postępakami.


III. Czego serial „Słowo na L” nie pokazuje. Nie ma homoseksualistów po pięćdziesiątce?


A teraz wracamy do naszego stadka serialowych lesbijek. I do tego, czego serial „Słowo na L” nie pokazuje. Otóż, widz nie zobaczy lesbijek starych, brzydkich, samotnych, ubogich. Dlaczego? Bo to dla środowisk LGBT kłopotliwy temat i porażająco źle wygląda na wizji. Panujący w naszej zdegenerowanej cywilizacji kult młodości, gdzie starość jest co najmniej nietaktem, u nich osiąga rozmiary przerażającej groteski. Warto zapytać o to, jak ci „homo-wykluczeni” sami bezwzględnie wykluczają ze swego grona tych, którzy przestają z wiekiem „odpowiednio” wyglądać. Podstarzały pedał nie ma czego szukać w gejowskich klubach, nie widujemy takich na paradach równości. No, chyba że są bogaci i wpływowi.


Ta druga, ciemna strona medalu nie jest prezentowana masowej publiczności.


Nie ma dramatów samotności, opuszczenia, żebrania o seks i kiblowej, homoseksualnej prostytucji. Zdawałoby się, że nie ma homoseksualistów po pięćdziesiątce. Nie ma lesbijek po menopauzie, brzuchatych i podstarzałych homosiów – brutalnie odtrąconych, wyszydzonych, odepchniętych, wykluczonych przez środowisko tych, którzy na co dzień przed kamerami tak elokwentnie dopominają się o „prawa”.


Tak się bowiem składa, że gejowscy aktywiści-działacze, ci profesjonalni reprezentanci „uciskanej mniejszości”, mają tyle wspólnego z homoseksualistami obojga płci, ile zawodowi komuniści z różnych kompartii z robotnikami.


IV. Anegdota z Dworca Centralnego.


Na zakończenie anegdotka. Kiedyś na Dworcu Centralnym w Warszawie wszedłem do toalety i zobaczyłem ciekawy obrazek: grono facetów w średnim wieku wystawało przed rzędem zamkniętych kabin. W swej młodzieńczej naiwności pomyślałem, że wszystkie sracze są zajęte, a ci panowie, to kolejka. Stanąłem więc grzecznie gdzieś z boku. Panowie zaczęli rzucać mi spod oka dyskretne spojrzenia. Po kilku chwilach, gdy żadna z kabin nie otwierała się, zacząłem lustrować prześwity między podłogą a drzwiami. Niemal nigdzie nie zaobserwowałem charakterystycznego widoczku butów przykrytych opuszczonymi gaciami. Zrobiło mi się jakoś tak nieswojo, ale cóż – naturalna potrzeba była zbyt silna. Klnąc w duchu szarpnąłem za drzwi najbliższego sracza i czym prędzej zrobiłem co swoje. Na ścianach kibla widniały nabazgrane niezmywalnymi markerami różne numery telefonów komórkowych, czasem okraszone dopiskami w stylu „zawsze dostępny”. Załatwiwszy się, wyszedłem unikając spojrzeń wciąż tkwiących pod przeciwległą ścianą pedałów, ale niemal fizycznie czułem na plecach ich spojrzenia.


I to jest prawda o dramacie homoseksualizmu. Ta żałosna grupa brzuszkowatych, wąsatych jegomościów z saszetkami w dłoniach, w brązowych skórach, sweterkach w romby, znoszonych dżinsach, bazarowych „adidasach”, tkwiących pod ścianą sracza na Dworcu Centralnym. O nich nie kręci się seriali. Oni nie istnieją.


I z całą pewnością nie interesują Biedronia, Legierskiego, czy posła Węgrzyna. Ten ostatni zresztą kontentuje zapewne ducha serialem „Słowo na L”.


Gadający Grzyb

wtorek, 21 czerwca 2011

Wiktor Orban kontra Antycywilizacja Postępu


„Zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci.



I. Jak Unia „nie ingeruje”...


Bardzo chciałbym dziś zobaczyć wszystkich tych mądralińskich, którzy żarliwie przekonywali przy okazji burzy wokół traktatu lizbońskiego i Karty Praw Podstawowych, że Unia Europejska ab-so-lut-nie nie ingeruje w sprawy natury kulturowo-obyczajowej, zostawiając je wyłącznej kompetencji poszczególnych państw członkowskich. Chciałbym ich zobaczyć, powiadam, i spojrzeć głęboko w oczy. Dlaczego? Ano, jak zapewne wielu z Państwa wie, a tych którzy nie wiedzą, niniejszym informuję (za „Naszym Dziennikiem”), iż plemię brukselskich apostołów Antycywilizacji Postępu dostało ataku furii po tym, jak węgierski rząd Wiktora Orbana ośmielił się wydać 416 tys euro z unijnych dotacji na kampanię społeczną promującą postawę pro-life, a konkretnie, by rodzice, zamiast uśmiercać swe nienarodzone dzieci, pozwolili się im urodzić aby oddać je następnie do adopcji. Kampania polega na rozlepianiu w miejscach publicznych i urzędach plakatów przedstawiających dziecko w fazie prenatalnej z podpisem: „Cóż, rozumiem, że nie jesteście gotowi, aby mnie przyjąć, ale pomyślcie dwa razy i oddajcie mnie służbom adopcyjnym. POZWÓLCIE MI ŻYĆ".


Hm, Orban poniekąd sam jest sobie winien, bowiem pieniądze pochodziły z programu o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie PROGRESS (POSTĘP), a Postęp to jedyna świecka religia, jaką wyznaje zideologizowana brukselska biurokracja, ukształtowana w jedynie słusznym duchu „pokolenia ‘68” i będąca ukoronowaniem „długiego marszu przez instytucje”. PROGRESS ma wprawdzie promować zatrudnienie i solidarność, ale jak natychmiast orzekła europejska komisarz sprawiedliwości Viviane Reding, promocja postaw antyaborcyjnych w koncepcji owej „solidarności” się zdecydowanie nie mieści – ba, nawoływanie do powstrzymania się od mordowania nienarodzonych dzieci, tak by dać im szansę na rodzinę adopcyjną jest wręcz głęboko sprzeczne z „europejskimi wartościami”. Następnie pani komisarz wezwała do wycofania plakatów, który to apel okrasiła porcją rytualnych euro-pogróżek – padły słowa o zerwaniu współpracy w ramach programu i karach finansowych.


I to by było na tyle, mówiąc J.T. Stanisławskim, jeśli chodzi o Unię, co to „nie ingeruje”.


II. Zbalansowana ero-rodzina.


Oczywiście, formalny powód całej draki był inny, taki mianowicie, że „kampania ‘nie odpowiada projektowi przedstawionemu przez władze węgierskie’ (...)” (cyt. za NDz). Czemu nie odpowiada? A temu, że w ustalenia wkradło się dość charakterystyczne nieporozumienie pokazujące jak pod lupą różnice cywilizacyjne między zdroworozsądkowym konserwatyzmem premiera Węgier, a antycywilizacyjnym plemieniem Brukselczyków. Otóż w przedłożonym euro-czynownikom projekcie była mowa o promocji „zbalansowanych rodzin”, co postępowa euro-kasta urzędnicza milcząco zrozumiała jako – bo ja wiem? - propagowanie antykoncepcji, aborcji, może nawet eutanazji... Wszak „zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci, sami zaś małżonkowie rozwiedli się, by kontynuować zbalansowane życie w partnerskich homo-związkach. Ooo, jestem pewien, że na takie zbalansowanie postępowi neo-barbarzyńcy z plemienia Brukselczyków nie pożałowaliby euro-rubelków, zaś autorzy takowej akcji spotkali by się z pochlebnym cmokaniem ze strony niestrudzonych wdrażaczy „wartości holenderskich”, które jakoś tak niepostrzeżenie stały się zalecanym kanonem.


A że Orban owo „zbalansowanie” rozumie jako rodzinę, gdzie nie wyskrobuje się dzieci, tylko w najgorszym razie oddaje do adopcji? Uch, to być wielce nieeuropejskie, a zapewne i faszystowskie.


III. Wojna cywilizacji.


Na zakończenie pragnąłbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt pokazujący, że nie o żadne finansowe nadużycie ze strony węgierskiego rządu tu chodzi, a o czysto ideologiczną wojnę, jaką Antycywilizacja Postępu i jej zbrojne ramię w postaci plemienia Brukselczyków toczy z cywilizacją łacińską. Otóż koszt całej akcji to zaledwie 416 tysięcy euro, z czego Unia pokrywa 80%, czyli 332 800 euro. Suma niezauważalna tak z perspektywy budżetu Unii utrzymującego rzeszę darmozjadów, jak i środków transferowanych do nowych krajów członkowskich. Rzecz w tym, że ideologiczne zacietrzewienie nie pozwala Brukselczykom znieść myśli, by choć jedno złupione podatnikom euro zostało wydane na promocję wartości, które oni zaprzysięgli w duchu zniszczyć i wypalić w imię wyznawanej neo-oświeceniowej, tolerancjonistycznej utopii.


Co innego, gdyby promowano zakładanie gumek na banana, techniki penetracji odbytnicy albo „zdrowie prokreacyjne”. Tyle, że węgierski premier, robiący dziś w UE za czarnego luda, nie należy do polityków, którzy konformistycznie kłaniają się przed złotym cielcem Antycywilizacji Postępu, tylko myśli o przyszłości swojego narodu i demograficznym problemie zastępowalności pokoleń. Jest mężem stanu z prawdziwego zdarzenia, który wie, że jego naród nie przetrwa, jeżeli będzie uśmiercał co roku tysiące przyszłych obywateli. I to właśnie leży u podstaw całego rabanu.


Jeśli się mylę, jeśli jest inaczej, to czekam na przykłady współfinansowanych przez Unię inicjatyw pro-life. Zaręczam, że jestem gotów na takie miłe rozczarowanie. Czekam. Ale mam dziwną pewność, że się nie doczekam.


Gadający Grzyb

poniedziałek, 28 lutego 2011

Spiskologia


Nie psioczmy na spiski - róbmy własne!



I. Między „poprawniakami” a „wtajemniczonymi”.


Z tymi spiskami, panie dzieju, to generalnie śliska sprawa. Na hasło „spisek”, a szczególnie już „spiskowa teoria dziejów” większość odruchowo reaguje mieszaniną drwiny i politowania. Postawie tej towarzyszy rysowanie sobie kółeczek na czole, mające sugerować, że wszelkie spiskowe domniemania są domeną wariatów, oszołomów i generalnie, osób dość ograniczonych umysłowo, które nie potrafią sobie uporządkować i wytłumaczyć świata inaczej niż przez dopatrywanie się wszędzie działalności jakichś ciemnych mocy.


Drugi biegun zajmuje mniejszość, która mocą przyrodzonej, bądź stymulowanej przez pewne lektury wnikliwości uznaje, iż posiadła skrywaną przed pospólstwem PRAWDĘ o tajnych mechanizmach rządzących światem, których otumaniona reszta ludzkiej masy nie chce przyjąć do wiadomości. Przełykają frustrującą gorycz odrzucenia, ale zarazem spoglądają na ciemniaków z pewnym poczuciem wyższości, jakie daje przynależność do grona wtajemniczonych depozytariuszy straszliwej wiedzy.


Nie ukrywam, że między tymi dwoma młyńskimi kamieniami czuję się dość niekomfortowo, bowiem daleko mi zarówno do jednych, jak i do drugich.


II. Poprawniacy.


Jeśli chodzi o grupę nr 1 („poprawniacy”), ich – uprzejmie mówiąc – sceptycyzm (a po prawdzie - ignorancja) jest wynikiem dość intensywnej indoktrynacji każącej zamykać oczy nawet na powszechnie wiadome fakty, albo przynajmniej nazywać je inaczej niż by należało, dzięki czemu można osiągnąć poczucie psychicznego komfortu, łudząc się, że za pomocą nowej etykietki zmieni się zawartość słoika, czyli istotę rzeczy. Tak się bowiem składa, że historia, zwłaszcza historia polityczna, jest w znacznej mierze historią spisków, które niejednokrotnie zmieniały losy państw i bieg dziejów. Nie trzeba do tego pogłębionej wiedzy, wystarczy uważać na lekcjach (to znaczy do niedawna wystarczyło, bo jak to wygląda obecnie, po reformach minister Hall, trudno powiedzieć).


Pierwszy z brzegu przykład to triumwirat. Trzech wpływowych facetów umówiło się, że nic w Imperium Rzymskim nie wydarzy się bez ich wiedzy i zgody – spisek w czystej postaci, zmieniający system polityczny Rzymu w oligarchię, mimo formalnego zachowania wszelkich republikańskich procedur. Przykład nieco bliższy, to Okrągły Stół ze wszystkimi magdalenkowymi przyległościami. Na polecenie kremlowskiego genseka zamordystyczna „waadza” zmieniła kurs na „liberalizm”, dogadując się ze starannie wyselekcjonowanymi przez szefa bezpieki przedstawicielami „konstruktywnej” opozycji. Efektem owej zmowy stała się zadekretowana odgórnie fasadowa łże-demokracja w jakimś pokracznym, kartoflano-postkolonialnym wydaniu z którą do tej pory borykamy się i w której grzęźniemy niczym w kisielu. Wyraźnym sygnałem była reakcja na wybory 4 czerwca 1989 roku, kiedy to ludzie w swej naiwnej niedojrzałości, nie dorastając najwyraźniej do „historycznego kompromisu”, wykosili „czerwonych”. I w tym momencie skończyła się demokracja, tudzież szacunek dla woli ludu, gdyż w Magdalence ustalono co innego i trzeba było na gwałt pichcić drugą turę, by w sejmie kontraktowym mógł zasiąść odpowiedni odsetek „ludzi honoru”.


Wszystko co stało się później było już tylko konsekwencją owego podeptania woli wyborców – chociażby to, że między elitami a ludem wyrósł mur nieufności, zaś państwo i jego instytucje wciąż traktowane są przez znaczną część Polaków jako element systemu opresji pozostający w rękach „onych”, dogadujących się ponad głowami nominalnego suwerena – demosu. Demosu, dodajmy, arbitralnie pozbawionego podmiotowości zanim ją odzyskał. Rany społeczne jeszcze długo pozostaną niezagojone.


Tak przy okazji – ów „spisek założycielski” III RP tłumaczy, dlaczego jego beneficjenci za pomocą posiadanego aparatu propagandowego z „Gazetą Wyborczą” na czele tak intensywnie wbijali do głów tubylców, że żadnych spisków nie było, nie ma i być nie może, a kto ulega spiskowej histerii, ten wariat. Ów zabieg okazał się na tyle skuteczny, że programowa niewiara w jakiekolwiek zakulisowe knowania stała się wręcz jednym z niezbędnych atrybutów współczesnego neo-inteligenta.


III. Wtajemniczeni.


No dobrze, dlaczego jednak, skoro przyjmuję do wiadomości istnienie spisków, jest mi równie daleko do drugiej z omawianych tu grup (nazwa robocza - „wtajemniczeni”)? Ano dlatego, że w mojej ocenie popełniają podstawowy błąd. Otóż globalne procesy zachodzące w świecie przypisują na ogół działalności jednego, ukrytego a wszechpotężnego centrum decyzyjnego. W zależności od tego kogo bardziej nie lubią, za owo „centrum” biorą a to masonerię, a to syjonizm (czasem zresztą przechodzi to płynnie w „żydomasonerię”), to znów polityczno-biznesowo-masońsko-żydowski spisek mający zaprowadzić New World Order („Nowy Porządek Świata”) z Rządem Światowym. Jest jeszcze Opus Dei, czy - w skrajnych przypadkach - nawet „ufonauci” (kosmici władający potajemnie ludzkością). Niegdyś modny był również np. spisek jezuitów.


Tymczasem, rzeczywistość jest znacznie bardziej skomplikowana. W zglobalizowanym świecie funkcjonują bowiem globalne grupy interesu, wpływu, lobbies - jak zwał, tak zwał. Takie ogólnoświatowe sitwy motają oczywiście swoje sieci, starając się by, najogólniej rzecz ujmując, sprawy potoczyły się w pożądanym przez nie kierunku. Czasem ze sobą współdziałają a czasem nie. Charakter owych grup jest różny: ideologiczny, biznesowy, nacjonalistyczny (ekspansja gospodarcza Chin!)... Przyznaję, że z pewnego oddalenia faktycznie może to wyglądać, jakby jakiś mistrz marionetek pociągał nad globusem sznurkami, jednak takie podejście więcej zaciemnia niż wyjaśnia, bowiem między najbardziej nawet wpływowym lobby a czymś w rodzaju, dajmy na to, Rządu Światowego, istnieje dość spora różnica.


Weźmy dwie niewątpliwie istniejące grupy interesu jakimi są lewactwo (lobby ideologiczne) i Izrael (lobby nacjonalistyczne). Lewacy nienawidzą Izraela jak zarazy jako sługusa amerykańskiego imperializmu, czego efektem jest chociażby fala żydożerstwa we Francji i sympatia lewicy dla świata arabskiego (stąd modne w tym środowisku „arafatki”), co zresztą nie przeszkadza tejże lewicy w rytualnym oskarżaniu Kościoła Katolickiego o antysemityzm. Z drugiej strony, intelektualne elity żydowskiej diaspory w USA (wpływowej do tego stopnia, że niektórzy uważają, iż to „ogon kręci psem”) sympatyzują z Demokratami i „liberalnymi” (po naszemu – lewicowymi) mediami, które nie zostawiają suchej nitki na republikanach i „faszyście” G.W. Bushu, który rozpętał „żydowskie” ponoć wojny w Iraku i Afganistanie. Inni Żydzi z kolei są wpływowymi postaciami w republikańskim establishmencie. Żeby było jeszcze ciekawiej, globalni spekulanci jak węgierski Żyd George Soros finansują marsz lewackiej, neo-totalitarnej z ducha Antycywilizacji Postępu (A.P. - zob. TU, TU i TU) i jej przeróżne postępackie działania mające przyśpieszyć kres i tak już dogorywającej cywilizacji łacińskiej.


Wychodzi na to, że ci sami lewacy, którzy zmietliby najchętniej Izrael z powierzchni ziemi, współpracują zarazem z Żydami na innych poletkach nie gardząc „żydowskimi” pieniędzmi, które ci sami Żydzi wręczają zaprzysięgłym wrogom izraelskiego państwa. To nie „rząd światowy”, tylko tradycyjny światowy galimatias w którym raz ścierają się, innym razem współpracują różne sitwy, których przedstawiciele na dodatek zasiadają czasem w tych samych lożach masońskich (a i w lożach, jak znam życie, też są różne zwalczające się frakcje). Business as usual, tyle że obecnie na globalną skalę, ot i wszystko.


IV. Spiski a Czwarta Rzeczpospolita.


Kto wie, czy podejście cechujące „wtajemniczonych” w skali mikro (krajowej) nie stało się jedną z przyczyn politycznej porażki rządu Jarosława Kaczyńskiego. Nie siedzę w głowie prezesa PiS, ale wydaje się, iż autentycznie wierzył w istnienie jakiejś „centrali” (np. grupy oligarchów z agenturalnymi powiązaniami), która zza kulis steruje Polską i wystarczy dotrzeć do owego jądra, by radykalnie zmienić sytuację w kraju. Błędna diagnoza. Istnieje bowiem wiele sitw – biznesowych, przestępczych, intelektualnych, urzędniczych, korporacyjnych, agenturalnych itd., których naturalnym interesem jest obrona status quo i nie potrzeba żadnego ober-dyspozytora, by wszystkie kręciły z grubsza w tę samą mańkę. Magdalenko-pochodna III RP u samego zarania stworzyła im przyjazny habitat. Należy przy tym dodać, że nie muszą to być zbiory rozłączne. Przykładowo, można spokojnie wyobrazić sobie wpływowego prawnika, który jest powiązany z podziemiem przestępczym piastując zarazem funkcję profesora uniwersytetu, ale też jednocześnie obsługującego interesy jakiegoś oligarchy, wyznając przy tym poglądy a la „Wyborcza” i doradzając rządowi, mając przy tym w biografii współpracę z SB a obecnie pozostając na służbie obcego wywiadu. Łapiecie?


Każde administracyjne uderzenie w tego typu typu sitwy skazane jest na porażkę. Pajęczyna się ugnie, pękną może niektóre włókienka ale efektem łowów będzie co najwyżej jeden czy drugi skorumpowany urzędnik, agent, szemrany biznesmen... Jedyną skuteczną formą walki z siecią układów jest kompleksowa reforma struktur państwowych tak, by owe układy nie miały się na czym pożywić. Jeżeli np. złapano iluś tam urzędników z Ministerstwa Finansów, którzy za łapówki umarzali podatki, to następnym logicznym krokiem byłaby nowelizacja przepisów likwidująca sferę urzędniczej uznaniowości. I tak na każdym polu, konsekwentnie – aż do szczęśliwego nadejścia IV RP.


V. Nie lada jaki spisek...


W niniejszym tekście starałem się zarysować dwa, błędne moim zdaniem, podejścia do problemu spisków: programową niewiarę charakteryzującą „poprawniaków” oraz równie programową nad-wiarę „wtajemniczonych”, jakoby globalny spisek modelował i organizował całą naszą rzeczywistość. Cóż, potajemne knowania zawsze będą nam towarzyszyły. Jak uchronić się przed ich zbyt daleko idącym wpływem na nasze życie? Ukrócenie systemowych, korupcyjnych zachęt, wbudowanych w funkcjonowanie zarówno państw jak i międzynarodowych instytucji, byłoby niezłym początkiem. Proste i trudne zarazem. Aby to przeforsować trzeba by nie lada jakiego spisku... Naszego spisku.


Gadający Grzyb

wtorek, 1 lutego 2011

Rząd Donalda Tuska reaktywuje koncepcję „goralenvolku”.


Czy czeka nas powtórka z Ruchu Autonomii Śląska?



I. „Goralenvolk” - recydywa.


W mającym trwać od 01.04 do końca czerwca tego roku narodowym spisie powszechnym przewidziano nowinki polegające na poszerzeniu palety dostępnych opcji narodowościowych i etnicznych. Oprócz narodowości śląskiej, będzie można zadeklarować m.in. narodowość góralską.


W ten oto sposób rząd III RP wpuścił tylnymi drzwiami do publicznego obiegu narodowosocjalistyczną, hitlerowską koncepcję „goralenvolku”, czyli „narodu góralskiego”.


Przypomnijmy, że koncepcję „ludu”, bądź też „narodu” góralskiego, który miał rzekomo posiadać germańskie korzenie, hitlerowska administracja Generalnej Guberni usiłowała przeforsować podczas... spisu powszechnego w czerwcu 1940 roku. Mimo szykan, zaledwie ok. 27 tys. na 150 tys mieszkańców zdecydowało się przyjąć „karty góralskie”, przy czym, w wielu przypadkach decydowały prozaiczne względy – racje żywnościowe, zwolnienie bliskich z obozów jenieckich itp.


Polskie władze podziemne od początku traktowały goralenvolk jako kolaborację. Szef „Goralenverein” (kontynuacji przedwojennego Związku Górali) Wacław Krzeptowski został z wyroku Polskiego Państwa Podziemnego powieszony przez partyzantów z AK 20.01.1945 roku. Generalnie, „goralenvolk” delikatnie mówiąc, nie cieszył się sympatią miejscowych, o czym świadczy również zakończona niepowodzeniem próba stworzenia Goralishe Waffen SS Legion. (więcej - http://pl.wikipedia.org/wiki/Goralenvolk ).


Doprawdy, w powyższym kontekście cisną się pod pióro grube złośliwości na temat genetycznych, wehrmachtowskich obciążeń premiera, które zdają się co jakiś czas wyłazić na wierzch – czy to przy okazji dopieszczania Ruchu Autonomii Śląska, którego lider, Jerzy Gorzelik, jawnie demonstruje swe antypolskie nastawienie, czy to przy okazji przewijającej się w twórczości Tuska autonomii Kaszub, czy też, jak obecnie - „narodowości góralskiej”.


II. Hodowla sojusznika na wrogim terenie.


Ja jednak, starając się dociec choćby cienia racjonalnych przyczyn tego poronionego pomysłu, pozwolę sobie na małą teoryjkę spiskową. No bo, pomyślmy – jeśli ma być „narodowość góralska”, to czemu nie „kurpiowska” albo, dajmy na to - „mazurska”?


Otóż, moim skromnym zdaniem, jest to próba zantagonizowania lokalnej społeczności w regionie uchodzącym za „bastion PiS”. Zawsze jest możliwość, że jakiś odsetek zadeklaruje „góralską” przynależność etniczną (tak jak owe 27 tys. w 1940 roku), następnie „mniejszość” się zorganizuje – i będzie można w następnych wyborach samorządowych powtórzyć koalicyjny manewr dokonany niedawno w sejmiku wojewódzkim z Ruchem Autonomii Śląska. Może nie od razu na skalę województwa, ale kilku gmin, czy powiatu tatrzańskiego – czemu nie?


Patrząc pod tym kątem, mamy do czynienia z próbą wyhodowania sobie przez PO sojusznika na wrogim terenie (wedle myślenia – spójrzcie: to my, Platforma, obdarowaliśmy was, górali, narodowością, dbamy o waszą odrębność kulturową, a ci zamordyści i centraliści z PiS-u, chcieliby was zglajszachtować z „ceprami”). Słowem - dziel i rządź! Hitlerowcom wprawdzie nie wypaliło, ale „swoim” teraz, po 20 latach „poprawnościowej” tresury w duchu „państwo narodowe to przeżytek”, kto wie... Pozostaje wierzyć w góralski patriotyzm i zdrowy rozsądek. Z drugiej strony jednak nie wolno zapominać o pokusie związanej z unijnymi „dutkami”. Takie „mniejszości” są programowo dopieszczane, również finansowo.


III. Efekt domina?


Inna moja obawa, abstrahując już od politycznych sympatii i antypatii, a patrząc na sprawę bardziej „państwowo”, wiąże się z możliwością uruchomienia „efektu domina”, kiedy to uznania za „grupy etniczne” będą domagały się kolejne „mniejszości”, które nagle „odkryją” swą tożsamość. Ujmując sprawę nieco karykaturalnie, skrajnym efektem może być wręcz regres do początków naszej państwowości i powrót do jakiejś struktury quasi-plemiennej. Tego typu procesy i dążenia są hołubione przez różne finansowane z budżetu UE instytucje, wspomagające wszystko co może przyczynić się do rozpadu tradycyjnych państw. Kto zagwarantuje, że nagle nie objawią się jacyś neo „-Kujawianie”, „-Bobrzanie”, „-Goplanie” czy inni „-Wieleci”? (Zwłaszcza to ostatnie Niemcom by się podobało...). Takie „rozformowanie” narodu na luźny etniczny konglomerat, skupiający się przede wszystkim na swych, jak się to ładnie ujmuje „małych ojczyznach” byłoby wielce europejskie i postępowe...


OK – postraszyłem, doprowadzając problem do absurdu, niemniej przy okazji recydywy „goralenvolku” w nowym, euro-tolerancjonistycznym opakowaniu, mamy do czynienia z właśnie tego rodzaju eksperymentem. Zresztą, nie pierwszy to raz, kiedy dla spodziewanych korzyści politycznych obecny rząd igra sobie z polskim interesem narodowym. A byty raz powołane do życia potrafią wykazywać się dużą żywotnością i nabierają własnej dynamiki. Wystarczy spojrzeć, czym był RAŚ jeszcze kilka lat temu – bagatelizowanym marginesem. Dziś współrządzi województwem śląskim i dzięki PO forsuje swe postulaty. Wystarczy, że „naród góralski” przybierze jakieś formy organizacyjne i znajdzie swego Gorzelika, a podobny problem stanie się faktem w kolejnym regionie Polski.


Gadający Grzyb


P.S. Dzisiejsze „Warto rozmawiać” poruszy tę samą tematykę.



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 23 lipca 2010

Homoseksualiści kontra geje...


..czyli o homofobicznych homoseksualistach słów kilka.

I. Zawodowa gejowszczyzna.

Przy okazji niedawnej warszawskiej gej – parady, stanowiącej zwieńczenie „Tygodnia Dumy”, przypomniała mi się notka „Geje kontra homoseksualiści”, którą opublikowałem nieco ponad rok temu. Generalnie, myśl przewodnia sprowadzała się do rozróżnienia pojęć „gej” i „homoseksualista”. Otóż, homoseksualistę, poza wiadomymi preferencjami, cechuje akceptacja ogólnie przyjętych norm społecznych. Oznacza to m.in., że łóżkowe sprawy zostawia za drzwiami sypialni i nie wynosi ich na forum publiczne - nie odczuwa potrzeby epatowania swą seksualnością otoczenia.

Geje natomiast, pod pozorem walki z nietolerancją, arogancko żądają afirmacji swego trybu życia, promując w sferze publicznej swoisty kult homo - rozwiązłości. Cechuje ich przy tym silnie zideologizowana i spolityzowana postawa – można powiedzieć, że czują się swoistą „awangardą postępu”, uzurpując sobie zarazem prawo do reprezentowania wszystkich osób o homoseksualnych skłonnościach, nie bacząc na to, czy tym osobom się to podoba, czy nie. Zawodowi geje, podobnie jak zawodowe feministki, a wcześniej – zawodowi komuniści, czują przemożną potrzebę wyzwolenia społecznej „klasy”, przypisując swój światopogląd wszystkim domniemanym tejże „klasy” przedstawicielom. Bez pytania o zdanie, bo niby po co? Gdy zwyciężymy, to nielewomyślnych homoseksualistów podda się reedukacji w odpowiednim duchu, albo nawet wsadzi do tiurmy za... homofobię!

To trochę tak, jakby „heterycy” byli reprezentowani przez zawodowych ekshibicjonistów, którzy z parkowych zaułków „wycomingoutowali się” do mediorzeczywistości, czyniąc z aktu okazywania bliźnim swych genitaliów kwestię polityczną.

Czy „heterycy” zgodziliby się na dyktat ekshibicjonistów? Nie sądzę.

Czy homoseksualiści muszą się godzić na podobny „gejopoprawnościowy” dyktat? Otóż nie, nie muszą.

I, co więcej, nie godzą się. Tylko, że ich głos jest przez ultrapostępowe mediodajnie starannie wyciszany.

II. Pani redaktor się dziwi.

Paradoksalnie, jako dowód owego przemilczania przytoczę wywiad ze... stołecznego dodatku „Gazety Wyborczej”, która w minionym tygodniu w pełni zasłużyła na miano „Gazety Gejowskiej”. Ów wywiad, opatrzony „prowokacyjnym” tytułem „Geje którzy nie idą na Euro Pride: , przeprowadzony został z homoseksualną parą, która, delikatnie mówiąc, nie pała entuzjazmem do próbującej ich zawłaszczać krzykliwej gejowszczyzny. Fakt, że ów wywiad został przeprowadzony i opublikowany, interpretuję dwojako:

1)
Po fali propagitki utrzymanej w duchu gejowszczyzny w redakcji uznano, że dla zachowania pozorów obiektywizmu należy odnotować „zdanie odrębne”.

2) W tzw. „branży” opór przeciw „zawodowym reprezentantom” jest na tyle silny, że nie dało się dłużej ignorować głosów homoseksualnych „dołów”.

Tak, czy inaczej, lektura artykułu dostarczyła mi wiele radości. I to nie ze względu na interlokutorów - Michała i Łukasza, którzy mówią sensownie, lecz ze względu na arcypostępową panią redaktor Martę Krzeptowską, której najwyraźniej nie mieści się w zmodernizowanej główce, że homoseksualistom może nie pasować podszyty szantażem dyktat gejowszczyzny. Kolejne pytania pani Marty dowodzą kompletnej bezradności w obliczu nieznanego zjawiska, jakim jest brak jednomyślności „grupy docelowej” w obliczu polit-ideologicznego wyzwania.

Spójrzmy:

Pani redaktor pyta o powody, dla których jej rozmówcy nie wybierają się na paradę. Następnie, nieco zdziwiona, dopytuje, czy to dlatego, że parada jest krzykliwa i kolorowa, by w kolejnych pytaniach desperacko dociskać, że przecież „ludzie walczą w ten sposób o akceptację” i „niecałe środowisko myśli w ten sposób” (pisownia org. - G.G.), na koniec zaś spytać się z troską czy aby panowie nie boją się narażenia znajomym.

Co odpowiadają Łukasz i Michał? Oto garść cytatów:

„(...) Przez takie parady utrwala się negatywny obraz środowiska homoseksualnego(...)” „(...)Ta forma nas odrzuca, powoduje niesmak, a czasem wręcz złość(...)” „(...)Roznegliżowani panowie o wymuskanych torsach i wymalowanych brwiach mają reprezentować nasze interesy?(...)” „(...)Niech pokażą, że są wartościowymi ludźmi, a nie przebierańcami(...)” „(...) Rozmawiać ze społeczeństwem, a nie narzucać tęczowy monolog(...)”


Zresztą, całość wywiadu zamieszczam w post scriptum – polecam.

Symptomatyczne jest narastające zdumienie pani redaktor. Jak to, zdaje się mówić między wierszami – tu kwiat gejowszczyzny demonstruje... no, może mniejsza z tym, co konkretnie demonstruje, ale idea słuszna, a wy - Michale i Łukaszu, się alienujecie? Redaktor Krzeptowska jest w kłopocie: z jednej strony chciałoby się pryncypialnie potępić homofobów, z drugiej zaś – to są jednak przedstawiciele właściwej mniejszości. Na dodatek z kontekstu wynika, że są młodzi, wykształceni i mieszkają w dużym mieście. Nie to, co jakieś zapyziałe, prowincjonalne mohery...

Dysonans poznawczy to istny koszmar. Zwłaszcza dla dziennikarki, która nagle dowiaduje się, że świat nie jest czarno-biały.

Najgorsze (z punktu widzenia oświeconych sił Postępu) jest to, iż zważywszy na mizerną frekwencję Euro Pride, większość osób homoseksualnych zdaje się podzielać postawę Michała i Łukasza.

Od razu zastrzegam - nie kupuję argumentacji, że ci, którzy nie przybyli boją się coming out’u, bo mieliby przechlapane w lokalnych środowiskach. Nie po tym, jak za uporczywe wyzywanie sąsiadów od „pedałów” pewna Wolinianka zarobiła sądowy wyrok.

Cóż, nie wątpię, że z punktu widzenia zawodowych gejów, powyższa para homoseksualistów kwalifikuje się co najmniej do antyhomofobicznej reedukacji. (W myśl hasła: „Homofobia – to się leczy!”). Homofobiczny homoseksualista? To tylko pozorny oksymoron. Do łagrów trafiali wszak m.in. robotnicy, którym nie podobał się zafundowany im przez „przedstawicieli klasy pracującej” raj na Ziemi...

III. Medio - rzetelność.

Tak a propos - zwróćmy uwagę na „rzetelność” mediodajni. W tym samym, weekendowym czasie, miały miejsce dwie imprezy. Na polach grunwaldzkich inscenizacja w 600-lecie bitwy, mimo morderczego upału (w pełnym słońcu temperatura dochodziła do 40 stopni), zgromadziła grubo ponad sto tysięcy osób (byłem, widziałem, poparzeń słonecznych się nabawiłem ;)). Warszawska gej – parada zgromadziła około ośmiu tysięcy uczestników. Co w niedzielę 19 lipca AD 2010 było newsem nr 1? Oczywiście, parada gejowskich aktywistów, zaś o Grunwaldzie wspominano w trzeciej kolejności (po wypadku taterników) z naciskiem na fatalną organizację imprezy (co, niestety, jest prawdą).

Podtekst suflowanej dez-informacji jest jasny: nie pchajcie się na ten cały Grunwald, bo to upał i niemożliwe do rozładowania korki. Lepiej udajcie się na gej – paradę, gdzie jest fajnie, kolorowo, wielkoświatowo, europostępowo i w ogóle. No, może zjawi się jakaś grupka prawicowych ekstremistów (a co – tworzenie atmosfery zagrożenia jest najlepszym gwarantem umacniania jedności polityczno – światopoglądowej), ale dzielna policja już tym wichrzycielom pokaże... Nie to, co pod tym całym Grunwaldem, gdzie drogówka spieprzała ze strachu przed rękoczynami ze strony kierowców...

Jeżeli ktoś potrzebuje przykładu na ideologiczne zaangażowanie mediodajni w służbie ideologii tolerancjonizmu i szerzejAntycywilizacji Postępu, to zarysowana powyżej, wielce charakterystyczna gradacja „ważności” newsów mówi wszystko.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. Wywiad z Michałem i Łukaszem zamieszczono również na lesbijskim portalu kobiety-kobietom.com. Komentarze pokazują, jak obce osobom homoseksualnym są krzykliwe zapędy zawodowej gejowszczyzny.

P.S.2 A oto całość wywiadu:

Marta Krzeptowska: W sobotę wyruszy parada EuroPride. Nie wybieracie się. Dlaczego?

Michał (25 lat) i Łukasz (22 lata), żyją ze sobą i tworzą wspólnie projekty medialne od sześciu lat: - Przez takie parady utrwala się negatywny obraz środowiska homoseksualnego. EuroPride krzyczy: "My istniejemy, niech nas zobaczą!". Dobrze, niech nas zobaczą. Ale nie takich. To prawda, istniejemy. Ale my to nie tęczowy zespół pieśni i tańca. By kogoś tolerować, a potem zaakceptować, najpierw trzeba go poznać. Przez takie poznanie, jakie oferuje parada, chyba mało kto chce brnąć dalej w taką znajomość.

Dlatego, że parada jest krzykliwa i kolorowa?

- Ta forma nas odrzuca, powoduje niesmak, a czasem wręcz złość. Nie dziwi nas, że społeczeństwo reaguje na parady negatywnie i emocjonalnie. Bo pokazują całe środowisko LGTB przez pryzmat seksualności. Roznegliżowani panowie o wymuskanych torsach i wymalowanych brwiach mają reprezentować nasze interesy? Zdecydowanie nie. Bo wtedy ludzie postrzegają nas jako istoty niecywilizowane, które swoją prywatność i intymność wynoszą na ulicę. To tak jakby sto heteroseksualnych par w obscenicznych skórzanych strojach wskoczyło na lawetę i ruszyło w miasto, namiętnie się całując. Uwagę to przykuwa, ale co z tego wynika? Nic. Jak potem można uważać nas za partnerów do rzeczowej dyskusji na temat istotnych dla nas problemów, np. jak zmienić prawo, bym mógł odwiedzić w szpitalu ukochaną osobę czy zabezpieczyć jej status. Trafne jest powiedzenie: "Jak cię widzą, tak cię piszą". A co ludzie widzą na paradzie? Cyrk oraz promujących się polityków. To żenujące. I wypacza obraz homoseksualistów.

Ale ludzie walczą w ten sposób o akceptację.


- Tak, ale najpierw niech pokażą cechy i elementy łączące, a nie skrajne różnice. Niech pokażą, że są wartościowymi ludźmi, a nie przebierańcami. Chodzi o nasze bezpieczeństwo i godność. Czemu mamy być narażeni na wulgaryzmy, rękoczyny, potępianie z ambon, uosabianie geja z pedofilem? Chcemy być traktowani normalnie.

Niecałe środowisko myśli w ten sposób.

- To nasze subiektywne zdanie. To prawda, że parady przekazują zawsze jakieś edukacyjne treści i są dla niektórych bodźcem do myślenia, na uwagę zasługuje pozytywny wydźwięk imprez towarzyszących EuroPride, jak konferencje społeczno-biznesowe oraz spektakle teatralne. Ale społeczeństwo koncentruje się głównie na paradzie. Wtedy efekty są odwrotne do zamierzonych. Jesteśmy ludźmi, kochamy tak samo, tak samo cierpimy, tak samo martwimy się i staramy o ukochaną osobę. Są wśród nas indywidualności, które na paradach są zgrupowane niczym kompania reprezentacyjna, co tworzy nasz obraz.

Nie boicie się, że taką oceną narazicie się znajomym?

- Wiemy o tym i bardziej ze względu na nich niż nas samych nie podajemy nazwisk. Chodzi nam o szersze spojrzenie. Na nasz stosunek do świata i innych osób, na nasze zaangażowanie społeczne i zawodowe. A nie na nasze łóżko, bo to nasza intymność, taka sama jak pani.

Jak więc homoseksualiści powinni walczyć o swoje prawa?

- Rozmawiać ze społeczeństwem, a nie narzucać tęczowy monolog. Pokazać naszą normalność. Wciąż jest wiele dyskryminacji, masa prawnych ograniczeń. Rozmawiajmy na argumenty, nie osaczajmy. Tu nie chodzi o walkę, ale o coś, co nam się najzwyczajniej należy - o ludzkie traktowanie. Mądrych form do tego jest wiele.

poniedziałek, 29 marca 2010

Międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji…


… czyli autodonos na posługiwanie się przez autora homofobiczną „mową nienawiści”.

I. Ofensywa sądowa.

Na marginesie swojego procesu, Joanna Najfeld podaje na stronie http://mamproces.pl/ następującą informację:

„blisko związane z promotorami aborcji środowisko gejów ostatnio rozpoczęło otwartą ofensywę sądową; do masowego pozywania do sądu krytyków ideologii homoseksualnej nawoływali działacze lewicy na konferencji w siedzibie Gazety Wyborczej, jednym z głównych głosicieli tego pomysłu jest Krystian Legierski, który zachęca do pozywania i apelowania aż po sądy zagraniczne; Legierski wytoczył kilka procesów o “homofobię” prawicowym politykom, prokuraturą i utratą pracy grozili też lewicowi działacze Wojciechowi Cejrowskiemu za cytowanie Biblii o homoseksualizmie na katolickiej uczelni… i tak dalej, i tak dalej.”


II. Rachunek sumienia z myślozbrodni.


Biorąc pod uwagę, że procesowa homogorączka przybiera na sile i doszło już nawet do skazania jakiejś kobiety z Wolina za publiczne lżenie od „pedałów” swego sąsiada, postanowiłem zrobić rachunek sumienia, czy aby kiedykolwiek nie skaziłem przestrzeni publicznej homofobiczną „mową nienawiści”, na którą to pozaprawną kategorię z takim przejęciem powoływała się sędzina Ewa Tkocz w ustnym uzasadnieniu wyroku przeciw „Gościowi Niedzielnemu”. (Wiem, że tam chodziło o aborcję, ale sama zasada ma perspektywy znacznie szerszego zastosowania, jak od lat dzieje się to na Zachodzie).

No cóż - ze zgrozą odkryłem, że najprawdopodobniej posłużyłem się publicznie „mową nienawiści” co najmniej dwukrotnie: pierwszy raz publikując na „Niepoprawnych” notkę „Geje kontra homoseksualiści”, drugi zaś raz o wiele wcześniej, co świadczy zapewne o mojej nieodwracalnej demoralizacji, bez szans na resocjalizację w jedynie słusznym duchu Antycywilizacji Postępu. Ponieważ w międzyczasie nie zmieniłem poglądów i zmieniać nie zamierzam, to być może są nawet widoki, by moją myślozbrodnię podciągnąć pod kodeksową konstrukcję „przestępstwa ciągłego”.

III. Międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji.


Niniejszym, składam zatem autodonos, który, jeśli taka wola, może sobie wykorzystać pan Legierski, czy inny homoaktywista.

Otóż, swojego czasu, Rafał Ziemkiewicz prowadził na antenie „Radia Plus” audycję „Plusy dodatnie, plusy ujemne”, która była próbą przeszczepienia na polski grunt konwencji amerykańskiego „talk radio”. Jednym z punktów programu był prześmiewczy w założeniu konkurs, polegający na wymyślaniu przez słuchaczy rodzimych, polit-poprawnych odpowiedników dla pojęć, które w aktualnej polszczyźnie nie brzmią wystarczająco „afirmatywnie”. Tak się złożyło, że wygrałem jedną z nagród: konkretnie - w konkursie polegającym na znalezieniu odpowiednio „postępowego” określenia dla nazwy „stosunek lesbijski”. Moją, jak się okazało, zwycięską, propozycją było określenie „międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji”. Pojęcie to wygłosiłem na antenie ogólnopolskiego, jak by nie było, radia.

Wygrałem koszulkę. Sądowi podpowiadam, że można to podciągnąć pod tzw. „niskie pobudki”, jak np. żądza zysku, skorelowana z nienawiścią do „innych orientacji seksualnych”.

IV. Doktrynalne rozterki.

Po dokonaniu powyższej ekspiacji już miał mi spaść kamień z serca, pojawiła się jednak, jakby tu rzec, rozterka o charakterze doktrynalnym. A co, jeżeli sformułowanko „międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji” zostanie podchwycone i rozpropagowane w naświetlonym pozytywnie kontekście przez uczone tolerancjonistki z „genderowych” katedr? Jeśli przebije się do powszechnej świadomości i będzie wymawiane we wszystkich mediodajniach z pełną powagą i stosownym namaszczeniem? (W myśl zasady: „wymyśl najgłupszą rzecz, a oni to zrobią”). Czy, jeśli tak się stanie, powinienem zastrzec sobie copyright do tego, jakże naukowo i politycznie perspektywicznego, pojęcia? Jeżeli tak, właśnie to czynię, ostrząc sobie reakcyjne ząbki na przyszłe tantiemy (znów ta niska chęć zysku, ale cóż począć...).

Dlaczego uważam, by naszkicowany wyżej scenariusz był możliwy? Ano, skłonił mnie do tego artykuł RAZ-a w „Rzepie”, w którym to autor opisuje takie przykłady genderowych szaleństw, jak paradowanie z twarzą wysmarowaną krwią menstruacyjną po campusie (to w USA), feministyczna rozprawa na temat ideologicznych aspektów stosowania atrapy penisa, czyli tzw. „dilda” (to już u nas) i generalnie, polityczne traktowanie tego, co w normalnych czasach zostawałoby za drzwiami sypialni.

Z tego co się orientuję, seks jest dla feministek czynnością o dogłębnie ideolo-politycznym charakterze. Seks małżeński to patriarchalna forma ucisku kobiety przez mężczyznę, wynikła w ten sposób ciąża jest „niezdrowym poświęceniem się kobiety na rzecz gatunku” (M. Środa) i tak dalej. Zatem, logicznie rzecz biorąc, stosunek lesbijski… wróć! – „międzykobiecy akt wzajemnej emancypacji”, jest aktem wyzwolenia, z przeproszeniem, cipki, spod fallicznej dominacji.

Tylko, jak w tym kontekście nazwać stosunek homoseksualny między mężczyznami? „Międzymęskim aktem wzajemnego ucisku”? Nie brzmi to zbyt dobrze. A może „międzymęskim aktem anty-heteroseksualnego wyzwolenia”? To już lepiej, choć może zbyt rozwlekle. Czekam na zgrabniejsze propozycje Czytelników. Wspomóżmy doktrynalny rozwój gnębionych mniejszości!

***

Zakończę pytaniem do antycywilizacyjnych inkwizytorów, tudzież cenzorskich kapłanów Postępu w sędziowskich togach: czy powyższe hiperpoprawnie brzmiące i jakże ideologicznie postępowe określenia, ale sformułowane z prześmiewczą intencją - z wrogich i głęboko niesłusznych, że tak się wyrażę, pozycji, narusza „dobra osobiste” gejów i lesbijek, czy też, póki co, mogę jeszcze spać spokojnie?

A może, powinienem złożyć zawczasu samokrytykę?

Gadający Grzyb

Notki "sądokratyczne":

www.niepoprawni.pl/blog/287/kaplani-w-togach-przyczynek-do-antycywilizacji-postepu-odc2

www.niepoprawni.pl/blog/287/trzecia-wladza-z-ulicy-mysiej


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl