Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brukselczycy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brukselczycy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 marca 2012

Kosztowne euro-ambicje Tuska


Tusk zrobi wszystko, by zasłużyć na euro-nagrodę. Za te mrzonki zapłacimy wszyscy i to prędzej niż się wydaje.


I. Wielkie nadzieje

Skoro „Uważam Rze” powołuje się ostatnio na Grzyba, to i Grzyb powoła się na „Uważam Rze”;) Chodzi oczywiście o wiadomość Piotra Zaręby, jakoby Donald Tusk, z zawodu premier, miał być jedynym kandydatem Europejskiej Partii Ludowej (EPP) na Przewodniczącego Komisji Europejskiej po wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku. Nastąpiło wprawdzie błyskawiczne dementi i to z dwururki – premier „nic o tym nie wie”, zaś minister ds. Twittera, Radosław Sikorski oznajmił wręcz iż rozpuszczanie takich spekulacji jest „nieuprawnione i niepatriotyczne”. Ponieważ jednak zwykłem korzystać z dobrych wzorców i wierzę tylko w zdementowane informacje, to pozwolę sobie stwierdzić, iż z tą euro-posadą dla Ober-Admina Trzeciej RP musi być jednak coś na rzeczy.

Taka perspektywa tłumaczy bowiem całokształt przyjętej linii „nie-rządu” od 2007 roku, zarówno w polityce wewnętrznej, jak i międzynarodowej, która sprowadzała się do zasady: nie narazić się wpływowym graczom w kraju i za granicą. Do niedawna jedynie plotkowano o łasce, jaka miała spłynąć na szefa miejscowej Dyktatury Matołów w postaci jakiejś fuchy w Brukseli, natomiast obecnie znamy już stanowisko i horyzont czasowy – w każdym razie wiemy, do kiedy Tusk musi dodryblować, zanim tu wszystko pierdyknie. Deadline to rok 2014 i wybory do europarlamentu po których nasz Ober-Matoł ma zostać szefem KE.

II. Polityka masowania

To wszystko oczywiście złudzenia - obietnice łakoci, podrzucane przez Merkozego ambitnemu frajerowi usadowionemu na czele wasalnego rządu. Realnie Tusk może liczyć na jakieś pomniejsze stanowisko w Brukseli – może komisarza od prostowania bananów na desce, a może wręcz złapie tylko trzeciorzędną fuchę w banku jak Marcinkiewicz, gdzie będzie zarabiał na chlebek z masełkiem dzieląc się wiedzą na temat Polski i tego ile się z niej jeszcze da wycisnąć. Rostowski już o tym pomyśli, spokojna rozczochrana.

Ten trop wyjaśniałby determinację z jaką tandem Tusk-Rostowski zadłużał Polskę w ostatnich latach (niemal dwukrotny przyrost długu publicznego od 2007 roku), a wiadomo że tzw. „rynki”, czyli międzynarodowi grandziarze finansowi, lubią takie państwa które od nich pożyczają a następnie zwracają z sowitym procentem. I tu jesteśmy niezawodni – obsługa długu Skarbu Państwa to bodaj jedyna systematycznie rosnąca pozycja w budżecie, zaś w tym roku na pokrycie bieżących zobowiązań pójdzie cały płacony przez nas PIT i jeszcze trzeba będzie trochę dołożyć z podniesionego do 23% VAT (więcej w notce „Budapeszt czy Ateny?”). A że „rynki” mają sporo do powiedzenia w Zjednoczonej Europie, to i warto robić im zawczasu dobrze.

Na podobnej zasadzie wyjaśnia się polityka masowania Niemiec, czyli europejskiego hegemona, bez którego wiedzy i zgody nic w Europie zdarzyć się nie może, przedstawiana tubylczej gawiedzi jako „płynięcie z głównym nurtem europejskiej polityki”. To nie tylko słynny „hołd berliński” Radosława Sikorskiego, który zapewne marzy o „twitterowaniu” z fotela zajmowanego obecnie przez baronessę z awansu społecznego - Catherine Ashton. To cały szereg zaniechań poczynionych wbrew fundamentalnym interesom Polski:

- dopuszczenie do upadku stoczni (konkurencja dla Niemiec);

- bierność w sprawie bałtyckiej rury i przyblokowania portów Szczecin-Świnoujście (konkurencyjnych wobec Niemiec);

 - rezygnacja z aktywnej polityki w regionie (konkurencyjnej wobec sami-wiecie-kogo) posunięta do tego stopnia, że polskie władze bały się nawet uczestniczyć w pogrzebie Vaclava Havla;

- „reset” w stosunkach z Rosją na smoleńskich trupach (na życzenie Niemiec);

- pasywny styl europrezydencji i przyklepywanie na wyprzódki rozmaitych różności urodzonych na unijnych szczytach wraz z ostatnim paktem fiskalnym, na dodatek razem z tajemniczymi załącznikami;

- przekazanie 6 miliardów z rezerwy NBP na dofinansowanie MFW (na życzenie...itd.);

wreszcie:

- symboliczna wymiana szefa delegacji PO w Parlamencie Europejskim z Jacka Saryusza-Wolskiego, który od czasu do czasu próbował się stawiać euro-decydentom na spolegliwie entuzjastyczną Różę Marię Gräfin von Thun und Hohenstein.

III. Nie dla psa kiełbasa

No dobrze, ale czemu uważam, że mimo tych wszystkich lokajskich zasług Donald Tusk w 2014 roku obejdzie się smakiem? Ano dlatego, że gdyby faktycznie chciano go namaścić na Przewodniczącego KE, to oszczędzono by mu rozlicznych afrontów, które musiał znosić ostatnimi czasy z zaciśniętymi zębami i przymilnym uśmiechem na facjacie. Afrontów oszczędzono by choćby po to, aby nie podrywać powagi urzędu, który ma rzekomo objąć. „Podrywanie godnościowych podstaw” w imię partykularnych interesów to zabawa dla naszych piłkarzyków, na europejskich salonach robi się poważną politykę, poważnymi środkami.

Nie kazano by więc Donkowi czekać w korytarzu na wieści o tym, co przedstawią mu do podpisania dorośli, jak miało to miejsce w przypadku paktu fiskalnego, nie odstawiono by go od gremium decydującego o gospodarczej przyszłości Europy, nie zlekceważono by demonstracyjnie naszych interesów w kwestii Nord Streamu (przedstawicieli Polski nie zaproszono nawet na otwarcie gazociągu, mimo iż zyskał status inwestycji unijnej, a Polska sprawowała wtedy prezydencję), wreszcie – to ostatnio – nie olano by naszego weta w sprawie pakietu klimatycznego stwierdzeniem, że rujnujące nas ustalenia tak czy owak zostaną wdrożone. Skoro więc Polska została już koncertowo sprowadzona do parteru, do roli „obrotowej bliskiej zagranicy”, to jaki sens ma dopieszczanie i sztuczne podnoszenie znaczenia figuranta, który stanowisko zawdzięcza Fundacji Adenauera?

Chyba, że opisane wyżej pasmo upokorzeń to taki europejski rytuał inicjacyjny dla adeptów aspirujących do plemienia Brukselczyków. Wiecie: wśród ludów prymitywnych funkcjonują - na ogół dość przykre i bolesne - obrzędy, które każdy młodzian musi przejść, by zostać przyjętym do grona dorosłych wojowników, wykazując tym samym determinację jak bardzo mu zależy, tudzież szacunek wobec starszyzny i plemienia. Czyżby proces trybalizacji ludu brukselskiego zaszedł aż tak daleko? A może jednak jest tak, jak prognozuje Piotr Zaręba, że „Merkozy” podaruje jednak Tuskowi prominentną fuchę, traktując to jako element gry na osłabienie znaczenia Komisji Europejskiej, konkurencyjnej wobec niemiecko-francuskiego tandemu? Wiem, że to sprzeczne z tym, co napisałem nieco wyżej, ale powiedzmy, że słabo bo słabo, ale dopuszczam i taką możliwość.

IV. Kariera kosztem Polski

Swoją drogą, ciekawe kiedy Tusk dowiedział się o widokach na synekurę. Po wyborach w 2007? A może wcześniej były mgliste sygnały, natomiast konkretny przekaz otrzymał w początkach 2010, kiedy to zapałał nagłą niechęcią do „żyrandola” i z dnia na dzień zrezygnował ze startowania w wyborach prezydenckich? Czyżby poszedł komunikat: będziesz przewodniczącym KE, tylko masz bojowe zadanie – zostać na stanowisku premiera, wygrać po raz drugi wybory i dopilnować, by wszystko tutaj szło po naszej myśli? Kto mógł przekazać taką iskrówkę? Czy był to hipotetyczny „berliński łącznik” – Paweł Graś, który - być może - dodatkowo pilnuje z nadania Berlina, by Tusk się przypadkiem nie znarowił?

Po prawdzie, to z naszego punktu widzenia nie ma znaczenia, czy Tusk zasiądzie na brukselskim stolcu. Nawet jeśli (choć w to nie wierzę), to jak napisał jeden z komentatorów (przepraszam, nie pamiętam kto), Polska i tak będzie miała z niego tyle pożytku, co Portugalia z Barroso. Ważne jest co innego: to mianowicie, iż Admin wierzy w te obiecanki i zrobi wszystko, by zasłużyć na euro-splendory, co oznacza dalszy dryf naszego kraju „w głównym nurcie” i degrengoladę Polski w roli „obrotowej bliskiej zagranicy”. Za te mrzonki zapłacimy wszyscy i to prędzej niż się wydaje.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

Notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/obrotowa-bliska-zagranica

http://niepoprawni.pl/blog/287/admin-donek-fiskalnie-wypaktowany

wtorek, 21 czerwca 2011

Wiktor Orban kontra Antycywilizacja Postępu


„Zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci.



I. Jak Unia „nie ingeruje”...


Bardzo chciałbym dziś zobaczyć wszystkich tych mądralińskich, którzy żarliwie przekonywali przy okazji burzy wokół traktatu lizbońskiego i Karty Praw Podstawowych, że Unia Europejska ab-so-lut-nie nie ingeruje w sprawy natury kulturowo-obyczajowej, zostawiając je wyłącznej kompetencji poszczególnych państw członkowskich. Chciałbym ich zobaczyć, powiadam, i spojrzeć głęboko w oczy. Dlaczego? Ano, jak zapewne wielu z Państwa wie, a tych którzy nie wiedzą, niniejszym informuję (za „Naszym Dziennikiem”), iż plemię brukselskich apostołów Antycywilizacji Postępu dostało ataku furii po tym, jak węgierski rząd Wiktora Orbana ośmielił się wydać 416 tys euro z unijnych dotacji na kampanię społeczną promującą postawę pro-life, a konkretnie, by rodzice, zamiast uśmiercać swe nienarodzone dzieci, pozwolili się im urodzić aby oddać je następnie do adopcji. Kampania polega na rozlepianiu w miejscach publicznych i urzędach plakatów przedstawiających dziecko w fazie prenatalnej z podpisem: „Cóż, rozumiem, że nie jesteście gotowi, aby mnie przyjąć, ale pomyślcie dwa razy i oddajcie mnie służbom adopcyjnym. POZWÓLCIE MI ŻYĆ".


Hm, Orban poniekąd sam jest sobie winien, bowiem pieniądze pochodziły z programu o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie PROGRESS (POSTĘP), a Postęp to jedyna świecka religia, jaką wyznaje zideologizowana brukselska biurokracja, ukształtowana w jedynie słusznym duchu „pokolenia ‘68” i będąca ukoronowaniem „długiego marszu przez instytucje”. PROGRESS ma wprawdzie promować zatrudnienie i solidarność, ale jak natychmiast orzekła europejska komisarz sprawiedliwości Viviane Reding, promocja postaw antyaborcyjnych w koncepcji owej „solidarności” się zdecydowanie nie mieści – ba, nawoływanie do powstrzymania się od mordowania nienarodzonych dzieci, tak by dać im szansę na rodzinę adopcyjną jest wręcz głęboko sprzeczne z „europejskimi wartościami”. Następnie pani komisarz wezwała do wycofania plakatów, który to apel okrasiła porcją rytualnych euro-pogróżek – padły słowa o zerwaniu współpracy w ramach programu i karach finansowych.


I to by było na tyle, mówiąc J.T. Stanisławskim, jeśli chodzi o Unię, co to „nie ingeruje”.


II. Zbalansowana ero-rodzina.


Oczywiście, formalny powód całej draki był inny, taki mianowicie, że „kampania ‘nie odpowiada projektowi przedstawionemu przez władze węgierskie’ (...)” (cyt. za NDz). Czemu nie odpowiada? A temu, że w ustalenia wkradło się dość charakterystyczne nieporozumienie pokazujące jak pod lupą różnice cywilizacyjne między zdroworozsądkowym konserwatyzmem premiera Węgier, a antycywilizacyjnym plemieniem Brukselczyków. Otóż w przedłożonym euro-czynownikom projekcie była mowa o promocji „zbalansowanych rodzin”, co postępowa euro-kasta urzędnicza milcząco zrozumiała jako – bo ja wiem? - propagowanie antykoncepcji, aborcji, może nawet eutanazji... Wszak „zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci, sami zaś małżonkowie rozwiedli się, by kontynuować zbalansowane życie w partnerskich homo-związkach. Ooo, jestem pewien, że na takie zbalansowanie postępowi neo-barbarzyńcy z plemienia Brukselczyków nie pożałowaliby euro-rubelków, zaś autorzy takowej akcji spotkali by się z pochlebnym cmokaniem ze strony niestrudzonych wdrażaczy „wartości holenderskich”, które jakoś tak niepostrzeżenie stały się zalecanym kanonem.


A że Orban owo „zbalansowanie” rozumie jako rodzinę, gdzie nie wyskrobuje się dzieci, tylko w najgorszym razie oddaje do adopcji? Uch, to być wielce nieeuropejskie, a zapewne i faszystowskie.


III. Wojna cywilizacji.


Na zakończenie pragnąłbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt pokazujący, że nie o żadne finansowe nadużycie ze strony węgierskiego rządu tu chodzi, a o czysto ideologiczną wojnę, jaką Antycywilizacja Postępu i jej zbrojne ramię w postaci plemienia Brukselczyków toczy z cywilizacją łacińską. Otóż koszt całej akcji to zaledwie 416 tysięcy euro, z czego Unia pokrywa 80%, czyli 332 800 euro. Suma niezauważalna tak z perspektywy budżetu Unii utrzymującego rzeszę darmozjadów, jak i środków transferowanych do nowych krajów członkowskich. Rzecz w tym, że ideologiczne zacietrzewienie nie pozwala Brukselczykom znieść myśli, by choć jedno złupione podatnikom euro zostało wydane na promocję wartości, które oni zaprzysięgli w duchu zniszczyć i wypalić w imię wyznawanej neo-oświeceniowej, tolerancjonistycznej utopii.


Co innego, gdyby promowano zakładanie gumek na banana, techniki penetracji odbytnicy albo „zdrowie prokreacyjne”. Tyle, że węgierski premier, robiący dziś w UE za czarnego luda, nie należy do polityków, którzy konformistycznie kłaniają się przed złotym cielcem Antycywilizacji Postępu, tylko myśli o przyszłości swojego narodu i demograficznym problemie zastępowalności pokoleń. Jest mężem stanu z prawdziwego zdarzenia, który wie, że jego naród nie przetrwa, jeżeli będzie uśmiercał co roku tysiące przyszłych obywateli. I to właśnie leży u podstaw całego rabanu.


Jeśli się mylę, jeśli jest inaczej, to czekam na przykłady współfinansowanych przez Unię inicjatyw pro-life. Zaręczam, że jestem gotów na takie miłe rozczarowanie. Czekam. Ale mam dziwną pewność, że się nie doczekam.


Gadający Grzyb