Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tolerancjonizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tolerancjonizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lipca 2019

Ofensywa homozamordyzmu

Chciałbym zaapelować do czytelników o bojkot konsumencki sklepów i produktów z IKEI. Niech kupują tam wyłącznie ci, których firma ta pragnie tak nachalnie promować...


I. Homo-koncerny w natarciu

Wygląda na to, że na froncie toczącej się w Polsce wojny kulturowej nastąpiła zmiana warty – główny ciężar batalii, po tym jak Koalicja Europejska przejechała się w euro-wyborach na wymachiwaniu tęczowym sztandarem, wzięły na siebie globalne koncerny, powtarzając tym samym drogę, jaką rewolucja LGBT pokonała na Zachodzie. Tam również na pewnym etapie w promocję ideologii „środowisk nieheteronormatywnych” włączyły się światowe korporacje – kiedy tylko zorientowały się, że „społeczność LGBT+” to doskonali klienci: lojalni, często dobrze zarabiający, wydający relatywnie więcej od „heteryków” na przyjemności, nie obarczeni utrzymywaniem rodzin, ponadto pracujący nierzadko w istotnych z punktu widzenia promocji branżach, takich jak reklama i marketing, media, nowe technologie. Efektem była swoista symbioza: wielkie firmy zaczęły reklamować się jako „gay friendly” i jęły wspierać „tęczowe” postulaty w przestrzeni publicznej, równocześnie lobbując w świecie polityki za wcieleniem w życie żądań homoaktywistów – czasem zakulisowo, a czasem jawnie. Np. we wrześniu 2018 r. szereg koncernów (m.in. Coca-Cola, IBM, Bank of Ireland, Santander, Deloitte) wspólnie z lewacką organizacją Amnesty International wystosowały list do autonomicznego rządu Irlandii Północnej oraz brytyjskiej premier Theresy May z żądaniem ustanowienia małżeństw jednopłciowych. Swoją drogą, Wlk. Brytania dopiero w 1982 r. zniosła karalność kontaktów homoseksualnych, podczas gdy Polska dokonała tego już w 1935 r. wraz z wprowadzeniem nowego kodeksu karnego (tzw. lex Makarewicz), co Antoni Słonimski uczcił fraszką: „cieszy się podex / że nowy kodeks”.

Obecnie ta ofensywa dotarła do Polski, czego widomym przykładem była tegoroczna warszawska gej-parada, do której swój akces zgłosiły światowe potęgi biznesowe, takie jak Google, Universal, Microsoft, IBM, Nielsen, Ben&Jerry's (Unilever), Levi's, Discovery, Netflix, JP Morgan, MTV, Procter&Gamble, Goldman Sachs, City Bank. Coca-Cola z kolei wypuściła specjalną serię puszek Sprite'a z tęczowym logo, okraszając inicjatywę reklamowym bełkotem o „DNA marki”. Zaczynamy zatem na własnej skórze przerabiać marketingowe rozmiękczanie postaw społecznych, wg którego tzw. „płynna tożsamość” jest synonimem nowoczesności, europejskości, luzu i „bycia sobą”. Oczywiście, w tej manipulatorskiej obróbce chodzi o wyhodowanie idealnego konsumenta, łykającego bezkrytycznie każde wciskane mu badziewie - z pełnym przekonaniem, że w ten właśnie sposób realizuje swoje aspiracje. Ot, taki zasuflowany odgórnie „bunt” i „nonkonformizm” wg recepty PR-owskich specjalistów od robienia wody z mózgu.


II. IKEA – kulturowy imperializm

Żeby jednak ta operacja na żywym społecznym organizmie odniosła sukces, wymagana jest pełna lojalność i dyscyplina we własnych, korporacyjnych szeregach – począwszy do managementu, aż po szeregowych pracowników z pierwszej linii frontu. Tu już nie ma miejsca na „luz i spontan” - obowiązuje żelazny zamordyzm i zasada zera tolerancji dla odstępców. Przekonał się o tym pracownik sieci IKEA, pan Tomasz K., który został zwolniony po tym, jak wyraził sprzeciw wobec firmowej „akcji afirmacyjnej” lansującej ideologię LGBT+. Przypomnijmy, że poszło o zaordynowane przez kierownictwo firmy obowiązkowe „świętowanie” IDAHOT (Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii, Bifobii i Transfobii), co przekładać się miało na walkę o „prawa” mniejszości seksualnych. Z tej okazji przypomniano tolerancjonistyczne zasady obowiązujące w firmie, z podkreśleniem, iż „włączenie LGBT+ jest obowiązkiem każdego z nas”. Tu warto nadmienić, że w odróżnieniu od zwykłej tolerancji, w tolerancjonizmie chodzi o aktywną afirmację odmienności w połączeniu z tzw. „tolerancją represywną” wobec osób nie podporządkowujących się wymaganej postawie. W praktyce oznacza to dyskryminację opornych i opresywną kontrolę sumień rodem z Orwella.

Pan Tomasz K. o tym nie wiedział i w swej prostoduszności opublikował w wewnętrznej firmowej sieci komentarz, w którym przypomniał, co o homoseksualizmie mówi Pismo Św. Oto wpis: Akceptacja i promowanie homoseksualizmu i innych dewiacji to sianie zgorszenia. Pismo Święte mówi: »biada temu, przez którego przychodzą zgorszenia, lepiej by mu było uwiązać kamień młyński u szyi i pogrążyć go w głębokościach morskich«. A także: »ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, a ich krew spadnie na nich«”. IKEA zareagowała natychmiastowym zwolnieniem niepokornego pracownika, w specjalnym oświadczeniu zarzucając mu „agresję słowną”, „naruszenie dóbr i godności” innych pracowników oraz wykorzystanie cytatów ze Starego Testamentu mówiących „o śmierci, krwi w kontekście tego jaki los powinien spotkać osoby homoseksualne”, dodając iż „wielu pracowników poruszonych tym wpisem kontaktowało się z naszym działem kadr”. Jak widać, firmowe donosicielstwo ma się w IKEI dobrze, zgodnie ze starymi, bolszewickimi praktykami, do czego zresztą firma sama zachęca, pouczając w jednym z okólników: „reaguj, gdy ktoś słyszy homofobiczne, dyskryminujące uwagi, żarty lub plotki”.

Sprawą pana Tomasza zajął się instytut „Ordo Iuris”, który w jego imieniu złożył przeciw sieci IKEA pozew – zwolnienie jest bowiem oczywistą formą dyskryminacji ze względu na poglądy religijne. Od siebie dodam, że jeżeli firma chce być „transparentna” światopoglądowo, to nie powinno być w niej miejsca na promowanie żadnej religii czy ideologii. Tymczasem IKEA ostentacyjnie promuje dewiacje, zamykając jednocześnie usta katolikom – jest to jawna forma imperializmu kulturowego, poprzez narzucanie pracownikom określonego światopoglądu w duchu opisanego wyżej „agresywnego tolerancjonizmu” przy jednoczesnym lekceważeniu (a wręcz zwalczaniu) norm społecznych kraju w którym funkcjonuje. Zarazem, ów aktywizm jest wybiórczy i nie dotyczy krajów muzułmańskich, gdzie homoseksualizm nierzadko karany jest śmiercią. Wrogiem jest jedynie system wartości ufundowany na korzeniach chrześcijańskich i dekalogu. Poza wszystkim, firmy uprawiające homopropagandę wysyłają czytelny sygnał do pracowników – chcesz liczyć u nas na karierę, musisz „ćwierkać” z lewackiego klucza. W ten oto sposób zaadaptowano wzorce znane z systemów totalitarnych, przekuwając je w „kulturę korporacyjną”.

Co ciekawe, w przypadek pana Tomasza zaangażował się Rzecznik Praw Obywatelskich, Adam Bodnar, co na kilometr zalatuje faryzejską obłudą – dotąd bowiem obecny RPO dał się poznać ze skrajnej, lewackiej ideologizacji pełnionego urzędu. Cóż, po kompromitacji z obroną mordercy 10-letniej Kristiny, najwyraźniej uznał, że musi się jakoś „wypucować” przed opinią publiczną...

Trzeba dodać, że IKEA nie jest jedyna. Niedawno wrocławska fabryka Volvo uznała za stosowne powołać „społeczność LGBT”, emitując w firmie reklamy i faworyzując tym samym jedną, ściśle określoną opcję światopoglądową. Kierownictwo wycofało się z pomysłu dopiero po protestach pracowników i związków zawodowych - jednak nie łudźmy się, to dopiero początek.


III. Bojkot konsumencki IKEI!

Mam to szczęście, że nigdy nie kupiłem niczego w IKEI - tak się złożyło, że nigdy w życiu nie byłem nawet w żadnym sklepie tej firmy. Teraz wiem, że tak już zostanie. Na zakończenie chciałbym zaapelować do czytelników „Warszawskiej Gazety” o bojkot konsumencki sklepów i produktów z IKEI. Pokażmy swój sprzeciw wobec dyskryminacji religijnej, braku poszanowania polskiej tradycji, tożsamości i zwyczajów oraz narzucania nam kulturowego imperializmu. Co więcej, jak wykazała afera „LuxLeaks”, koncern ten zarejestrowany jest w Luksemburgu – raju podatkowym, do którego wyprowadza zyski wypracowane m.in. w Polsce, unikając w ten sposób płacenia podatków. Z naszego punktu widzenia jest zatem firmą pasożytniczą. Zachęcajmy do bojkotu nasze rodziny i znajomych. Niech kupują tam wyłącznie ci, których firma ta pragnie tak nachalnie promować...


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Homo-sponsoring


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (05-11.07.2019)

wtorek, 26 kwietnia 2016

Przesłanie do Belgów

Opłakiwanie zabitych w zamachach jest formą kulturowej opresji. CZEMU WIĘC PŁACZECIE, WY BIAŁE, BELGIJSKIE, RASISTOWSKIE ŚWINIE?

Jakież to przewidywalne. Do znudzenia i zbrzydzenia. Mamy akty krwawej agresji, czynione przez ludzi nawet nie ukrywających, że ich punktem docelowym jest zniszczenie nas, naszej cywilizacji i ustanowienie własnych porządków. Reakcja zaatakowanych zaś każdorazowo jest skrajnie nieadekwatna do tego, co ich spotkało. Paryżanie śpiewający „Imagine” Johna Lennona – nihilistyczny hymn podany w idealistycznym sosie. Belgowie wypisujący na chodnikach kredą pacyfistyczne slogany wzywające do pokoju i miłości. Groteskowe marsze przeciw przemocy - nigdy nie skonkretyzowanej, tak jakby owa przemoc nie miała jasno określonego oblicza. Zresztą, brukselski marsz odwołano ze strachu przed kolejnymi zamachami.

*

Cóż, ponieważ świat stanął na głowie, a ci biedni Belgowie najwyraźniej z tego wszystkiego oszaleli, bo ich postępowy pacyfizm został skonfrontowany z brutalną rzeczywistością i oni tej konfrontacji najzwyczajniej w świecie psychicznie nie wytrzymali, to pójdźmy dalej tropem owej wariackiej logiki. Pochylmy się nad tymi Elojami tracącymi rozum na widok Morloków i spytajmy ich łagodnie: czy wzywanie do miłości i pokoju nie trąci aby dyskryminacją? A jeśli islamiści chcą być nienawistni i morderczy? Czy macie prawo w tak impertynencki sposób ich pouczać? I to jeszcze kredą na ulicach i trotuarach? Przecież oni mogą to przeczytać! Pomyśleliście, jak się wtedy poczują? Oto odrzucony zostaje przez zadufane w sobie społeczeństwo ich kod kulturowy i tożsamość. Kto Wam pozwolił tak się wywyższać, sugerując, że Wasza miłość i pokój są czymś lepszym, niż ich nienawiść i wojna? To nie jest prawdziwa tolerancja, tylko rodzaj przewrotnej arogancji i rasistowskiej ksenofobii! A wszak ksenofobia to lęk przed obcym!

Nie wolno Wam się bać. Macie obowiązek ufać. Nawet jeśli islamiści od czasu do czasu trochę sobie pozabijają, to bądźmy szczerzy - cóż to niby takiego? Na świecie co i rusz ktoś kogoś zabija. Wzorem postawy konstruktywnej może być europosłanka Julia Pitera i jej słuszne słowa: „Nie wpadajmy w histerię, zamachy to nic nowego, zawsze się zdarzały”. I co, nie wstyd wam? A że gdzieś tam niekiedy wybuchnie jakaś bombka? Wielkie rzeczy. Sfrustrowani waszą nietolerancją imigranci mają pełne prawo, by jakoś rozładować swoje napięcie. Należy do tego zachować dystans, jak radziła euro-Pitera, a nie wypłakiwać się kredą na chodnikach. Drodzy Belgowie, weźmy takie pisane przez Was hasło: „Love is all you need” - przecież to protekcjonalizm! Na jakiej to zasadzie mówicie innym, że wszystkiego czego potrzebują jest miłość? A jeśli Wasi muzułmańscy koegzystenci uważają, że wręcz przeciwnie? Będziecie im narzucać własne zdanie, miast współżyć w multikulturowej, ubogacającej różnorodności? I cóż z tego, że owa różnorodność polega na tym, że Wy głosicie miłość, a tamci Was wyrzynają? Multikulturalizm jest wartością samą w sobie, niezależnie od aktualnej formy.

Dodatkowo niepokoją mnie głosy potępiające zamachy. Co to w ogóle ma znaczyć, że „potępiacie zamachy”? Jak tak można? Zamachowcy mają swoje racje i Wy tych racji nie macie prawa im odbierać. Tak jak żaden tolerancyjny Belg nie ma prawa odmówić pederaście udostępnienia swej sempiterny na ulicy, użyczenia pedofilowi swojego dziecka, a zoofilowi chomika. Martwią mnie również islamofobiczne łzy Federiki Mogherini. Ta faszystka bezczelnie płakała z żalu, miast ronić łzy szczęścia, radując się wspólnie z muzułmańskimi dziećmi w belgijskich szkołach (co tak wzruszająco opisał na Twitterze ich nauczyciel), a także z bojownikami Państwa Islamskiego rozdającymi na ulicach przechodniom cukierki. Oni też mają prawo do własnej wersji multikulturalizmu – my odpalamy fajerwerki, oni zaś detonują bomby, by pokrzyczeć potem wspólnie „Allahu Akbar”. Czy tak trudno to zrozumieć?

Toż dopiero co, 21 marca, obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Walki z Dyskryminacją Rasową, kiedy to polska postępowa młodzież demonstrowała pod transparentem „Jezus, Allah – dwa bratanki”. Jak wiadomo, Jezus oddał swe życie na krzyżu, Allah natomiast natchnął Mahometa do wojny z niewiernymi. Warto wyciągnąć z tego praktyczne wnioski, tak jak wyciągnęli je islamscy aktywiści. Wszak ci bohaterscy przybysze oddają życie wysadzając się w powietrze, by przekazać Wam swe posłannictwo. Ofiary są po obu stronach i nie ma co się małostkowo licytować na zwłoki, tudzież wywijać trumnami. W zasadzie, w ramach dobrej woli, powinniście raz na miesiąc sami wyznaczyć kilkoro spośród siebie, by synowie Proroka mogli do nich postrzelać. Przecież i tak u Was eutanazja jest legalna, zatem nie powinno być z tym problemu. Prawda?

Konkludując, opłakiwanie zabitych w zamachach jest formą kulturowej opresji. CZEMU WIĘC PŁACZECIE, WY BIAŁE, BELGIJSKIE, RASISTOWSKIE ŚWINIE?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3667-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (01-07.04.2016)

czwartek, 24 września 2015

Postępowi donosiciele

Wygląda na to, że prawdziwa tolerancja rozkwitać może jedynie w warunkach państwa policyjnego.

Ponieważ okazało się, że rozliczne zagrożenia związane z inwazją muzułmańskich przybyszów na Europę są dla większości Polaków tak oczywiste, że nie da się ich ogłupić proimigrancką propagandą, ani selektywną cenzurą, w rodzaju tej wprowadzonej na internetowych stronach „Wyborczej”, postanowiono koniec końców sięgnąć po aparat przemocy. Oto, jak donoszą mediodajnie, prokuratura będzie z całą bezwzględnością ścigać przejawy tzw. „mowy nienawiści” - czyli przestępstw ujętych w art. 119, 256 i 257 Kodeksu Karnego, dotyczących m.in. gróźb karalnych, nawoływania do nienawiści, bądź znieważania ze względu na przynależność narodową, etniczną, rasową, wyznaniową albo z powodu bezwyznaniowości – co, w zależności od przestępstwa, zagrożone jest karami do 2, 3 i 5 lat pozbawienia wolności. Jak widać, spektrum penalizowanych w ten sposób zachowań może być bardzo szerokie, a motywacja ścigania – czysto ideologiczna i podyktowana jakimiś doraźnymi potrzebami, toteż prokuratura bez stosownych poleceń sama z siebie nie pali się zazwyczaj do działania. Potrzebny jest zatem odpowiedni bodziec – np. w postaci zachęcających pomruków rządu, chcącego wykazać się poprawnością na użytek wewnętrzny, lub – częściej – zewnętrzny, przed „europejskimi partnerami”.

No dobrze, ale skąd pobudzona do działania prokuratura ma wiedzieć, gdzie szukać różnych nienawistników i kiedy wszczynać „z urzędu” śledztwa? Potrzebny byłby cały pion do śledzenia mediów, internetu, napisów na murach, w szaletach publicznych itd. I tu z pomocą przychodzi stara, sprawdzona, instytucja delatorstwa. Osobliwą predylekcję do donosicielstwa wykazują różne lewackie organizacje, które z denuncjacji uczyniły wręcz swoją rację istnienia i źródło utrzymania, będąc za swe konfidenckie usługi wynagradzane strumieniem grantów. Tak oto rozproszone, amatorskie „strzelanie z ucha” zyskało nowe, sprofesjonalizowane oblicze. Weźmy takie Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”. Wydało ono mianowicie broszurę, będącą swoistym vademecum kapusia, zatytułowaną „Poradnik obywatela. Co możemy zrobić, gdy zetkniemy się z mową nienawiści?”. Jak poucza nas stosowna adnotacja na okładce, owa broszurka licząca sobie 12 stron została sfinansowana przez „Islandię, Liechtenstein i Norwegię ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego oraz budżetu Rzeczypospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych, a także dzięki wsparciu Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu »Przeciwdziałanie nietolerancji«. Czyż to nie miłe, że tyle państw i instytucji pragnie nas wyleczyć z nietolerancji? Publikacja już w pierwszych słowach poucza czytelnika, że wg art. 304 § 1 KPK Każdy, dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub Policję”; kończy się zaś komsomolskim wezwaniem: „nie bądźmy bierni! Mamy wiele możliwości reakcji na to, co nam się nie podoba i co nas oburza. Korzystajmy z nich! Nie bójmy się działać!”.

Aby dodatkowo ulżyć potencjalnym denuncjatorom, „Otwarta Rzeczpospolita” stworzyła specjalną stronę internetową, której nazwy celowo tu nie przytaczam, by nie propagować donosicielstwa, na której wygodnie, kilkoma kliknięciami można dokonywać stosownych zgłoszeń, zaś „Otwarta Rzeczpospolita” bierze już na siebie ciężar zawiadomienia organów ścigania. Oto przykład. Szpicel melduje: „Pod filmem pokazującym imigrantów na Węgrzech internauta zamieścił komentarz, który nawołuje do nienawiści i przemocy ze względu na pochodzenie, wzywa do fizycznej eksterminacji uchodźców”. Stowarzyszenie odpisuje: „Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita zawiadamia prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa ściganego z urzędu”. I tak ta maszynka się kręci: jak chwalą się przed jednym z organów „Agory” organizatorzy tego delatorskiego procederu – napłynęło już ponad 600 zgłoszeń, z czego 323 uznano za przestępstwa.

Dodatkowo, lewackie organizacje zadbały zawczasu, by stosowne organy odpowiednio „uwrażliwić”, organizując kilka lat temu cykl szkoleń dla prokuratury i policji, podczas których politrucy z „Otwartej Rzeczpospolitej” kładli śledczym do głów potrzebę rewolucyjnej czujności, by żadna reakcyjna świnia nie była pewna dnia ani godziny.

Podsumowując, najpewniej uznano, że polski wstręt do denuncjacji, będący jednym z nielicznych społecznych pozytywów po epoce rozbiorów, okupacji i komuny, jest szkodliwym, burżuazyjnym przesądem, który należy wyplenić, by zapanowała u nas tolerancja jakiej świat nie widział. Jak pisał mistrz Szpotański: „Wszędzie mięsiste węszą nosy, w powietrzu kłębią się donosy”, w innym miejscu zaś: „by człowiek był człowieka bratem, trzeba go wpierw przećwiczyć batem”. Powtórzę więc refleksję z „Pod-Grzybków”: wygląda na to, że prawdziwa tolerancja rozkwitać może jedynie w warunkach państwa policyjnego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2461-pod-grzybki-21

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr38 (18-24.09.2015)

środa, 1 lipca 2015

Adam Bodnar – prymus tolerancjonizmu

Rzecznik Praw Obywatelskich, czy rzecznik lobby LGBT?

Platforma Obywatelska i SLD zgłosiły kandydaturę dr Adama Bodnara na funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich w miejsce ustępującej Ireny Lipowicz. Sądzę, że warto przyjrzeć się jego karierze i dorobkowi, jest on bowiem żywym ucieleśnieniem współczesnej, lewackiej euro-poprawności wraz z jej ideologicznymi szaleństwami oraz zapędami w stronę inżynierii społecznej spod znaku genderyzmu i wojującej homo-propagandy. Niespełna czterdziestoletni doktor praw, Adam Bodnar, piastuje obecnie funkcję wiceprezesa zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka - czyli jest drugą osobą w tej instytucji. Przyznacie Państwo, że to imponujące osiągnięcie w tak stosunkowo młodym wieku. W 1999 roku ukończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, następnie zaś – i to był wstęp do jego obecnej pozycji – ukończył roczne studia podyplomowe w zakresie prawa konstytucyjnego porównawczego na Central European University w Budapeszcie. Placówka ta została założona przez George'a Sorosa i zajmuje się m.in. promocją „społeczeństwa otwartego” oraz „szkoleniem przyszłych liderów procesów demokratyzacyjnych we wszystkich regionach świata”. Jest to zatem nie tyle ośrodek naukowy, ile projekt ideologiczny i kuźnia kadr światowego postępactwa. Po kilkuletniej pracy w kancelarii Weil Gotshal & Manges, w 2004 rozpoczął działalność w Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. W międzyczasie, w 2006 roku został doktorem nauk prawnych, jest również adiunktem w Zakładzie Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.

Czym jest HFPC, której Bodnar zawdzięcza w dużej mierze swą karierę i jak się zdaje – pewny awans na stanowisko ombudsmana? Formalnie zajmuje się ona monitorowaniem przestrzegania praw obywatelskich i interwencjami w przypadku ich łamania. W praktyce jej działalność często sprowadza się do lewackiej tresury społecznej i wywierania nacisku na władze państwowe w kwestii ustawodawstwa i praktyki stosowania prawa tak, by – pod pozorem urzeczywistniania „praw człowieka” - wdrażano w życie projekty godzące w tradycyjne normy społeczne. Pojęcie praw człowieka i swobód obywatelskich interpretowane jest bowiem niezwykle szeroko. Nieco światła na tę kwestię rzuca współpraca HFPC z Agencją Praw Podstawowych Unii Europejskiej (dawniej Europejskie Centrum Monitorowania Rasizmu i Ksenofobii), która szczególny nacisk kładzie na zwalczanie „rasizmu, ksenofobii, homofobii oraz antysemityzmu”. Jak łatwo się domyślić, za wymienione tu „świeckie grzechy główne” uchodzi niemal wszystko, co nie sprowadza się do bezwarunkowej akceptacji, czy wręcz afirmacji rozmaitych mniejszości oraz ich uroszczeń. Mamy więc do czynienia z tolerancjonistyczną jaczejką intensywnie lobbującą na rzecz urzeczywistnienia lewicowej utopii społecznej.

Poglądy Adama Bodnara są idealnie zbieżne z powyższymi założeniami programowymi. Od 2008 roku jest członkiem zarządu HFPC i jednocześnie ekspertem Agencji Praw Podstawowych. W 2011 roku otrzymał Nagrodę Tolerancji przyznawaną od 2006 roku przez środowiska LGBT podczas Międzynarodowego Dnia Przeciw Homofobii w Niemczech, Francji, Polsce i Hiszpanii. Polską edycje nagrody otrzymał Bodnar z rąk Stowarzyszenia Lambda Warszawa i Kampanii Przeciw Homofobii. Czym się zasłużył? Otóż jako osoba nadzorująca w latach 2004 – 2008 Program Spraw Precedensowych HFPC „doprowadził do wyroku Trybunału w Strasburgu z 3 maja 2007 r., (…) stwierdzającego niezgodność z Europejską Konwencją Praw Człowieka zakazu Parady równości w Warszawie w 2005 r. W 2005 r. wsparł również proces przeciwko b. poznańskim politykom PiS Przemysławowi Aleksandrowiczowi i Jackowi Tomczakowi, za porównanie orientacji seksualnej do pedofilii, nekrofilii i zoofilii (...)”. Ponadto nagroda była „wyrazem uznania za całokształt jego działalności na rzecz lesbijek, gejów, biseksualistów i osób transpłciowych (LGBT)” (cytaty za portalem KPH). Jak łatwo się domyślić, Adam Bodnar jest zwolennikiem homomałżeństw i homoadopcji, ponadto wspierające jego kandydaturę SLD wyraża nadzieję, iż nowy RPO zajmie się „rozdziałem Państwa i Kościoła”. Kandydaturę Bodnara popierają też takie organizacje jak Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego, Federacja na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny oraz Greenpeace Polska.

Na zakończenie pozwolę sobie na małą niedyskrecję. Otóż tak się składa, że znam Adasia, bo w akademiku mieszkaliśmy w sąsiednich pokojach. Prywatnie sympatyczny chłopak i dobry kolega, aczkolwiek stuprocentowy abstynent i trochę typ prymusika, choć trzeba mu oddać, że nieprzeciętnie inteligentny, pilny i jak to się mówi - poukładany. Wówczas (druga połowa lat '90) twardy wyborca postkomuny, konsekwentnie głosujący na SLD i Kwaśniewskiego. Obecnie, jak widać, przechrzcił się na europeizm i genderyzm. Słowem - od postkomunizmu do tolerancjonizmu. Brawo Adamie, zawsze czułem, że ze swoim umeblowaniem światopoglądowym zajdziesz wysoko...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1945-pod-grzybki-9

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 26 (26.06-03.07.2015)

niedziela, 18 stycznia 2015

Charlie Hebdo w jaskini demonów

Nie da się obłaskawić demonów. Demony zawsze w stosownym momencie rzucą się do gardła.

Przyznam, że mało co wprawia mnie w taką irytację, jak szantaż emocjonalny. Kiedy ktoś próbuje tej prymitywnej zagrywki z miejsca nastawiam się na „nie” - między innymi dlatego, że podejrzewam, iż tym sposobem ów „ktoś” próbuje mnie instrumentalnie wykorzystać do jakichś własnych, a obcych mi celów. Za szantażem emocjonalnym kryją się przeważnie nieszczere, lub wręcz wrogie intencje, w przeciwnym wypadku bowiem nie byłoby potrzeby uciekania się do sztuczek – wystarczyłoby racjonalnie wyjaśnić co i jak. Tak już mam – niezależnie czy chodzi o kogoś prywatnie mi bliskiego, czy polityka, dziennikarza lub inną, z przeproszeniem, osobą publiczną. Gdy słyszę teksty w stylu: „jak nie kupisz dwóch egzemplarzy mojej gazety to upadnie wolne słowo”, „jeśli nie wrzucisz do puszki umrą chore dzieci”, „gdy nie zadeklarujesz, że jesteś Charlie Hebdo staniesz w jednym szeregu z mordercami” - odwracam się na pięcie i staram się nie wyjmować noża, który akurat otworzył mi się w kieszeni.

I właśnie z czymś takim mamy do czynienia w przypadku ostatniej medialnej histerii na tle zamachu w redakcji tygodnika spełniającego nad Sekwaną rolę analogiczną do urbanowego „NIE” - wytarzać czytelnika w gnojówce i przekonać go, że na tym polega nonkonformizm. Zasada „wszyscy jesteśmy świniami, tylko że my odrzucamy hipokryzję i się do panświnizmu przyznajemy” jest haczykiem, na który próbują nas złapać. Taką też funkcję spełnia obecny medialny nakaz solidaryzowania się z redakcją francuskiego szmatławca. Tymczasem, ów zbiorowy wrzask ma zgoła inne zadanie, niż obrona wolności słowa, którą próbują nas na zmianę to kokietować, to szantażować macherzy ustawiający masową narrację. Ten wrzask niczego nie opisuje, przeciwnie – on ma coś zagłuszyć.

Spójrzmy. Francja, pod dyktando „pokolenia '68”, od dziesięcioleci usilnie wdrażała lewacką utopię w myśl której wszystko co jest wrogie europejskiej, chrześcijańskiej tradycji z automatu staje się dobre, wartościowe i godne promowania. Takim sojusznikiem jawił się tym nieszczęsnym kretynom również islam i muzułmańscy imigranci – widziano w nich pomocników w rozsadzeniu od wewnątrz zachodniej cywilizacji pod hasłem multikulturalizmu. Ta ideologia, ten cały poroniony tolerancjonizm i multi-kulti ponosi na naszych oczach spektakularną klęskę do której walnie przyczyniają się właśnie ci muzułmańscy imigranci dopieszczani przez lata na wszelkie możliwe sposoby. To są ludzie, którzy na żartach się nie znają – a zwłaszcza na tak obscenicznych i nędznych jakie proponowała redakcja „Charlie Hebdo” - i gdy poczują się obrażeni zwyczajnie biorą do ręki kałacha. Do tego, żywią bezbrzeżną pogardę do nihilistycznego społeczeństwa Zachodu – i w sumie, trudno im się dziwić.

Ta odraza nie jest jednak domeną wyłącznie przybyszów, bądź ich potomków żyjących w zamkniętych enklawach rządzących się prawem szariatu. Ona coraz częściej dotyczy rodowitych europejczyków mających dosyć aksjologicznej pustyni wokół siebie i poszukujących wartości mogących nadać sens ich jałowej egzystencji, lub zwyczajnie nudzących się i rozglądających za mocnymi wrażeniami. Rozwodnione, ulegające terrorowi polit-poprawności chrześcijaństwo już od dawna nie ma dla nich oferty. Tym bardziej współczesna świecka obrzędowość z gromadnymi przemarszami wyfiokowanych cweli, tudzież dywagacje o genderze nie mogą stanowić propozycji. Pozostaje więc zapuścić brodę i zacząć zabijać niewiernych – wtedy nagle świat odzyskuje fundamenty.

Właśnie tę klęskę ma zagłuszyć medialny jazgot. Frącuzy mowne nagle się przekonały, że sfajdała się cała dotychczasowa droga oswajania zła. Nie da się bowiem obłaskawić demonów. Demony w stosownym momencie rzucą się do gardła i tego właśnie doświadczyli owi martwi degeneraci z paryskiej gazety, którym się wydawało, że można bezkarnie siać zgorszenie i lżyć Proroka. Świadomość tego musi budzić zrozumiałe przerażenie wśród europejskich Elojów i dlatego wychodzą na ulice bełkocąc „je suis Charlie” - bo nie są w stanie stanąć w prawdzie i zdobyć się na adekwatną odpowiedź. Będą więc dalej mordowani przez Morloków, w akompaniamencie pouczeń rozmaitych autorytetów przestrzegających, by przypadkiem Elojowie nie ulegli pokusie „morlokofobii”.

Zresztą, te prowokacje uprawiane przez rysowników były nader wybiórcze. Kopulująca Trójca Święta, czy biskup-pedofil – proszę bardzo. Pięciolatki bawiącej się penisem Daniela Cohn-Bendita, bądź Żydów machających radośnie z transportu do Auschwitz odprowadzającym ich na peron Francuzom – jakoś nie zaobserwowałem. To już nie wchodzi w paradygmat rzekomego nonkonformizmu, którym nas czarują ci wszyscy mentalni zwyrodnialcy, wynajęci przez nie wiadomo kogo by unurzać nas w szambie.

A teraz darujcie sobie te mizerne szantaże i odwalcie się – wy nowo narodzeni wielbiciele „Charliego”. Siedźcie dalej w swej jaskini razem z waszymi demonami i – dobra rada - uważajcie na gardła.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 3(396) 16-22.01.2015

niedziela, 26 października 2014

Czy Benedykt XVI żałuje abdykacji?

Głaskanie po główce nie zmienia Bożego osądu naszych uczynków, a modernistyczne opium dla sumienia może znieczulać tylko do czasu.

I. Pyrrusowe zwycięstwo

W lutym 2013, w tekście „Rezygnacja Benedykta XVI – echa i refleksje” tak dzieliłem się swymi obawami w związku z abdykacją obecnego papieża-emeryta: „Najgorzej byłoby, gdyby się okazało, że kardynał Ratzinger postanowił po prostu wrócić do pracy naukowej i pisania prac teologicznych gdzieś w klasztornych murach, gdyż – niezależnie od ich wartości – następca św Piotra nie jest panem samego siebie, bo to nie on się postawił na czele Kościoła, tylko został tam postawiony z inspiracji Ducha Świętego. Byłaby to Jonaszowa dezercja od odpowiedzialności. Mam nadzieję, że nie wchodzi to w rachubę. W innym miejscu wyrażałem nadzieję, że nie spełnią się oczekiwania medialnych „wujków dobra rada”, że nowy papież tym razem już na pewno będzie wielce postępowy w odróżnieniu od znienawidzonego przez lewactwo „pancernego kardynała”. Niestety, wieści z zakończonego niedawno Synodu dotyczącego rodziny nie napawają optymizmem.

Niby wszystko jest w porządku – ostateczna wersja dokumentu podsumowującego obrady nie zawiera najbardziej kontrowersyjnych zapisów odnośnie „otwarcia się” Kościoła na homoseksualistów, rozwodników i osoby żyjące w wolnych związkach. Wielka tu zasługa abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego KEP. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej, to okazuje się, że zwycięstwo tradycjonalistów jest cokolwiek problematyczne. Otóż to nie jest tak, że frakcja konserwatywna wygrała – część zapisów przepadła tylko dlatego, że nie uzyskała kwalifikowanej większości głosów. Innymi słowy, gdyby decydowano większością zwykłą, to kościelni progresiści odnieśli by zwycięstwo. Największym niepokojem napawa informacja, że passus o homoseksualistach został odrzucony również głosami liberałów, gdyż... był według nich zbyt „ograniczony” i „zachowawczy”. Oznacza to, że postępowcy czują się na tyle silni, by nie bawić się w półśrodki, metodę salami, drobne kroki rozmiękczające doktrynę Kościoła, tylko w stosownym momencie wziąć całość i dokonać rewolucji w kościelnym nauczaniu.

Ich postawa świadczy również o tym, że najprawdopodobniej czują poparcie papieża Franciszka. Nie ma co się oszukiwać – bez papieskiego wsparcia nie poczynaliby sobie tak śmiało i z takim przytupem. Kardynał Reinhard, nomen omen, Marx (swoją drogą – czegóż się można spodziewać po marxiście...) - jeden z filarów skrzydła postępowego już wyraża nadzieję, że do przyszłorocznego synodu (jesień 2015) problemy poruszone w tym roku doczekają się w krajowych episkopatach „pogłębienia”. Jak owo „pogłębienie” rozumieją tolerancjoniści możemy się domyślać.

II. Zgniłe tchnienie „ducha Soboru”

Cóż, z perspektywy czasu widać, że Sobór Watykański II poskutkował wypuszczeniem modernistycznego dżinna z butelki. Dżinnem tym jest tzw. „duch Soboru” - czyli luźne interpretacje katolickiej doktryny utrzymane w hiperliberalnym tonie, które – podkreślmy – zazwyczaj mają się nijak do dokumentów soborowych. U podwalin ekspansji owego „ducha” legło ideologiczne założenie, że dzieło Soboru „nie zostało zakończone” i że „Sobór zatrzymał się w pół drogi”, należy więc go niejako „dokończyć” posługując się jego „duchem”. A tak się składa, że to, co z owym „duchem” jest „zgodne” każdorazowo określają progresiści, którym Sobór uchylił drzwi. W te uchylone drzwi katolewica różnych krajów ochoczo włożyła nogę by w kolejnych dziesięcioleciach konsekwentnie tę szczelinę poszerzać, aż do stanu obecnego, kiedy to wrota praktycznie stanęły otworem.

Niebezpieczeństwo dostrzegł już papież Paweł VI diagnozując w 1972 roku, że przez szczelinę dostał się do Pańskiej świątyni „swąd szatana”. Wcześniej podobne ostrzeżenie sformułował Dietrich von Hildebrand publikując swe dzieło „Koń trojański w mieście Boga” w którym piętnował nadużycia modernistycznych teologów. Do tej publikacji nawiązał niedawno Tomasz Terlikowski w swej książce „Koń trojański w mieście Boga. Pół wieku po Soborze...” stanowiącej, jak stwierdziłem w swej recenzji, młot na „ducha Soboru”. Mamy do czynienia z pełzającą protestantyzacją katolickiej doktryny i teologii, a w konsekwencji – laicyzacją. Skutkiem jest kryzys tożsamościowy, spadek powołań i odejście wiernych od Kościoła, który – zwłaszcza na Zachodzie – przestał być „zimny albo gorący”, zatem został „przeżuty i wypluty”. A wszystko to odbywało się pod szyldem „odczytywania znaków czasu”, co de facto oznacza odejście od ewangelicznej spuścizny na rzecz nadskakiwania współczesnemu światu oraz jego intelektualnym i moralnym dewiacjom. Na tegorocznym Synodzie stanęliśmy w obliczu kolejnej odsłony tego procesu. Zgniłe tchnienie „ducha Soboru” po raz enty dało znać o sobie, a zatruci nim hierarchowie policzyli szable. Za rok czeka nas nowa batalia, najprawdopodobniej z konserwatystami zepchniętymi do narożnika przez siły postępu, które od czasu Soboru zdążyły uskutecznić „długi marsz” przez kościelne instytucje.

III. Opium dla sumienia

Czym się to może skończyć? W skrajnym przypadku nawet schizmą, powstaniem nowego „Bractwa św. Piusa X”, lub zasileniem jego szeregów przez część zmarginalizowanych i sekowanych tradycjonalistów. Obecna postawa frakcji liberałów nasuwa bowiem na myśl przestrogę św. Pawła z Listu do Tymoteusza: „(...) głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, [w razie potrzeby] wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie!”. Obecne odczytywanie „znaków czasu” jest wszak wprost zaprzeczeniem „nastawania w porę i nie w porę” i zamienia się w puste schlebianie tym, których „uszy świerzbią” i pragną mnożyć sobie nauczycieli wedle „własnych pożądań”.

A co o tych pożądaniach – rozumianych dziś wręcz dosłownie - mówi Pismo? Spójrzmy: „Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!”; Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą”. Czyżby ojcowie synodalni zapomnieli o tym jednoznacznym przekazie, podobnie jak o przykazaniu, by mowa była „tak, tak – nie, nie”? Dlaczego z uporem podążają drogą, która doprowadziła już do ruiny wspólnoty protestanckie, które – tak na marginesie – były u swego zarania nawet bardziej restrykcyjne od katolicyzmu? Czy „swąd szatana” jest już aż tak silny, by sięgnąć nawet tronu Piotrowego?

W zasadzie, jako notoryczny grzesznik powinienem być zadowolony, że Kościół zacznie tolerancjonistycznie pobłażać ludzkim słabościom. Jednak jakoś nie jestem, bo głaskanie po główce nie zmienia Bożego osądu naszych uczynków, a modernistyczne opium dla sumienia może znieczulać tylko do czasu. Pocieszam się jedynie, że Kościół, którego „bramy piekielne nie przemogą” wychodził na przestrzeni dwóch tysiącleci z różnych kryzysów i upadków. Szkoda mi tylko, że w Stolicy Apostolskiej zabrakło „rottweilera Pana Boga”, który jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary potrafił stanąć okoniem nawet św. Janowi Pawłowi II, gdy ten za bardzo zapędzał się w „dialogizm” i zastanawiam się, czy papież-senior Benedykt XVI obserwując co dzieje się za pontyfikatu jego następcy żałuje swej decyzji o abdykacji?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/m%C5%82ot-na-%E2%80%9Educha-soboru%E2%80%9D#.VEu6D1c_iGc

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/02/rezygnacja-benedykta-xvi-echa-i.html

 

piątek, 19 października 2012

Bitwa pod Wiedniem i czipsy

Zamiast rodzimej „Victorii” otrzymaliśmy po latach gniota z importu.

I. Skazany na czipsy

Wybrałem się do kina na „Bitwę pod Wiedniem”. Na nieszczęście, nie dało się uciąć drzemki, bo było za głośno, poza tym fotel miał zbyt niskie oparcie, by wygodnie złożyć głowę, a odległości między rzędami były takie, że ledwie mieściłem się z nogami. Słowem, spać się nie dało, czego bardzo żałuję, gdyż wszystko co poprzedza w tym tak zwanym „filmie” tak zwaną „kulminację” - czyli samą bitwę, to jakaś plątanina rwanych wątków, urozmaicona tak zwanymi „efektami specjalnymi”, które wbiły mnie w fotel do tego stopnia, że po powrocie, będąc wciąż pod wrażeniem owych „efektów”, odpaliłem na kompie nabytą jakiś rok temu w serii „klasyka gier” „Rome Total War II”, żeby zobaczyć czy są jakieś różnice. No cóż...

Nawiasem, powyżej w jednym zdaniu trzykrotnie użyłem zbitki „tak zwany” - to nie błąd, tylko celowy zabieg stylistyczny. Z tego co kojarzę, twórcy filmu tłumaczyli się jakoś podobnie ze swego dzieła.

W każdym razie, nie mogąc spać, byłem skazany na czipsy. Niestety, w moim miasteczku przed godziną 20:00 w okolicach kina czynny był jedynie kiosk Ruchu, gdzie mieli tylko najmniejsze paczki cebulowych Laysów – i już w połowie seansu żałowałem, że kupiłem zaledwie jedną, bo mimo oszczędzania zabrakło mi tych czipsów i musiałem poprzestać na popijaniu jabłkowo-brzoskwiniowego Tymbarku bez zakąski. Na szczęście, napoju starczyło mi do końca, a nawet trochę zostało.

Po co w ogóle lazłem do kina, skoro tysięczne relacje w internecie przestrzegały mnie przed tą kichą? Żeby mieć temat do notki, to raz. Dwa – z ciekawości, czy uda się przyciąć komara zarówno mnie, jak i mojej Osobie Towarzyszącej, która onegdaj pobiła rekord zasypiając na „Matrixie” (mój rekord znudzenia – na „Gladiatorze” podczas jakiejś pałacowej dłużyzny wyszedłem na papierosa). Trzy - żeby sprawdzić w jakiej kondycji znajduje się obecnie włoskie kino sandałowe. Cztery – aby porównać tak zwaną „fabułę” omawianego utworu z powieścią „Victoria” Cezarego Harasimowicza.

II. Efekty komiczne

No to po kolei. Notka się właśnie pisze, dobra nasza. Zasnąć, jak wspomniałem powyżej, mi się nie udało, mojej Osobie Towarzyszącej również – za to udało się jej skończyć zarówno butelkę Tymbarka, jak i czipsy przed końcem filmu. I też, jak mi wyznała, brakowało jej drugiej paczki.

Natomiast włoskie kino sandałowe (tak, wiem, że to inna epoka, ale będę się trzymał tego terminu) zrobiło się bardzo... tanie. 50 baniek złociszy to zaledwie jakieś 12 mln euro - porządne gry komputerowe mają obecnie większy budżet i to baaardzo widać. Wystarczy porównać to co dało się zobaczyć na kinowym ekranie z tzw. „gamepleyami”, jakich pełno na youtubie. Ale nawet przy tak skąpym budżecie zwyczajnie niedopuszczalna jest aż taka partanina, bowiem, owszem, wywołuje ona „efekt” - tyle że nie „specjalny”, a komiczny.

Przykładowo, landszaft z palemkami ze scen stambulskich nie może przypominać westernowej dekoracji z lat 50-tych, kiedy to „komboje” naparzali się z Indianami na tle namalowanego pejzażu Gór Skalistych. To samo tyczy się „panoramy” w sekwencjach wiedeńskich. Kule armatnie nie mogą przywodzić na myśl „Przygód Barona Munchausena” Terry Gilliama z 1988 roku. Szarżę husarii lepiej zrobił Hoffman w „Ogniem i Mieczem” (1999) – zresztą, tych kilku tłoczących się rycerzyków mających wywołać wrażenie „masy” trudno w ogóle nazwać „szarżą”. Zamiana wilka w człowieka przywodzi na myśl odwrócone „bestiality” z gry „Mortal Kombat”. Dalej nie będę już się wyzwierzęcał, wspomnę tylko o nadludzkiej kondycji ojca Marka z Aviano, który dyrdał na piechtę w tę i we wtę przez zasypane śniegiem Alpy, kursując wahadłowo na linii Italia – Wiedeń. Przestałem nawet liczyć ile razy został z różnych ujęć kamery pokazany ten sam fragment zasypanej śniegiem alpejskiej ścieżki.

Jeśli miałbym określić półkę „Bitwy pod Wiedniem”, to znalazłoby się dla niej miejsce obok niesławnego „Quo Vadis” Kawalerowicza z „rypniętym” amfiteatrem. Jak na razie, brak danych co do skali przewałów – czy jest porównywalna z produkcją „Quo Vadis”, czy może większa i ile kto zajumał z kasiory KGHM. No, może aktorzy w „Bitwie pod Wiedniem” spisali się cokolwiek lepiej (nie było Magdaleny Mielcarz i tego wielkiego dyzia co grał Krotona, no i tego od Ursusa), nawet Alicję-Synuś dało się jakoś oglądać. Natomiast Skolimowski jako Jan III Sobieski odrabiał chyba pańszczyznę za to, że na jakimś lewackim spędzie w Wenecji udelektowano go nagrodami za film o talibie uciekającym z Klewek przed tubylczymi wiochmenami.

Ogólnie, przychodziła mi na myśl włoska ekranizacja „Ogniem i Mieczem” z lat 60-tych. Kto nie widział husarii ze skrzydełkami na hełmach i wyfiokowanej Kurcewiczówny ze sztucznymi rzęsami, niech żałuje.

III. „Victoria” Harasimowicza

Teraz pora na powód czwarty, który zmotywował mnie by jednak zobaczyć w kinie owo dziwowisko, które nawet we Włoszech wejdzie tylko do telewizji. Otóż, stoi u mnie na półce wydana w 2007 roku powieść „Victoria” utalentowanego scenarzysty Cezarego Harasimowicza. Może nie arcydzieło, ale rzecz napisana sensownie, rzekłbym nawet, że z pewnym „sienkiewiczowskim” powiewem. Wątki poprowadzone są jak trzeba, z pewnością nie ma tej miotaniny z jaką mamy do czynienia w przypadku „Bitwy pod Wiedniem” - też zresztą nakręconej na bazie jakiegoś literackiego pierwowzoru.

Wiedeńska batalia wybrzmiewa na kartach Harasimowicza jak należy – np. szczegółowo rozpisane są manewry husarii, która wbrew utartemu schematowi wcale nie rzucała się „na rympał”, tylko elastycznie reagowała np. na ostrzał artylerii. W rękach odpowiedniego reżysera – nawet mającego do dyspozycji zaledwie 50 mln złotych (pod warunkiem, że budżetu by nie rozkradziono) scena szarży mogłaby spokojnie dorównać choćby mojej ulubionej – Rohirrimów z tolkienowskiego „Powrotu Króla” (a tak – jak tworzyć mity, to na całego!).

Obowiązkowy motyw miłosny również jest bardziej dorzeczny, sensacyjno-szpiegowskie gry barwnie opowiedziane. Krótko mówiąc, w „Victorii” wszystko trzyma się kupy, no i przedstawione jest z polskiej perspektywy – nie zatracając przy tym uniwersalnego wymiaru, który czyniłby oparty na niej film „sprzedawalnym” na rynku międzynarodowym. Na pewno bardziej niż „Katyń” Wajdy, czy ta ściema udająca „Quo Vadis”.

Może ktoś jeszcze kojarzy, że książka ta miała stanowić podstawę do polskiej ekranizacji Odsieczy Wiedeńskiej. Owo przedsięwzięcie nazywało się „projekt Victoria” i było na jego temat w mediach trochę szumu – książkę Harasimowicza czytano nawet w odcinkach na antenie radiowej „Trójki” za czasów Krzysztofa Skowrońskiego. Tyle, że się jakoś nie udało... Jak sądzę, po blamażu „Quo Vadis” Kawalerowicza (2001) wygasł entuzjazm sponsorów do kręcenia „rodzimych superprodukcji”, no i nie zapominajmy o „ogólnym klimacie”, w ramach którego tzw. Salon siał terror opiniotwórczy, by tylko ktoś nie podbił autochtonom „patriotycznego bębenka”. Pamiętajmy również, iż od 2005 roku trwała nieubłagana wojna z „kaczyzmem” - „nie czas żałować róż, gdy płoną lasy” i te de.

Zatem, zamiast rodzimej „Victorii” otrzymaliśmy po latach gniota z importu. I to pomimo tego, że Cezarego Harasimowicza jako żywo nie da się obsadzić na pozycjach „antysalonowych”.

***

A poza tym sądzę, że podczas projekcji „Victorii” nie byłbym zmuszony w połowie seansu grzebać oślinionym paluchem po dnie torebki z czipsami w poszukiwaniu ostatnich okruchów. Magia kina zatrzymałaby dłoń w pół drogi.

V. Film wbrew bożkom tolerancjonizmu

Tak na zakończenie, należy oczywiście olać pretensje a la „Wyborcza”, że „Bitwa pod Wiedniem” to film o niesłusznej ideologicznie wymowie. Tu akurat jest jak trzeba, zaś postać Marka z Aviano przez pryzmat której odczytana jest cała okołowiedeńska historia, to bodaj najjaśniejszy punkt całej produkcji – mimo groteskowego, amuletyczno-new-ageowego, „powinowactwa duchowego” z Kara Mustafą. Ojcowie kapucyni powinni być zadowoleni – i chyba są, zważywszy, iż z okazji filmu nagrali kilka audycji radiowych przybliżających różne aspekty życia swego błogosławionego współbrata – do odsłuchania tutaj: https://www.kapucyni.pl/index.php/info/5584-audycje-radiowe. Zresztą, reżyser i tak wykonał kilka kurtuazyjnych ukłonów w stronę świata islamu – choćby w postaci tego „dobrego Turka”, co to ochajtał się z katolicką niemotą, potem zaś cierpiał męki rozdarcia między miłością, a powinnościami płynącymi z wiary Proroka.

Włoskie lewactwo wielce się burzyło przeciw „islamofobicznemu” przesłaniu filmu, i to na długo przed premierą, co samo w sobie jest gwarancją, że przynajmniej pod tym względem nie dano ciała i nie złożono reżyserskiej wizji na ołtarzu współczesnych bożków tolerancjonizmu.

***

Tylko co z tego, skoro film, jako dzieło, jest kichą? Taka kicha ma to do siebie, że „morduje temat” na długie lata i nikogo nie przekonuje do swego – jakże aktualnego przecież – przesłania. Na produkcję w rodzaju choćby przywołanej wyżej „Victorii” przyjdzie nam zatem poczekać – o ile będzie istniała jakaś Polska, w której podobny film mógłby powstać.

Gadający Grzyb

P.S. Dowiedziałem się, że w moim mieście szkoły nie zdecydowały się organizować „wyjść” na „Bitwę pod Wiedniem”. Pytanie, czy ze względu na kichowatość filmu, czy na „niesłuszną” wymowę.

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

wtorek, 5 lipca 2011

Lesbijski agit-prop


Dla niecierpliwych – na zakończenie pikantna anegdotka. Cierpliwym polecam resztę, żeby wiedzieli z jakich powodów wzmiankowana anegdotka została opowiedziana.



I. Serial dla posła Węgrzyna.


Od czasu do czasu popatruję na lecący w Fox Life serial „Słowo na L”. Nie, żeby wciągały mnie perypetie bohaterek - szczerze mówiąc, gdybym miał teraz wymienić ich imiona i streścić fabułę, byłbym w kłopocie. Serial ów zainspirował mnie z zupełnie innych powodów – jako przykład skutecznej propagandy uprawianej za pomocą mediodajni przez środowiska LGBT (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders - Lesbijki, Geje, Biseksualiści i Transseksualiści, tj. pardon - „osoby transgenderyczne”).


Oto mamy do czynienia z grupą lesbijek miksujących się w różnych emocjonalno-łóżkowych konfiguracjach, żyjących ze sobą, rozstających się – ba, procesujących gdy przychodzi do rozwiązania lesbijskiego stadła. Jedna z bohaterek zachodzi nawet w ciążę, by wzbogacić związek potomstwem (a potem się procesuje ze swą eks). To wszystko jeszcze nie wywołuje żywszej pulsacji neuronów; nasze nieszczęśliwe czasy nie takie rzeczy dobijające zdychającą cywilizację Zachodu już widziały - był czas by zobojętnieć.


Rzecz tkwi w czym innym: otóż wszystkie bohaterki są ucieleśnieniem marzeń posła PO Roberta Węgrzyna, pamiętacie – tego, co to by sobie chętnie popatrzył - a także, jak sądzę, różnych „lajfstajlowych feministek” z główkami zaczadzonymi postępackimi nowinkami. Tele-bohaterki są atrakcyjne, młode, wykształcone, niezależne, często o „artystycznym” zacięciu, żyją w wielkim mieście, wykonują wolne zawody – no, słowem żywa reklama mówiąca widzowi – lesbijki są cool, trendy, czadowe, zajebiste i w ogóle super. Reklama jest tym skuteczniejsza, że są również i „momenty”, a jakże – i to nakręcone estetycznie, bez wulgarności. Tak, posłowie Węgrzynowie tego świata mieli by prawo poczuć się usatysfakcjonowani.


Zwróćmy uwagę – facetom ten obrazek mówi: lesbijki to fajne babki, natomiast otumanionym kobiecą prasą „lajfstajlowym feministkom” serwuje przekaz, nazwijmy to, werbunkowy: pragniesz pełnej samorealizacji? Więc zostań... no właśnie. Albo przynajmniej spróbuj – a nuż ci się spodoba.


II. Strategia homoofensywy.


Nie bez przyczyny serial nie opowiada o pedziach lecz o lesbijkach. Widok dwóch facetów penetrujących swe kiszki stolcowe działa wymiotnie. Co innego dwie atrakcyjne kobitki – tu ryzykujemy jedynie tym, że jak się baby całują, to deszcz będzie padał. Krótko mówiąc, niezależnie od sercowych rozterek, zdrad i perturbacji zawodowych pokazywanych pretekstowo - wyłącznie po to, by była jakakolwiek akcja – mamy do czynienia z wyidealizowanym oleodrukiem.


Jest to idealnie zbieżne ze „Strategią homoofensywy”, którą onegdaj opisywałem przy okazji Raportu Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji”, negliżującym m.in. wielofrontową wojnę o zdominowanie społeczeństwa heteroseksualnej większości przez homoseksualną mniejszość. Fundacja Mamy i Taty przywołała sformułowane w 1989 roku przez amerykańskiego aktywistę Marshalla Kirka zasady pozyskiwania kolejnych odcinków przestrzeni publicznej dla szeroko rozumianej gejowszczyzny.


Tu muszę wtrącić ważne rozróżnienie między homoseksualistą a gejem, które onegdaj przedstawiłem w notce „Geje kontra homoseksualiści”. W skrócie chodzi o to, że homoseksualistę poza prywatnymi, łóżkowymi preferencjami, cechuje dyskrecja i szacunek dla ogólnie przyjętych norm społecznych, natomiast gej odznacza się postawą silnie zideologizowaną i spolityzowaną. Gej do swej seksualności dorabia ideologię, której długofalowym celem jest przebudowa społeczeństwa, zgodnie z zasadami ideologii tolerancjonizmu, czyli agresywnej apologii zachowań i obyczajów pozostających w sprzeczności z normami kulturowymi przyjętymi w określonym kręgu cywilizacyjnym. W szerszym wymiarze postawa ta jest częścią składową Antycywilizacji Postępu (o której piszę z kolei TU, TU i TU), dążącej do zniszczenia cywilizacji łacińskiej.


Wróćmy jednak do raportu Fundacji Mamy i Taty. Czytamy tam:



Media wizualne - film i telewizja - to najpotężniejsze środki budowy wizerunku w cywilizacji zachodniej. Homoseksualiści w show biznesie są najlepszą ukrytą bronią w walce o znieczulenie głównego nurtu opinii. Stopniowo wprowadza się postacie i tematy „gejowskie” do filmów i programów.” (wytłuszczenie moje - GG)



No i jesteśmy w domu, jeśli chodzi o rolę przywołanego tu serialu, który jest modelowym przykładem praktycznego zastosowania zacytowanych przed chwilą wytycznych.


Zachęcam do lektury całości Raportu Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji” - warto, choćby po to by mieć argumenty w dyskusji z różnymi postępakami.


III. Czego serial „Słowo na L” nie pokazuje. Nie ma homoseksualistów po pięćdziesiątce?


A teraz wracamy do naszego stadka serialowych lesbijek. I do tego, czego serial „Słowo na L” nie pokazuje. Otóż, widz nie zobaczy lesbijek starych, brzydkich, samotnych, ubogich. Dlaczego? Bo to dla środowisk LGBT kłopotliwy temat i porażająco źle wygląda na wizji. Panujący w naszej zdegenerowanej cywilizacji kult młodości, gdzie starość jest co najmniej nietaktem, u nich osiąga rozmiary przerażającej groteski. Warto zapytać o to, jak ci „homo-wykluczeni” sami bezwzględnie wykluczają ze swego grona tych, którzy przestają z wiekiem „odpowiednio” wyglądać. Podstarzały pedał nie ma czego szukać w gejowskich klubach, nie widujemy takich na paradach równości. No, chyba że są bogaci i wpływowi.


Ta druga, ciemna strona medalu nie jest prezentowana masowej publiczności.


Nie ma dramatów samotności, opuszczenia, żebrania o seks i kiblowej, homoseksualnej prostytucji. Zdawałoby się, że nie ma homoseksualistów po pięćdziesiątce. Nie ma lesbijek po menopauzie, brzuchatych i podstarzałych homosiów – brutalnie odtrąconych, wyszydzonych, odepchniętych, wykluczonych przez środowisko tych, którzy na co dzień przed kamerami tak elokwentnie dopominają się o „prawa”.


Tak się bowiem składa, że gejowscy aktywiści-działacze, ci profesjonalni reprezentanci „uciskanej mniejszości”, mają tyle wspólnego z homoseksualistami obojga płci, ile zawodowi komuniści z różnych kompartii z robotnikami.


IV. Anegdota z Dworca Centralnego.


Na zakończenie anegdotka. Kiedyś na Dworcu Centralnym w Warszawie wszedłem do toalety i zobaczyłem ciekawy obrazek: grono facetów w średnim wieku wystawało przed rzędem zamkniętych kabin. W swej młodzieńczej naiwności pomyślałem, że wszystkie sracze są zajęte, a ci panowie, to kolejka. Stanąłem więc grzecznie gdzieś z boku. Panowie zaczęli rzucać mi spod oka dyskretne spojrzenia. Po kilku chwilach, gdy żadna z kabin nie otwierała się, zacząłem lustrować prześwity między podłogą a drzwiami. Niemal nigdzie nie zaobserwowałem charakterystycznego widoczku butów przykrytych opuszczonymi gaciami. Zrobiło mi się jakoś tak nieswojo, ale cóż – naturalna potrzeba była zbyt silna. Klnąc w duchu szarpnąłem za drzwi najbliższego sracza i czym prędzej zrobiłem co swoje. Na ścianach kibla widniały nabazgrane niezmywalnymi markerami różne numery telefonów komórkowych, czasem okraszone dopiskami w stylu „zawsze dostępny”. Załatwiwszy się, wyszedłem unikając spojrzeń wciąż tkwiących pod przeciwległą ścianą pedałów, ale niemal fizycznie czułem na plecach ich spojrzenia.


I to jest prawda o dramacie homoseksualizmu. Ta żałosna grupa brzuszkowatych, wąsatych jegomościów z saszetkami w dłoniach, w brązowych skórach, sweterkach w romby, znoszonych dżinsach, bazarowych „adidasach”, tkwiących pod ścianą sracza na Dworcu Centralnym. O nich nie kręci się seriali. Oni nie istnieją.


I z całą pewnością nie interesują Biedronia, Legierskiego, czy posła Węgrzyna. Ten ostatni zresztą kontentuje zapewne ducha serialem „Słowo na L”.


Gadający Grzyb

wtorek, 21 czerwca 2011

Wiktor Orban kontra Antycywilizacja Postępu


„Zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci.



I. Jak Unia „nie ingeruje”...


Bardzo chciałbym dziś zobaczyć wszystkich tych mądralińskich, którzy żarliwie przekonywali przy okazji burzy wokół traktatu lizbońskiego i Karty Praw Podstawowych, że Unia Europejska ab-so-lut-nie nie ingeruje w sprawy natury kulturowo-obyczajowej, zostawiając je wyłącznej kompetencji poszczególnych państw członkowskich. Chciałbym ich zobaczyć, powiadam, i spojrzeć głęboko w oczy. Dlaczego? Ano, jak zapewne wielu z Państwa wie, a tych którzy nie wiedzą, niniejszym informuję (za „Naszym Dziennikiem”), iż plemię brukselskich apostołów Antycywilizacji Postępu dostało ataku furii po tym, jak węgierski rząd Wiktora Orbana ośmielił się wydać 416 tys euro z unijnych dotacji na kampanię społeczną promującą postawę pro-life, a konkretnie, by rodzice, zamiast uśmiercać swe nienarodzone dzieci, pozwolili się im urodzić aby oddać je następnie do adopcji. Kampania polega na rozlepianiu w miejscach publicznych i urzędach plakatów przedstawiających dziecko w fazie prenatalnej z podpisem: „Cóż, rozumiem, że nie jesteście gotowi, aby mnie przyjąć, ale pomyślcie dwa razy i oddajcie mnie służbom adopcyjnym. POZWÓLCIE MI ŻYĆ".


Hm, Orban poniekąd sam jest sobie winien, bowiem pieniądze pochodziły z programu o wdzięcznej i dźwięcznej nazwie PROGRESS (POSTĘP), a Postęp to jedyna świecka religia, jaką wyznaje zideologizowana brukselska biurokracja, ukształtowana w jedynie słusznym duchu „pokolenia ‘68” i będąca ukoronowaniem „długiego marszu przez instytucje”. PROGRESS ma wprawdzie promować zatrudnienie i solidarność, ale jak natychmiast orzekła europejska komisarz sprawiedliwości Viviane Reding, promocja postaw antyaborcyjnych w koncepcji owej „solidarności” się zdecydowanie nie mieści – ba, nawoływanie do powstrzymania się od mordowania nienarodzonych dzieci, tak by dać im szansę na rodzinę adopcyjną jest wręcz głęboko sprzeczne z „europejskimi wartościami”. Następnie pani komisarz wezwała do wycofania plakatów, który to apel okrasiła porcją rytualnych euro-pogróżek – padły słowa o zerwaniu współpracy w ramach programu i karach finansowych.


I to by było na tyle, mówiąc J.T. Stanisławskim, jeśli chodzi o Unię, co to „nie ingeruje”.


II. Zbalansowana ero-rodzina.


Oczywiście, formalny powód całej draki był inny, taki mianowicie, że „kampania ‘nie odpowiada projektowi przedstawionemu przez władze węgierskie’ (...)” (cyt. za NDz). Czemu nie odpowiada? A temu, że w ustalenia wkradło się dość charakterystyczne nieporozumienie pokazujące jak pod lupą różnice cywilizacyjne między zdroworozsądkowym konserwatyzmem premiera Węgier, a antycywilizacyjnym plemieniem Brukselczyków. Otóż w przedłożonym euro-czynownikom projekcie była mowa o promocji „zbalansowanych rodzin”, co postępowa euro-kasta urzędnicza milcząco zrozumiała jako – bo ja wiem? - propagowanie antykoncepcji, aborcji, może nawet eutanazji... Wszak „zbalansowana” i postępowa euro-rodzina, to taka, w której dokonano słusznej ideowo eksterminacji starców i dzieci, sami zaś małżonkowie rozwiedli się, by kontynuować zbalansowane życie w partnerskich homo-związkach. Ooo, jestem pewien, że na takie zbalansowanie postępowi neo-barbarzyńcy z plemienia Brukselczyków nie pożałowaliby euro-rubelków, zaś autorzy takowej akcji spotkali by się z pochlebnym cmokaniem ze strony niestrudzonych wdrażaczy „wartości holenderskich”, które jakoś tak niepostrzeżenie stały się zalecanym kanonem.


A że Orban owo „zbalansowanie” rozumie jako rodzinę, gdzie nie wyskrobuje się dzieci, tylko w najgorszym razie oddaje do adopcji? Uch, to być wielce nieeuropejskie, a zapewne i faszystowskie.


III. Wojna cywilizacji.


Na zakończenie pragnąłbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt pokazujący, że nie o żadne finansowe nadużycie ze strony węgierskiego rządu tu chodzi, a o czysto ideologiczną wojnę, jaką Antycywilizacja Postępu i jej zbrojne ramię w postaci plemienia Brukselczyków toczy z cywilizacją łacińską. Otóż koszt całej akcji to zaledwie 416 tysięcy euro, z czego Unia pokrywa 80%, czyli 332 800 euro. Suma niezauważalna tak z perspektywy budżetu Unii utrzymującego rzeszę darmozjadów, jak i środków transferowanych do nowych krajów członkowskich. Rzecz w tym, że ideologiczne zacietrzewienie nie pozwala Brukselczykom znieść myśli, by choć jedno złupione podatnikom euro zostało wydane na promocję wartości, które oni zaprzysięgli w duchu zniszczyć i wypalić w imię wyznawanej neo-oświeceniowej, tolerancjonistycznej utopii.


Co innego, gdyby promowano zakładanie gumek na banana, techniki penetracji odbytnicy albo „zdrowie prokreacyjne”. Tyle, że węgierski premier, robiący dziś w UE za czarnego luda, nie należy do polityków, którzy konformistycznie kłaniają się przed złotym cielcem Antycywilizacji Postępu, tylko myśli o przyszłości swojego narodu i demograficznym problemie zastępowalności pokoleń. Jest mężem stanu z prawdziwego zdarzenia, który wie, że jego naród nie przetrwa, jeżeli będzie uśmiercał co roku tysiące przyszłych obywateli. I to właśnie leży u podstaw całego rabanu.


Jeśli się mylę, jeśli jest inaczej, to czekam na przykłady współfinansowanych przez Unię inicjatyw pro-life. Zaręczam, że jestem gotów na takie miłe rozczarowanie. Czekam. Ale mam dziwną pewność, że się nie doczekam.


Gadający Grzyb

sobota, 20 listopada 2010

Strategia homoofensywy


Motto: „Jeśli narodowi niemieckiemu nie podobają się moje upodobania seksualne, to ja go za mordę zmuszę, aby je polubił” - Ernest Rōhm

Raport Fundacji Mamy i Taty „Przeciw wolności i demokracji” (podtytuł: „Strategia polityczna lobby LGTB w Polsce i na świecie: cele, narzędzia, konsekwencje”) powinien być lekturą obowiązkową dla wszystkich zaniepokojonych narastającą ofensywą gejowszczyzny. Dla niezaniepokojonych tym bardziej, bo najwyższa pora, by zaczęli się niepokoić.

Generalnie, mamy do czynienia z realizacją strategii sformułowanej dla ruchu LGTB (Lesbians, Gays, Bisexuals, Transgenders) jeszcze pod koniec lat 80-tych przez amerykańskiego genealoga Marshalla Kirka, która zakłada stopniowe zdobywanie terenu: od „znieczulenia” społecznego na zjawisko homoseksualizmu po zakneblowanie przeciwników terrorem „mowy nienawiści” pod którym to pojęciem kryje się dążenie do penalizacji poglądów krytycznych wobec zachowań homoseksualnych.

Pozwolę tu sobie na wtręt, że homoofensywa stanowi element szerszego zjawiska, określanego niekiedy mianem ideologii tolerancjonizmu, a które onegdaj zdefiniowałem jako „agresywną apologię zachowań i obyczajów pozostających w sprzeczności z normami kulturowymi przyjętymi w określonym kręgu cywilizacyjnym”.

I. Tęczowa kampania.


Pierwszym etapem, jako się rzekło, ma być „znieczulenie”, co Kirk ujął następująco:

„Darujcie sobie przekonywanie mas, że homoseksualizm to coś dobrego. Ale jeśli tylko potraficie sprawić, by pomyślały, że to coś innego i wzruszyły ramionami, to właściwie już wygraliście bitwę o prawa”. (wytłuszczenie moje - GG)


Owo „wzruszenie ramionami” ma zostać osiągnięte za pomocą zmasowanej kampanii społecznej, której elementami mają być:

- nieustanne mówienie o „gejach” z jednoczesnym unikaniem pokazywania czynności homoseksualnych, by nie zrazić na wczesnym etapie opinii publicznej;

- wizerunkowe wykorzystanie popkultury (np. geje jako pozytywne postaci w filmach, serialach);

- akcentowanie poparcia dla homoseksualizmu ze strony „postępowych” organizacji religijnych, przy jednoczesnym piętnowaniu kościołów „zacofanych”;

- przedstawianie „gejów” jako ofiary własnej biologii i zarazem opresyjnego społeczeństwa (opowieści o drastycznych przejawach dyskryminacji), przy czym „twarzami” kampanii mają być dobrze wyglądające, miłe w obejściu osoby;

- odwoływanie się do zasad humanitaryzmu i praw człowieka jako przeciwwagi do argumentów o charakterze religijnym;

- wywołanie u heteroseksualnej większości odruchu współczucia i tym samym pozyskiwanie obrońców dla własnej sprawy;

- budowanie publicznego poparcia ze strony znanych postaci show biznesu i polityki;

- wyłuskiwanie znanych homoseksualnych postaci historycznych jako swoistych „patronów”. Marshall Kirk: „W krótkim czasie zręczna i bystra kampania medialna może przemienić wspólnotę gejowską w matkę chrzestną cywilizacji zachodniej”;

i wreszcie, na dalszym etapie:

- wytworzenie wokół krytyków homoseksualizmu atmosfery wstydu. Znowu Kirk: „trzeba ich zmieszać z błotem”. W tym celu należy pokazywać „homofobiczne” postaci budzące w przeciętnym odbiorcy mieszaninę politowania i odrazy (agresywny skinhead, zaśliniony dewot itd.), tak by powstało wrażenie, że są to osoby reprezentatywne dla przeciwników ruchu LGTB.

Dodajmy, że celem środowiska gejowskiego nie jest „równouprawnienie”, gdyż osoby homoseksualne dysponują pełnią praw obywatelskich, lecz uzyskanie przywilejów zastrzeżonych dla heteroseksualnej rodziny (takie czasy, że trzeba dodawać – heteroseksualnej) ze względu na jej wyjątkową rolę społeczną.

II. Homoofensywa na Zachodzie.


W krajach zachodnich homoofensywa już dawno ma za sobą pierwszy etap - „oswajania” zjawiska homoseksualizmu w społeczeństwie. Nie bez znaczenia jest wprowadzenie do szkół pod pozorem edukacji elementów homoindoktrynacyjnych w celu kształtowania odpowiednich z punktu widzenia aktywistów LGTB postaw wśród dzieci i młodzieży (przykład: komiks „Ali Baba i 40 pedałów” jako lektura na lekcjach wychowania obywatelskiego w hiszpańskich szkołach).

Aktualnie realizowane są (w różnym stopniu zaawansowania) etapy kolejne: formalizowanie „związków partnerskich”, czyli homoseksualnych konkubinatów, zrównanie pod względem prawnym związków homoseksualnych z małżeństwami (również adopcja dzieci) i wreszcie – penalizacja tzw. „mowy nienawiści”, czyli krytyki postaw homoseksualnych. Autorzy raportu przytaczają szereg przykładów zastraszania i „kneblowania” metodami prawnymi krytyków „gejowszczyzny”. Efektem jest sterroryzowanie światopoglądowe heteroseksualnej większości przez zdeterminowaną homoseksualną mniejszość.

III. Homoofensywa w Polsce.

W Polsce, jak się zdaje, mamy do czynienia z końcową fazą etapu „oswajania” - marsze równości, coming outy znanych postaci, pozytywni gejowscy bohaterowie w masowo oglądanych serialach („Klan”, „M jak miłość” itd). Ilona Łepkowska, człowiek – instytucja w serialowym światku nie kryje zresztą swych intencji:

"-Po prostu wychodzę z prostego skądinąd założenia, że łamanie tabu uczy tolerancji. Takie właśnie mam ambicje, by oswoić widzów z tą tematyką . " (wytłuszczenie moje - G.G.)


Jak widać, przytaczana wyżej strategia Marshalla Kirka realizowana jest z całą konsekwencją.

Środowiska LGTB przymierzają się teraz do kolejnych kroków. Pierwszym ma być ustawa o związkach partnerskich. Co dalej? Oddaję głos autorom:

"Jeśli próba uchwalenia ustawy o związkach partnerskich zakończy się sukcesem, sądzimy, że kolejnym krokiem środowisk LGBT może być:

- zmiana art. 256 i 257 Kodeksu Karnego czyli tzw. penalizacja mowy nienawiści uwzględniająca orientację seksualną;

- wprowadzenie do szkół tzw. edukacji seksualnej, która stanie się obowiązkowym przedmiotem propagującym m.in. poglądy ideologów LGBT na kwestię orientacji seksualnej;

- w dalszej (kilkuletniej) perspektywie zrównanie związków partnerskich z małżeństwem, a w szczególności przyznanie parom homoseksualnym prawa do nieograniczonej adopcji dzieci.

Ze względu na sprzyjającą obecnie sytuację polityczną dojdzie najprawdopodobniej do próby przyspieszenia realizacji celów ruchów LGBT i radykalizacji postulatów, widać już pierwsze symptomy przejścia od dotychczasowej strategii „drobnych kroków” i dialogu do strategii walki."


IV. Droga do homofaszyzmu.

Zachęcam do lektury całości raportu Fundacji Mamy i Taty. Najważniejsze, to nie dać się zwieść zapewnieniom gejowskich aktywistów, że chodzi im jedynie o „tolerancję”. Nie – im chodzi o to, by zgodnie z cytowaną na wstępie wypowiedzią szefa S.A. Ernesta Rōhma zmusić naród „za mordę”, by „polubił” ich „upodobania seksualne”.

Jeżeli uda się im np. poszerzyć art. 256 i 257 Kodeksu Karnego zakazujące szerzenia nienawiści na tle rasowym i religijnym o zakaz dyskryminacją z uwagi na orientację psychoseksualną, to będziemy ugotowani, gdyż praktyka krajów zachodnich pokazuje, że o tym kto jest „homofobem” decydują gejowscy aktywiści, na podobnej zasadzie, jak w III Rzeszy Hermann Goering decydował kto jest Żydem.

„Tęczowi faszyści” postępują wedle dokładnie przemyślanej, konsekwentnie realizowanej i wypróbowanej w innych krajach strategii. Wszystko precyzyjnie, krok po kroku. Tu nie ma miejsca na przypadek. Próbkę ich zapędów mieliśmy niedawno przy okazji żądania dymisji minister Radziszewskiej, a stać ich na dużo, dużo więcej. Dyktatura homoterroru zbliża się wielkimi krokami.

Gadający Grzyb

P.S. Z ostatniej chwili: w Poznaniu odbył się „Marsz Równości”. Uczestnicy, prócz ustawy o związkach partnerskich, domagali się m.in: ustawy o „zbrodniach z nienawiści i mowie nienawiści”. Strategia Marshalla Kirka działa.

P.S. 1

Link do raportu:

http://www.mamaitata.org.pl/docs/Przeciw_wolnosci_i_demokracji_-_Raport_Fundacji_Mamy_i_Taty.pdf

http://www.mamaitata.org.pl/

Gwoli sprawiedliwości - raport zauważył wcześniej Kuki:)

http://niepoprawni.pl/content/fundacja-mamy-i-taty-przeciw-wolnosci-i-demokracji

P.S. 2

Moje notki o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu


http://niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci


http://niepoprawni.pl/blog/287/homoseksualisci-kontra-geje


P.S. 3

Wypowiedź Ernesta Rōhma za artykułem Bronisława Wildsteina:

http://blog.rp.pl/wildstein/2010/10/11/przemoc-w-sluzbie-postepu/


Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl