Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą islam. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 listopada 2018

Pod-Grzybki 141

Przed wyborami lewactwo zrobiło shitstorm na temat Psalmu 33 ze słowami „Pan miłuje prawo i sprawiedliwość” - śpiewanego akurat w wyborczą niedzielę w kościołach. Trawestując stary dowcip o przedstawicielach Coca-coli w Watykanie – w PO pewnie kombinują teraz jak podejść papieża Franciszka, żeby wstawił fragment „Pan miłuje Platformę Obywatelską”.


*

Paweł Kukiz jednak jest niereformowalny – kilka lat w polityce nie wyleczyło go z narowów rockowej primadonny. Ostatnio, pod wpływem świętowania „piąteczku”, dał na Twitterze upust swym nocnym fantazjom sado-maso z posłem Markiem Jakubiakiem w roli głównej (nie chcecie sobie tego wyobrażać). Zrobił się skandal, więc nasz bohater najpierw stwierdził, że „utracił kontrolę” nad swoim kontem, by – kiedy już doszedł do siebie - „przypomnieć sobie”, że to jednak „piątkowa noc przejęła mnie i moje konto”. Czyli, jak rozumiem, pan Paweł został... opętany przez Twittera! Pytanie: jak to się egzorcyzmuje?


*

Inny przypadek twitterowego opętania zaliczył wkrótce potem Sławek Nowak. Przy okazji zmiany czasu, zaćwierkał takimi oto słowy: Uwaga „prawdziwi patrioci”! Słuchajcie tępe cepy! Dzisiaj z 3 (trzy) na 2 (dwa) przesuwacie wskazówki ZEGARKÓW (to co dostaliście na komunię)! Normalni to wiedzą z automatu”. Poza tym dobra wiadomość polega na tym, że możecie o jedną godzinę dłużej nienawidzić! :). Hm, Nowak znany jest z tego, że zna się na zegarku - a nawet na zegarkach. On potrzebował zapewne tej dodatkowej godziny, żeby je wszystkie poprzestawiać. Nic dziwnego, że trafił go szlag i musiał odreagować.


*

Z powyższego wynika, że ten cały Twitter to iście diaboliczne medium. Odbiera ludziom rozum – i dlatego właśnie politycy powinni mieć zakaz korzystania z tego serwisu. Piastujesz jakąkolwiek funkcję publiczną - bezwzględny szlaban i twitterowa prohibicja! Na domiar złego, zbyt łatwo się z niego korzysta. Wystarczy odpalić „apkę” w smartfonie i paluch sam lezie, żeby wystukać te 280 znaków – a potem wstyd jak beret. Toteż ja starannie unikam wszelkiego wdawania się w dyskusje i polemiki, bo widzę co to robi z ludźmi. Trzymam się od tego z daleka, jak od heroiny.


*

Słynna wokalistka Sinead O'Connor przeszła na islam, lata w hidżabie i każe na siebie wołać „Shuhada Davitt”. Przyznam, że bardzo lubię jej pierwszą płytę „The Lion and the Cobra”, ale obiektywnie muszę stwierdzić, że od zawsze miała tęgiego p***lca – a z wiekiem tylko jej się pogłębia. Pal sześć ogolenie glacy na łyso, ale z tego co pamiętam, zdążyła też przejść etap fascynacji IRA, podrzeć zdjęcie Papieża (bo to wstrętny konserwatysta), zostać lesbijką... No, to teraz zazna uroków muzułmańskiej otwartości i tolerancji na wszelkie ekstrawagancje. Nawiasem, czy ktoś jej powiedział, że ryzykuje życiem i kiedy znów jej się odmieni (a odmieni się z pewnością), to każdy muslim będzie miał prawo ją zabić za zdradę wiary Proroka? Bo póki co biedulka zdaje się żyć w błogiej nieświadomości.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 21 (07-20.11.2018)

czwartek, 30 sierpnia 2018

Cywilizacjonizm albo śmierć!

Receptą na postępującą kulturową degrengoladę Zachodu jest wg Daniela Pipesa cywilizacjonizm – samoobrona przed niszczącym wpływem muzułmańskiej migracji.

I. Lewactwo zamalowane do kąta

W czasach trwającej obecnie wojny kulturowej, jaką cywilizacji łacińskiej wydało wojujące lewactwo, kolonizując ideologicznie zachodni, liberalny establishment, muszą cieszyć jakiekolwiek objawy otrzeźwienia po „tamtej” stronie. Taką jaskółką jest Daniel Pipes (syn prof. Richarda Pipesa), szef think-tanku „Forum Bliskowschodnie” („The Middle East Forum”), wykładowca Uniwersytetu Chicago, Uniwersytetu Harvarda oraz Wyższej Szkoły Marynarki Wojennej, a do tego były pracownik amerykańskiego Departamentu Stanu i Departamentu Obrony. Wyliczam te wszystkie byłe i obecne funkcje, by pokazać, że nie mamy do czynienia jedynie z synem sławnego ojca, lecz z człowiekiem mocno usytuowanym w strukturach władzy – i choćby z tego powodu wysłuchiwanym, gdy zabiera głos w sprawach publicznych. A mówi rzeczy ciekawe – m.in. wbrew utartemu schematowi głośno podnosi groźbę islamizacji świata Zachodu i niebezpieczeństwa związane z masową migracją muzułmanów do Europy (dla nas rzecz oczywista, lecz w uszach spętanego polityczną poprawnością mainstreamu wciąż brzmi to niczym herezja).

W naturalny sposób takie stanowisko pociąga za sobą krytykę postaw liberalno-lewicowych, ze szczególnym uwzględnieniem samobójczej idei multikulturalizmu. Pipes, co znamienne, wychodzi przy tym w swej analizie nie z pozycji nacjonalistycznych, lecz liberalnych, widząc to, czego uporczywie nie chcą dostrzec owładnięci ojkofobicznym wstrętem do wszystkiego co rodzime, lewicowi utopiści: że wojujący islam stanowi śmiertelne zagrożenie dla fundamentalnych swobód wypracowanych przez świat zachodu. Odkładając chwilowo na bok to, co sądzimy o takich „wartościach” jak rozmaite „rewolucje” kulturowo-obyczajowe, trzeba zauważyć, że religijno-polityczny islam ma na to jedną odpowiedź – śmierć lub nawrócenie na wiarę Mahometa. Tym samym, „postępowy” świat sam zakłada pętlę na własną szyję, posuwając się do zdrady własnych ideałów – a sfanatyzowani przybysze skrzętnie to wykorzystują.

Symptomatyczny jest tu obrazek sprzed kilku miesięcy ze Szwecji – w Sztokholmie lewacka bojówka Antify protestowała przeciw demonstracji LGBT, która zapuściła się do imigranckiej dzielnicy, gdyż ostentacyjne demonstrowanie homoseksualizmu... godzi w religijne uczucia muzułmanów. Członkowie Antify posunęli się wręcz do oskarżenia demonstrujących homoseksualistów o „faszyzm” i „nazizm”, zaś jedna z uczestniczek kontrmanifestacji stwierdziła: „To jawna manifestacja antymuzułmańska. To co robią geje w swoich łóżkach, to ich prywatna sprawa” - bezwiednie powtarzając tym samym to, co od lat mówią konserwatyści sprzeciwiający się zawłaszczaniu przestrzeni publicznej przez agresywną homopropagandę. W ten oto sposób lewactwo zamalowało się do kąta, dzieląc różne „mniejszości” na słuszne i słuszniejsze. Oczywiście, uczucia religijne chrześcijan wciąż można obrażać skolko ugodno, ale od uczuć przedstawicieli religii po stokroć bardziej opresyjnej, szowinistycznej, nietolerancyjnej i morderczej – wara.


II. Cywilizacjonizm albo śmierć!

Receptą na tego typu paroksyzmy i postępującą kulturową degrengoladę Zachodu jest wg Daniela Pipesa cywilizacjonizm – i warto sobie ten termin zapamiętać. W sferze polityczno-kulturowej oznacza on samoobronę przed niszczącym wpływem muzułmańskiej migracji wraz z takimi egzotycznymi atrakcjami, jak „poligamia, nikaby i burki, okaleczania żeńskich narządów płciowych, zabójstwa honorowe, taharrush (napaści na tle seksualnym), niechęć do Żydów i chrześcijan, sądy szariackie, islamizm i przemoc dżihadystów” - co Pipes skrupulatnie wylicza w jednym ze swych tekstów. Podkreśla przy tym, iż nie jet to żadna „islamofobia”, lecz realne, konkretne problemy, na które elity reagują zaprogramowaną ślepotą (Pipes stosuje tu termin „6 x P: policja, politycy, prasa, pastorowie (księża), profesorowie i prokuratorzy”).

Konsekwencją powyższego jest postulat Pipesa, by nie „izolować” i nie piętnować dochodzących w Europie do głosu ugrupowań „populistycznych”, lecz zacząć traktować je normalnie: jako wyrazicieli uzasadnionych obaw społecznych przed kulturową inwazją obcych, którzy nie dość, że się nie integrują, to wręcz dążą do narzucania swoich porządków. Zresztą, Pipes krytykuje samo słowo „populizm”, jako stygmatyzujące i fałszujące rzeczywistość, podobnie jak przypisywanie partiom z tego nurtu ciągot nacjonalistycznych czy zgoła „nazistowskich”. W istocie zaś, te rzekomo „populistyczne” formacje (takie jak francuski Front Narodowy, Alternatywa dla Niemiec czy austriacka FPÖ), są ruchami cywilizacjonistycznymi. Jak stwierdza w artykule „Izolowanie partii antyimigracyjnych to droga donikąd”: „Wyznają raczej europejski i zachodni światopogląd; można określić je terminem cywilizacyjnych. Po drugie, są defensywne, koncentrują się na ochronie zachodniej cywilizacji, a nie na jej niszczeniu, tak jak to robili komuniści i naziści, lub na jej przedłużaniu, jak długo próbował to robić rząd francuski. Nie dążą do podbojów, ale chcą zachować Europę w Atenach, Florencji i Amsterdamie. Po trzecie, partie te nie mogą być nazwane skrajnie prawicowymi, ponieważ oferują złożoną mieszankę prawicowości (kwestie kulturalne) i lewicowości (kwestie ekonomiczne)” (cyt. za „Euroislam.pl”). Kolejnym pozytywnym aspektem ich funkcjonowania jest stopniowe przejmowanie „populistycznych” postulatów przez dotychczasowy centroprawicowy mainstream, usiłujący w ten sposób walczyć o zachowanie wyborczego zaplecza – w ten sposób następuje przenikanie uważanych dotąd za „skrajne” poglądów do głównego nurtu.

Również w odniesieniu do naszego regionu Pipes przestrzega przed demonizowaniem Victora Orbana i jego Fideszu czy Prawa i Sprawiedliwości. Antyimigracyjną postawę rządów Polski i Węgier uznaje za w pełni racjonalną i uzasadnioną – czemu dał wyraz podczas niedawnej wizyty w Polsce. Owszem, nie podoba mu się „zamach na sądy” i tu postuluje swoisty „monitoring” PiS-u (tu daje o sobie znać typowy, zachodni paternalizm w podejściu do Europy Środkowej), lecz zasadniczo uważa, że nie dzieje się u nas nic strasznego – wbrew wrzaskom zarówno „totalnej opozycji”, jak i jej brukselskich mocodawców.

Generalnie, Daniel Pipes traktuje partie cywilizacjonistyczne jako taktycznych sojuszników w obronie europejskiej tożsamości (w debacie publicznej pojawia się również określenie „partie tożsamościowe”), gdyż „stanowią mniejsze zagrożenie niż islamiści (…) Zapewne są mniej groźne niż partie należące do establishmentu, które zezwoliły na imigrację i ignorują zagrożenia związane z islamistami.


III. Taktyczny sojusz?

Żeby nie było tak słodko, warto jednak wspomnieć coś o motywacjach Pipesa – nie ograniczają się one bowiem do altruistycznej miłości do naszego kręgu kulturowego. Prowadzone przez niego „Forum Bliskowschodnie” w swą działalność wpisane ma „promowanie amerykańskich interesów”, w te zaś nieodmiennie wpisane jest bezwarunkowe poparcie dla Izraela (zresztą, sam Pipes jest z pochodzenia Żydem). Zatem, jego sprzeciw wobec islamizmu ma również podłoże w postaci konfliktu izraelsko-arabskiego oraz troski o bezpieczeństwo europejskich Żydów. W tym kontekście jesteśmy dla niego „dobrzy” o ile pozostajemy sprzymierzeńcami w antyislamistycznej batalii – co rzuca pewne światło na intencje z jakimi przyjechał miesiąc temu do Polski. Najwyraźniej ktoś uznał, że ponawiane co jakiś czas opowieści George'a Friedmana ze „Stratforu” (amerykańskiej, prywatnej wywiadowni), jak to już wkrótce Międzymorze pod polskim kierownictwem zostanie potęgą, wymagają dodatkowego wsparcia na innym odcinku – szczególnie w obliczu niedawnego sporu z Izraelem (i USA) o nowelizację Ustawy o IPN. Polityka jednak ma to do siebie, że nie kieruje się sentymentami, lecz chłodną kalkulacją – podobnie jak Pipes traktuje „cywilizacjonizm” użytkowo, tak my możemy potraktować taktycznie jego poglądy i wpływy w USA jako formę korzystnego wsparcia – bo tu akurat nasze interesy się zazębiają.

Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 34 (24-30.08.2018)

piątek, 16 czerwca 2017

Pod-Grzybki 101

Zdumiewające – niemieckie media odkryły związek między islamem a terroryzmem. Jak na tamtejsze standardy jest to iście kopernikański przełom. Co prawda nie odnalazły jeszcze związku między radykalizacją środowisk muzułmańskich a imigracją, ale nie bądźmy zbyt wymagający jeśli chodzi o zdolność kojarzenia faktów – w końcu ponoć istnieją jeszcze na świecie ludy nie widzące korelacji między seksem a pojawianiem się dzieci. Na ich tle niemiecki establishment i tak wykonał ogromny wysiłek intelektualny.


*

Kto postawił się zamachowcom w jednym z londyńskich pubów? Okazało się, że był to kibic tamtejszego klubu Millwall, którego zwolennicy nie bez przyczyny owiani są chuligańską sławą. „Fuck you, I'm Millwall!” - wykrzyczał do uzbrojonych w maczety napastników. Tak podejrzewałem, że jeżeli ktoś może jeszcze uchronić Europę, to właśnie kibole – chyba ostatnia na kontynencie grupa społeczna, która chce i potrafi się bić.


*

Podczas smoleńskiej miesięcznicy dał o sobie znać Władysław Frasyniuk, którego policja musiała wynieść z nielegalnej blokady. Na tę okoliczność Ewa Siedlecka (też wyniesiona) zachwyciła się, że Frasyniuk wyglądał „jakby ubyło mu 40 lat”. W tym tempie, to na za miesiąc pana Władka przyniosą w beciku (o ile nie będzie miał kolki), a na kolejną okazję Frasyniuka trzeba będzie od nowa spłodzić – o ile uczestniczki „Czarnego Protestu” z rozpędu nie wyskrobią legendarnego bohatera.


*

Wyciekły kolejne „taśmy kelnerów”, na których główną rolę odgrywa znany ksiądz-celebryta „Kazek” Sowa. Okazało się, że wielebny nie dość, że jest patologicznym gadułą, który najzwyczajniej nie potrafi się zamknąć, to jeszcze dybał na „Zonę Wolnego Słowa”, a jego życie kręciło się wokół schematu – tu jakaś bibka, tam spółeczka, ówdzie winko i ploteczki... Na szczęście, abp Jędraszewski już wcześniej nakazał mu powrót do diecezji, więc istnieje szansa, że ks. Sowa wyląduje w jakiejś klasztornej celi. Może nawet przypomni sobie jak nosić sutannę i odmawiać pacierz?


*

Krytyka Polityczna” opublikowała wywiad z niejakim Wiktorem Okwarem – polskim obywatelem nigeryjskiego pochodzenia, który wpadł na pomysł założenia organizacji „Send me back to Africa”, która – na wzór analogicznej fundacji działającej w USA – ma zbierać pieniądze na powrót do Afryki dla mieszkających tutaj Murzynów, mających już dość szalejącego polskiego nacjonalizmu. Widzę tu pole do współpracy ze środowiskami narodowymi – tak jak przed wojną część endecji współpracowała z ruchami syjonistycznymi. Jest jeden problem – na portalu crowdfundingowym organizatorzy deklarują, że chcą pozyskać na początek 11 850 zł., tymczasem póki co wpłynęło... 30 zł. Oznacza to, że nawet „Krytyka Polityczna” poskąpiła grosza, co świadczy o odruchu zdrowego rozsądku naszych lewaków. Z ich punktu widzenia byłoby to czyste marnotrawstwo - no bo, jeśli wyprowadziliby się z Polski wszyscy kolorowi, to kogo Sierakowski i spółka broniliby przed rasizmem?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 24 (14-20.06.2017)

wtorek, 26 kwietnia 2016

Przesłanie do Belgów

Opłakiwanie zabitych w zamachach jest formą kulturowej opresji. CZEMU WIĘC PŁACZECIE, WY BIAŁE, BELGIJSKIE, RASISTOWSKIE ŚWINIE?

Jakież to przewidywalne. Do znudzenia i zbrzydzenia. Mamy akty krwawej agresji, czynione przez ludzi nawet nie ukrywających, że ich punktem docelowym jest zniszczenie nas, naszej cywilizacji i ustanowienie własnych porządków. Reakcja zaatakowanych zaś każdorazowo jest skrajnie nieadekwatna do tego, co ich spotkało. Paryżanie śpiewający „Imagine” Johna Lennona – nihilistyczny hymn podany w idealistycznym sosie. Belgowie wypisujący na chodnikach kredą pacyfistyczne slogany wzywające do pokoju i miłości. Groteskowe marsze przeciw przemocy - nigdy nie skonkretyzowanej, tak jakby owa przemoc nie miała jasno określonego oblicza. Zresztą, brukselski marsz odwołano ze strachu przed kolejnymi zamachami.

*

Cóż, ponieważ świat stanął na głowie, a ci biedni Belgowie najwyraźniej z tego wszystkiego oszaleli, bo ich postępowy pacyfizm został skonfrontowany z brutalną rzeczywistością i oni tej konfrontacji najzwyczajniej w świecie psychicznie nie wytrzymali, to pójdźmy dalej tropem owej wariackiej logiki. Pochylmy się nad tymi Elojami tracącymi rozum na widok Morloków i spytajmy ich łagodnie: czy wzywanie do miłości i pokoju nie trąci aby dyskryminacją? A jeśli islamiści chcą być nienawistni i morderczy? Czy macie prawo w tak impertynencki sposób ich pouczać? I to jeszcze kredą na ulicach i trotuarach? Przecież oni mogą to przeczytać! Pomyśleliście, jak się wtedy poczują? Oto odrzucony zostaje przez zadufane w sobie społeczeństwo ich kod kulturowy i tożsamość. Kto Wam pozwolił tak się wywyższać, sugerując, że Wasza miłość i pokój są czymś lepszym, niż ich nienawiść i wojna? To nie jest prawdziwa tolerancja, tylko rodzaj przewrotnej arogancji i rasistowskiej ksenofobii! A wszak ksenofobia to lęk przed obcym!

Nie wolno Wam się bać. Macie obowiązek ufać. Nawet jeśli islamiści od czasu do czasu trochę sobie pozabijają, to bądźmy szczerzy - cóż to niby takiego? Na świecie co i rusz ktoś kogoś zabija. Wzorem postawy konstruktywnej może być europosłanka Julia Pitera i jej słuszne słowa: „Nie wpadajmy w histerię, zamachy to nic nowego, zawsze się zdarzały”. I co, nie wstyd wam? A że gdzieś tam niekiedy wybuchnie jakaś bombka? Wielkie rzeczy. Sfrustrowani waszą nietolerancją imigranci mają pełne prawo, by jakoś rozładować swoje napięcie. Należy do tego zachować dystans, jak radziła euro-Pitera, a nie wypłakiwać się kredą na chodnikach. Drodzy Belgowie, weźmy takie pisane przez Was hasło: „Love is all you need” - przecież to protekcjonalizm! Na jakiej to zasadzie mówicie innym, że wszystkiego czego potrzebują jest miłość? A jeśli Wasi muzułmańscy koegzystenci uważają, że wręcz przeciwnie? Będziecie im narzucać własne zdanie, miast współżyć w multikulturowej, ubogacającej różnorodności? I cóż z tego, że owa różnorodność polega na tym, że Wy głosicie miłość, a tamci Was wyrzynają? Multikulturalizm jest wartością samą w sobie, niezależnie od aktualnej formy.

Dodatkowo niepokoją mnie głosy potępiające zamachy. Co to w ogóle ma znaczyć, że „potępiacie zamachy”? Jak tak można? Zamachowcy mają swoje racje i Wy tych racji nie macie prawa im odbierać. Tak jak żaden tolerancyjny Belg nie ma prawa odmówić pederaście udostępnienia swej sempiterny na ulicy, użyczenia pedofilowi swojego dziecka, a zoofilowi chomika. Martwią mnie również islamofobiczne łzy Federiki Mogherini. Ta faszystka bezczelnie płakała z żalu, miast ronić łzy szczęścia, radując się wspólnie z muzułmańskimi dziećmi w belgijskich szkołach (co tak wzruszająco opisał na Twitterze ich nauczyciel), a także z bojownikami Państwa Islamskiego rozdającymi na ulicach przechodniom cukierki. Oni też mają prawo do własnej wersji multikulturalizmu – my odpalamy fajerwerki, oni zaś detonują bomby, by pokrzyczeć potem wspólnie „Allahu Akbar”. Czy tak trudno to zrozumieć?

Toż dopiero co, 21 marca, obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Walki z Dyskryminacją Rasową, kiedy to polska postępowa młodzież demonstrowała pod transparentem „Jezus, Allah – dwa bratanki”. Jak wiadomo, Jezus oddał swe życie na krzyżu, Allah natomiast natchnął Mahometa do wojny z niewiernymi. Warto wyciągnąć z tego praktyczne wnioski, tak jak wyciągnęli je islamscy aktywiści. Wszak ci bohaterscy przybysze oddają życie wysadzając się w powietrze, by przekazać Wam swe posłannictwo. Ofiary są po obu stronach i nie ma co się małostkowo licytować na zwłoki, tudzież wywijać trumnami. W zasadzie, w ramach dobrej woli, powinniście raz na miesiąc sami wyznaczyć kilkoro spośród siebie, by synowie Proroka mogli do nich postrzelać. Przecież i tak u Was eutanazja jest legalna, zatem nie powinno być z tym problemu. Prawda?

Konkludując, opłakiwanie zabitych w zamachach jest formą kulturowej opresji. CZEMU WIĘC PŁACZECIE, WY BIAŁE, BELGIJSKIE, RASISTOWSKIE ŚWINIE?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3667-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (01-07.04.2016)

czwartek, 26 listopada 2015

Zamach we Francji, czyli deja vu

Barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Gdy przychodzi mi komentować wydarzenia w rodzaju ostatnich zamachów we Francji, towarzyszy mi nieodparte uczucie deja vu – wszystko to już było. Banda muzułmańskich fanatyków urządza masakrę, służby wdrażają „intensywne działania”, wstrząśnięci ludzie gromadzą się paląc znicze i składając kwiaty, a media... media przystępują do ofensywy ideologicznej i robienia publice wody z mózgów, by przypadkiem nikt nie wyciągnął nieodpowiednich wniosków. I tak, po raz kolejny dowiadujemy się, że „przemoc” jest be i należy przeciw niej protestować – ale raczej tak „w ogólności”, że stosowną odpowiedzią powinno być „pogłębienie integracji” i wzmożenie wysiłków na rzecz „asymilowania” obcych kulturowo przybyszów, by nie czuli się „odrzuceni”, nade wszystko zaś – by nie wiązać zamachów z problemem imigrantów, bo to brudna woda na młyn nacjonalistycznej i ksenofobicznej prawicy. Przeczytałem nawet, że dżihadystom właśnie chodzi o to, by „skrajna prawica” doszła do głosu i „podzieliła Europę”.

Owszem, owa „skrajna prawica” jest zagrożeniem – ale dla lewackich durniów i zbrodniarzy, których obłędna polityka obłaskawiania demonów po raz kolejny doprowadziła do krwawej łaźni. Dla tych, którzy zaślepieni kulturową wojną z fundamentami łacińskiej cywilizacji widzą w napływie imigrantów szansę na rozsadzenie podstaw Europy, a w muzułmanach – taktycznych sojuszników w dziele inżynierii społecznej. Tymczasem, jak do tej pory najbardziej tragiczne w skutkach zamachy miały miejsce w kolebkach „multikulturalizmu” - liberalnym i otwartym na oścież Paryżu, nieco wcześniej zaś – Londynie. W miejscach, gdzie muzułmanów dopieszcza się na wszelkie możliwe sposoby, włącznie z rugowaniem chrześcijańskiej symboliki z przestrzeni publicznej, by nie urazić ich delikatnych uczuć. W miastach i krajach, w których zabrania się mówić o Bożym Narodzeniu, a pracownicy państwowych instytucji mają zakaz noszenia krzyżyków. No więc, skoro tak nas się boją – stwierdzili islamiści – to przykręćmy im jeszcze bardziej śrubę, aż do ostatecznego zwycięstwa Proroka.

Swoją drogą, przypomina mi to nieco sytuację w Polsce lat 90-tych, kiedy to różne gangi i mafie siały terror, a jedyną reakcją były groteskowe „marsze milczenia” na widok których rozbezczelniona bandyterka mogła tylko śmiać się w kułak w słusznym skądinąd przekonaniu, że taki wyraz skrajnej bezsilności oznacza de facto przyzwolenie na kolejne pobicia i zabójstwa. Na każdy głos, by zaprzestać cackania się z przestępcami tutejsze elity spod znaku michnikowszczyzny miały tylko do zaoferowania wrzask, że ciemny motłoch żąda „powrotu państwa policyjnego”, a w ogóle to „surowość kary nie odstrasza”. Trzeba było dopiero objęcia teki ministra sprawiedliwości przez Lecha Kaczyńskiego, by rozpocząć mozolne zmiany – a i wtedy mędrcy w rodzaju Krzysztofa Kozłowskiego straszyli, że na ulicach będą grasowały „szwadrony śmierci”. Podobne skojarzenie miałem na widok kretyńskiego marszu po zamachu na „Charlie Hebdo”. Pójdźmy razem z Hollandem i Merkel trzymając się za rączki, to islamiści się wzruszą i przestaną nas zabijać.

Cóż, na miejscu Francuzów podziękowałbym w odpowiednio dobitnych słowach ich byłemu prezydentowi Nicolasowi Sarkozy'emu za rozwalenie Afryki Północnej w pogoni za mocarstwowym mirażem „Unii Śródziemnomorskiej”, Amerykanom za destrukcję Bliskiego Wschodu, koniec końców zaś - „mutter Angeli” za rozgrodzenie Europy i wpuszczenie tutaj hord wypierdków Mahometa. Przybywają do Europy niczym na zielone pastwiska, gdzie będzie się ich karmić i poić – bo też oferowany im „socjal” jest w istocie współczesną formą haraczu, by łaskawie nie urządzali zamieszek, nie demolowali miast i nie palili samochodów. A rajskie hurysy wezmą sobie sami – już biorą, statystyki są nieubłagane – wraz z napływem imigrantów skokowo rośnie liczba gwałtów. Zresztą, przypuszczam, że wizja rozwiązłych Europejek (a z punktu widzenia islamu, wszystkie takie są) również jest jednym z motorów napędowych dla setek tysięcy przybywających tu młodych mężczyzn, którzy za naturalną rzecz przyjmują, że te wszystkie wyzywająco noszące się kobiety są od tego, by ich zaspokajać. Znamienne są tu narzekania jednego z tych przybyszów, że w ośrodku dla uchodźców nie może sobie ulżyć i przez to, cytuję, „bolą go jądra”. Krótko mówiąc, barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Nie bądźmy głupcami. Nie pozwólmy wplątać się w ten obłęd. Na cokolwiek zgodziła się Ewa Kopacz, należy wyrzucić to do kosza. Mamy sojuszników w Grupie Wyszehradzkiej. Stanowisko przytłaczającej większości Polaków jest jasne: ani jednego imigranta w naszym kraju!

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (20-26.11.2015)

poniedziałek, 14 września 2015

Wędrówki ludów

Uchodźców” z Bliskiego Wschodu w pierwszym rzędzie powinny przyjąć Stany Zjednoczone, natomiast z Afryki Północnej – Francja.

Przewijające się niekiedy w publicystyce porównanie obecnego stanu Europy do upadającego Imperium Rzymskiego właśnie znalazło kolejne potwierdzenie – wkroczyliśmy mianowicie w okres wędrówek ludów. Inna sprawa, że Zachód zafundował sobie obecną inwazję barbarzyńców na własne życzenie. Hasło do destabilizacji świata muzułmańskiego jako pierwsza rzuciła Ameryka, najeżdżając Afganistan w zemście za zamach na WTC, następnie zaś atakując Irak i obalając reżim Saddama Husajna, co w efekcie doprowadziło do wojny domowej i chaosu. Swoje dołożyła Francja „demokratyzując” Afrykę Północną serią kolejnych rewolucji, następnie przyszła kolej na Syrię – i w efekcie mamy to, co mamy. Znaczna część krajów muzułmańskich pogrążyła się w krwawej anarchii, na Bliskim Wschodzie narodziło się Państwo Islamskie – bodaj pierwsze, dla którego terroryzm stał się oficjalną doktryną, nawet afgańscy talibowie byli bardzie wstrzemięźliwi - a zagrożenie dla Zachodu jest większe niż kiedykolwiek przedtem. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby USA wcieliły w życie plany „powrotu z Bagdadu przez Iran”...

Swoją drogą, zbrodnicza krótkowzroczność amerykańskich i europejskich decydentów jest wprost powalająca. Z niezrozumiałych względów uznali oni, że jeśli obalą arabskich dyktatorów, to jakimś cudem uda się im zainstalować w regionie przyjazne Zachodowi demokracje – co w praktyce miało pewnie oznaczać przyzwolenie owych muzułmańskich „demokratur” na ekonomiczną ekspansję międzynarodowych koncernów i gospodarczą kolonizację na wzór modelu znanego chociażby z krajów latynoskich, czy nie szukając daleko – Europy Środkowo-Wschodniej po upadku komunizmu. Chciwość zaślepiła ich do tego stopnia, że woleli nie zauważać różnic cywilizacyjnych, oraz realnych nastrojów arabskiej „ulicy” podatnej na religijny fundamentalizm o jednoznacznie agresywnym, dżihadystycznym charakterze. Tymczasem, to właśnie kacykowie pokroju Husajna, Kadafiego czy Mubaraka – niewątpliwie często okrutni aż do zwyrodnienia – stanowili jedyną realną zaporę przed rozlaniem się fundamentalizmu na ogromne obszary Afryki i Azji. Demokracja jest dla islamu ciałem obcym, nienaturalnym, sprzecznym z Koranem przeszczepem ze świata zachodniego (w islamie nie ma rozróżnienia na sferę prywatną i publiczną, wszystko reguluje szariat) do którego muzułmanie czują wyłącznie pogardę, jako matecznika bezbożności i nihilizmu. W konsekwencji, obalenie dotychczasowego porządku skutkować musi rządami sfanatyzowanego motłochu i rzezią podsycaną naukami mułłów wzywających w meczetach do walki z niewiernymi. To aż nieprawdopodobne, że nikomu nie dał do myślenia przypadek Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, które niemal natychmiast po obaleniu Mubaraka stało się tam pierwszoplanowym graczem. Powtarzam – chciwość odebrała rozum.

A teraz ta muzułmańska dzicz zalewa Europę i Bóg jeden wie, czym to się skończy. Na domiar złego, Unia Europejska stosuje samobójczą politykę azylową, wspartą humanitarnym ględzeniem lewackich doktrynerów wciąż rojących o „multi-kulti” i nowomową każącą nazywać nielegalnych imigrantów „uchodźcami”. Co więcej, rządy zachodniej Europy usiłują wymusić na państwach naszego regionu – w tym Polsce – przyjmowanie „kwot” imigrantów. Innymi słowy – chcą na nas wydębić, byśmy pili piwo, którego oni nawarzyli. Przepraszam, ale Polska nie miała kolonii, historycznie więc nie jesteśmy tym ludziom nic winni – w odróżnieniu od krajów, które na kolonializmie zbudowały swój dobrobyt i potęgę. Jeśli zaś chodzi o sprawy bieżące, to „uchodźców” z Bliskiego Wschodu w pierwszym rzędzie powinny przyjąć Stany Zjednoczone, natomiast z Afryki Północnej – Francja, której się przyśniła budowa „Unii Śródziemnomorskiej” i w pogoni za tą nieprzytomną mrzonką zdestabilizowała najbliższe sąsiedztwo Europy.

My i tak za chwilę możemy mieć problem z napływem Ukraińców uciekających z bankrutującego i pogrążonego w wojnie państwa. Już teraz, zwłaszcza na zachodniej Ukrainie, młodzi ludzie na masową skalę uchylają się od poboru i np. nagle zdradzają przemożny pęd do wiedzy nabywanej na polskich uczelniach w Lublinie czy Przemyślu - by tu, z bezpiecznych pozycji, robić sobie „słit focie” z banderowskimi flagami. Podobnie jest z uciekinierami z krajów muzułmańskich. Zwróćmy uwagę, że przytłaczająca większość z nich to młodzi mężczyźni w wieku jak najbardziej „wojskowym”. To wygląda wręcz jak inwazja – tylko w samym lipcu granicę UE przekroczyło 107,5 tys imigrantów. Austria grzmi, by kraje uchylające się przed przyjmowaniem „azylantów” pozbawiać unijnych funduszy, a Niemcy wypominają nam, że przecież przyjmowali politycznych uchodźców z Polski za komuny. No więc dobrze – weźcie sobie te swoje „ojro”, bo żadne pieniądze nie są warte tego by fundować sobie społeczną bombę zegarową, a co do wdzięczności za pomoc z lat '80 – jeśli jakiś obywatel niemiecki wystąpi o polityczny azyl w Polsce, to oczywiście z przyjemnością takowego udzielimy.

Gadający Grzyb

Ilustracja: Andrzej111

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (04-10.09.2015)

niedziela, 18 stycznia 2015

Charlie Hebdo w jaskini demonów

Nie da się obłaskawić demonów. Demony zawsze w stosownym momencie rzucą się do gardła.

Przyznam, że mało co wprawia mnie w taką irytację, jak szantaż emocjonalny. Kiedy ktoś próbuje tej prymitywnej zagrywki z miejsca nastawiam się na „nie” - między innymi dlatego, że podejrzewam, iż tym sposobem ów „ktoś” próbuje mnie instrumentalnie wykorzystać do jakichś własnych, a obcych mi celów. Za szantażem emocjonalnym kryją się przeważnie nieszczere, lub wręcz wrogie intencje, w przeciwnym wypadku bowiem nie byłoby potrzeby uciekania się do sztuczek – wystarczyłoby racjonalnie wyjaśnić co i jak. Tak już mam – niezależnie czy chodzi o kogoś prywatnie mi bliskiego, czy polityka, dziennikarza lub inną, z przeproszeniem, osobą publiczną. Gdy słyszę teksty w stylu: „jak nie kupisz dwóch egzemplarzy mojej gazety to upadnie wolne słowo”, „jeśli nie wrzucisz do puszki umrą chore dzieci”, „gdy nie zadeklarujesz, że jesteś Charlie Hebdo staniesz w jednym szeregu z mordercami” - odwracam się na pięcie i staram się nie wyjmować noża, który akurat otworzył mi się w kieszeni.

I właśnie z czymś takim mamy do czynienia w przypadku ostatniej medialnej histerii na tle zamachu w redakcji tygodnika spełniającego nad Sekwaną rolę analogiczną do urbanowego „NIE” - wytarzać czytelnika w gnojówce i przekonać go, że na tym polega nonkonformizm. Zasada „wszyscy jesteśmy świniami, tylko że my odrzucamy hipokryzję i się do panświnizmu przyznajemy” jest haczykiem, na który próbują nas złapać. Taką też funkcję spełnia obecny medialny nakaz solidaryzowania się z redakcją francuskiego szmatławca. Tymczasem, ów zbiorowy wrzask ma zgoła inne zadanie, niż obrona wolności słowa, którą próbują nas na zmianę to kokietować, to szantażować macherzy ustawiający masową narrację. Ten wrzask niczego nie opisuje, przeciwnie – on ma coś zagłuszyć.

Spójrzmy. Francja, pod dyktando „pokolenia '68”, od dziesięcioleci usilnie wdrażała lewacką utopię w myśl której wszystko co jest wrogie europejskiej, chrześcijańskiej tradycji z automatu staje się dobre, wartościowe i godne promowania. Takim sojusznikiem jawił się tym nieszczęsnym kretynom również islam i muzułmańscy imigranci – widziano w nich pomocników w rozsadzeniu od wewnątrz zachodniej cywilizacji pod hasłem multikulturalizmu. Ta ideologia, ten cały poroniony tolerancjonizm i multi-kulti ponosi na naszych oczach spektakularną klęskę do której walnie przyczyniają się właśnie ci muzułmańscy imigranci dopieszczani przez lata na wszelkie możliwe sposoby. To są ludzie, którzy na żartach się nie znają – a zwłaszcza na tak obscenicznych i nędznych jakie proponowała redakcja „Charlie Hebdo” - i gdy poczują się obrażeni zwyczajnie biorą do ręki kałacha. Do tego, żywią bezbrzeżną pogardę do nihilistycznego społeczeństwa Zachodu – i w sumie, trudno im się dziwić.

Ta odraza nie jest jednak domeną wyłącznie przybyszów, bądź ich potomków żyjących w zamkniętych enklawach rządzących się prawem szariatu. Ona coraz częściej dotyczy rodowitych europejczyków mających dosyć aksjologicznej pustyni wokół siebie i poszukujących wartości mogących nadać sens ich jałowej egzystencji, lub zwyczajnie nudzących się i rozglądających za mocnymi wrażeniami. Rozwodnione, ulegające terrorowi polit-poprawności chrześcijaństwo już od dawna nie ma dla nich oferty. Tym bardziej współczesna świecka obrzędowość z gromadnymi przemarszami wyfiokowanych cweli, tudzież dywagacje o genderze nie mogą stanowić propozycji. Pozostaje więc zapuścić brodę i zacząć zabijać niewiernych – wtedy nagle świat odzyskuje fundamenty.

Właśnie tę klęskę ma zagłuszyć medialny jazgot. Frącuzy mowne nagle się przekonały, że sfajdała się cała dotychczasowa droga oswajania zła. Nie da się bowiem obłaskawić demonów. Demony w stosownym momencie rzucą się do gardła i tego właśnie doświadczyli owi martwi degeneraci z paryskiej gazety, którym się wydawało, że można bezkarnie siać zgorszenie i lżyć Proroka. Świadomość tego musi budzić zrozumiałe przerażenie wśród europejskich Elojów i dlatego wychodzą na ulice bełkocąc „je suis Charlie” - bo nie są w stanie stanąć w prawdzie i zdobyć się na adekwatną odpowiedź. Będą więc dalej mordowani przez Morloków, w akompaniamencie pouczeń rozmaitych autorytetów przestrzegających, by przypadkiem Elojowie nie ulegli pokusie „morlokofobii”.

Zresztą, te prowokacje uprawiane przez rysowników były nader wybiórcze. Kopulująca Trójca Święta, czy biskup-pedofil – proszę bardzo. Pięciolatki bawiącej się penisem Daniela Cohn-Bendita, bądź Żydów machających radośnie z transportu do Auschwitz odprowadzającym ich na peron Francuzom – jakoś nie zaobserwowałem. To już nie wchodzi w paradygmat rzekomego nonkonformizmu, którym nas czarują ci wszyscy mentalni zwyrodnialcy, wynajęci przez nie wiadomo kogo by unurzać nas w szambie.

A teraz darujcie sobie te mizerne szantaże i odwalcie się – wy nowo narodzeni wielbiciele „Charliego”. Siedźcie dalej w swej jaskini razem z waszymi demonami i – dobra rada - uważajcie na gardła.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 3(396) 16-22.01.2015

wtorek, 29 czerwca 2010

Rejterada z Afganistanu?


Rozbrojenie – demagogia – ucieczka.

I. Droga do rozbrojenia.

PO odnotowuje kolejne sukcesy na drodze ku rozbrojeniu państwa. Dla doraźnych korzyści wyborczych w potencjalnie zbrodniczy sposób pogrywa sobie kwestią bezpieczeństwa narodowego. Tak było w przypadku przewlekania sprawy tarczy antyrakietowej w wyczekiwaniu na wygraną Obamy, tak jest teraz, gdy podniesiona została kwestia wycofania się z Afganistanu, kiedy to okazało się, że kandydat Platformy przegrał wybory w polskiej bazie. Pewnie, gdyby przegrał wybory w więzieniach, to obiecałby amnestię, ale spokojna głowa – w zakładach karnych Platforma i Komorowski osobiście, cieszą się niesłabnącym poparciem.

Zastanawiam się, dlaczego Komorowski uznał, że wyjście z Afganistanu jest akurat tym, o czym marzą żołnierze naszego kontyngentu. Tak się składa, że każda zmiana obsadzana jest ochotnikami, dla których niemałą motywacją są kwestie finansowe. Wielu z nich jest w Afganistanie drugi – trzeci raz. Zaryzykuję tezę, że ci żołnierze potrzebują sprzętu, dozbrojenia i kompetentnego dowództwa a nie rejterady.

Ale Komorowski wie, że akurat tego nasza rozbrojona armia nie może im zapewnić. Ba – nie stać nas nawet na zapewnienie obsady szpitala wojskowego, bo lekarze wojskowi uciekają w poszukiwaniu lepszych zarobków do cywila i dlatego ostatnio musieliśmy „wypożyczyć” lekarzy od Ukrainy. Jedyne co mógł zaproponować, to ucieczkę, narażając w ten sposób życie żołnierzy.

II. Państwo bez armii.


Osobnym skandalem jest analiza szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego, gen. Stanisława Kozieja, który (streszczając ogólne przesłanie dokumentu), stwierdził ni mniej ni więcej, tylko że należy się z Afganistanu czym prędzej zwijać, bowiem NATO jest „strategicznie zmęczone”, zaś Polski nie tylko „nie stać” pod żadnym względem na zwiększanie swego zaangażowania, ale nawet, cyt. „zadania, jakie już na siebie wzięliśmy, przerastają możliwości naszego kontyngentu". Czyli, podał talibom cele na srebrnej tacy, tak się bowiem składa, że ich wodzowie, to nie jest banda niepiśmiennych dzikusów – korzystają z nowoczesnych środków przekazu i pilnie śledzą, co mówi się o afgańskiej wojnie na świecie. A wypowiedzi Komorowskiego i Kozieja odbiły się pewnym echem wśród naszych sojuszników.

Zrozumiał to nawet Bogdan Klich, bodaj najgorszy szef MON-u jakiego do tej pory mieliśmy, który do spółki z szefem Sztabu Generalnego, gen. Mieczysławem Cieniuchem rzucił się prostować stanowisko swego byłego doradcy, ale przekaz poszedł w świat, nadwyrężając nie tylko naszą wiarygodność w ramach NATO, ale również, powtórzę, dostarczając talibom niezwykle cennych wskazówek co do wyboru celów następnych ataków. A wszystko to w chwili, gdy koalicja i bez tego przeżywa kłopoty związane z odwołaniem przez Obamę (wbrew prośbom afgańskiego rządu i wielu innym głosom) cenionego na miejscu głównodowodzącego, generała Stanleya A. McChrystala.

Swoją drogą, jeżeli Koziej trafnie diagnozuje stan naszych „sił zbrojnych” (cudzysłów nieprzypadkowy) i faktycznie nie jesteśmy w stanie prowadzić ograniczonych działań bojowych przy użyciu 2600 żołnierzy, to oznacza, iż zwyczajnie nie mamy armii. Potwierdza to miażdżący raport NIK-u wskazujący m.in. na łamanie prawa (w zeszłym roku do budżetu MON wpłynęło o 2 mld zł. mniej, niż wynikałoby to z ustawowego 1,95 proc. PKB), co skutkowało wstrzymaniem naboru i ograniczeniem szkolenia żołnierzy (głównie oszczędzano na ćwiczeniach poligonowych). Od siebie dodam jeszcze chorą strukturę zobrazowaną w powiedzonku o „wodzach bez indian” (na jednego dowódcę od podoficera do generała przypada 1,8 szeregowca!). Aż nie chce się w tym kontekście przypominać bombastycznej „Wizji sił zbrojnych RP 2030nad którą onegdaj zdarzyło mi się pastwić.

III. W butach Hiszpanów.

Talibowie, podobnie jak inni terroryści mają tyleż prostą, co skuteczną strategię. Szukają słabych punktów i gdy na taki słaby punkt natrafią, „dociskają”. W ten sposób Al Kaida potraktowała Hiszpanów. Urządziła zamach w Madrycie, zaś zastraszeni Hiszpanie posłusznie zagłosowali na socjalistów, którzy równie posłusznie wycofali wojska z Iraku. Z Brytyjczykami podobny numer (zamach w Londynie) już nie przeszedł. Anglicy miast się wystraszyć, przypomnieli sobie dumne dni walki z hitlerowskimi nalotami i odpowiedzieli społeczną konsolidacją w obliczu zagrożenia.

Niestety, pod obecnymi rządami, najwyraźniej postanowiliśmy wejść w buty Hiszpanów. Można przypuszczać, że po wypowiedziach Komorowskiego i Kozieja talibowie uznali, że w tej chwili najsłabszym ogniwem afgańskiej koalicji jest Polska. Wzmożenie ataków na nasz kontyngent jest prostą konsekwencją tej diagnozy. Patrząc pod tym kątem, Komorowski i Tusk, który nie odciął się od słów swego faworyta mają na rękach krew naszych żołnierzy.

IV. Nie odpuszczać!

Pozwolę sobie jeszcze hasłowo wymienić garść powodów, dla których powinniśmy (zarówno Polska, jak i NATO) pozostać w Afganistanie.

1) Wiarygodność sojusznicza. Nie oczekujmy wsparcia ze strony NATO, czy Stanów Zjednoczonych, jeżeli teraz jednostronnie się wycofamy. Tym bardziej, że gros działań militarnych biorą na siebie Amerykanie i Brytyjczycy i to oni ponoszą największe straty.

2) Gdzie nasi żołnierze mają zdobywać doświadczenie bojowe, jak nie na takich misjach właśnie? Podnoszenie argumentu, że „giną nasi”, to moim zdaniem, czysta demagogia. Śmierć jest wliczona w zawód żołnierza.

3) Argument „ad Koziejum” - mówiący, że nas „nie stać” to najgorsza odpowiedź na degrengoladę naszej armii. Podobna konstatacja powinna być impulsem do działań naprawczych i zwiększenia militarnych inwestycji, a nie do utwierdzania postawy „nasza chata z kraja”.

4) Afganistan jest jednym z frontów starcia cywilizacji. Okazanie słabości tylko sprowokuje synów Allacha do eskalacji przemocy – jihad nie uznaje półśrodków. Pozostawienie Afganistanu samemu sobie sprawi, że stanie się światowym, niekontrolowanym rozsadnikiem terroryzmu.

5) Prestiż NATO. Nasze wycofanie się będzie kolejnym ciosem w Sojusz, który już teraz przeżywa kryzys. Wycofanie się NATO będzie zaś gwoździem do trumny Paktu, obnażając jego militarną i polityczną niemoc. A to będzie oznaczało, że zostaniemy sam na sam z neoimperialną polityką Rosji.

***

Afganistan, to nie „awantura”, jak twierdzą niektórzy, podobnie jak „awanturą” nie była Odsiecz Wiedeńska – jedna z najważniejszych bitew w historii Europy. To wielowymiarowa batalia – test na militarną, polityczną i moralną kondycję Zachodu.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

czwartek, 22 kwietnia 2010

Różowe berety.


Geje w US Army? Ja bym ich zagospodarował…

Pół żartem, pół serio - czyli mały oddech od krajowej bieżączki:

Jak donoszą mediodajnie, amerykańscy geje są wściekli na Obamę, gdyż ten, wbrew przedwyborczym zapowiedziom nie zniósł obowiązującej w amerykańskiej armii od czasów Clintona zasady: „nie pytaj, nie mów”. Oznacza ona, że przełożeni nie mogą pytać o orientację seksualną swych podkomendnych, ci zaś ze swojej strony nie mogą się publicznie ujawniać ze swym homoseksualizmem.

Cóż, rozwiązanie tego nabrzmiałego problemu jest wg mnie proste jak drut, i aż dziwne, że Obama nie wpadł na nie do tej pory. Najrozsądniej byłoby bowiem sformować w ramach US Army specjalną, gejowską jednostkę, nazywając ją, dajmy na to, „Różowe Berety”. Jednostkę tę należałoby po przeszkoleniu wysłać ciupasem do Afganistanu w charakterze spec – komanda z zadaniem ostatecznej rozprawy z talibami. I szeroko ten fakt rozpropagować, tak by afgańscy brodacze wiedzieli z kim mają sprawę.

Nie wiem, jak Koran zapatruje się na kwestię śmierci islamskiego bojownika z rąk pederasty, przypuszczam jednak, że w „talibańskiej” interpretacji jest ona nie mniej hańbiąca, niż śmierć zadana przez kobietę. Tak się bowiem składa, że w tamtejszej kulturze homoseksualista (nieważne – czynny czy bierny), przez swe praktyki degraduje się do statusu kobiety właśnie. Należy zatem domniemywać, że islamiści, dla których wizja pośmiertnego Raju z hurysami jest jedną z podstawowych motywacji do walki w imię Allacha, na widok „Różowych Beretów” dadzą czym prędzej drapaka, tak jak kilkadziesiąt lat temu Arabowie na widok kobiet w izraelskiej armii.

I nagle, o dziwo, może się okazać, że „nierozwiązywalny” problem Afganistanu można przeciąć za pomocą prostego triku, bazującego na silnie zakorzenionym kulturowo - religijnym tabu.

Pozostaje tylko pytanie, czy amerykańscy geje chcą wstępować do armii by walczyć, czy po prostu lubią twarzowe mundury i upojne noce w koszarach pełnych młodych, przystojnych chłopaków…

Gadający Grzyb


P.S. Tak już całkiem poważnie. Oczywiście, nie mam złudzeń, że armia jest dla homoaktywistów kolejnym ideologicznym przyczółkiem do zagospodarowania, zgodnie z taktyką małych kroków. Wprowadzenie zasady „nie pytaj, nie mów” było krokiem pierwszym. Teraz przyszła pora na krok następny. Co nie oznacza, by nie wysyłać ewentualnych gejowskich oddziałów na pierwszą linię w najgorętszych punktach świata. Zawsze można byłoby powiedzieć – chcieliście, to macie…

http://www.rp.pl/artykul/2,464665.html


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

wtorek, 4 sierpnia 2009

Antycywilizacja Postępu cz. 3


„I jeśli Miasto padnie, a ocaleje jeden

on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania

on będzie Miasto”.


Na zakończenie rozważań dotyczących Antycywilizacji Postępu (A.P.), spróbuję odpowiedzieć na trzy nurtujące mnie pytania.

Pytanie pierwsze.

W jakiej cywilizacji żyjemy obecnie – jeszcze w cywilizacji łacińskiej, czy już w A.P.?

Moim zdaniem, w obu naraz, zaś podział cywilizacyjny przebiega w poprzek społeczeństw (a nierzadko nawet w poprzek rozdwojonych ludzkich dusz), przy czym jest to podział asymetryczny – lwia część przestrzeni publicznej (i coraz większa – prywatnej) zawłaszczona jest przez A.P. Cywilizacja łacińska zaś coraz brutalniej zaganiana jest do kąta, tudzież do wiejącej pustką, coraz bardziej wyludnionej, kruchty.

Społeczna „cicha wojna”.

Efekt jest taki, że w warstwie oficjalnej szaleje A.P., zaś cywilizację łacińską (a przynajmniej jej elementy) jakiś odsetek populacji nosi w sobie, tak jak Herbertowski ocalały niósł w sobie Miasto:

„I jeśli Miasto padnie, a ocaleje jeden

on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania

on będzie Miasto”.


Z drugiej strony – przytłaczająca większość społeczeństw Zachodu nosi w sobie głęboko zinternalizowany zestaw postaw i poglądów Antycywilizacji Postępu, bądź też jakiś niedookreślony misz – masz skutkujący obserwowanym wokół permanentnym kryzysem cywilizacyjno - kulturowej tożsamości. W efekcie, rozmawiasz z człowiekiem który włada tym samym narzeczem (powiedzmy, eboniksem polszczyzny), który urodził się i wychował w tym samym kraju i teoretycznie, powinien nasiąknąć podobnymi wartościami, a tak naprawdę, po chwili rozmowy wychodzi na to, że gadasz z przedstawicielem innej cywilizacji.

Przyczynia się do tego medialna, szkolna i ustawodawcza indoktrynacja (taka inżynieria społeczna), która sprawia, że poddany jej obywatel, nawet nie zdając sobie z tego sprawy staje się kolejnym, nieświadomym bojownikiem w starciu cywilizacji. Dla takiej osoby poglądy charakterystyczne dla A.P. są bowiem oczywistością, a nie aberracją (aberracją natomiast jest dla niego cywilizacja łacińska).

Skutkiem jest bezustanna, wewnątrzspołeczna „cicha wojna”.

Porywacze dusz.

W takich razach niezastąpiona okazuje się S.F., która za pomocą swego oryginalnego warsztatu daje świetne odpowiedzi na najbardziej zaskakujące pytania. Pozwolę sobie, odwołać się do „Inwazji porywaczy ciał”. Z kosmosu spada roślinka, nasionko właściwie, które kiełkuje. Roślinka się rozrasta. Korzenie wrastają w śpiącego obok człowieka. Człowiek w trakcie snu stopniowo trupieszeje, zaś tuż obok, w postępie odwrotnie proporcjonalnym do jego strupieszenia wyrasta sobowtór – Obcy.

Idealna metafora. Obraz śpiącego człowieka, podmienianego przez kosmicznego sobowtóra, można odczytać jako obraz uśpionego społeczeństwa infekowanego przez A.P. W efekcie, otrzymujemy niby to samo społeczeństwo, złożone z tych samych ludzi, ale zupełnie inne. Atakujące z przeraźliwym, gryzącym uszy wrzaskiem niedobitków uchowanych przed podmianą.

Tak właśnie działa A.P. Zatruwa. Antycywilizacyjny przekaz wylewa się z mediodajni, z konstytucyjnych ośrodków władzy, z uniwersyteckich katedr, ba - nawet z co bardziej „progresywistycznych” ambon, a wszystko to przy bezustannym wsparciu płynącym z przeróżnych międzynarodowych struktur…

Pytanie drugie.

W jakich instytucjonalnych formach wyraża się A.P.?

Ano właśnie – struktury. W ten sposób przechodzimy do odpowiedzi na pytanie nr 2, dotyczące instytucjonalnych form, za pomocą których wyraża się Antycywilizacja Postępu.

Podstawową formą instytucjonalną jest, oczywiście, Unia Europejska – ten najbardziej zbizantynizowany element Antycywilizacji Postępu, który odszedł od pierwotnych, katolicko - łacińskich założeń swych twórców (Schuman, Adenauer i in.) tak dalece, jak to tylko możliwe. Mówiąc brutalnie, szczytny w swych zamiarach projekt stworzenia wspólnej, pokojowej przestrzeni gospodarczej został w błyskawicznym tempie „przecwelony” i zawłaszczony przez jaczejki kontrkulturowej rewolucji roku ’68, które nader sprawnie uczyniły z UE poręczne narzędzie antycywilizacyjnej pseudo – krucjaty.

Europa, na naszych oczach została oddana we władanie silnie zideologizowanej kasty biurokratyczno – politycznej, nie cofającej się przed niczym, byle tylko zapewnić sukces swego „wielkiego dzieła”, jakim ma być ostateczne pogrzebanie cywilizacji łacińskiej.

„Deficyt demokracji”

Używane są do tego celu niby – demokratyczne instytucje, funkcjonujące na zasadzie emanacji do n-tej potęgi. „Ścieżka emanacyjna” wygląda mniej więcej tak: - wybierasz parlament, ten powołuje rząd, rząd z kolei dogaduje się w sprawie nominatów do instytucji „europejskich” z innymi rządami (kandydaci muszą być „niekontrowersyjni” i „koncyliacyjni”, czytaj – albo akceptujący A.P., albo potrafiący schować przekonania do kieszeni) po czym odtrąbia się sukces, bo w eurostrukturach przybyło paru „naszych”.

Nie bez kozery jedyna euro – instytucja wybierana w bezpośrednich wyborach – Parlament Europejski, ma najmniejsze kompetencje. Nazywa się to eufemistycznie „deficytem demokracji”…

Parnasiarze.

Jednocześnie, jak wspomniałem w poprzednich częściach, główne założenia i dogmatyka wykuwane są w gronie Parnasiarzy (tzw. „Autorytetów”), skąd dopiero nieformalnie, drogą towarzyskich spotkań, odpowiednio nagłośnionych książek, tudzież prasowych artykułów, medialnego nacisku, lobbingu itp. spływają do sformalizowanych instytucji, które przetwarzają ich „idee” na literę prawa stanowionego.

Kim są Parnasiarze? To wpływowi intelektualiści, czasami politycy (obie role bywają wymienne), biznesowi magnaci pozostający pod ich wpływem, lub węszący w Antycywilizacji Postępu swój interes (np. Soros, Turner, Gates, Bloomberg, Buffet, David Rockefeller jr., którzy spotkali się 3 maja 2009r, by „uradzić”, jak zapobiec „przeludnieniu” – czytaj – jak promować „Cywilizację Śmierci”. Charakterystyczne jest, że doprosili do swego grona również Oprah Winfrey, jak mniemam w celu zasięgnięcia opinii co do najskuteczniejszych form medialnej promocji, tudzież „zadaniowania”. href="http://www.fronda.pl/news/czytaj/miliarderom_za_ciasno_na_ziemi">)

Zatrute owoce.

W efekcie, otrzymujemy antynatalistyczne prawodawstwo, eutanazję dokonywaną „prawem i lewem” (Holandia), tolerancjonistyczną promocję dewiacji, administracyjnie ustalaną nowomowę (np. rugowanie z urzędowej terminologii pojęcia „rodzice” – Wlk. Brytania), dechrystianizację przestrzeni publicznej, ubezwłasnowolnienie materialne na skutek horrendalnych danin publicznych i krępującej inicjatywę biurokracji, antyrozwojową religię ekologizmu, obezwładniający narody pacyfizm idt., itp., słowem, całe polit – poprawne menu wdrażane za pomocą fasadowych, „demokratycznych procedur” i równie fasadowych „demokratycznych instytucji” - wszystko w najlepszym razie przy obojętności społeczeństwa, a czasem nawet wbrew jego woli (np. ignorowanie przez Zapatero wielkich demonstracji przeciw jego progresywistycznym zapędom).

Oczywiście UE i poszczególne krajowe instytucje nie są odosobnione. Na skalę globalną podobną inżynierię uskutecznia ONZ i szereg innych zarówno państwowych, jak i „prywatnych” organizacji międzynarodowych. Nie zajmę się nimi bliżej, gdyż notka i tak już zanadto mi się rozrosła, a pozostało jeszcze jedno fundamentalne pytanie.

Pytanie trzecie.

Gdzie w tym całym obłędzie jest „Stara Europa”, a gdzie Polska?

Dwa zagrożenia cywilizacyjne.


Europa Zach. i Polska są zarazem w podobnej, jak i różnej sytuacji. Podobnej, gdyż obie chwieją się pod naporem dwóch wrogich cywilizacji, z których zagrożenie cywilizacyjne nr 1 jest wspólne - A.P. Różnej, gdyż zagrożenie cywilizacyjne nr 2 jest dla każdej z nich odmienne.

W przypadku Starej Europy zagrożeniem cywilizacyjnym nr 2 jest napór cywilizacji arabskiej, podbijającej kontynent od zewnątrz (imigracja) i od wewnątrz (wysoka rozrodczość, połączona z brakiem integracji i coraz wyraźniej formułowanym pragnieniem kulturowego zawłaszczenia kontynentu, by ten w efekcie stał się kolejną prowincją światowego „kalifatu”).

W przypadku Polski, zagrożeniem cywilizacyjnym nr 2 jest Rosja, czyli powstały z połączenia cywilizacji bizantyńskiej i turańskiej, zmongolizowany bizantynizm. Tu również mamy zarówno do czynienia z zagrożeniem zewnętrznym (silnie zmilitaryzowany Obwód Kaliningradzki, Białoruś), jak i wewnętrznym (postsowiecka agentura, zdeprawowany komunizmem naród z elitami włącznie, patologie utrwalane nihilizmem życia publicznego III RP i zatrutą spuścizną Okrągłego Stołu).

Skutki polityczne.

Odmienność zagrożenia cywilizacyjnego nr 2 skutkuje odmiennymi politykami zagranicznymi „Starej” i „Nowej” Europy – przy czym obie są błędne. Stara Europa nie dostrzega (lub dostrzegać nie chce) rosyjskiego niebezpieczeństwa i wiąże się z nią coraz ściślejszymi więzami gospodarczymi i politycznymi (gazociąg północny, zapraszanie Rosji do struktur gospodarczych – G8, negocjacje w sprawie członkostwa w WTO itd.). Usiłuje natomiast administracyjnie powstrzymać napływ muzułmańskich imigrantów (jednak akcje militarne w różnych punktach globu, przeżarta pacyfizmem Europa - poza Wielką Brytanią - potrafi co najwyżej pozorować).

My – odwrotnie. Trafnie na ogół definiujemy rosyjskie zagrożenie (mimo rozbudowanej agentury wpływu, która dba, by owo definiowanie nie zostało przekute na niekorzystne dla Rosji posunięcia – vide, utrącenie gazociągu norweskiego). Mamy natomiast skłonność do lekceważenia zagrożenia ze strony islamistów. Nawet nasza obecność w Iraku, czy Afganistanie to efekt sojuszniczej lojalności wobec USA, a nie pokłosie samodzielnie zdiagnozowanych zagrożeń.

Dlaczego napisałem, że obie polityki są błędne? Stara Europa nie rozumie, że Rosja traktuje nasz region jedynie jako przekąskę przed daniem głównym – podporządkowaniem sobie Zachodu (czyni to konsekwentnie od czasów sowieckich). My natomiast prześlepiamy, że islamistyczny terror fizyczno - cywilizacyjno - kulturowy po podporządkowaniu sobie Zachodu, w następnej kolejności dobierze się i do nas.

A zatem, zarówno „Stara”, jak i „Nowa” Europa, powinny wspólnymi siłami zwalczać nie tylko A.P., lecz również zagrożenie islamistyczne i rosyjskie.

Zakończenie.

A tak w ogóle – opętańcza ta Antycywilizacja Postępu, nieprawdaż? Piekielne skutki. Czysta destrukcja. Z działaniem jakiej siły może się to kojarzyć? Może Papież powinien pomyśleć o egzorcyzmach dla Europy… Wszak, dziś to on „jest Miasto”.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja www.niepoprawni.pl

Moje poprzednie wpisy obracające się wokół tematyki polityczno - cywilizacyjno – kulturowej:

href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/refleksje-rusofoba%E2%80%A6">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosaloniarze">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6">


Cykl KJW:

href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-1">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-2">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-3">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-4">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-5">