Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżihad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dżihad. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 listopada 2015

Między dżihadem a rekonkwistą

Skoro mamy wewnątrzeuropejski dżihad, to musimy odpowiedzieć wewnątrzeuropejską rekonkwistą/krucjatą.

I. Europa i kamieni kupa

Rozczuliło mnie lewackie miauczenie, że zamachowcy z Paryża rekrutowali się głównie spośród mieszkającej w Europie od pokoleń ludności muzułmańskiej, w związku z czym absolutnie nie należy ich wiązać z obecnymi „uchodźcami”. Dobrze, rozbrójmy tę kretyńską, propagandową bombkę i miejmy to za sobą. Przede wszystkim, wśród terrorystycznej szajki jak najbardziej znaleźli się przemyceni w tłumie wysłannicy Państwa Islamskiego. Ale mniejsza – rzecz w tym, że mordercy pochodzący ze środowisk „osiadłych” muzułmanów są żywym dowodem na porażkę polityki multikulturalizmu i świadectwem, że pozornie „zasymilowani” wyznawcy Allaha są bombą z opóźnionym zapłonem. Przesłanie lewicy można w zasadzie streścić następująco: przygarnijmy „uchodźców” i poczekajmy aż zaczną nas wyrzynać ich dzieci. Te „oswojone”, urodzone w Europie i z tutejszym obywatelstwem.

Paryski zamach świadczy także o nieskuteczności dotychczasowych środków prewencyjnych. Francuskie służby po masakrze w „Charlie Hebdo” dostały nadzwyczajne uprawnienia inwigilacyjne. Od dłuższego czasu było wiadomo, że terroryści stosują nową taktykę – zamachów mają dokonywać nie lokalni muzułmanie, tylko pochodzący z innych państw UE, korzystając z otwartych granic strefy Schengen. I co? Wychodzi, że Europa, to mówiąc klasykiem, „kamieni kupa”, a byle banda fanatyków z kałachami może urządzać rzeźnię gdzie popadnie. No chyba, że odpowiednie służby miast tropić dżihadystów skupiły się na monitorowaniu „skrajnej prawicy”, gdyż to ona właśnie, jak nas pouczają od świtu do zmierzchu, jest najpoważniejszym zagrożeniem dla Europy... Ale ostatecznie dobiły mnie „recepty” różnych mędrców perorujących, co należy zrobić, by podobnej jatki uniknąć w przyszłości – tu już mieliśmy odlot w kierunku najczystszej, świadczącej o kompletnej bezsilności, fantazji.

II. Hidżra i dżizja

Otóż, w reakcji na zamachy pojawiają się postulaty wspólnej wyprawy na Bliski Wschód w celu „opanowania sytuacji”. To jest naprawdę paradne: Syryjczycy i inni będą kolonizować Europę, pobierać od Europejczyków haracz zwany pomocą socjalną, my zaś pójdziemy walczyć - w ich imieniu i interesie. Proszę zwrócić uwagę, jaką, patrząc z perspektywy islamu, mamy sytuację. Oto dokonuje się „hidżra”, czyli przewidywana przez Koran forma podboju polegająca na zasiedlaniu danego terytorium przez „synów Proroka”. Z ich punktu widzenia jest to „ziemia Boga” - ląd, który muzułmanom się należy i winni objąć go we władanie. Owo „należy” to zresztą słowo-klucz opisujące nastawienie najeźdźców oraz ich oczekiwania wobec Europy i Europejczyków. W islamie funkcjonuje coś takiego jak „dżizja” - danina płacona przez chrześcijan muzułmanom - i część migrantów właśnie w taki sposób traktuje otrzymywany w Europie „socjal”. Nie jako jałmużnę, lecz jako należną im daninę właśnie. Nic więc dziwnego, że eskalują roszczenia – skoro niewierni płacą im daninę, to wszak można wymusić jej zwiększenie. A że apetyt rośnie w miarę jedzenia... Znana jest wypowiedź jednego z „uchodźców” domagającego się zapewnienia mu seksu, gdyż „bolą go jądra” - zatem „dżizja” może również przybrać formę „świadczeń w naturze”: oddania do dyspozycji wyposzczonym przybyszom europejskich kobiet. Hmm, może by podesłać im panią Kingę Dunin, która nie tak dawno temu rozpływała się nad przymiotami przybywających do Europy „książąt Orientu”?

No, a teraz ten pomysł wyprawy, by „zaprowadzić porządek”. W kontekście powyższego, okazałoby się, że Europejczycy nie tylko płacą „dżizję”, ale stają się janczarami imigrantów. Oczywiście, Zachód ma swoje za uszami – sprowokowanie serii rewolt w ramach „arabskiej wiosny”, wcześniej inwazja na Afganistan i Irak (do której również my, Polacy, dołożyliśmy swoje trzy grosze „umacniając sojusz” z USA – ile to było warte, przekonaliśmy się w momencie „resetu” Obamy). Okazało się, że zaordynowane lekarstwo na islamski dżihadyzm, którego nową odsłonę zapoczątkował zamach z 11 września 2001, jest gorsze od samej choroby – świat muzułmański nie jest w stanie wprawdzie przeciwstawić się Zachodowi w bezpośrednim, konwencjonalnym starciu, ale ma broń równie skuteczną – ludzi. I właśnie jej używa. Z jednej strony przeszkolone, fanatyczne jednostki siejące terror, z drugiej – ludzka rzeka zalewająca wrogi obszar i bez skrupułów wykorzystująca liberalne przesądy rozmamłanej mentalnie Europy.

III. Poroniona „krucjata”

Mówiąc pół żartem, pół serio – udział w podobnej „krucjacie” miałby dla nas sens jedynie wówczas, gdybyśmy na jej skutek mogli sobie wykroić stosunkowo nieduże acz zasobne w jakieś dobra „województwo lewantyńskie” w którym ludność autochtoniczna trzymana byłaby za pyski tak, by nawet nie pomyślała o buncie. Innymi słowy, kolonializm w możliwie najbardziej zamordystycznym wydaniu – na podobieństwo krwawej tyranii, jaką utrzymywał w posłuchu tę dzicz Assad, Hussajn, czy inny Kadafi. Tylko wtedy takowa wycieczka miałaby ręce i nogi. Jeżeli nie chcielibyśmy się brudzić codziennym, żmudnym terrorem, moglibyśmy nawet takie „województwo” dać w arendę Izraelowi w zamian za cykliczny „czynsz” i zrzeczenie się wszelkich roszczeń majątkowych w stosunku do Polski. Podobna metoda sprawdzała się u nas przez stulecia na linii dziedzic-arendarz-chłopi, więc może sprawdziłaby się i dzisiaj. „Czynszem” mogłyby być nawet te same 3 miliardy dolarów rocznie, które Izrael otrzymuje od Stanów Zjednoczonych. Co wycisnęliby z oddanych im ludzi i ziemi ponad to – byłoby ich. Żydzi nie mają skrupułów, nie pozwalają wiązać sobie rąk różnym humanitarnym sentymentom i wiedzą jak obchodzić się z autochtonami. Tu jednak najpierw należałoby realistycznie skalkulować koszta i spodziewane zyski, no i przede wszystkim – dysponować siłą, by całe przedsięwzięcie przeprowadzić. Póki co, nie stać nas – ani militarnie, ani finansowo, zatem sprawę można odstawić w kąt. Przynajmniej do czasu.

Równie poronionym pomysłem jest koncepcja formowania w Europie spośród migrantów jakichś legionów, które po przeszkoleniu i uzbrojeniu wysłane zostałyby na Bliski Wschód, by walczyć o swoje ziemie. Pierwsza rzecz – jak posegregować tę przemieszaną masę Syryjczyków, Irakijczyków, Afgańczyków i diabli wiedzą, kogo jeszcze? Afgańczyk nie będzie walczył o Syrię i vice versa. To są ludzie bez dokumentów, bez tożsamości, tak naprawdę nic o nich nie wiemy. Po drugie – jaką mamy gwarancję, że uzbrojeni nie rzucą się nam do gardeł, lub chwilę później nie wrócą, by nas masakrować? Bo nam obiecają, że tego nie zrobią? Pamiętajmy, że w islamie okłamywanie niewiernych i kamuflowanie się na wszelkie możliwe sposoby, by następnie tym skuteczniej uderzyć, jest ogólnie przyjętą metodą prowadzenia walki – o czym przekonujemy się przy okazji kolejnych zamachów przeprowadzanych przez „zasymilowanych” muzułmanów. No i po trzecie, najważniejsze – gdyby chcieli walczyć, to by ich tutaj nie było. Zostaliby u siebie, tak jak lokalne siły samoobrony operujące w Syrii, czy Kurdowie, którzy jako jedni z nielicznych realnie walczą z Państwem Islamskim przy minimalnym wsparciu Zachodu i z wrogą Turcją nad głowami.

Pouczające jest doświadczenie amerykańskie. USA wydały setki milionów dolarów na obozy szkoleniowe mające sformować tam, na miejscu, „umiarkowane” oddziały walczące przeciw Państwu Islamskiemu. Jedyna grupa, którą udało się wyszkolić poszła z miejsca w rozsypkę, częściowo przechodząc na stronę PI. Śmiem przypuszczać, że z wyszkolonymi w Europie „legionami” imigrantów byłoby podobnie.

IV. Rekonkwista

Nie ma co się łudzić – na skutek obłąkańczej polityki imigracyjnej (a w zasadzie – jej braku, bo ogłoszenie, że „herzlich wilkommen” wszystkich jak leci, nie jest żadną polityką, jeszcze raz podziękujmy „mutter Angeli”) Europa zafundowała sobie wewnętrzny dżihad na pokolenia. Zabijać będą zarówno nowi przybysze zaraz po tym, jak już się tutaj jako tako zadomowią, ich potomkowie oraz potomkowie tych, którzy są „tutejsi” od dziesięcioleci – a reszta będzie się pracowicie rozmnażać na chwałę Allaha. W zasadzie jedynym sposobem na ograniczenie zagrożenia jest - nie bacząc na koszty - odesłanie tego miliona, który właśnie przybył, zasieki na zewnętrznych granicach UE, przechwytywanie łódek i ich zatapianie połączone z konsekwentnym odstawianiem migrantów tam skąd przyszli, zawieszenie strefy Schengen i przywrócenie kontroli na granicach państw członkowskich. A nade wszystko – zerwanie z ideologicznym obłędem „tolerancji” oraz „multi-kulti”. Krótka piłka – nie podoba ci się u nas, nie akceptujesz naszych reguł – won! Albo do piachu - co pan, panie muslim, wolisz. Skoro mamy wewnątrzeuropejski dżihad, to musimy odpowiedzieć wewnątrzeuropejską rekonkwistą/krucjatą. Każda inna droga będzie tylko odwlekaniem zagłady.

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

Bliskowschodni kocioł

Euro-kalifat

Niemiecki dżihad

Bankructwo Angeli Merkel

Charlie Hebdo w jaskini demonów

Imigranci chędożą Europę

Pełzający dżihad

Wędrówki ludów

Zamach we Francji czyli deja vu

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2877-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 46 (25.11-01.12.2015)

czwartek, 26 listopada 2015

Zamach we Francji, czyli deja vu

Barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Gdy przychodzi mi komentować wydarzenia w rodzaju ostatnich zamachów we Francji, towarzyszy mi nieodparte uczucie deja vu – wszystko to już było. Banda muzułmańskich fanatyków urządza masakrę, służby wdrażają „intensywne działania”, wstrząśnięci ludzie gromadzą się paląc znicze i składając kwiaty, a media... media przystępują do ofensywy ideologicznej i robienia publice wody z mózgów, by przypadkiem nikt nie wyciągnął nieodpowiednich wniosków. I tak, po raz kolejny dowiadujemy się, że „przemoc” jest be i należy przeciw niej protestować – ale raczej tak „w ogólności”, że stosowną odpowiedzią powinno być „pogłębienie integracji” i wzmożenie wysiłków na rzecz „asymilowania” obcych kulturowo przybyszów, by nie czuli się „odrzuceni”, nade wszystko zaś – by nie wiązać zamachów z problemem imigrantów, bo to brudna woda na młyn nacjonalistycznej i ksenofobicznej prawicy. Przeczytałem nawet, że dżihadystom właśnie chodzi o to, by „skrajna prawica” doszła do głosu i „podzieliła Europę”.

Owszem, owa „skrajna prawica” jest zagrożeniem – ale dla lewackich durniów i zbrodniarzy, których obłędna polityka obłaskawiania demonów po raz kolejny doprowadziła do krwawej łaźni. Dla tych, którzy zaślepieni kulturową wojną z fundamentami łacińskiej cywilizacji widzą w napływie imigrantów szansę na rozsadzenie podstaw Europy, a w muzułmanach – taktycznych sojuszników w dziele inżynierii społecznej. Tymczasem, jak do tej pory najbardziej tragiczne w skutkach zamachy miały miejsce w kolebkach „multikulturalizmu” - liberalnym i otwartym na oścież Paryżu, nieco wcześniej zaś – Londynie. W miejscach, gdzie muzułmanów dopieszcza się na wszelkie możliwe sposoby, włącznie z rugowaniem chrześcijańskiej symboliki z przestrzeni publicznej, by nie urazić ich delikatnych uczuć. W miastach i krajach, w których zabrania się mówić o Bożym Narodzeniu, a pracownicy państwowych instytucji mają zakaz noszenia krzyżyków. No więc, skoro tak nas się boją – stwierdzili islamiści – to przykręćmy im jeszcze bardziej śrubę, aż do ostatecznego zwycięstwa Proroka.

Swoją drogą, przypomina mi to nieco sytuację w Polsce lat 90-tych, kiedy to różne gangi i mafie siały terror, a jedyną reakcją były groteskowe „marsze milczenia” na widok których rozbezczelniona bandyterka mogła tylko śmiać się w kułak w słusznym skądinąd przekonaniu, że taki wyraz skrajnej bezsilności oznacza de facto przyzwolenie na kolejne pobicia i zabójstwa. Na każdy głos, by zaprzestać cackania się z przestępcami tutejsze elity spod znaku michnikowszczyzny miały tylko do zaoferowania wrzask, że ciemny motłoch żąda „powrotu państwa policyjnego”, a w ogóle to „surowość kary nie odstrasza”. Trzeba było dopiero objęcia teki ministra sprawiedliwości przez Lecha Kaczyńskiego, by rozpocząć mozolne zmiany – a i wtedy mędrcy w rodzaju Krzysztofa Kozłowskiego straszyli, że na ulicach będą grasowały „szwadrony śmierci”. Podobne skojarzenie miałem na widok kretyńskiego marszu po zamachu na „Charlie Hebdo”. Pójdźmy razem z Hollandem i Merkel trzymając się za rączki, to islamiści się wzruszą i przestaną nas zabijać.

Cóż, na miejscu Francuzów podziękowałbym w odpowiednio dobitnych słowach ich byłemu prezydentowi Nicolasowi Sarkozy'emu za rozwalenie Afryki Północnej w pogoni za mocarstwowym mirażem „Unii Śródziemnomorskiej”, Amerykanom za destrukcję Bliskiego Wschodu, koniec końców zaś - „mutter Angeli” za rozgrodzenie Europy i wpuszczenie tutaj hord wypierdków Mahometa. Przybywają do Europy niczym na zielone pastwiska, gdzie będzie się ich karmić i poić – bo też oferowany im „socjal” jest w istocie współczesną formą haraczu, by łaskawie nie urządzali zamieszek, nie demolowali miast i nie palili samochodów. A rajskie hurysy wezmą sobie sami – już biorą, statystyki są nieubłagane – wraz z napływem imigrantów skokowo rośnie liczba gwałtów. Zresztą, przypuszczam, że wizja rozwiązłych Europejek (a z punktu widzenia islamu, wszystkie takie są) również jest jednym z motorów napędowych dla setek tysięcy przybywających tu młodych mężczyzn, którzy za naturalną rzecz przyjmują, że te wszystkie wyzywająco noszące się kobiety są od tego, by ich zaspokajać. Znamienne są tu narzekania jednego z tych przybyszów, że w ośrodku dla uchodźców nie może sobie ulżyć i przez to, cytuję, „bolą go jądra”. Krótko mówiąc, barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Nie bądźmy głupcami. Nie pozwólmy wplątać się w ten obłęd. Na cokolwiek zgodziła się Ewa Kopacz, należy wyrzucić to do kosza. Mamy sojuszników w Grupie Wyszehradzkiej. Stanowisko przytłaczającej większości Polaków jest jasne: ani jednego imigranta w naszym kraju!

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (20-26.11.2015)

niedziela, 20 września 2015

Niemiecki dżihad

Niemcy postanowiły potraktować falę uchodźców jako pretekst do zaakcentowania „europejskiego przywództwa” Berlina.

I. Szantaż Berlina

Wygląda na to, że Niemcy postanowiły obecny kryzys imigracyjny uczynić jeszcze jednym narzędziem wzmacniającym ich europejską dominację. Podczas ostatnich wydarzeń instytucje unijne po raz kolejny okazały się kosztowną fikcją – jeśli oczywiście brać na serio ich deklaratywną, zapisaną w traktatach rolę jako europejskich centrów decyzyjnych. Stały się za to całkiem poręcznym przedłużeniem niemieckiej polityki, rozciągającej dzięki nim swe wpływy na resztę kontynentu. Podobnie było w przypadku greckiego krachu – formalnie „trójkę” negocjatorów z Atenami stanowiły MFW, EBC i KE, faktycznie zaś rozmowy z greckim premierem prowadziła kanclerz Merkel z Donaldem Tuskiem w charakterze przyzwoitki. Nawiasem mówiąc, podobną rolę przyzwoitki (a o tym, co jest przyzwoite, decyduje się w Berlinie) wyznaczono Tuskowi i tym razem, sądząc po tym z jaką determinacją podpisuje się pod kolejnymi postulatami Niemiec w kwestii polityki azylowej.

Tymczasem, zarówno Polska, jak i pozostałe kraje naszego regionu, zostały przez Niemcy postawione przed prostackim szantażem: imigranci, albo odcięcie od unijnej kasy. I wszyscy przyjmują to za naturalne, niektórzy nawet, jak prof. Krzemiński, entuzjastyczne ów ton podchwytują. Jakoś nikomu nie przyjdzie do głowy zapytać jakim prawem Merkel i Schulz wypowiadają się w imieniu całej Europy? Gdzie w traktatach zapisana jest konieczność przyjmowania nielegalnych imigrantów – i to „solidarnego”? Gdzie są zapisy warunkujące otrzymanie europejskich funduszy uległością wobec dyktatu Berlina – w jakiejkolwiek sprawie? Widać wyraźnie, że Niemcy ostentacyjnie już lekceważą formalne struktury unijne i używają ich jedynie do nadawania pozorów „wspólnotowości” i legalizmu własnej polityce. Postanowiły potraktować falę uchodźców jako pretekst do zaakcentowania „europejskiego przywództwa” Berlina – my ustalamy standardy, rozdzielamy uchodźców, decydujemy o pieniądzach na ich utrzymanie, więc reszta Europy dla własnego dobra ma być nam posłuszna, bo inaczej puścimy wszystko na żywioł i zapanuje chaos. Rysuje to fantastyczne możliwości polityczne – od tej pory, jeśli Niemcom będzie zależeć na przeforsowaniu czegokolwiek w Unii wystarczy, że zagrożą wycofaniem się ze „wspólnej polityki imigracyjnej”. Kiedyś można by było powiedzieć o „politycznym blitzkriegu”, dziś ze względu na okoliczności bardziej adekwatne będzie raczej określenie „berliński dżihad”.

W kontekście powyższego można się zastanawiać, czy pozornie samobójcza polityka Niemiec polegająca na wpuszczaniu wszystkich jak leci nie jest przypadkiem przemyślaną strategią w którą wpisana jest celowa nieudolność w ochronie europejskich granic. Coś, co bierzemy za lewackie zidiocenie „starej Europy” może być tak naprawdę elementem szerszego planu. W takim ujęciu przestają dziwić gromy ciskane na Orbana, który chroniąc swój kraj, usiłował przecież jednocześnie uszczelnić jakiś wycinek unijnej granicy.

Niemieckim zagończykiem na europejskiej scenie jest, tradycyjnie już, Martin Schulz grożący użyciem siły przeciw państwom, które nie podporządkują się wspólnotowemu solidaryzmowi pod niemieckie dyktando. Ot, wylazła spod europejskiej pozłotki dobrze znana, arogancka, teutońska świnia. Jest to oczywiście balon próbny - skalkulowana na chłodno prowokacja mająca na celu przetestowanie reakcji adresatów, poczyniona z wdziękiem herr Flicka z Gestapo. Możemy równie wdzięcznie odpowiedzieć, że jeśli Niemcy wciąż będą łamać europejską solidarność wobec Rosji i nie wycofają się z projektu Nord Stream 2, to nasze czołgi w ciągu jednego dnia mogą być w Berlinie, a w ciągu następnych kilku dni – w Brukseli. Tak się bowiem składa, że mamy blisko 250 Leopardów różnych typów plus dodatkowo ok. 390 starszych „Twardych” i T72, które nadawałyby się od biedy na drugi rzut natarcia. Niemcy mają zaś raptem niespełna 240 Leopardów, wprawdzie nowszych, lecz cóż z tego – w 1941 niemieckie „panzery” w porównaniu z czołgami sowieckimi były wręcz zabytkami, a mimo to Wehrmacht dojechał na nich aż pod Moskwę. Niemiecka Bundeswehra pozostaje pod kontrolą pacyfistki Ursuli von der Leyen pod której rządami ciężar troski spoczywa na zapewnieniu żłobków niemieckim żołnierkom, sprzęt się sypie (większość samolotów jest „uziemiona”, karabin G-36 po 90 strzałach nie nadaje się do użytku itp.), koszary popadają w ruinę, zatem i morale może być porównywalne z sołdatami Stalina w czerwcu '41, kiedy to na samą wieść o Niemcach masowo się poddawali, lub pierzchali na wszystkie strony. Więc co – może odpowiemy testem na test? Wspólne manewry państw Grupy Wyszehradzkiej w pobliżu niemieckiej granicy mogłyby być niezłym sprawdzianem...

II. Hidżra

Swoją drogą, ciekawe czy stary Osama planując zamach na Amerykę zdawał sobie sprawę z tego do jakich reperkusji to doprowadzi – i że, summa summarum, będą to konsekwencje korzystne dla świata islamskiego. To wszak zapoczątkowana po 11 września „wojna z terroryzmem” doprowadziła do rozwalenia Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Swoje dołożyła również beznadziejnie nieudolna polityka Obamy. Obalono dyktatury będące w tamtejszych warunkach jedynym gwarantem stabilności, na ich gruzach rozpętało się krwawe piekło, powstało Państwo Islamskie, a ludzka fala, umiejętnie motywowana i ukierunkowywana, podążyła w kierunku Europy – na podbój krainy niewiernych. Taki rodzaj podboju ma nawet w islamie swoją nazwę – Hidżra. Jest to inaczej mówiąc inwazja poprzez imigrację i zasiedlanie nowego terytorium, bezkrwawy (na razie) dżihad, a jej tradycja odnosi się do ucieczki Mahometa z Mekki do Medyny w 622 roku.

W tym wszystkim porażające jest ojkofobiczne zacietrzewienie polskojęzycznych mediów. Część z nich uprawia niemiecką propagandę wskutek zależności kapitałowych, część jednak czyni to zupełnie „bezinteresownie”. Kompromitujące i groteskowe jest wyłączenie na stronach internetowych „Wyborczej” możliwości komentowania materiałów dotyczących „uchodźców” - kompromitujące, gdyż obnaża bezmiar faryzejskiej obłudy w kwestii wolności słowa; groteskowe – bo stanowi w moim odczuciu reliktowy odruch, echo dawnej potęgi sekty z ulicy Czerskiej, kiedy to tematy lub poglądy „zamilczane” przez „Wyborczą” automatycznie znikały z przestrzeni publicznej, a wszystkie pozostałe ośrodki medialnego rażenia skwapliwie dostosowywały się do embarga.

Ale nie tylko o to chodzi. Otóż z punktu widzenia nadwiślańskiego lewactwa wspomniana tu „hidżra” jest nadzieją na zmianę oblicza Polski. W napływie imigrantów kulturowa lewica widzi szansę na dekonstrukcję tego, co jest jej najbardziej nienawistne – polskiego narodu rozumianego jako wspólnota monoetniczna i wciąż, mimo procesów sekularyzacyjnych, skłaniająca się w większości ku tradycyjnemu katolicyzmowi. Nie udało się do końca przepoczwarzyć Polaków za pomocą kolb sowieckich karabinów („My sowieckimi kolbami nauczymy ludzi w tym kraju myśleć racjonalnie bez alienacji” ), to może uda się za pomocą muslimów na zasadzie „wszystko jest lepsze od tego endeckiego ciemnogrodu”. Poważnie, oni traktują islamistów jako taktycznych sojuszników i zapewne łudzą się, że będą potrafili jakoś nad nimi zapanować... Oczywiście, po zwycięstwie dżihadu, to właśnie ci postępowi idioci pierwsi pójdą do rozwałki, ale marna to pociecha.

III. Destabilizacja pod niemieckim nadzorem

Przyczółki już są. Działająca u nas Liga Muzułmańska RP powiązana jest z Bractwem Muzułmańskim, meczet na warszawskiej Ochocie finansowany jest m.in. przez kuwejckich wahabitów – nietrudno zatem się domyślić, jakie treści będą tam propagowane. Z pewnością nie będzie to „pokojowa” odmiana islamu, obłaskawiona kulturowo przez stulecia wspólnego pożycia, w rodzaju tej wyznawanej przez polskich Tatarów. Narzucone przez Niemcy kwoty imigracyjne stanowić będą znakomitą pożywkę dla rozwoju islamskiego fundamentalizmu w Polsce, na wzór tego, który już teraz kwitnie w Zachodniej Europie. Można przypuszczać, że destabilizacja społeczna w krajach Europy Środkowo-Wschodniej jest Niemcom na rękę, utrwali bowiem ich dominującą pozycję i ustawi w roli arbitrów pouczających niedorozwinięte dzieci ze „wschodniej Unii” (jak nazywają nowe kraje członkowskie) na okoliczność powinności europejskich, solidarności i tolerancji.

Problem rysuje się poważny, bowiem oczywistym jest, że na dwunastu tysiącach się nie skończy – z każdym rokiem będą przybywali następni, zachęceni obecnym przykładem, a na wszystko nałoży się jeszcze operacja łączenia rodzin, co sprawi, że oficjalne „kwoty” będzie należało pomnożyć co najmniej przez pięć. Dodatkowo należy założyć, że Niemcy dokonają u siebie starannej selekcji, wypychając za granicę element najbardziej niepożądany – w tym radykałów i potencjalnych terrorystów. Możemy zatem spodziewać się zagnieżdżenia u nas islamofaszystowskich komórek. Kolejnym aspektem sprawy jest wymóg stanowiący, że przydzieleni nam „azylanci” nie mogą opuścić granic naszego kraju. Kto ich będzie pilnował? Przecież to fizycznie niewykonalne – no, chyba, że umieści się ich w jakimś „polskim obozie koncentracyjnym” za drutami, lub zgoła „zaczipuje” niczym koty, tak by można było ich namierzyć GPS-em. Może zresztą o to również przy okazji chodzi – najpierw wypróbuje się tę metodę masowej kontroli na imigrantach, potem przyjdzie kolej na resztę...

W każdym razie, niewykonalny warunek stanowić może znakomitą okazję do najrozmaitszych politycznych i ekonomicznych szantaży w przyszłości. Już teraz można przyjąć, że nasi „przydziałowi” imigranci będą starali się wszelkimi sposobami przedostać do Niemiec, lub krajów skandynawskich, bo tylko tamtejszy socjal spełnia ich oczekiwania. Stwarzać to będzie możliwość wywierania na kraje naszego regionu presji, byśmy nie podskakiwali w różnych żywotnych dla nas sprawach – choćby polityki klimatycznej - bo „nie wykazaliśmy się europejską solidarnością”. A niech jeszcze któryś z „naszych” azylantów zdetonuje w Niemczech jakąś bombę...

Teoretycznie, nie jesteśmy całkiem bezbronni, cały ten kryzys można by jakoś dyplomatycznie rozegrać. Powiedzieć: mamy plan przyjęcia jako uchodźców Polaków ze wschodu, szczególnie z toczącej wojnę Ukrainy i na tym się koncentrujemy - w końcu nigdzie nie jest zapisane, że „uchodźcami” mają być wyłącznie Arabowie. Albo: przyjmiemy chrześcijan z Syrii – nikt wszak nie powiedział, że status „uchodźcy” przynależy się jedynie muzułmanom. Lub: zaakceptujemy jednorazową „kwotę” azylantów w zamian za niemiecką zgodę na bazy NATO w Polsce. I tak dalej – możliwości jest wiele, tylko czy rząd Ewy Kopacz zechce z nich skorzystać? Czy może raczej zgodzi się na wszystko licząc choćby na brukselskie apanaże w przyszłości i zostawi imigracyjny pasztet swoim następcom?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 36 (16-22.09.2015)

wtorek, 15 września 2015

Pełzający dżihad

Imigracyjny „socjal” to nic innego, jak próba obłaskawienia łupieżczej hordy okupem, by ta powstrzymała, bądź przynajmniej ograniczyła swe niszczycielskie zapędy.

 

Na greckiej wyspie Lesbos doszło do regularnej bitwy muzułmańskich imigrantów próbujących opanować prom, z siłami policji. Mieszkańcy wyspy żyją w stanie permanentnego oblężenia – przybysze są agresywni, natarczywi, zanieczyszczają okolicę, szerzy się wandalizm, miejscowy burmistrz błaga władze w Atenach o ogłoszenie stanu wyjątkowego... Przyzwyczajajmy się do takich obrazków, bo staną się one niedługo chlebem powszednim – także u nas, choć może nieco później. Póki co, szturm odbywa się w kierunku Niemiec i Austrii, ale przecież na tych dwóch krajach islamizacja kontynentu się nie skończy, szczególnie, jeśli zawali się tamtejszy system opieki socjalnej. Muzułmanie mają bowiem to do siebie, że uważają, iż państwo islamskie jest tam, gdzie są wierni, koniec kropka. Kierując się tą zasadą, konsekwentnie kształtują przestrzeń wokół siebie – począwszy od najbliższego otoczenia, by następnie stopniowo posuwać się coraz dalej i dalej. W wielu ośrodkach dla uchodźców już de facto obowiązuje prawo szariatu, podobnie jak w muzułmańskich dzielnicach zachodnioeuropejskich miast. Nie pozostaje to bez wpływu na oficjalne struktury państwa, czego przykładem może być wyrok belgijskiego sądu, który skazał muzułmanina katującego żonę aż do kalectwa na karę w zawieszeniu, motywując łagodny wyrok tym, że „w jego kulturze takie zachowania są dopuszczalne”.

Nawiasem mówiąc, owa maksyma oznaczająca, iż każdy muzułmanin jest samobieżnym nośnikiem i zalążkiem islamskiej państwowości opartej na szariacie, kiełkuje i u nas. Oto zasłyszana historia z jednego z polskich ośrodków przejściowych, gdzie obok siebie mieszkali m.in. Ukraińcy i Czeczeni. Kilku Czeczeńców widząc Ukrainkę w zbyt krótkiej spódnicy, niemal ją pobiło. Na jej krzyk, że teraz są w „Unii” i „Europie”, a nie w swoim muzułmańskim kraju, odpowiedzieli właśnie w ten sposób – państwo islamskie jest tam, gdzie muzułmanie. I pomyśleć, że Czeczenia, mimo przejęcia walki narodowowyzwoleńczej przez wahabitów, którzy uczynili z niej kolejny front dżihadu, uchodzi mimo wszystko za umiarkowany kraj...

Może zatem warto zacząć się pomału przygotowywać na nieuchronne, tym bardziej, że jakoś nie mówi się u nas o zasiekach na granicy i strzelaniu zza nich do intruzów podchodzących niczym wataha zombies. Nie szanują Europejczyków i trudno im się dziwić – każdy, kto miał nieszczęście widzieć choćby gej-paradę ma pełne prawo nabrać dozgonnej odrazy do zdegenerowanej kultury Zachodu. Przybysze mogli zatem spokojnie uznać, że Allah po to dopuścił do degrengolady europejskich świniożerców, by ci mogli bez oporu oddawać wyznawcom Proroka swoje pieniądze. Tak to bowiem wygląda – ów imigracyjny „socjal” to nic innego, jak próba obłaskawienia łupieżczej hordy okupem, by ta powstrzymała, bądź przynajmniej ograniczyła swe niszczycielskie zapędy. Różnica z minionymi wiekami jest jedynie taka, że kiedyś płaciło się „podarek” sułtanowi, bądź chanowi na Krymie, dziś zaś daninę wypłaca się na miejscu, w europejskich miastach, indywidualnie każdemu z wiernych, który uzna za stosowne tutaj się zagnieździć. Przeczytałem, że prezes Banku Finlandii postanowił przeznaczyć całe swoje miesięczne pobory na „pomoc” imigrantom. To jest właśnie ten rodzaj obłędu, który tu opisuję. Ten facet zapewne nie wrzuciłby złamanego eurocenta do kapelusza ulicznego grajka, ale rozeźlony islamista może mu poderżnąć gardło w jego własnym domu, więc lepiej udobruchać takiego zawczasu i na wszelki wypadek szeroko to rozgłosić.

Czeka nas zatem kolonizacja spod znaku zielonego sztandaru Proroka – i to być może jeszcze za naszego życia. Ja tam już od lat noszę brodę, więc pierwszy etap mimikry mam za sobą, zresztą z punktu widzenia męskiej szowinistycznej świni perspektywy nie rysują się takie najgorsze. W zasadzie, jedyną niedogodnością będzie konieczność spożywania alkoholu pod stołem, żeby Allah nie widział, co muzułmanie mają opanowane od stuleci w przypadku wina daktylowego. Może w ramach treningu wprowadzić nową modę - „under-table party”?

Znacznie gorzej będą mieli ci wszyscy lewaccy pożyteczni idioci bajdurzący o multi-kulti, oni bowiem pierwsi pójdą do odstrzału. Nie zazdroszczę również feministkom, które obecnie łamią sobie głowy nad tak ważkimi zagadnieniami, jak to, czy używanie podczas masturbacji wibratora jest ideologicznie słuszne, albowiem jakby nie patrzeć - jest on atrapą męskiego atrybutu, zatem zaspokajanie się nim stanowi mimowolny hołd wobec samczej dominacji. Siostrzyce zajmują się tego typu problemami na uniwersytetach w ramach pogłębionych studiów genderystycznych, czyli inaczej - sztuk dogłębnie wyzwolonych. No więc niedługo np. taka dogłębnie wyzwolona sztuka-Szczuka, miast wyjęzyczać się w telewizorniach będzie zapychała w burce i z garnkiem na głowie, zbierając od swego męża w majestacie prawa tęgie cięgi ilekroć usiłowałaby zatruwać mu spokój ducha swym pretensjonalnym jazgotem. Choroba, może nie byłoby to takie złe?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (11-17.09.2015)

poniedziałek, 14 września 2015

Wędrówki ludów

Uchodźców” z Bliskiego Wschodu w pierwszym rzędzie powinny przyjąć Stany Zjednoczone, natomiast z Afryki Północnej – Francja.

Przewijające się niekiedy w publicystyce porównanie obecnego stanu Europy do upadającego Imperium Rzymskiego właśnie znalazło kolejne potwierdzenie – wkroczyliśmy mianowicie w okres wędrówek ludów. Inna sprawa, że Zachód zafundował sobie obecną inwazję barbarzyńców na własne życzenie. Hasło do destabilizacji świata muzułmańskiego jako pierwsza rzuciła Ameryka, najeżdżając Afganistan w zemście za zamach na WTC, następnie zaś atakując Irak i obalając reżim Saddama Husajna, co w efekcie doprowadziło do wojny domowej i chaosu. Swoje dołożyła Francja „demokratyzując” Afrykę Północną serią kolejnych rewolucji, następnie przyszła kolej na Syrię – i w efekcie mamy to, co mamy. Znaczna część krajów muzułmańskich pogrążyła się w krwawej anarchii, na Bliskim Wschodzie narodziło się Państwo Islamskie – bodaj pierwsze, dla którego terroryzm stał się oficjalną doktryną, nawet afgańscy talibowie byli bardzie wstrzemięźliwi - a zagrożenie dla Zachodu jest większe niż kiedykolwiek przedtem. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby USA wcieliły w życie plany „powrotu z Bagdadu przez Iran”...

Swoją drogą, zbrodnicza krótkowzroczność amerykańskich i europejskich decydentów jest wprost powalająca. Z niezrozumiałych względów uznali oni, że jeśli obalą arabskich dyktatorów, to jakimś cudem uda się im zainstalować w regionie przyjazne Zachodowi demokracje – co w praktyce miało pewnie oznaczać przyzwolenie owych muzułmańskich „demokratur” na ekonomiczną ekspansję międzynarodowych koncernów i gospodarczą kolonizację na wzór modelu znanego chociażby z krajów latynoskich, czy nie szukając daleko – Europy Środkowo-Wschodniej po upadku komunizmu. Chciwość zaślepiła ich do tego stopnia, że woleli nie zauważać różnic cywilizacyjnych, oraz realnych nastrojów arabskiej „ulicy” podatnej na religijny fundamentalizm o jednoznacznie agresywnym, dżihadystycznym charakterze. Tymczasem, to właśnie kacykowie pokroju Husajna, Kadafiego czy Mubaraka – niewątpliwie często okrutni aż do zwyrodnienia – stanowili jedyną realną zaporę przed rozlaniem się fundamentalizmu na ogromne obszary Afryki i Azji. Demokracja jest dla islamu ciałem obcym, nienaturalnym, sprzecznym z Koranem przeszczepem ze świata zachodniego (w islamie nie ma rozróżnienia na sferę prywatną i publiczną, wszystko reguluje szariat) do którego muzułmanie czują wyłącznie pogardę, jako matecznika bezbożności i nihilizmu. W konsekwencji, obalenie dotychczasowego porządku skutkować musi rządami sfanatyzowanego motłochu i rzezią podsycaną naukami mułłów wzywających w meczetach do walki z niewiernymi. To aż nieprawdopodobne, że nikomu nie dał do myślenia przypadek Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, które niemal natychmiast po obaleniu Mubaraka stało się tam pierwszoplanowym graczem. Powtarzam – chciwość odebrała rozum.

A teraz ta muzułmańska dzicz zalewa Europę i Bóg jeden wie, czym to się skończy. Na domiar złego, Unia Europejska stosuje samobójczą politykę azylową, wspartą humanitarnym ględzeniem lewackich doktrynerów wciąż rojących o „multi-kulti” i nowomową każącą nazywać nielegalnych imigrantów „uchodźcami”. Co więcej, rządy zachodniej Europy usiłują wymusić na państwach naszego regionu – w tym Polsce – przyjmowanie „kwot” imigrantów. Innymi słowy – chcą na nas wydębić, byśmy pili piwo, którego oni nawarzyli. Przepraszam, ale Polska nie miała kolonii, historycznie więc nie jesteśmy tym ludziom nic winni – w odróżnieniu od krajów, które na kolonializmie zbudowały swój dobrobyt i potęgę. Jeśli zaś chodzi o sprawy bieżące, to „uchodźców” z Bliskiego Wschodu w pierwszym rzędzie powinny przyjąć Stany Zjednoczone, natomiast z Afryki Północnej – Francja, której się przyśniła budowa „Unii Śródziemnomorskiej” i w pogoni za tą nieprzytomną mrzonką zdestabilizowała najbliższe sąsiedztwo Europy.

My i tak za chwilę możemy mieć problem z napływem Ukraińców uciekających z bankrutującego i pogrążonego w wojnie państwa. Już teraz, zwłaszcza na zachodniej Ukrainie, młodzi ludzie na masową skalę uchylają się od poboru i np. nagle zdradzają przemożny pęd do wiedzy nabywanej na polskich uczelniach w Lublinie czy Przemyślu - by tu, z bezpiecznych pozycji, robić sobie „słit focie” z banderowskimi flagami. Podobnie jest z uciekinierami z krajów muzułmańskich. Zwróćmy uwagę, że przytłaczająca większość z nich to młodzi mężczyźni w wieku jak najbardziej „wojskowym”. To wygląda wręcz jak inwazja – tylko w samym lipcu granicę UE przekroczyło 107,5 tys imigrantów. Austria grzmi, by kraje uchylające się przed przyjmowaniem „azylantów” pozbawiać unijnych funduszy, a Niemcy wypominają nam, że przecież przyjmowali politycznych uchodźców z Polski za komuny. No więc dobrze – weźcie sobie te swoje „ojro”, bo żadne pieniądze nie są warte tego by fundować sobie społeczną bombę zegarową, a co do wdzięczności za pomoc z lat '80 – jeśli jakiś obywatel niemiecki wystąpi o polityczny azyl w Polsce, to oczywiście z przyjemnością takowego udzielimy.

Gadający Grzyb

Ilustracja: Andrzej111

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (04-10.09.2015)