Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchodźcy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uchodźcy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 stycznia 2018

Chcecie sankcji? Dobrze!

Wprowadzenie sankcji może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

I. Sankcje „prawem i lewem”

Kto by pomyślał – Jean-Claude Juncker w jakimś niepojętym przypływie trzeźwości opowiedział się przeciw zabieraniu unijnych pieniędzy państwom sprzeciwiającym się przyjmowaniu nachodźców w ramach tzw. mechanizmu relokacji. Tym samym zajął stanowisko przeciwne wobec Martina Schulza, który nieodmiennie pozostaje w stanie delirycznej maligny i twardo obstaje (ostatnio w wywiadzie dla „Bilda”) za obcięciem euro-funduszy dla „niepokornych” krajów. Jeszcze trochę i Juncker przetrzeźwieje na tyle, by uznać, że również sankcje i ograniczenie środków strukturalnych za „łamanie praworządności” oraz cała heca z „opcją atomową” opisaną w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej może okazać się, delikatnie mówiąc, przedsięwzięciem przeciwskutecznym. Oczywiście, formalnie są to dwie różne sprawy i dwa odrębne postępowania, ale patrząc od strony politycznej obie są uzupełniającymi się częściami tej samej operacji dyscyplinowania i szykanowania opornych członków „wspólnoty”, z Polską na czele. Dodać należy przy tym, że poczesne miejsce zajmuje tu szantaż finansowy. Wprawdzie budżet UE po 2020 r. tak czy inaczej miał być chudszy od obecnego, o czym wiadomo było od dawna, lecz prócz tego postanowiono uruchomić straszak w postaci dodatkowego, „represyjnego” ograniczenia środków – i to pomimo, że w zasadzie brak jest podstaw traktatowych do podobnego rozwiązania. Słowem, „sankcje” mają być – jak nie „prawem” to „lewem”.

Stało się tak na ewidentne życzenie Niemiec, które już w połowie 2017 r. w dokumencie „Stanowisko ministerstwa gospodarki dot. polityki spójności UE po 2020” postulowały, iż „powinno się sprawdzić, czy wypłaty funduszy strukturalnych można też uzależnić od przestrzegania norm państwa prawa”. Jak podawało wówczas „Deutsche Welle”, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Wprowadzenie takiej zasady oznaczałoby utworzenie arbitralnego mechanizmu wywierania na kraje członkowskie permanentnej presji ekonomicznej – i to w trybie kompletnie „pozatraktatowym”. Precedens już jest, bo wszak procedura „kontroli praworządności” wszczęta przez Komisję Europejską wobec Polski również nie ma żadnego umocowania w Traktacie Lizbońskim i stanowi czystą uzurpację brukselskich urzędników.


II. Ryzykowna gra

No dobrze, mamy mniej więcej zarysowane tło polityczno-prawne – ale dlaczego twierdzę, że ów festiwal szykan może okazać się przeciwskuteczny i koniec końców obrócić się przeciw jego inicjatorom? Już wyjaśniam. Otóż kalkulacja Berlina, brukselskich marionetek oraz trzódki miejscowych targowiczątek („totalna opozycja” plus szeroko rozumiani beneficjenci III RP) wygląda następująco: wprowadzenie pod jakąkolwiek postacią „sankcji” uderzających w Polskę ma spowodować załamanie społecznego poparcia dla PiS, a tym samym utorować drogę do powrotu do władzy dawnej, zblatowanej i usłużnej sitwy. To jaką formalnie owe represje przybiorą postać jest sprawą drugorzędną – jeśli nie uda się ich przeforsować na forum Rady Europejskiej (zapowiedziane weto Węgier), to spróbujemy „karnie” obciąć fundusze w najbliższej perspektywie budżetowej (mówi się o 12 mld. euro mniej dla Polski, Węgier i Czech), bądź uruchomimy Trybunał Sprawiedliwości UE, który nałoży kary za odmowę przyjmowania „uchodźców”. Niezależnie od końcowego wyniku tych zabiegów, sama polityczna wrzawa generowana w trakcie różnych europejskich procedur również ma za zadanie przeczołgać rząd PiS i pozbawić go powagi w oczach polskiej opinii publicznej (casus „27:1” i nieudanej próby zablokowania reelekcji Tuska, która zachwiała na moment sondażami).

Tak to sobie wymyślili i jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że te rachuby mają duże szanse na urzeczywistnienie. Jednak w obecnych warunkach podobna zagrywka obarczona jest znacznym ryzykiem i może obrócić się przeciw jej inicjatorom, co najwyraźniej jakimś szóstym zmysłem przewąchał wspomniany na wstępie Jean-Claude Juncker. Otóż Polacy są już nieco innym narodem, niż jeszcze kilka lat temu. Po kryzysie migracyjnym i finansowym Zachód przestał im tak bardzo imponować, a cielęcy zachwyt ustąpił miejsca rosnącemu sceptycyzmowi. Dodatkowo, o ile awantura wokół reelekcji Tuska była dla wielu niezrozumiała i niepotrzebna, o tyle w przypadku obecnej rozgrywki kręcącej się wokół migrantów i reformy sądownictwa doskonale wiedzą kto się zgodził na „kwoty” (i to w ramach stałego mechanizmu relokacji), a także kto dziś donosi do obcych stolic i wręcz otwarcie wyczekuje wrogich posunięć zagranicy wobec polskiego państwa. Wiadomość o sześciorgu eurodeputowanych PO głosujących za uruchomieniem art.7 odłożyła się trwale w głowach wyborców – podobnie jak nawoływania do wprowadzenia wobec Polski sankcji (wywiad Borysa Budki dla „Die Zeit”, pohukiwania Wałęsy, tudzież rozmaitych autorytetów obozu III RP).

Wszystko to razem wzięte oznacza, że wprowadzenie sankcji (w tej czy innej postaci) może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz definitywnie skompromitować „totalną opozycję” w oczach wyborców – na wzór opozycji na Węgrzech. A im głośniej PO do spółki z „beneficjentami III RP” będzie wyrażać satysfakcję (choćby przybraną w obłudny welon troski), tym opisany efekt będzie silniejszy. Jeżeli dołożymy do powyższego programową pustkę Platformy, Nowoczesnej i reszty, to możemy otrzymać skutek w postaci społecznej konsolidacji wokół obozu Zjednoczonej Prawicy. Zauważył to zresztą w grudniu ub.r. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisząc iż „ewentualne sankcje, w tym ograniczenie wypłat z funduszy strukturalnych, mogą podkopać ciągle wysokie zaufanie Polaków do UE” i dodając: „Poparcie dla UE jest w polskim społeczeństwie ciągle jeszcze wysokie. Nie należy lekceważyć faktu, że stanowi ono dla PiS pewne ograniczenie. UE nie powinna przyczyniać się sama do podkopywania jej legitymacji”.


III. Wypuszczanie dżinna z butelki

Oznacza to, że istnieje realne ryzyko (z punktu widzenia Brukseli i miejscowych euro-folksdojczów) gwałtownego wzrostu w najbliższym czasie nastrojów eurosceptycznych – co w skrajnym scenariuszu może się przełożyć na polexit, nawet gdyby sam PiS był od podobnego kroku jak najdalszy. Innymi słowy, może się powtórzyć przypadek premiera Davida Camerona, który pod presją własnej obietnicy wyborczej i społecznych nastrojów zarządził referendum w sprawie brexitu, po czym ten odbezpieczony polityczny granat wybuchł mu prosto w twarz – wydarzenia nabrały własnej dynamiki, a Cameron, który był zwolennikiem pozostania Wlk. Brytanii w UE stał się niechcący ojcem „secesji”. Tak się kończy wypuszczanie dżinna z butelki – a w przypadku Polski takim dżinnem mogą stać się sankcje i obcięcie eurofunduszy.

A potencjalne podglebie jest. Przypomnę sondaż IBRIS dla „Polityki” z czerwca 2017 r., w którym 56,5 proc. opowiedziało się przeciw przyjmowaniu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z ograniczeniem unijnych funduszy; z kolei na pytanie o odmowę przyjęcia uchodźców nawet za cenę wyjścia z UE „zdecydowanie tak” i „raczej tak” odpowiedziało łącznie 51,2 proc. respondentów. Ponadto Polacy niezmiennie przeciwni są przyjęciu waluty euro, zaś ze wspomnianego tu niedawno raportu Fundacji Batorego „Polacy wobec UE: koniec konsensusu” gdzie wzięto pod lupę różne sondaże z ostatnich lat jasno wynika, że poparcie dla UE nie jest bynajmniej bezwarunkowe – Polacy są wprawdzie generalnie „za”, lecz tylko pod warunkiem poszanowania naszej podmiotowości i prawa do realnego współdecydowania o obliczu europejskiej wspólnoty.

Tak więc, na miejscu dzisiejszych hunwejbinów spod znaku „ulicy i zagranicy”, działających w myśl zasady „im gorzej (dla Polski), tym lepiej (dla nas)”, wziąłbym na wstrzymanie – bo finalnie możecie się, robaczki, nielicho zdziwić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj Brukselo!

Porozmawiajmy o polexicie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (12-18.01.2018)

niedziela, 5 listopada 2017

Czy Kościół skręca w lewo?

Kościół nie jest po to, by wywoływać „ducha czasu”, lecz odwrotnie – powinien owego „ducha” kształtować.


I. Prymas Polski czy „katolewicy”?

Chyba dawno już hierarchowie Kościoła (nie wszyscy, ale jednak...) nie rozmijali się do tego stopnia w swych wyrażanych publicznie stanowiskach z nastrojami większości wiernych, jak w ostatnim czasie. Oczywiście, mam świadomość, że Kościół nie jest od tego, by bezrefleksyjnie nadskakiwać opinii publicznej (bo to kończy się upadkiem, jak w przypadku wyznań protestanckich), lecz ma prowadzić ludzi do zbawienia. Pytanie tylko, czy faktycznie do owego zbawienia prowadzi pogoń za „duchem czasu” w połączeniu z zamknięciem się na wrażliwość konserwatywną – a czasem wręcz z szykanami wobec tradycjonalistów.

Pamiętamy zapewne niedawny wywiad prymasa Polski, abp. Wojciecha Polaka dla „Tygodnika Powszechnego”, w którym zapowiedział suspendowanie księży biorących udział w „antyuchodźczych” demonstracjach. Przyznam się, że piszę o tym z pewnymi oporami i chętnie bym zmilczał, gdyby nie fakt, że ów wywiad jest częścią zauważalnej ostatnio prawidłowości, polegającej na wpisywaniu się oficjalnych kościelnych czynników w specyficzny rodzaj politycznej poprawności. We wspomnianej wypowiedzi prymas Polak np. abstrahuje kompletnie od „ordo caritatis” (porządku miłosierdzia) nakazującego dbać w pierwszej kolejności o własną wspólnotę (rodzinę, naród), a dopiero potem, w miarę możności, pomagać innym (co zresztą zarówno polskie państwo, jak i Kościół czyni, pomagając na miejscu ofiarom syryjskiej wojny). Przechodzi też milcząco do porządku dziennego nad groźbą islamizacji Europy, oraz nad tym, że w praktyce odróżnienie realnych uchodźców od imigrantów ekonomicznych oraz potencjalnych terrorystów jest zwyczajnie niemożliwe. Doświadczenie państw Zachodu, które z bezmyślności, bądź powodowane lewacką ideologią nieopatrznie otworzyły granice, jest jednoznaczne. Jeśli abp. Polak chciałby być konsekwentny, to prócz suspendowania księży powinien również zagrozić ekskomuniką tym, którzy sprzeciwiają się otwarciu Polski na muzułmańskich nachodźców – tyle, że wówczas na oko podpadałoby pod ekskomunikę mniej więcej trzy czwarte narodu...

To zresztą nie jedyny problem z wywiadem dla dyżurnego organu „katolewicy”. Odnoszę bowiem nieprzyjemne wrażenie, że prymas Polski w ten sposób polemizował „nie wprost” z akcją „Różaniec do granic”, kiedy to na zakończenie obchodów stulecia objawień fatimskich (i w rocznicę bitwy pod Lepanto) milion wiernych modliło się na polskich granicach, wywołując istną furię lewactwa. Abp. Polak ma zresztą na swym koncie krytykę sejmowej uchwały czczącej rocznicę Fatimy: „myślę, że takie akty powinny być w Kościele, a nie w Sejmie.


II. Kościół i polityka

Kolejna rzecz, to deklaracja, że „Kościół nie miesza się do polityki”. Czyżby? A może jest tak, że jak najbardziej się „miesza” - tylko ma to robić po „właściwej” stronie? Przede wszystkim, nie sposób rozdzielić publicznego zaangażowania Kościoła od sfery politycznej, bo ta przenika najróżniejsze aspekty życia społecznego. Przypomnijmy, iż prymas podczas 300-lecia koronacji obrazu Matki Bożej Częstochowskiej mówił na Jasnej Górze w obliczu prezydenta, pani premier, przedstawicieli sejmu i senatu: „Mamy przy tym szanować porządek i ład społeczny, a nie bezmyślnie go burzyć dla takich czy innych racji. Mamy szanować ład konstytucyjny, który jest gwarantem naszego bycia razem i współistnienia, a nie nadwyrężać go czy wręcz omijać”. Trudno o bardziej jednostronne zaangażowanie polityczne – tym bardziej, że to opozycja ma swoim koncie próbę puczu i nieustanne usiłowania rozhuśtania sytuacji społecznej. Niedawno przyniosło to tragiczny efekt w postaci samopodpalenia i śmierci Piotra S. - ofiary propagandowej histerii sianej przez „totalną opozycję”. Śmierć tę jezuita o. Grzegorz Kramer skomentował skandalicznym tweetem: „Panie Piotrze S., mam nadzieję, że w Nim znalazłeś to, o co tak walczyłeś. Dziękuję za odwagę. R.I.P.” - kompletnie ignorując przy tym nauczanie Kościoła, wedle którego samobójstwo jest grzechem śmiertelnym. Ale wobec „postępowych” księży, takich jak o. Kramer, groźby suspendowania nie padają.

Co innego z kapłanami konserwatywnymi. Pod nieustannym ostrzałem lewactwa pozostaje ks. prałat Roman Kneblewski, proboszcz parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Bydgoszczy. Kapłan dostał od swego przełożonego, bp. Jana Tyrawy, zakaz wypowiadania się na „tematy polityczne”. Ksiądz Kneblewski znany jest ze sprzeciwu wobec islamizacji (pozostając tu w zgodzie ze wspomnianym wyżej „ordo caritatis”) i pochwały nacjonalizmu rozumianego jako umiłowanie własnego narodu, będącego cnotą komplementarną wobec patriotyzmu – czyli umiłowania ojczyzny. I właśnie za tę żarliwą postawę znalazł się na celowniku „Gazety Wyborczej” - i trudno nie dopatrywać się w decyzji bp. Tyrawy wpływu organu Michnika.

Powyższe ma swój szerszy kontekst w wypowiedzi prymasa Wojciecha Polaka, który nazwał swojego czasu nacjonalizm „herezją” oraz w dokumencie „Chrześcijański kształt patriotyzmu” Rady ds. Społecznych Konferencji Episkopatu Polski – gdzie nacjonalizm również spotyka się z potępieniem i przeciwstawieniem patriotyzmowi. Jest to kompletne pomieszanie pojęć, bowiem czcigodni biskupi ewidentnie mylą tu nacjonalizm z szowinizmem, zapominając o słowach Prymasa Tysiąclecia: Działajcie w duchu zdrowego nacjonalizmu. Nie szowinizmu, ale właśnie zdrowego nacjonalizmu, to jest umiłowania Narodu i służby jemu. Inny nie tak dawny dokument Episkopatu – tym razem zespołu ds. Kontaktów z Konferencją Episkopatu Niemiec – skierowany do niemieckiego Kościoła, odcina się od podnoszonych w Polsce roszczeń odszkodowawczych za II Wojnę Światową. Pismo utrzymane w duchu „kiczu pojednania” spotkało się z szerokim, przychylnym odzewem w Niemczech i z miejsca zostało użyte w charakterze pałki na polski rząd. W świat poszedł przekaz mówiący, że każdy, kto podnosi niewygodne dla Berlina sprawy, godzi w „dzieło pojednania”. Dodajmy - „pojednania” na niemieckich warunkach.


III. Kicz ekumenizmu

Owo dążenie do „pojednania” za wszelką cenę znalazło również odzwierciedlenie w uczestnictwie przedstawicieli Kościoła Katolickiego w jubileuszu reformacji. Prymas Polak, który wszedł w skład Komitetu Honorowego obchodów 500-lecia Reformacji, również wziął udział w „świętowaniu” tego wydarzenia. Tu przykład poszedł z góry, bowiem powszechnie znane jest zaangażowanie papieża Franciszka w „ekumenizm” sprowadzający się do fraternizacji z heretykami i fetowania najbardziej tragicznego rozłamu w dziejach Kościoła. Pisząc te słowa gryzę się w język, by powstrzymać się od bardziej dosadnych określeń cisnących się pod klawiaturę. Skoro Luter był „wielkim reformatorem”, to w zasadzie jaki jest sens w byciu katolikiem? Równie dobrze możemy przystąpić do któregoś z wyznań protestanckich, mieć za przewodnika biskupkę-lesbijkę popierającą aborcję i eutanazję, bo w zasadzie – co za różnica? Albo może wyniesiemy Lutra i Kalwina na ołtarze? Wprowadzenie pomnika Lutra do Watykanu już mieliśmy przed rokiem – więc w sumie, czemu nie pójść o krok dalej?

Zwróćmy uwagę, że w tym „ekumenicznym” dialogu to Kościół Katolicki idzie na ustępstwa – wyznania protestanckie nie cofają się nawet na krok. Mamy zatem oprócz „kiczu pojednania” również „kicz ekumenizmu” polegający na przypochlebianiu się drugiej stronie. Jeżeli czytam wypowiedź prymasa Polski dla KAI, komplementującego pozytywny wpływ protestanckiej herezji na rozwój doktryny katolickiej, to na mój prosty rozum jest to postawa ocierająca się wręcz o sprzeniewierzenie katolickiemu nauczaniu. Jednocześnie „uciszono” znanego krytyka reformacji, ks. prof. Tadeusza Guza – bo swymi wystąpieniami zapewne psuł komuś dobre samopoczucie.

Kończąc, przypomnę, że prymas z urzędu jest interrexem – i w związku z tym ciąży na nim obowiązek dbania o powierzonych jego pieczy poddanych. Kościół zaś nie jest po to, by wywoływać „ducha czasu”, lecz odwrotnie – powinien owego „ducha” kształtować. Czy kiedyś jeszcze tego doczekamy?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Ten okropny nacjonalizm

Nie ma patriotyzmu bez nacjonalizmu

Kolejny kapłan na celowniku lewaków

Zniewolone umysły


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 44 (03-09.11.2017)

sobota, 4 listopada 2017

Pod-Grzybki 117

George Soros postanowił zostać świętym i rozdał swój majątek ubogim... No nie, tak naprawę, to przelał 18 mld. dolarów swojej fundacji Open Society, zwanej nie wiedzieć czemu „organizacją dobroczynną” - podczas gdy jest to lewacka jaczejka mająca za zadanie rozwalić do reszty łacińską cywilizację różnymi programami z zakresu inżynierii społecznej. Ukrywanie kasy w fundacjach to zresztą znany chwyt, przetestowany jeszcze przez starego Rockefellera - oficjalnie Rockefellerowie są biedni jak myszy kościelne. No więc teraz do grona ubogich dołączył Soros, który zostawił sobie marne 5 mld. dol. - jeśli wierzyć mediom, a zwłaszcza „Wyborczej”, „wujek George” to istny Franciszek z Asyżu!


*

A propos Franciszka – nasz gadatliwy papież wprawdzie ostatnio nie chlapnął niczego krępującego w ramach „nauczania samolotowego”, ale ma w Polsce gorliwego naśladowcę w postaci prymasa Wojciecha Polaka. Ten polazł niedawno do „Tygodnika Powszechnego”, by uraczyć owieczki spod znaku „Kościoła otwartego” różnymi lewackimi komunałami. Stwierdził m.in., że suspenduje księży, którzy poszliby na „antyuchodźczą” demonstrację. Cóż, mam ten komfort, że nie jestem księdzem, więc mnie akurat suspendować nie może (choć zapewne, gdyby się bardzo uparł, mógłby obłożyć mnie ekskomuniką, cóż - pożyjemy, zobaczymy, zwracam tylko uwagę, że w takim razie przewielebny prymas musiałby wraz ze mną ekskomunikować tak na oko ze trzy czwarte narodu). W każdym razie, teraz czekam, aż w swym pałacu prymas Polak wygospodaruje komnaty dla tych „uchodźców” - a może nawet rozda im dywaniki modlitewne i przerobi osobistą kaplicę na meczet.


*

Światowe media dały żenujący popis obłudy po tym, jak dziennikarze „New York Timesa” „odkryli”, że hollywoodzki producent Harvey Weinstein miał w zwyczaju, jak to jest tam ogólnie przyjęte, pukać jakieś aktoreczki. Z miejsca zrobiła się moda na coming-outy w ramach której do bycia molestowanymi przyznają się coraz to nowe gwiazdy i gwiazdeczki, bo wiadomo – bez tego nie ma co się teraz pokazywać na salonach. Słowem, jak w starym rysunku Mleczki: „Odłożył kamerę, kazał się rozebrać i lansował mnie bez przerwy przez dwie godziny”.


*

Bracia Karnowszczaki, którzy jeszcze nie tak dawno buńczucznie się odgrażali, że gotowi są potykać się ze szkopami z Ringier Axel Springer w sądzie, nagle, po jednym piśmie przedprocesowym, zebździli się ze strachu i usunęli z portalu wPolityce.pl komentarz Witolda Gadowskiego w którym dziennikarz przypomniał nazistowskie korzenie założyciela koncernu. Do tego jeszcze zamieścili przeprosiny i samokrytykę. Tacy to z nich nieugięci bojownicy o wolność słowa – jedno groźne zmarszczenie brwi niemieckiego potentata i chowają się w mysiej dziurze niczym Stefek Burczymucha. Cóż, na placu boju pozostaje zatem „Warszawska Gazeta”, która nie robi z gęby cholewy i nie zamierza klękać przed Niemcami, którym się wydaje, że mogą w Polsce dyktować co, komu i jak wolno pisać.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 41 (01-14.11.2017)

piątek, 14 lipca 2017

Cierpienia muzułmańskiej wycieczki

Dla większości była to pierwsza i zapewne ostatnia wizyta w Polsce” - podsumowuje swą relację portal „Deutschlandfunk”. I o to właśnie chodzi!


I. Gehenna młodych muzułmanów

A więc, drodzy Państwo, mamy kolejną wersję „spalenia kukły Żyda”. Tamta kukła z Wrocławia już się, nomen omen, wypaliła, bo ileż można do znudzenia epatować tym samym, zatem media rzuciły się na nową sensację – mianowicie, męczeństwo muzułmańskich uczennic z Berlina podczas wycieczki do Polski. Robert Winnicki wprawdzie twierdził, iż czyn Piotra Rybaka dał „Wyborczej” paliwo na następne 10 lat, ale w dzisiejszym pędzącym świecie trzeba podsuwać konsumentom papki wciąż nowe podniety, by utrzymać ich w stanie emocjonalnego rozdygotania, zatem znaleziono kolejnego bulwersującego newsa – czyli rzeczoną wycieczkę. Od momentu, gdy niemiecka rozgłośnia „Deutschlandfunk” opublikowała na swoich stronach internetowych stosowny materiał, skwapliwie nagłośniony w Polsce przez tutejsze pasy transmisyjne, nie było wręcz dnia, by postępowi publicyści nie odnieśli się do rzekomego „oplucia muzułmanki” na ulicy Lublina – oczywiście w duchu potępienia polskiej „islamofobii”. Ostatnio w weekendowym magazynie „GW” pani Paulina Wilk kazała się nam za to „wstydzić”, wygłaszając przy okazji pochwałę „pedagogiki wstydu”, której jakoby dziś bardzo nam brakuje.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że rozpętany na bazie niemieckich doniesień tzw. „shitstorm” (dość rozległy, bo temat podchwyciła też BBC, wiążąc go - jakże by inaczej – z antyimigracyjną polityką obecnego rządu), jest wypreparowanym na zimno tzw. fake newsem wedle recepty znanej z dowcipów o Radiu Erewań. Prawdą w tym wszystkim jest bodaj tylko to, że faktycznie takowa wycieczka się odbyła. Przypomnijmy może jednak dla porządku, jakichże to utrapień mieli doświadczyć w Polsce młodzi muzułmanie. Otóż w wycieczce wzięli udział pochodzący z imigranckich rodzin uczniowie z berlińskiego liceum im. Teodora Heussa, którzy założyli w swej szkole grupę roboczą o nazwie „Erinnern” („Wspominać”) w ramach której uczestniczą w wyjazdach mających przybliżyć im historię holocaustu. W Polsce zwiedzali Treblinkę, Majdanek, a także Lublin, Łódź i Warszawę.

Wycieczka ta miała przerodzić się w nieustające pasmo upokorzeń. W Lublinie uczennicę ubraną w muzułmańską chustę miał opluć jakiś przechodzień. Poinformowani o zdarzeniu policjanci mieli się „śmiać” i odmówili interwencji. Towarzysząca grupie tłumaczka polskiego pochodzenia (nie była świadkiem zajścia) chciała interweniować u policjantów, lecz ostatecznie się „nie odważyła” (ciekawe, dlaczego? Bała się, że ją spałują?). W tymże Lublinie ochrona nie wpuściła grupy do synagogi, na starówce odmówiono im sprzedania wody, a ktoś inny miał rzucić im pod nogi... wibrator (!). W innych miastach nie jest lepiej – na widok hidżabu padają groźby obrzucenia jedzeniem, jakiś mężczyzna wyjmuje z kieszeni nóż (a może widelec, dokładnie nie wiadomo), inna muzułmanka zostaje wyproszona ze sklepu w centrum handlowym za rozmawianie przez telefon po persku, a jakaś kobieta rzekomo oblewa ją i jej kamerę napojem. I tak na każdym kroku – wyzwiska, nieprzyjazne gesty, groźby. Co ciekawe, wycieczka (wraz z dorosłymi opiekunami) poczuła się do tego stopnia sterroryzowana, że zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zgłoszono... dopiero niemieckiej policji po powrocie do Berlina.


II. Anatomia „fake newsa”

Przepraszam, ale nawarstwienie tych wydarzeń jest tak nieprawdopodobne, że nie jestem w stanie traktować tego poważnie. Od biedy uwierzyłbym w jeden – dwa incydenty, ale tutaj aparat propagandowy preparując całą tę historyjkę zwyczajnie przedobrzył. Wyczuli to nasi lewacy, którzy w swym przekazie skrupulatnie pomijają groźby za pomocą widelca i atak wibratorem, jako jawny absurd, koncentrując się na opluciu jednej z dziewczyn i wokół tego nakręcając histerię. Za granicą natomiast, jak świadczy reakcja BBC, opowieść przyjmowana jest z pełną powagą, bo dobrze wpisuje się w propagandowy wizerunek Polski jako kraju ksenofobicznego, rządzonego przez „nacjonalistyczny” reżim PiS.

Tyle, że nawet owo oplucie to najprawdopodobniej ściema. Tak się składa, że fragment ulicy na którym miało do tego dojść objęty jest miejskim monitoringiem, którego zapis nie potwierdza zajścia. Policji było tam wówczas sporo, bo zabezpieczała trwające wówczas mistrzostwa Europy do lat 21 w piłce nożnej. Zrozumiałe też, że policjanci oddelegowani do zabezpieczenia imprezy i kibiców nie mogli oddalać się samowolnie z wyznaczonych miejsc. Podobnie z oblaniem napojem w centrum handlowym – takie miejsca standardowo objęte są monitoringiem i jakoś nic nie słychać o nagraniach potwierdzających incydent.

Co do synagogi – oświadczenie wydała już warszawska Gmina Żydowska. Uczniów nie wpuszczono, bo synagoga jest częścią zamkniętego kompleksu hotelowego wynajętego wówczas w całości przez jedną z reprezentacji wspomnianego już młodzieżowego Euro. W zamian zaproponowano grupie zwiedzanie cmentarza żydowskiego, co odbyło się bez przeszkód – ale cóż to szkodzi trochę nakłamać? Podobnie można się zastanawiać nad stopniem utraty wzroku u nastoletniej dziewczyny, która nie potrafi odróżnić noża od widelca i nie może się zdecydować jakim konkretnie sztućcem groził jej napastnik.

No i wreszcie ten nieszczęsny wibrator – dobrze, że nie wybuchł, bo z opisu wynika, że ktoś rzucając go pod nogi chciał wykorzystać to narzędzie w charakterze granatu. Zważywszy na nagromadzenie kibiców już bardziej możliwe byłoby rzucenie petardy – najwyraźniej w pogoni za bulwersującą sensacją nie przemyślano zeznań pod kątem prawdopodobieństwa. Jaka jest statystyczna szansa, że na trasie wycieczki znajdzie się akurat osoba mająca przy sobie wibrator i na dodatek nie wahająca się go użyć? Czepiam się tego frywolnego sprzętu, bo najlepiej obrazuje on absurdalność tej opowieści. W internecie ktoś zauważył, że obrzucanie się wibratorami to staropolska tradycja sięgająca czasów Mieszka I, tyle że wtedy były one strugane z lipowego drewna – i niech to posłuży za komentarz.

Nade wszystko zaś – gdzie są zdjęcia, filmy? Uczniowie mieli przy sobie telefony i kamery, jednak to co opublikowano w internecie pokazuje zwyczajną wycieczkę „odhaczającą” kolejne punkty programu. Mam swoje wyjaśnienie tych sprzeczności i posłużę się tu pewną analogią. Otóż wiadomo, że żydowscy uczniowie z Izraela przed obowiązkową wycieczką do Auschwitz poddawani są antypolskiemu praniu mózgu – zabrania się im np. przyjmowania od Polaków wody i jedzenia, bo mogą być zatrute. Sądzę, że podobnych bredni o polskim nacjonalizmie i islamofobii nasłuchali się uczniowie berlińskiego liceum i wszelkie wydarzenia filtrowali przez prymat tego, czym nafaszerowano ich mózgownice – tyle, że szkoła oczywiście się do tego nie przyzna. Ot, jakiś przechodzień mógł „odcharknąć” flegmę na chodnik (niekulturalnie, ale żadna zbrodnia), co zostało zinterpretowane jako usiłowanie „oplucia”. Swoje zrobiła też bariera językowa - funkcjonariusze nie znali i nie mieli obowiązku znać niemieckiego czy angielskiego. I przypuszczam, że tak było ze wszystkim - tu jakieś krzywe spojrzenie na widok muzułmańskich chust, które w Polsce wciąż stanowią niecodzienny widok na ulicach, tam jakieś nieporozumienie, ktoś może pomyślał, że władze samorządowe na własną rękę sprowadziły „uchodźców” na wzór „syryjskich sierot” Adamowicza - i dorobiono do tego całą „story” idealnie utrafiającą w zapotrzebowanie niemieckiej propagandy, tudzież jej miejscowych wyrobników. Faktów i tak nikt nie będzie sprawdzał, bo po co? Dodajmy, że histeria nakręciła się do tego stopnia, że jakaś grupa Polaków z Berlina opublikowała list otwarty z przeprosinami, o czym skwapliwie doniosło „Deutsche Welle” - i nawet znalazło się półtora tysiąca nawiedzonych idiotów, którzy go podpisali.


III. „Bad news” to „good news”!

A teraz, na zakończenie napiszę rzecz straszną i niedopuszczalną. Osoby o słabszych nerwach i rozchwianej wrażliwości uprasza się o zakończenie lektury w tym miejscu.

Już? No dobra, to jedziemy.

Otóż, nawet jeśli wszystko to było klasycznym „fejkiem”, to summa summarum dobrze się stało, że poszedł w świat w takiej formie. Z prostego powodu – tego typu historie mają istotny walor odstraszający i niech będzie o tym jak najgłośniej, tak by „uchodźcy” zapierali się przed relokowaniem ich do ksenofobicznej Polski rękami i nogami. Skoro Polacy są tak przesyceni nienawiścią i są takimi nacjonalistycznymi zboczeńcami, że napastują nawet muzułmańskie uczennice - i to wibratorem - to przysyłanie do tego szowinistycznego kraju imigrantów byłoby z gruntu niehumanitarne, narażałoby bowiem ich zdrowie, a może i życie na niebezpieczeństwo. Warto też rozpropagować, że dzicy Polacy są tak drapieżni, że gotowi są rzucać się na gości z widelcami - kto wie, czy nie w celach konsumpcyjnych. Możliwe też, że „oplucie” jednej z uczennic było efektem nienawistnego ślinotoku i żarłocznego apetytu. Dla większości była to pierwsza i zapewne ostatnia wizyta w Polsce” - podsumowuje swą relację portal „Deutschlandfunk”.

I o to właśnie chodzi.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (12-18.07.2017)

Pod-Grzybki 105

Z kroniki kryminalnej „nadzwyczajnej kasty ludzi”. Sędzia Mirosław T., wiceprezes Sądu Okręgowego w Żyrardowie, został usunięty ze stanu sędziowskiego - przywłaszczył sobie na stacji benzynowej 50-złotowy banknot położony chwilę wcześniej na ladzie przez inną klientkę. Gdy ta na chwilę się odwróciła - świsnął kasę, a potem tłumaczył się, że zrobił to „nieświadomie”. Wynika z tego, że odruch brania pieniędzy miał zakorzeniony na poziomie najgłębszych instynktów. Druga rzecz – okazuje się, że presja ma sens, bo idę o zakład, że jeszcze niedawno cała sprawa zostałaby skrzętnie zamieciona pod dywan. No i po trzecie, teraz rozumiem wyrozumiałość sądów dla posłanki Sawickiej – dawali jej kasę, to wzięła, o co tyle krzyku?


*

Na marginesie szczytu Trójmorza i wizyty Trumpa odezwała się Ukraina z pretensjami, że nie zaproszono Poroszenki. Najwyraźniej Ukraina spodziewała się zaproszenia „pana czekoladki” w nadzwyczajnym trybie - tamtejsza prasa pisała wręcz o „teście przyjaźni”. I tak dobrze, że nie domagali się tzw. „dowodu miłości”, bo Waszczykowski jako człowiek już niemłody mógłby tych banderowskich amorów nie przetrzymać.


*

Lewackie mediodajnie skomentowały wizytę Trumpa w przewidywalnym stylu – że „nic nie powiedział”, miał niedopasowany garnitur i nie upomniał się o „praworządność”. Krótko mówiąc, miały pretensje do Trumpa, że nie jest Obamą. Z tego wszystkiego wyziera źle ukrywana zazdrość, bo teraz możemy im śmiało powiedzieć: nasz Donald jest fajniejszy niż wasz!


*

Od ponad dwóch tygodni polskojęzyczne przekaziory pomstują na polską ksenofobię, która kazała przedstawicielom tutejszego ciemnogrodu molestować szkolną wycieczkę młodych muzułmanów z Berlina. Co ciekawe, nie zachowały się żadne zdjęcia ani filmy, choć uczniowie mieli ze sobą smartfony i kamery. Swoją drogą, zawsze zastanawiało mnie jak filmowanie i robienie zdjęć ma się do koranicznego zakazu sporządzania wizerunków zwierząt i ludzi. Czyżby uznawano, że jeśli człowiek ograniczy się do wciśnięcia guziczka kamery, to reszta dzieje się już sama, z woli Allaha? „To Allah sprawia, że się nagrywa, nie ja” - no i najwyraźniej Allah postanowił, że akurat napastowanie biednych muzułmaniątek się nie nagra. Ot, kismet... A tak nawiasem, w kontekście ujawnionych właśnie krwiożerczych instynktów Polaków, zmuszanie „uchodźców” do relokowania ich nad Wisłę zakrawa na iście małpią złośliwość.


*

A tymczasem IBRIS opublikował przełomowy sondaż wg którego większość Polaków jest przeciw przyjmowaniu nachodźców – nawet gdyby wiązało się to z finansowymi sankcjami, a wręcz opuszczeniem UE. I to są nastroje, które należy „grzać” - bo niedługo Polexit stanie się palącą koniecznością i społeczne poparcie będzie nieodzowne do przeprowadzenia tej operacji. A tak poza tym – w takich chwilach jestem z rodaków zwyczajnie dumny, bo jednak brukselska mamona i wpajany kompleks niższości nie przesłoniły im najważniejszych priorytetów. Brawo my!



Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (12-18.07.2017)

niedziela, 2 lipca 2017

Lebensraum dla synów proroka

W obecnej wersji „Generalplan Ost” przewiduje zainstalowanie na wschodzie możliwie dużej liczby migrantów – i to koniecznie muzułmańskich.


I. Powrót do Lebensraumu

To zadziwiające, jaką żywotność potrafią zachować niektóre idee, mimo zmienionych warunków, kontekstu i zdawałoby się ostatecznej, historycznej kompromitacji. Ot, weźmy chociażby koncepcję „Lebensraumu”, czyli „przestrzeni życiowej” jaką dla swego narodu chciał wywojować na wschodzie Europy lewacki wódz III Rzeszy, Adolf Hitler. Można by mniemać, iż idea ta została pogrzebana wraz z trupem fuhrera i przywalona gruzami Berlina – ale nie. Oto Ska Keller, eurodeputowana niemieckiej partii „Zieloni”, zgłosiła pomysł, by do krajów Europy Wschodniej (np. na Łotwę) przesiedlać całe syryjskie wioski, aby „uchodźcy” czuli się na nowych terenach bardziej swojsko i od samego początku funkcjonowali w większej grupie. Nawiasem mówiąc, „Zieloni” pełnymi garściami czerpią z ekologicznego dorobku NSDAP – nikt wówczas nie miał tak postępowego ustawodawstwa dotyczącego ochrony zwierząt, jak niemieccy narodowi socjaliści, a i sam Hitler ze swym wegetarianizmem plasował się w awangardzie postępu. Ale żeby powrócić do haseł Lebensraumu – to jest, przyznam, pewne zaskoczenie. I jak tu nie wierzyć ks. prof. Tadeuszowi Guzowi, że ekologizm to nic innego, jak „zielony nazizm”?

Sama Ska Keller wkrótce wycofała się ze swego postulatu twierdząc, że została „źle zrozumiana”. Najwyraźniej ktoś bardziej kumaty wziął ją na bok i wytłumaczył jakie są konotacje historyczne jej pomysłów - ale fakt, że ona sama nie zdawała sobie z tego sprawy świadczy dobitnie, że Niemcy nie tylko już dawno wybaczyli sobie wszystkie winy, ale również skutecznie o nich zapomnieli. Z ich perspektywy zbrodnie na słowiańskich „podludziach” można uznać za niebyłe, tym bardziej, że jak wiadomo owi „podludzie” gazowali Żydów w „polskich obozach”, więc jeżeli nawet spotkały ich z rąk „nazistów” jakieś przykrości, to swym zwierzęcym antysemityzmem solidnie sobie na taką karę zasłużyli. Przypomnijmy może jednak dla porządku, że będący próbą realizacji koncepcji Lebensraumu Generalny Plan Wschodni (Generalplan Ost), sporządzony pod okiem Heinricha Himmlera, zakładał eksterminację i wysiedlenie ludności słowiańskiej na obszarze do linii jezioro Ładoga – Morze Czarne i sprowadzenie tam niemieckich oraz innych germańskich kolonistów, co miało skutkować zaprowadzeniem Nowego Porządku Świa... to jest, przepraszam, „Nowego Ładu” („Neue Ordnung”).


II. Nowy „Generalplan Ost”

Dziś dosłowna realizacja „Generalplan Ost” w jego pierwotnym kształcie wprawdzie nie jest możliwa, choćby ze względu na lichą rozrodczość rdzennych Niemców (musieliby chyba osiedlać tu swoich emerytów), ale po niezbędnych modyfikacjach program ten znakomicie może uzupełniać i wspomagać projekt Mitteleuropy – czyli podporządkowania państw na wschód od Rzeszy ekonomicznym i politycznym potrzebom Berlina. W wersji obecnej zatem „Generalplan Ost” przewiduje zainstalowanie na wschodzie możliwie dużej liczby migrantów – i to koniecznie muzułmańskich, bo tacy Ukraińcy przebywający, pracujący i studiujący w Polsce w liczbie ok. 2 milionów jakoś nie robią na Niemcach wrażenia, podobnie jak liczne rosyjskie mniejszości w krajach nadbałtyckich. Mimo różnic, Ukraińcy i Rosjanie to z niemieckiego punktu widzenia wciąż element zbyt bliski kulturowo i podatny na asymilację, by użyć go w roli tarana rozsadzającego jednorodność krajów Mitteleuropy. Patrząc od tej strony, do funkcji takiego tarana cywilizacyjnego nadają się jedynie muzułmanie – i to z możliwie odległych stron, bo krymscy czy polscy Tatarzy, ma się rozumieć, również nie wchodzą w grę.

Wygląda więc na to, że deputowana Keller jedynie przesadziła z gorliwością i głupio wysypała zamysły swych mocodawców, być może jeszcze w jakimś przypływie kretyńskiej inwencji dodając coś od siebie – ale chwała jej za to, bo w ten sposób zostaliśmy ostrzeżeni. Niemiecką racją stanu jest doprowadzenie do stworzenia dużych islamskich skupisk w Europie Środkowo-Wschodniej poprzez masową migrację, najlepiej w ekspresowym tempie, tak by to, co w Europie Zachodniej zajęło dziesięciolecia u nas przeprowadzić w ciągu kilku lat. W oczywisty sposób spowodowałoby to chaos i bezwład polityczny państw poddanych takiemu eksperymentowi - a to z kolei oznaczałoby, że kraje te nie dość, że raz na zawsze musiałyby zrezygnować z jakichkolwiek aspiracji, całą energię marnując na gaszenie wewnętrznych pożarów, to jeszcze zmuszone by były wciąż wyciągać rękę po zagraniczną pomoc, uzależniając się trwale od Niemiec. Owo uzależnienie natomiast sprawiałoby, że stałyby się bezbronne wobec kolejnych uroszczeń władczych realizowanych za pośrednictwem Brukseli.

Warto zwrócić przy tym uwagę na kompletnie przedmiotowe traktowanie migrantów. No bo, co ma znaczyć owo „przesiedlanie” całych syryjskich wiosek? Przyjedzie na pustynię spec-komando, załaduje wszystkich na ciężarówki i wywiezie na Łotwę, jako – uwaga - „uchodźców”? Nawet jeśli w tym momencie doszła do głosu chora wyobraźnia pani Keller, to nie sposób nie zauważyć, że identycznie traktowani są migranci przebywający dziś w greckich i włoskich obozach – ludzka masa, dostarczona do Europy przez przemytnicze mafie zblatowane z „organizacjami humanitarnymi” przy cichym przyzwoleniu rządów, którą można przerzucać dowolnie z kąta w kąt w klimacie moralnego terroru. A żeby im nie było smutno, to najlepiej całymi wioskami – jak sądzę zresztą, jest to reakcja na niedawny komunikat litewskiego MSW wg którego z 309 przyjętych migrantów 230 wyjechało już z Litwy. Aby więc nie uciekali, należy im stworzyć odpowiedni habitat – Lebensraum dla synów proroka.

W tej sytuacji nie dziwi więc, że Berlin uruchomił swoje aktywa w postaci Platformy Obywatelskiej, która słodszymi od malin ustami Grzegorza Schetyny ogłosiła – i to w Brukseli – że zarządzane przez nią samorządy przyjmą „uchodźców” niezależnie od polskiego rządu. To jest bardzo dobra wiadomość, bo oznacza ona, iż PO tak się zaplątała na niemieckim sznurku, że gotowa jest obrać kurs na samozagładę, byle tylko dogodzić swym zagranicznym pryncypałom. Powinno się o tym mówić jak najgłośniej, gdyż zwiększa to szanse, że wystraszeni mieszkańcy pogonią w następnych wyborach samorządowych Platformę do wszystkich diabłów.


III. Rozszerzone samobójstwo

Niezależnie jednak od zarysowanych tu rachub Berlina, tudzież intryg różnych sprzedawczyków, chciałbym na zakończenie zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt. Wiele bowiem wskazuje na to, że Berlin czy Bruksela są jedynie narzędziem w rękach potężniejszych graczy, którzy w swej pysze i chciwości, świadomie bądź nie, planują rozszerzone samobójstwo. Nie tylko sami zginą, ale i nas pociągną za sobą próbując urzeczywistnić swe szaleńcze plany.

Odwołam się tutaj do znanego motywu popkulturowego, bo tak się składa, że kultura popularna potrafi czasem zadziwiająco trafnie zdiagnozować rozmaite zagrożenia. Chodzi mi o słynną serię filmów o „Obcym” – w omawianym kontekście bardzo niepoprawną politycznie i „ksenofobiczną”. Głównym czarnym charakterem jest w niej bynajmniej nie tytułowy Alien, lecz przewijająca się w tle megakorporacja „Weyland-Yutani”, która za wszelką cenę próbuje schwytać Obcego, widząc w nim potencjalne narzędzie maksymalizacji zysków – materiał do produkcji odpornych na skrajne warunki mutantów, czy broni biologicznej. Aby pozyskać egzemplarz ksenomorfa gotowa jest spisać na straty wysyłanych na jego spotkanie ludzi. A któż inny sprasza dziś nachodźców, jak nie globalne korporacje z Sorosem w tle, kręcące rządami, by zapewnić sobie tanią siłę roboczą? I tak samo są skłonne bez zmrużenia oka „wliczyć w koszta” chociażby ofiary zamachów? Tyle, że podobnie jak w „Obcym”, nie zdają sobie sprawy, że otwierają puszkę Pandory. Albo jeszcze inaczej – wiedzą, lecz zaślepieni krótkowzrocznym mirażem zysków wolą zamykać oczy na zagrożenie. W filmie powstrzymuje ich „ksenofobiczna” Ellen Ripley walcząca na dwa fronty – z kosmicznym monstrum i chciwą korporacją. W realnym świecie jest to nasze zadanie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 26 (30.06-06.07.2017)

piątek, 23 czerwca 2017

Wincyj imigrantów!

KE jedynie ubrała w europejski kostium żądanie Angeli Merkel sprowadzające się do znanego z internetowych memów hasła: „wincyj imigrantów!”.

I. Polityczne szykany Brukseli

Komisja Europejska postanowiła uczcić ramadan i z tej okazji ogłosiła wszczęcie procedury dyscyplinującej wobec państw opierających się przed „ubogaceniem kulturowym” przez „uciekające przed wojną” brodate „matki” z równie brodatymi „dziećmi”. Najprawdopodobniej sprawa trafi przed europejski trybunał w Luksemburgu i może się zakończyć słonymi karami finansowymi.

Mamy tu od razu na wstępie kilka aspektów. Po pierwsze, czy Komisja Europejska ma w ogóle prawo na gruncie traktatowym do wszczynania takich procedur, czy też mamy do czynienia z uzurpacją kompetencji analogiczną do „kontroli praworządności”? Po drugie, przed trybunałem w Luksemburgu toczy się już postępowanie odnośnie wniesionych przez Węgry i Słowację (z poparciem Polski) skarg podważających legalność tzw. mechanizmu relokacyjnego, zakładającego przyjmowanie przez kraje członkowskie „uchodźców” wedle odgórnie narzuconego rozdzielnika. Jak Trybunał poradzi sobie ze wzajemnie wykluczającymi się pozwami? Po trzecie, na jakiej podstawie KE zawęziła arbitralnie procedurę (być może nielegalną) tylko do trzech państw – Polski, Węgier i Czech – skoro mechanizm relokacji jest fikcją i nie wywiązuje się z niego większość państw członkowskich? Przypomnijmy, że do tej pory rozlokowano 20 tys. „uchodźców” z zaplanowanych 160 tys. - m.in. dlatego, że stosowne służby nie są w stanie „ogarnąć” tematu, tzn. zweryfikować przybyszów pod kątem bezpieczeństwa, a także tego, czy faktycznie są uchodźcami wojennymi, czy migrantami ekonomicznymi. Po czwarte wreszcie, czy zgodne z prawem (w tym prawami człowieka) jest przymusowe przesiedlanie ludzi do odgórnie narzuconych krajów przeznaczenia – często wbrew ich woli?

Biorąc to wszystko pod uwagę, można podejrzewać, iż działania Komisji Europejskiej stanowią polityczną szykanę wobec części państw członkowskich za tzw. „ogólną postawę” - chodzi nie tylko o sprzeciw wobec relokacji, ale również niezgodę na „Europę wielu prędkości”, niechęć wobec przyjęcia euro i generalny brak entuzjazmu do okazywania „europejskiej solidarności”, czyli podporządkowywania się aktualnym życzeniom Berlina i Brukseli. Podejrzenie potwierdzałby fakt, że Berlin natychmiast pośpieszył z deklaracją poparcia dla działań Junckera i spółki, co nasuwa z kolei przypuszczenie, że KE jedynie ubrała w europejski kostium żądanie Angeli Merkel sprowadzające się do znanego z internetowych memów hasła: „wincyj imigrantów!”.


II. Jednostronna „solidarność”

Aż się nie chce po raz tysięczny przypominać, że Niemcy miały w głębokim poważaniu „europejską solidarność”, gdy ignorując obowiązujące prawo jednostronnie otworzyły granice, bez próby konsultacji z europejskimi „partnerami”. Ba, jak się okazało, kanclerz Merkel złamała nawet prawo własnego kraju, bowiem decyzja o wpuszczeniu ludzkiej rzeki zapadła „na gębę” i próżno szukać po niej śladu w dokumentach, co urząd kanclerski był jakiś czas temu zmuszony przyznać odpowiadając na pytania tamtejszych mediów. Wspomnijmy jeszcze dla porządku, że zgodnie z konwencją genewską, a także umową Dublin II, uchodźcą jest się do momentu trafienia do pierwszego tzw. bezpiecznego kraju w którym można złożyć wniosek o azyl – cudzoziemcowi przybywającemu z „bezpiecznego kraju” status uchodźcy się nie należy. W tym sensie, prawdziwymi uchodźcami np. w przypadku konfliktu syryjskiego są ludzie przebywający chociażby w obozach w Jordanii – i tam należy im pomagać, co zresztą Polska nie tylko podnosi na arenie międzynarodowej, ale też aktywnie realizuje.

Trzeba sobie twardo powiedzieć, że Polska nie może się zgodzić na żadne „kwoty”. Nie wolno nam przyjąć ani jednego wciskanego nam nachodźcy. Nie ma tu pola do żadnych „konstruktywnych kompromisów”, bo jeżeli raz się ugniemy, to już nie zatrzymamy różnych „solidarnościowych” wymuszeń. Kolejna rzecz – owi „uchodźcy” zwyczajnie nie chcą do nas trafić i przy pierwszej lepszej okazji zwieją do Niemiec, bo są znakomicie zorientowani w różnicach socjalnych przywilejów w poszczególnych krajach Europy. Przekonała się o tym Fundacja „Estera”, która w 2015 r. sprowadziła do Polski 50 rodzin syryjskich chrześcijan (ok. 160 osób). W krótkim czasie większość z nich zażądała cofnięcia przyznanego im w Polsce statusu uchodźcy, bo uniemożliwiało im to ubieganie się o taki status w Niemczech. Wg nieoficjalnych informacji w tej chwili nie ma już po nich w Polsce śladu. Za to oficjalne dane przedstawił niedawno rząd Litwy. Państwo to przyjęło 309 imigrantów, z czego wedle litewskiego MSW 230 już opuściło Litwę. Słowem – fiasko.

Żeby przetrzymać „uchodźców” w Polsce musielibyśmy zatem więzić ich pod kluczem lub za drutami, co już samo w sobie stanowiłoby kłopot. Ponadto sprowadzone do nas wypasione i brodate byczki po zagnieżdżeniu się w „polskich obozach” mogłyby zechcieć skorzystać z prawa do łączenia rodzin i sprowadzić tutaj swoje samice, które wkrótce złożyłyby jaja i za chwilę tych „uchodźców” zrobiłoby się wielokrotnie więcej, a Polska musiałaby przetrzymywać w koncłagrach nie siedem a siedemdziesiąt tysięcy osób. Nie mamy doświadczenia w zawiadywaniu takimi strukturami masowego odosobnienia. Czy w ramach „solidarności” Niemcy zechciałyby się wtedy podzielić z nami swoim „know-how”? I ile musielibyśmy zapłacić za udostępnienie tej bezcennej wiedzy?


III. Przemytniczy biznes

Osobnym problemem jest, że takie Włochy domagające się wielkim głosem rozładowania swoich ośrodków, nie raczą być „solidarne” same ze sobą, przyjmując hurtem wszystkich jak leci. O tym, że można sobie przy odrobinie determinacji poradzić z masowym przemytem ludzi przekonuje przykład Australii, która odsyłała nielegalnych migrantów z południowo-wschodniej Azji, a przemytnicze łodzie zatapiała. Tymczasem na linii Libia – Sycylia funkcjonuje wręcz coś w rodzaju regularnej przeprawy promowej. Niedawno portal euroislam.pl przytoczył artykuł „Spectatora” obnażający przemytniczy proceder polegający na współdziałaniu gangów z organizacjami pozarządowymi. Otóż łodzie wypełnione migrantami (za 1500 euro od „łebka”) wypływają maks. na 12 mil od brzegu, następnie nadają sygnał SOS, lub wręcz dzwonią do operujących w pobliżu kutrów należących do NGO'sów, po czym „jednostka ratunkowa” przybywa na miejsce, następuje przeładunek ludzkiej masy... i już – dalsza podróż na Sycylię odbywa się na pokładzie jednostki należącej do „organizacji humanitarnej”. Co więcej – zdarza się, że kuter „ratowniczy” przypływa sam, bez konieczności zawiadomienia, co skłania do oczywistego wniosku, że jego załoga doskonale wiedziała zawczasu gdzie i kiedy odebrać „towar”.

Tylko w 2016 r. z Północnej Afryki trafiło do Włoch ponad 181 tys. „uchodźców”, z czego 30 proc. na pokładach statków należących do NGO'sów. W pierwszych miesiącach tego roku odsetek przekroczył już 50 proc. Łączna wartość przemytu to 270 mln. euro rocznie. Najwięcej „organizacji humanitarnych” zaangażowanych w ludzką kontrabandę pochodzi z Niemiec i dysponują one 6-oma jednostkami pływającymi. Koszt utrzymania na wodzie jednego kutra to 400 tys. euro miesięcznie (ponad 4,5 mln. euro rocznie, zakładając, że statek nie przebywa w morzu cały rok) – licząc razy 6 jednostek, wychodzi 27 mln. euro/rok. Kto daje na to pieniądze? I dlaczego włoskie władze tolerują jawny przemyt ludzi pod własnym nosem?


IV. Zdrada pasterzy

I ostatnia sprawa - bolesna, ale nie sposób się do niej nie odnieść. Smuci, delikatnie rzecz ujmując, postawa Kościoła i samego papieża Franciszka, nawołującego bezkrytycznie do przyjmowania agresywnie nastawionych muzułmańskich najeźdźców – zupełnie jakby termin „hidżra” (podbój przez zasiedlenie) był pojęciem papieżowi nieznanym. Jest to, powiedzmy sobie otwarcie, całkowicie opacznie pojmowane miłosierdzie, kompletnie abstrahujące od „ordo caritatis”. Niestety, pod wyraźnym naciskiem Watykanu ugina się również nasz Episkopat, mówiąc, że „Kościół ma twarz uchodźcy”. Uchodźcy – tak, ale nie najeźdźcy!

Polskie władze absolutnie nie powinny ulegać temu moralnemu szantażowi, nie biorącemu pod uwagę realiów oraz wrogiego stosunku muzułmanów do chrześcijaństwa i naszej kultury. Jeśli chodzi zaś o sprawy wieczyste - mam nadzieje, że Bóg policzy naszym rządzącym na plus to, że nie ściągnęli na kraj muzułmańskiej zagłady. Podobnie mam nadzieję, że w swym miłosierdziu wybaczy papieżowi Franciszkowi jego samobójcze, nieprzytomne szaleństwo w którym nawołuje do islamizacji Europy - bo do tego się sprowadza fałszywie pojmowany „humanitaryzm” w jego wydaniu. Zły to pasterz, który wydaje własną owczarnię na pastwę wilków, a właśnie z czymś takim – zdradą pasterzy, wydających swe owce na rzeź – mamy obecnie do czynienia. Europa nie potrzebuje pseudo-chrześcijańskiej czułostkowości udającej miłosierdzie. Europa potrzebuje najpierw rekonkwisty, a następnie krucjaty. Rozumieli to wielcy poprzednicy Franciszka na Piotrowym tronie - a że „dłużej klasztora niż przeora”, to da Bóg, że zrozumieją to również jego następcy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 25 (21-27.06.2017)

środa, 18 maja 2016

Plan Sorosa dla Europy

Czy do Angeli Merkel nareszcie dotarło do czego dała się wykorzystać otwierając na oścież drzwi przed imigrantami?

George Soros dał się poznać jako hojny sponsor muzułmańskiej inwazji na Europę i jej zagorzały orędownik – niektórzy widzą w nim wręcz jednego z głównych inspiratorów najazdu. Jaka jest rzeczywista skala jego finansowego zaangażowania, czy poza wydawaniem przewodników i broszur informacyjnych jakieś związane z nim podmioty kupowały również pontony, wynajmowały przemytników itd. - tego się pewnie prędko nie dowiemy, jeśli w ogóle. Niemniej, faktem pozostaje, że każda jego publiczna wypowiedź na temat kryzysu imigracyjnego jest jednoznaczna – Europa ma przyjmować imigrantów i basta. Przy tym wszystkim przechodzi do porządku dziennego nad takimi chociażby aspektami – zdawałoby się, istotnymi dla ekonomisty - jak ten, że przybysze z Bliskiego Wschodu i Afryki są w przytłaczającej większości niewykwalifikowani, jako siła robocza są bezwartościowi dla europejskiej gospodarki, wielu z nich to analfabeci, nastawieni są jednoznacznie roszczeniowo, poziom ich asymilacji jest bardzo niski, podobnie jak odsetek pracujących, czy zdobywających wykształcenie – i to zarówno w pierwszym, jak i w drugim pokoleniu. Zorientowali się w tym nawet niemieccy przedsiębiorcy, początkowo liczący na zastrzyk tanich pracowników. Teraz próby znalezienia przybyszom zatrudnienia w ramach rządowych programów kwitują ironicznie jako „terapię zajęciową”.

Nie ma też przypadku w tym, że terroryści rekrutują się często spośród zradykalizowanych muzułmanów, którzy urodzili się już tu, na naszym kontynencie, w zamkniętych enklawach, stanowiących rezerwuar zasobów ludzkich dla dżihadystów. Innymi słowy, imigracja spoza UE stanowi nie tyle koło zamachowe dla gospodarek, ile narastające obciążenie dla i tak już robiących bokami systemów opieki socjalnej. Cięcia w wydatkach takich opiekuńczych krajów jak Dania, inwestujących na dodatek w specjalne publikacje w arabskich mediach, mające na celu zniechęcanie potencjalnych pseudo-uchodźców, nie są przypadkiem.

Wszystko to - a ktoś taki jak Soros zwyczajnie nie może o powyższym nie wiedzieć – spływa po miliarderze jak woda po gęsi. Ja oczywiście jestem w stanie zrozumieć, że Soros został zwyczajnie opętany lewackimi miazmatami multikulturalizmu i utopijnej przebudowy Europy w „nowy, wspaniały świat” – to się zdarza, a że wraz z wiekiem zmiana poglądów przychodzi z coraz większym trudem, to i teraz brnie w zaparte, wbrew elementarnym faktom i zdrowemu rozsądkowi. Z drugiej jednak strony wiadomo, że Soros jest bezwzględnym giełdowym spekulantem, który swoje miliardy zarobił m.in. na atakach na waluty różnych krajów, bez skrupułów wpychając je w stan gospodarczej zapaści. Trzeba więc przyjąć, że poza ideologiczną otoczką, w głoszonych przezeń wariactwach musi tkwić jakieś racjonalne jądro. Prawdę mówiąc, usiłowałem od dłuższego czasu się owego jądra doszukać – jaki interes ma ten cwaniak w nabijaniu Europy imigrantami, a w konsekwencji w popychaniu jej na skraj politycznej i gospodarczej dezintegracji? Jaka, mówiąc Szekspirem, „metoda” tkwi w tym „szaleństwie”?

No i w końcu sam Soros nam to otwartym tekstem wyłuszczył, co niedawno podały media, powołując się na jego esej opublikowany w „The New York Review of Books”, a streszczony m.in. przez „Daily Mail”. Twierdzi mianowicie, że Europa powinna przyjmować co roku 300-500 tys imigrantów, zaś koszty z tym związane, finansista oszacował na 23 mld funtów rocznie – czyli ok. 30 mld USD, bądź 34 mld. euro. Inaczej Europa się rozpadnie. Czyli – wpychamy najpierw UE w potężny kryzys, potem zaś udzielamy cudownych recept. Skąd jednak wziąć te gigantyczne pieniądze – wszak rządy zwyczajnie ich nie mają, problemem jest nawet zorganizowanie 3 mld euro rocznej łapówki dla Erdogana, by nieco powstrzymał imigracyjną flotę inwazyjną na bieda-łódkach. I tu jesteśmy w domu: otóż rządy (jak rozumiem, przynajmniej strefy euro) powinny wyemitować dodatkowe obligacje. „Kiedy ma być mobilizowany kredyt UE o ratingu AAA, jeżeli nie w sytuacji kiedy Unia Europejska jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie?” - prawi nam Soros. I to jest przynajmniej częściowa odpowiedź na pytanie, o co od początku w tej całej aferze chodziło. Masowa emisja obligacji przez przyparte do muru rządy to złoty interes dla finansowego lobby – to banki, fundusze itd. będą skupowały papiery dłużne, one będą nimi obracały, tworzyły na ich bazie kolejne instrumenty pochodne – te wirtualne piramidy współczesnej gospodarki - a koniec końców, one też zainkasują od rządów (czyli euro-podatników) swój „zysk bez ryzyka”, zwiększając przy okazji realną władzę nad nominalnie suwerennymi krajami. To dlatego trzeba było wpędzić Europę w obecny chaos. Oczywiście, Soros jest jedynie podwykonawcą, swoistym „komandosem”, stąd też jego postulaty należy odczytać jako posłanie od możnych tego świata z City i Wall Street. Czy Europa na to pójdzie? A na marginesie – czy do Angeli Merkel nareszcie dotarło do czego tak naprawdę dała się wykorzystać otwierając na oścież drzwi przed imigrantami?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3798-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17 (22-28.04.2016)