niedziela, 17 września 2017
Teutońska buta
piątek, 28 lipca 2017
Pod-Grzybki 107
Histeria! Na okoliczność procedowania ustaw o sądownictwie senator Jan Rulewski przebrał się w więzienny drelich – rozumieją Państwo, że niby teraz PiS będzie wszystkich wsadzał do kazamatów. Moim zdaniem, takie wdzianka powinna włożyć również cała reszta rozwydrzonych ponad wszelką miarę „zdradzieckich mord” i „kanalii” – przynajmniej będą wiedzieli, czy im w nich do twarzy. W każdym razie, na Rulewskim więzienny mundurek leżał jak ulał.
*
Oczywiście nie obyło się bez apeli do „Europy”, czytaj – Berlina, na co tamta strona ochoczo odpowiedziała, wprost podkreślając, że kwestia reformy wymiaru sprawiedliwości nie jest tylko wewnętrzną sprawą Polski – czyli rezerwując sobie prawo do bratniej interwencji w ramach współczesnej „doktryny Breżniewa”. Natomiast w kraju opozycyjno-kodziarska hucpa osiągnęła szczyty żenady, gdy ci sami, co tęsknie wyczekują aż „Ojropa” obali rząd, usiłowali na manifestacjach (z różnym skutkiem) odśpiewać hymn Polski. W takim Krakowie na przykład mimo kilku prób uczestnikom spędu się to nie udało. Ciężkie jest życie Targowicy – nie dość, że trzeba drzeć mordy na zawołanie, to jeszcze każą uczyć się nowych piosenek. A na co takiemu kodziarstwu potrzebny jest „Mazurek Dąbrowskiego”? Przecież nie pójdą z tym do „Mam talent”.
*
Ciąg dalszy hecy na czternaście fajerek. W tym samym mniej więcej czasie jakiś szkopski cajtung przyznał wprawdzie półgębkiem, że w Niemczech funkcjonują podobne procedury powoływania sędziów do tych, które chce wprowadzić PiS, ale zaraz się zastrzegł, że to, co dobre dla Niemców, nie jest wcale odpowiednie dla tych półdzikich Polaków, którzy sobie ubzdurali, że mogą coś tam kombinować na własną rękę. Rzecz jasna, do kompletu uaktywnił się główny euro-kundel, czyli Donald Tusk z tą swoją oślizgłą troską o „wizerunek Polski”, zaś „Olek-alkoholek” Kwaśniewski powiedział, że PiS jest „pijany od władzy”. No cóż, skoro tak mówi fachowiec...
*
Nawiasem, chyba wiem, dlaczego „Al Cohole” popadł w taką nerwową drżączkę. Otóż, kończy się lipiec, a w związku z tym za pasem sierpień – o zgrozo, miesiąc trzeźwości. Panie Olku, pan nie marnuje czasu na wizyty w polsatach – grzej pan ile wlezie, póki pan jeszcze możesz!
*
To wszystko jest takie raczej do śmiechu, ale niepokoi, że prezydent Duda zaczyna trenować jakieś dziwne szpagaty – podpiszę, nie podpiszę... No żesz kurrr... panie kochany – nie miałeś pan jaj, żeby postawić się lobbystom banksterów w sprawie kredytów frankowych, a teraz będziesz pan zgrywał „niezależnego”? A może pan prezydent przestraszył się, że jak podpisze, to nie będzie mógł pokazać się w Krakówku, a już na pewno – na obiedzie u teściów?
*
No i na zakończenie coś bardziej optymistycznego, czyli paniczna biegunka niemieckich mediów: „Europa traci Polskę” („Tagesspiegel”), „Teraz przyjdzie kolej na media” („Sueddeutsche Zeitung”) i najlepsze: „Kierunek polexit” („Der Spiegel”). Jak by to ująć... tak, tak i jeszcze raz TAK!
Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)
piątek, 14 lipca 2017
Cierpienia muzułmańskiej wycieczki
„Dla większości była to pierwsza i zapewne ostatnia wizyta w Polsce” - podsumowuje swą relację portal „Deutschlandfunk”. I o to właśnie chodzi!
I. Gehenna młodych muzułmanów
A więc, drodzy Państwo, mamy kolejną wersję „spalenia kukły Żyda”. Tamta kukła z Wrocławia już się, nomen omen, wypaliła, bo ileż można do znudzenia epatować tym samym, zatem media rzuciły się na nową sensację – mianowicie, męczeństwo muzułmańskich uczennic z Berlina podczas wycieczki do Polski. Robert Winnicki wprawdzie twierdził, iż czyn Piotra Rybaka dał „Wyborczej” paliwo na następne 10 lat, ale w dzisiejszym pędzącym świecie trzeba podsuwać konsumentom papki wciąż nowe podniety, by utrzymać ich w stanie emocjonalnego rozdygotania, zatem znaleziono kolejnego bulwersującego newsa – czyli rzeczoną wycieczkę. Od momentu, gdy niemiecka rozgłośnia „Deutschlandfunk” opublikowała na swoich stronach internetowych stosowny materiał, skwapliwie nagłośniony w Polsce przez tutejsze pasy transmisyjne, nie było wręcz dnia, by postępowi publicyści nie odnieśli się do rzekomego „oplucia muzułmanki” na ulicy Lublina – oczywiście w duchu potępienia polskiej „islamofobii”. Ostatnio w weekendowym magazynie „GW” pani Paulina Wilk kazała się nam za to „wstydzić”, wygłaszając przy okazji pochwałę „pedagogiki wstydu”, której jakoby dziś bardzo nam brakuje.
Tymczasem wszystko wskazuje na to, że rozpętany na bazie niemieckich doniesień tzw. „shitstorm” (dość rozległy, bo temat podchwyciła też BBC, wiążąc go - jakże by inaczej – z antyimigracyjną polityką obecnego rządu), jest wypreparowanym na zimno tzw. fake newsem wedle recepty znanej z dowcipów o Radiu Erewań. Prawdą w tym wszystkim jest bodaj tylko to, że faktycznie takowa wycieczka się odbyła. Przypomnijmy może jednak dla porządku, jakichże to utrapień mieli doświadczyć w Polsce młodzi muzułmanie. Otóż w wycieczce wzięli udział pochodzący z imigranckich rodzin uczniowie z berlińskiego liceum im. Teodora Heussa, którzy założyli w swej szkole grupę roboczą o nazwie „Erinnern” („Wspominać”) w ramach której uczestniczą w wyjazdach mających przybliżyć im historię holocaustu. W Polsce zwiedzali Treblinkę, Majdanek, a także Lublin, Łódź i Warszawę.
Wycieczka ta miała przerodzić się w nieustające pasmo upokorzeń. W Lublinie uczennicę ubraną w muzułmańską chustę miał opluć jakiś przechodzień. Poinformowani o zdarzeniu policjanci mieli się „śmiać” i odmówili interwencji. Towarzysząca grupie tłumaczka polskiego pochodzenia (nie była świadkiem zajścia) chciała interweniować u policjantów, lecz ostatecznie się „nie odważyła” (ciekawe, dlaczego? Bała się, że ją spałują?). W tymże Lublinie ochrona nie wpuściła grupy do synagogi, na starówce odmówiono im sprzedania wody, a ktoś inny miał rzucić im pod nogi... wibrator (!). W innych miastach nie jest lepiej – na widok hidżabu padają groźby obrzucenia jedzeniem, jakiś mężczyzna wyjmuje z kieszeni nóż (a może widelec, dokładnie nie wiadomo), inna muzułmanka zostaje wyproszona ze sklepu w centrum handlowym za rozmawianie przez telefon po persku, a jakaś kobieta rzekomo oblewa ją i jej kamerę napojem. I tak na każdym kroku – wyzwiska, nieprzyjazne gesty, groźby. Co ciekawe, wycieczka (wraz z dorosłymi opiekunami) poczuła się do tego stopnia sterroryzowana, że zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa zgłoszono... dopiero niemieckiej policji po powrocie do Berlina.
II. Anatomia „fake newsa”
Przepraszam, ale nawarstwienie tych wydarzeń jest tak nieprawdopodobne, że nie jestem w stanie traktować tego poważnie. Od biedy uwierzyłbym w jeden – dwa incydenty, ale tutaj aparat propagandowy preparując całą tę historyjkę zwyczajnie przedobrzył. Wyczuli to nasi lewacy, którzy w swym przekazie skrupulatnie pomijają groźby za pomocą widelca i atak wibratorem, jako jawny absurd, koncentrując się na opluciu jednej z dziewczyn i wokół tego nakręcając histerię. Za granicą natomiast, jak świadczy reakcja BBC, opowieść przyjmowana jest z pełną powagą, bo dobrze wpisuje się w propagandowy wizerunek Polski jako kraju ksenofobicznego, rządzonego przez „nacjonalistyczny” reżim PiS.
Tyle, że nawet owo oplucie to najprawdopodobniej ściema. Tak się składa, że fragment ulicy na którym miało do tego dojść objęty jest miejskim monitoringiem, którego zapis nie potwierdza zajścia. Policji było tam wówczas sporo, bo zabezpieczała trwające wówczas mistrzostwa Europy do lat 21 w piłce nożnej. Zrozumiałe też, że policjanci oddelegowani do zabezpieczenia imprezy i kibiców nie mogli oddalać się samowolnie z wyznaczonych miejsc. Podobnie z oblaniem napojem w centrum handlowym – takie miejsca standardowo objęte są monitoringiem i jakoś nic nie słychać o nagraniach potwierdzających incydent.
Co do synagogi – oświadczenie wydała już warszawska Gmina Żydowska. Uczniów nie wpuszczono, bo synagoga jest częścią zamkniętego kompleksu hotelowego wynajętego wówczas w całości przez jedną z reprezentacji wspomnianego już młodzieżowego Euro. W zamian zaproponowano grupie zwiedzanie cmentarza żydowskiego, co odbyło się bez przeszkód – ale cóż to szkodzi trochę nakłamać? Podobnie można się zastanawiać nad stopniem utraty wzroku u nastoletniej dziewczyny, która nie potrafi odróżnić noża od widelca i nie może się zdecydować jakim konkretnie sztućcem groził jej napastnik.
No i wreszcie ten nieszczęsny wibrator – dobrze, że nie wybuchł, bo z opisu wynika, że ktoś rzucając go pod nogi chciał wykorzystać to narzędzie w charakterze granatu. Zważywszy na nagromadzenie kibiców już bardziej możliwe byłoby rzucenie petardy – najwyraźniej w pogoni za bulwersującą sensacją nie przemyślano zeznań pod kątem prawdopodobieństwa. Jaka jest statystyczna szansa, że na trasie wycieczki znajdzie się akurat osoba mająca przy sobie wibrator i na dodatek nie wahająca się go użyć? Czepiam się tego frywolnego sprzętu, bo najlepiej obrazuje on absurdalność tej opowieści. W internecie ktoś zauważył, że obrzucanie się wibratorami to staropolska tradycja sięgająca czasów Mieszka I, tyle że wtedy były one strugane z lipowego drewna – i niech to posłuży za komentarz.
Nade wszystko zaś – gdzie są zdjęcia, filmy? Uczniowie mieli przy sobie telefony i kamery, jednak to co opublikowano w internecie pokazuje zwyczajną wycieczkę „odhaczającą” kolejne punkty programu. Mam swoje wyjaśnienie tych sprzeczności i posłużę się tu pewną analogią. Otóż wiadomo, że żydowscy uczniowie z Izraela przed obowiązkową wycieczką do Auschwitz poddawani są antypolskiemu praniu mózgu – zabrania się im np. przyjmowania od Polaków wody i jedzenia, bo mogą być zatrute. Sądzę, że podobnych bredni o polskim nacjonalizmie i islamofobii nasłuchali się uczniowie berlińskiego liceum i wszelkie wydarzenia filtrowali przez prymat tego, czym nafaszerowano ich mózgownice – tyle, że szkoła oczywiście się do tego nie przyzna. Ot, jakiś przechodzień mógł „odcharknąć” flegmę na chodnik (niekulturalnie, ale żadna zbrodnia), co zostało zinterpretowane jako usiłowanie „oplucia”. Swoje zrobiła też bariera językowa - funkcjonariusze nie znali i nie mieli obowiązku znać niemieckiego czy angielskiego. I przypuszczam, że tak było ze wszystkim - tu jakieś krzywe spojrzenie na widok muzułmańskich chust, które w Polsce wciąż stanowią niecodzienny widok na ulicach, tam jakieś nieporozumienie, ktoś może pomyślał, że władze samorządowe na własną rękę sprowadziły „uchodźców” na wzór „syryjskich sierot” Adamowicza - i dorobiono do tego całą „story” idealnie utrafiającą w zapotrzebowanie niemieckiej propagandy, tudzież jej miejscowych wyrobników. Faktów i tak nikt nie będzie sprawdzał, bo po co? Dodajmy, że histeria nakręciła się do tego stopnia, że jakaś grupa Polaków z Berlina opublikowała list otwarty z przeprosinami, o czym skwapliwie doniosło „Deutsche Welle” - i nawet znalazło się półtora tysiąca nawiedzonych idiotów, którzy go podpisali.
III. „Bad news” to „good news”!
A teraz, na zakończenie napiszę rzecz straszną i niedopuszczalną. Osoby o słabszych nerwach i rozchwianej wrażliwości uprasza się o zakończenie lektury w tym miejscu.
Już? No dobra, to jedziemy.
Otóż, nawet jeśli wszystko to było klasycznym „fejkiem”, to summa summarum dobrze się stało, że poszedł w świat w takiej formie. Z prostego powodu – tego typu historie mają istotny walor odstraszający i niech będzie o tym jak najgłośniej, tak by „uchodźcy” zapierali się przed relokowaniem ich do ksenofobicznej Polski rękami i nogami. Skoro Polacy są tak przesyceni nienawiścią i są takimi nacjonalistycznymi zboczeńcami, że napastują nawet muzułmańskie uczennice - i to wibratorem - to przysyłanie do tego szowinistycznego kraju imigrantów byłoby z gruntu niehumanitarne, narażałoby bowiem ich zdrowie, a może i życie na niebezpieczeństwo. Warto też rozpropagować, że dzicy Polacy są tak drapieżni, że gotowi są rzucać się na gości z widelcami - kto wie, czy nie w celach konsumpcyjnych. Możliwe też, że „oplucie” jednej z uczennic było efektem nienawistnego ślinotoku i żarłocznego apetytu. „Dla większości była to pierwsza i zapewne ostatnia wizyta w Polsce” - podsumowuje swą relację portal „Deutschlandfunk”.
I o to właśnie chodzi.
Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 28 (12-18.07.2017)
niedziela, 9 lipca 2017
Trump w Warszawie – patron Trójmorza?
Widać wyraźnie, jak bardzo wizyta Donalda Trumpa jest nie na rękę unijnym decydentom oraz ich tutejszym poputczykom.
I. Lewacka histeria
Państwo czytając te słowa będą ode mnie mądrzejsi o wiedzę na temat efektów wizyty Donalda Trumpa w Warszawie, jednak jeżeli wziąć pod uwagę natężenie histerii lewackich mediów można by dojść do wniosku, że Polskę na jej skutek czeka jakiś potworny kataklizm. Tu jednak na wstępie małe zastrzeżenie – nieco irytuje mnie również ton ośrodków prorządowych, którym udzielił się nastrój podniosłego wyczekiwania, niczym nie przymierzając, przed pielgrzymką papieża. Przylot amerykańskiego prezydenta jest każdorazowo istotnym wydarzeniem, owszem, ale przesada w demonstrowaniu entuzjazmu trąci klientelizmem. To jednak w sumie drobiazg, jeśli spojrzymy na reakcje drugiej strony – uderza zarówno zajadłość z jaką rzucono się krytykować samą wizytę, jak i prorokowanie przez obóz liberalno-lewicowy fatalnych następstw, które jakoby ma za sobą pociągnąć. Już samo to świadczy o wadze obecności Donalda Trumpa na szczycie państw Trójmorza (wymieńmy dla porządku tę „dwunastkę”: Polska, Austria, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry).
Gdyby brać na serio ton tytułów związanych z „totalną opozycją” (i na ogół równie mocno – z Berlinem i Brukselą) można by mniemać, że do Polski przybywa jakiś parias światowej polityki, z którym nikt nie chce mieć do czynienia – ktoś w rodzaju Kim Dzong Una (bo już nie Putina, zważywszy na to z jaką czołobitnością te same redakcje witały go w 2009 r. - nie zapomnę rozentuzjazmowanej reporterki TVN-u, która raczyła wówczas palnąć, że na Westerplatte przywódcy będą ŚWIĘTOWAĆ rocznicę wybuchu II Wojny Światowej). Intencja jest ewidentna – ogłosić zawczasu, że szczyt z udziałem akurat Donalda Trumpa, zaproszonego przez ten konkretny rząd i tego polskiego prezydenta jest z definicji obciachowym, mało znaczącym propagandowym cyrkiem, który na dodatek jeszcze głębiej poróżni nas z „Europą”. W ferworze uprzedzającego dyskredytowania jakoś im umyka, że z prezydentem USA spotkają się przedstawiciele 12 krajów Unii Europejskiej – no, ale to jest ta „mniej ważna” Europa, bo jakaś taka za bardzo lokalna...
II. Niemiecki strach
Z tego wszystkiego przebija strach. Widać wyraźnie, jak bardzo wizyta Donalda Trumpa jest nie na rękę unijnym decydentom oraz ich tutejszym poputczykom. Sygnał do szturmu dała jak zwykle niezawodna prasa niemiecka, która ma to do siebie, że jeśli idzie o interes Berlina, zawsze prezentuje pryncypialnie jednolity front wyrażający stanowisko tamtejszego establishmentu. Już rok temu, po szczycie „dwunastki” w Dubrowniku rozgłośnia „Deutschlandfunk” alarmowała, że Trójmorze mogłoby w przyszłości „zastąpić struktury Unii Europejskiej w regionie” - czytaj, wyprowadzić Mitteleuropę spod wpływów Niemiec. Obecnie „Sueddeutsche Zeitung” wprost określa Międzymorze mianem „międzynarodówki autokratów”, widząc w wizycie Trumpa w przeddzień szczytu G-20 w Hamburgu wyraźny konfrontacyjny sygnał wysłany pod adresem „polityków wprowadzających ład w czasach postpopulizmu”. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z kolei zastanawia się, czy „Trump podzieli Europę”, a ponadto – powołując się na „polskich ekspertów” - straszy wzmocnieniem Międzymorza, bowiem Kaczyńskiego z Trumpem „łączą autorytarne skłonności i ksenofobia”, wskutek czego „nowa Europa może nasypać piasku w tryby starej Europie”. Myśl tę kontynuuje „Die Zeit” podnosząc (cyt. za wPolityce.pl), iż „Gdy w Berlinie i Brukseli narasta świadomość wyemancypowania się od USA, rząd w Warszawie demonstracyjnie szuka bliskości z Trumpem”.
Uderzająco zgodny chór, nieprawdaż? Widać jak na dłoni obawę przed wyemancypowaniem się Europy Środkowej spod berlińskiej kurateli, do czego wydatnie może się przyczynić amerykański patronat nad regionem, o czym zresztą nadmieniałem niedawno w tekście „Exit Wyszehradu?”. Tego samego lęka się Bartosz T. Wieliński z „Wyborczej” i jej były niemiecki korespondent, słynący z tego, że we wszystkich kwestiach spornych nieodmiennie bierze stronę Berlina. Podstawia mikrofon „analitykowi” Marcinowi Zaborowskiemu, by ten mógł stwierdzić, iż „Polska zostanie wykorzystana” i że w Europie przypną nam łatkę „konia trojańskiego”, lub wręcz „klienta Donalda Trumpa” - wcześniej zaś własnym piórem na łamach „New York Timesa” bije w dzwon, że „Trump przyjedzie do Polski pełnej niepokoju” oraz rytualnie już ostrzega przed „podzieleniem Europy”, przy okazji rysując obraz naszego kraju jako państwa autorytarnego i wzywając Trumpa, by ten skrytykował „erozję demokracji w Polsce”. Zaiste, sukces szczytu Trójmorza przypieczętowany zacieśnieniem relacji z USA w połączeniu z widmem osłabienia niemiecko-brukselskich wpływów w Polsce, musi „totalnej opozycji” spędzać sen z powiek. Widomym tego znakiem jest niezborna miotanina Platformy, która nie mogła się zdecydować, czy wizytę Trumpa ma zbojkotować, czy się na nią wprosić.
III. Dorosłe sprawy
Tymczasem, przechodząc od zarysowanego powyżej amoku do poważniejszych tematów, materiału do rozmów na linii Europa Środkowa – USA jest tyle, że wystarczyłoby na tydzień solidnego debatowania. Zbliżenie ze Stanami jest nam bowiem potrzebne choćby po to, by osłabić sojusz niemiecko-rosyjski realizowany obecnie (mimo sankcji) chociażby za pomocą projektu Nord Stream 2. Interes Rosji jest jasny: maksymalnie uzależnić od dostaw gazu Europę, co automatycznie przełoży się na wpływy polityczne Kremla. Surowce to dla Rosji nie tylko główne źródło utrzymania, ale nade wszystko narzędzie prowadzenia neoimperialnej polityki – dlatego lobbuje na wszelkie sposoby, by wywalczyć sobie wyłączenie spod zasad pakietu energetycznego rozdzielającego rolę dostawcy od operatora gazociągów. Interes Niemiec natomiast leży w tym, by to właśnie one stały się europejskim „hubem gazowym” rozprowadzającym rosyjski surowiec na kontynencie – w tym również, ma się rozumieć, do krajów naszego regionu, trwale je od siebie uzależniając.
Nasz interes jest z gruntu odmienny – musimy za wszelką cenę zdywersyfikować źródła dostaw, przestawiając przy tym kierunek ich transportu (ale też szlaków komunikacyjnych i handlowych) z osi wschód-zachód na północ-południe. To dlatego istotną częścią rozmów w gronie państw Trójmorza jest kwestia budowy interkonektorów, gazociągów, gazoportów – słowem, energetycznej niezależności. Dlatego również Polska sygnalizuje, że nie będzie przedłużać obecnej umowy gazowej z Rosja, przymierza się do budowy drugiego gazoportu i nakłania do tego typu strategicznych inwestycji infrastrukturalnych inne kraje regionu – docelowo bowiem ma zostać stworzona sieć powiązań uwalniających nas spod rosyjsko-niemieckiego dyktatu.
Interes USA polega zaś na tym, że chcą wrócić do czynnej gry w Europie i sprzedawać swój gaz LNG – i m.in. właśnie w charakterze akwizytora amerykańskiego gazu będzie występował w Warszawie Trump. Ameryka potrzebuje sojuszników i pragnie osłabić wpływy zarówno Niemiec, jak i Rosji, czego daje ostatnimi czasy znaczące przykłady. Pierwsze transporty amerykańskiego gazu do Świnoujścia to nie przypadek, podobnie jak nie są przypadkiem niedawne sankcje uderzające m.in. w firmy zaangażowane w Nord Stream 2, co wywołało prawdziwą furię Niemiec. Do tego Ameryka potrzebuje realnych członków NATO, czyli takich, którzy będą łożyli na siły zbrojne ustalone na szczycie w Newport min. 2 proc. PKB – a najlepiej, gdyby sprzęt kupowały właśnie w USA. My z kolei jesteśmy zainteresowani chroniącą nas przed Rosją obecnością militarną Waszyngtonu w regionie. Słowem, jest tyle nakładających się i wzajemnie uzupełniających interesów – i to dalece wykraczających poza bilateralne relacje polsko-amerykańskie - że na pewno będzie o czym rozmawiać. Proszę porównać sobie geostrategiczną wagę zarysowanych tu problemów z towarzyszącym wizycie medialnym kociokwikiem spod znaku „zły Trump przylatuje do złego Kaczyńskiego”. Można by rzec sprzedajnym gryzipiórkom – morda w kubeł, gdy dorośli rozmawiają o dorosłych sprawach.
Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
Na podobny temat:
„Media w Niemczech – na służbie władzy”
Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 27 (07-13.07.2017)
środa, 9 grudnia 2015
Pod-Grzybki 30
Drodzy Państwo, pragnę poinformować, że zostałem „obrońcą demokracji”. Wprawdzie na krótko i bez swojej wiedzy i zgody, ale zawsze. Wszedłem ci ja sobie na Facebooka i ze zdumieniem odkryłem, że jakaś uczynna osoba bez zbędnego pytania zapisała mnie do grupy „Komitetu Obrony Demokracji” - tak, tego z opornikiem, któremu taką klakę robi „Szechter Cajtung”. Teraz żałuję, że się od razu wypisałem i nie zrobiłem pamiątkowego screenshota. Byłby jak znalazł, gdy po latach powstanie jakiś nowy ZBoWiD weteranów walki z pisizmem-kaczyzmem. Może załapałbym się na rentę kombatancką? Zatem, jeśli ktokolwiek z Państwa ma profil na FB, radzę nie mieszkając wejść i sprawdzić, czy aby również i Państwo nie znaleźliście wśród płomiennych szermierzy wolności. Hasło na dziś: wstąp do KOD-u – Twój fejsbukowy profil już tam jest!
*
Że polskie media dostały piany po wygranej PiS – wiadomo. Ale to, co wyprawiają media niemieckie jest jednak pewnym ewenementem. Histerią prześcigają nawet folksdojczów z „Szechter Cajtung”, co jak by nie patrzeć, stanowi spore osiągnięcie. Nieco światła rzuca cytacik w którym autor mówi, że już „nie przypilnowanie” Węgier było „trudne do wytrzymania” i dalej: „Drugi Budapeszt byłby fatalną sprawą. Gdyż wszystkie nieprawidłowości w Polsce nie dadzą się tak łatwo bagatelizować. Polska jest zbyt ważna”. I wszystko jasne – Polska to wszak perła w koronie niemieckiej Mitteleuropy. I ta perła właśnie wyślizguje się Niemcom z rąk.
*
A co tam, nie odmówię sobie – oto garść cytatów z mojego ulubionego serwisu „Deutsche Welle” (taka polskojęzyczna gadzinówka istniejąca po to, by „Szechter Cajtung” miał co przytaczać): „polski rząd celuje w niemieckich wydawców”, „oślepienie, upojenie i lęk napędzają nowy polski rząd”, „Warszawę trzeba przymusić do okazania solidarności”, „Polska - nowe Węgry”, „nacjonalizm, totalitaryzm, bezczelność i demontaż demokracji”, „Kaczyński - samowładca”... Proszę sobie przeczytać powyższe na głos – te wykwity bezsilnej furii są prawdziwą muzyką dla uszu. Swoją drogą, ciekawe co Niemcy będą pisać gdy PiS faktycznie zacznie dogłębnie czyścić państwo?
*
Już wiem: „polscy demokraci proszą o interwencję”, „Bundeswehra na prośbę polskich demokratów przybywa z pomocą”, „Breslau i Stettin odzyskane dla demokracji”, „polscy faszyści bronią się w Warschau”, „Hans Frank apeluje o udział w dziele odbudowy Generalnego Gubernatorstwa”, „wszystkie faszystowskie Polaki, które nie zapiszą się do KOD-u zostaną złapane i rozstrzelane”.
*
Biało-czerwona wreszcie bez towarzystwa unijnej szmaty. Oby ten symboliczny gest okazał się proroczy – przypomnę, że w 2020 skończą się euro-fundusze i tym samym zniknie ostatni powód dla którego siedzimy w tym kołchozie.
*
-
kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?
-
kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?
-
kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?
Gadający Grzyb
Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/
„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 47 (02-08.12.2015)

