Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praworządność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praworządność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 sierpnia 2018

Rebelia, czyli sędziokracja w działaniu

Sąd Najwyższy demonstracyjnie wypowiedział posłuszeństwo obowiązującemu porządkowi prawnemu Rzeczypospolitej.


I. Sędziowska hucpa

Jak zapewne Państwo wiedzą, Sąd Najwyższy skierował do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu (TSUE) pięć tzw. pytań prejudycjalnych (czyli zadawanych przed wydaniem orzeczenia) i w ramach „środka zabezpieczającego” tymczasowo „zawiesił” (powołując się na art. 755 §1 kpc) stosowanie przepisów Ustawy o Sądzie Najwyższym dotyczących zasad przechodzenia sędziów SN w stan spoczynku.

Zanim rozłożymy na łopatki ten wykwit bezczelności „nadzwyczajnej kasty”, wyjaśnijmy wpierw kruczek prawny, do jakiego uciekli się sędziowie (z góry proszę o cierpliwość, ale jest to konieczne do naświetlenia całej hucpy). Otóż do wchodzącej w skład SN Izby Pracy i Ubezpieczeń Społecznych wpłynęło 18 lipca br. pytanie odnośnie podlegania systemom rentowym w różnych krajach UE (sygn. III UZP 4/18). Do rozstrzygnięcia tego specjalistycznego zagadnienia z dziedziny harmonizacji unijnych ubezpieczeń społecznych wydelegowano skład orzekający w liczbie siedmiu sędziów, w tym - uwaga, bo to jest clou – dwóch, którzy ukończyli już 65 rok życia i zgodnie ze znowelizowaną ustawą o Sądzie Najwyższym powinni przejść z mocy prawa w stan spoczynku lub zwrócić się do prezydenta z wnioskiem o przedłużenie sprawowania funkcji. I to właśnie posłużyło składowi za pretekst do wysłania słynnych zapytań do TSUE. Następnie owych siedmiu sędziów uchwaliło wspomniane „zawieszenie” stosowania przepisów w odniesieniu do wszystkich członków SN którzy ukończyli 65 lat na czas rozpatrywania sprawy przez unijny trybunał.

Dla porządku przypomnijmy jeszcze te pytania. Pierwsze dotyczyło rzekomego złamania przez ustawę o SN zasady nieusuwalności sędziów poprzez obniżenie wieku emerytalnego. Drugie odnosiło się do niezawisłości sędziów i niezależności sądów, które jakoby ma naruszać konieczność uzyskania zgody prezydenta na dalsze orzekanie po osiągnięciu wieku emerytalnego. Pytania trzecie i czwarte sugerują „dyskryminację ze względu na wiek” przy czym SN domaga się od TSUE uznania, że każdy skład orzekający z udziałem sędziego powyżej 65 roku życia ma prawo odmówić stosowania odnośnych przepisów Ustawy o SN. No i wreszcie, w pytaniu piątym, SN domaga się potwierdzenia dopuszczalności użycia środka zabezpieczającego pod postacią odmowy stosowania przepisów krajowych „sprzecznych z prawem unijnym”. Innymi słowy – TSUE ma potwierdzić, że SN miał prawo zrobić to, co zrobił. Zwróćmy uwagę – owe pytania nie mają nic wspólnego z meritum sprawy do której powołano skład orzekający, a koncentrują się jedynie na samych sędziach z niedwuznaczną intencją wysadzenia w powietrze cudzymi rękami całej reformy Sądu Najwyższego.


II. „Nemo iudex in causa sua”

Jest to oczywiście ciąg dalszy pełzającego rokoszu „nadzwyczajnej kasty”. Charakterystyczne, że SN nie odwołuje się w swych „zapytaniach” (a w zasadzie tezach, bowiem sformułowane są one w sposób sugerujący z góry odpowiedź) do prawa polskiego, w tym Konstytucji. Ta bowiem jasno stanowi, że w przypadku reorganizacji sądów można przenieść sędziego w stan spoczynku (art. 180 p.5), a także, że granicę wieku przechodzenia w stan spoczynku określa ustawa (art. 180 p.4). A zatem, rzekoma „dyskryminacja ze względu na wiek” wynika wprost z delegacji ustawowej zawartej w najwyższym akcie normatywnym Rzeczpospolitej. Jeśli zaś chodzi o słynną „niezależność” i „niezawisłość”, to wystarczy spojrzeć chociażby na Niemcy, gdzie sędziowie najwyższych organów sądowniczych powoływani są w tajnym głosowaniu przez specjalną komisję złożoną z 16 landowych ministrów i 16 delegatów Bundestagu, a jej skład i wynik głosowania bezpośrednio odzwierciedlają układ sił politycznych i są efektem zakulisowych targów. Sędziowie SN doskonale o tym wiedzą, dlatego też w swym piśmie wolą się odwoływać do ogólnikowych zasad UE i orzecznictwa luksemburskiego trybunału. Jest tylko jeden szkopuł – orzecznictwo unijnych sądów obowiązuje jedynie w konkretnych sprawach i nie stanowi w Polsce źródła prawa. Tymczasem SN zdaje się przechodzić nad tym do porządku dziennego i traktuje wyroki TSUE na wzór anglosaskiego prawa precedensowego, co jest kompletnie sprzeczne z polskim systemem prawnym.

Największym skandalem jest jednak uzurpowanie sobie uprawnienia do „czasowego zawieszania” przepisów. Należy powiedzieć jasno: Sąd Najwyższy (ani żaden inny) nie ma takich kompetencji! Tu mamy wprost złamanie prawa, a odwoływanie się do art. 755 §1 kpc (traktującego o zabezpieczeniu roszczeń cywilnych) zakrawa na kpinę – nie ma tam bowiem słowa o tym, że w ramach „zabezpieczenia” sąd może lekceważyć przepisy jakiejkolwiek ustawy. Wspomniany artykuł mówi o „środkach zabezpieczających” - ale przecież w granicach obowiązującego prawa! W przeciwnym razie otrzymalibyśmy swoistą prawniczą anarchię i „sędziokrację”, kiedy to sąd pod byle pretekstem mógłby stawiać się ponad ustawami. Zresztą, generalnie, stosowanie regulacji cywilnoprawnej na zasadzie jakiejś zadziwiającej pseudo-analogii w odniesieniu do materii konstytucyjnej stanowi kuriozalne pomieszanie porządków.

Mamy zatem do czynienia z dalece posuniętym zawłaszczeniem nienależnych prerogatyw. Po pierwsze, Sąd Najwyższy wkroczył w kompetencje Trybunału Konstytucyjnego, który jako jedyny może orzekać w kwestii obowiązywania i zgodności ustaw z Konstytucją. Po drugie, SN przywłaszczył sobie kompetencje władzy ustawodawczej tworząc nieistniejącą w polskim prawie konstrukcję „tymczasowego zwieszenia stosowania przepisów”. W związku z tym – po trzecie - SN demonstracyjnie wypowiedział posłuszeństwo obowiązującemu porządkowi prawnemu Rzeczypospolitej. Jest to moim zdaniem materiał dla powstającej właśnie Izby Dyscyplinarnej – sędziowie, którzy dopuścili się tak rażącej obrazy przepisów prawa w sposób oczywisty udowodnili bowiem, że nie ma dla nich dłużej miejsca w tym zawodzie. A co do „nieskazitelności charakteru” mającej cechować sędziego – wystarczy przypomnieć, że ta skandaliczna uchwała stanowi jawne naruszenie pamiętającej prawo rzymskie zasady „nemo iudex in causa sua” („nikt nie może być sędzią we własnej sprawie”), będącej jednym z fundamentów naszej cywilizacji.


III. Sędziokracja w działaniu

No dobrze, ale skąd w ogóle przyszedł sędziom do głowy ten pomysł? Już wyjaśniam. Otóż podczas zeszłorocznego Kongresu Prawników Polskich prof. Wojciech Popiołek wystąpił z obrażającą rozum, antykonstytucyjną koncepcją „suwerena”, głosząc iż „w demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”. Pozostaje to oczywiście w jaskrawej sprzeczności z art.4 p.1 Konstytucji stwierdzającym, że „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”. Z kolei prof. Marek Safjan roztaczał wizję „alternatywnego” Trybunału Konstytucyjnego – w myśl tego pomysłu, to sędziowie mieliby prowadzić „stały monitoring” i wydawać „swoiste orzeczenia o konstytucyjności regulacji”. Wszystko to bez jakichkolwiek podstaw prawnych, a nawet wbrew nim. Tym samym, obaj panowie proklamowali „sędziokrację”. Jak wówczas pisałem, „nadzwyczajna kasta” ogłosiła się suwerenem. Dziś widzimy efekty: omawiana uchwała Sądu Najwyższego jest prostą kontynuacją i praktyczną realizacją tamtych postulatów. Nawiasem mówiąc, prof. Safjan jest obecnie sędzią Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej do którego jego koledzy z SN skierowali „do zatwierdzenia” swe „pytania”. Ot, i wszystko ładnie się zazębia...

Na zakończenie jeszcze dwie uwagi. Pierwsza to taka, że obecne sędziowskie rozwydrzenie jest pokłosiem weta Andrzeja Dudy z lipca zeszłego roku - polityczni zagończycy w togach poczuli się dzięki niemu aż nazbyt pewnie. I uwaga druga – należy bezwzględnie wpisać do Konstytucji zasadę nadrzędności polskiego prawa nad prawem unijnym. Bez tego nasza suwerenność będzie bezustannie podważana przez różnych sprzedawczyków rozzuchwalonych poparciem „zagranicy”.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Kasta w amoku

Sędziowski rokosz

Nadzwyczajna kasta ogłasza się suwerenem

Kaczyński tłumi rokosz



Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (10-16.08.2018)

niedziela, 17 września 2017

Teutońska buta

Dla Niemiec obalenie obecnego polskiego rządu staje się kwestią palącą jak nigdy w przeciągu ostatnich dwóch lat.



I. Merkel wkracza
O teutońskiej bucie pisał już w XII w. czeski kronikarz Kosmas i na przestrzeni stuleci nic się nie zmieniło – może poza pozorami. W miejsce ordynarnej przemocy militarnej obecnie Niemcy przeszły na taktykę podboju gospodarczego i miękkiego kulturkampfu w którego ramach wzięły się za pouczanie pośledniejszych narodów odnośnie ich cywilizacyjnych zapóźnień. Cel nadrzędny oczywiście pozostaje bez zmian: podporządkowanie sobie Europy – a że obecnie główną przeszkodą na tej drodze stała się Polska, toteż właśnie nasz kraj został wytypowany do roli „chłopca do bicia”, tym bardziej, że śmieliśmy podnieść publicznie kwestię należnych nam odszkodowań za II wojnę światową, co w przypadku powodzenia tej inicjatywy uczyniłoby z dzisiejszej Rzeszy naszego lennika, wypłacającego Warszawie przez długie lata słony trybut. Niezależnie od tego, jak się ten stan rzeczy oficjalnie nazwie, sytuacja faktyczna byłaby współczesnym odzwierciedleniem zależności wasalnej – i Niemcy doskonale zdają sobie z tego sprawę.
Nic więc dziwnego, że kanclerz Merkel ni z tego, ni z owego oświadczyła, że wobec „zagrożenia praworządności” w Polsce Niemcy „nie mogą trzymać dłużej języka za zębami”. Jest to radykalne odwrócenie dotychczasowego kursu polegającego na dyskretnym trzymaniu się przez Angelę Merkel w cieniu i powstrzymywaniu się od otwartej krytyki Warszawy, by nie prowokować antyniemieckich reakcji społecznych w Polsce. Strategia ta, co wprost formułowały media za Odrą, służyć miała wzmocnieniu „polskiego społeczeństwa obywatelskiego” (czytaj – aby do opozycji zarówno partyjnej, jak i umoszczonej w „trzecim sektorze” nie przylgnęła trwale opinia V kolumny) oraz przygotowaniu gruntu pod powrót Tuska i jego przyszłe zwycięstwo wyborcze. Zatem funkcję zagończyków prowadzących antypolską wojnę hybrydową w przestrzeni polityczno-medialnej wzięli na siebie przedstawiciele UE z Timmermansem i Junckerem, niemieckie media wraz z ich polskimi filiami, tudzież zgraja nadwiślańskich folksdojczów. Jednak w momencie, gdy na porządku dziennym stanęła sprawa polskich roszczeń reparacyjnych, niemiecka kanclerz musiała jawnie wkroczyć do gry, zapowiadając „wyczerpującą” rozmowę na temat polskiej praworządności z Jeanem-Claude Junckerem. Oczywiście, gdyby nie było sprawy polskich sądów, to znalazłby się inny pretekst – chodzi tu bowiem wyłącznie o polityczne „zmłotkowanie” Warszawy, tak by rząd PiS nie ośmielił się wyciągać ręki po niemieckie pieniądze.

II. Niemiecka arogancja
Drugim młotkiem nieustająco pozostaje konflikt wokół relokacji migrantów, przy czym niemiecka prasa w zasadzie przestała już nawet ukrywać, że chodzi przede wszystkim o rozbicie etnicznej jednorodności Polski i pozostałych państw Europy Środkowej. „Sueddeutsche Zeitung” jednoznacznie stwierdza, iż państwa wzdragające się przed przyjmowaniem imigrantów powinny opuścić Unię Europejską, gdyż „ona ze swoimi podstawowymi zasadami wolności akurat nie chce jednorodnych narodów”. I nieco dalej: „Europa i jej państwa stają się coraz bardziej różnorodne. Kto tego nie chce, musi się wymeldować z Unii i się izolować”. Wreszcie dodaje z nadzieją, że w Polsce i na Węgrzech „kiedyś znów będą rządzić umiarkowane i proeuropejskie siły polityczne”. Jaśniej chyba nie można. Mamy tu demonstrację poczucia wyższości, mentorski ton pouczający kto „pasuje” do Europy a kto nie, i w końcu – nieskrywane uroszczenie do decydowania, kogo środkowoeuropejscy Hotentoci powinni sobie wybierać, tak by niemiecki hegemon był zadowolony.
W innym tekście tenże „SZ” wzywa do „ofensywnej obrony wartości UE” przed Polską i Węgrami, z kolei niemiecki historyk Gregor Schoellgen a propos odszkodowań wojennych mówi we „Frankfurter Allgemeine Zeitung” o „igraniu z ogniem”, dodając, że formą reparacji było przekazanie Polsce Ziem Zachodnich, zaś podnoszenie odszkodowań oznacza powrót do dyskusji o zachodnich granicach Polski. Jest to otwarta pogróżka, lecz oprócz buty mamy tu również i nieuctwo – tereny zachodnie i reparacje to dwie różne sprawy, poza tym w odróżnieniu od reparacji, kwestia granic Polski została uregulowana traktatowo.
„Die Welt” poza przytoczeniem (nieprawdziwych) argumentów jakoby Polska „zrzekła” się odszkodowań i łaskawym przypomnieniem faktu niemieckich zbrodni, uderza w podobny bębenek pisząc, iż „żądania reparacji wojennych zawsze prowadzą do ujemnych skutków: zawiści, nienawiści a w najgorszym przypadku do następnego konfliktu” (czyli pada zawoalowana groźba wojny). To jest zresztą stały niemiecki chwyt: przyznajemy się do „moralnej i symbolicznej odpowiedzialności”, ale od naszych pieniędzy – wara. Poza tym, w ujęciu „Die Welt”, polskie żądania są intrygą „nacjonalistycznych polityków” z Kaczyńskim i Macierewiczem na czele, pragnących odwrócić uwagę od „niszczenia trójpodziału władzy”. W ten sposób sprawa roszczeń i „polskiej praworządności” zostaje otwarcie połączona. Nic dziwnego, że Merkel nie mogła dłużej „trzymać języka za zębami”. Niemiecka gazeta podnosi również inny aspekt przewijający się w tamtejszych reakcjach: ponieważ polskie straty były „niewyobrażalne”, to ich oszacowanie jest „niemożliwością”, a poza tym „żaden kraj na świecie” nie byłby w stanie „wyrównać takich rachunków”. Doceńmy perfidię tej argumentacji: wymordowaliśmy waszą ludność i splądrowaliśmy wasz kraj w takich rozmiarach, że i tak nie bylibyśmy w stanie wam tego wynagrodzić - więc nie wynagrodzimy.
Kwestię moralności i finansów spuentował z całą bezczelnością zamieszkały we Wrocławiu prof. Klaus Bachmann, stwierdzając w Radiu Zet, że „z samej moralności nie jesteśmy w stanie nic wycisnąć w tej sprawie”, w innym miejscu cytując anonimowego niemieckiego polityka, iż polski rząd „trzeba przeczekać”, bo „następne wybory pewnie przegra i przyjdzie rząd, z którym będzie można normalnie rozmawiać.

III. Polska odpowiedź
Przytaczam te głosy po to, byśmy uświadomili sobie, że dla Niemiec obalenie obecnego polskiego rządu staje się kwestią palącą jak nigdy w przeciągu ostatnich dwóch lat. Tym bardziej, że właśnie Biuro Analiz Sejmowych opublikowało opinię (na zlecenie posła PiS Arkadiusza Mularczyka), która robi z niemieckiego stanowiska w kwestii reparacji absolutną miazgę. Rozbudowaną, 40-stronicową analizę można streścić w kilku punktach: „zrzeczenie się roszczeń” z 1953 r. było z mocy prawa nieważne, bo rząd nie miał takich konstytucyjnych prerogatyw (co za tym idzie – późniejsze „potwierdzenia” również nie mają mocy prawnej); konferencja poczdamska nie zamykała drogi do indywidualnego dochodzenia przez Polskę reparacji; powojenne Niemcy nie zawarły z Polską do tej pory żadnej umowy w tej materii (w przeciwieństwie do 12 innych krajów Europy); „Traktat 2+4” na który powołują się Niemcy w ogóle odszkodowaniami się nie zajmował, zaś Polska nie była nawet jego stroną – poza tym Niemcy również w późniejszych latach wypłacały odszkodowania różnym państwom; natomiast kwoty wypłacone dotąd Polsce (np. fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie”) to zaledwie 1 proc. tego, co Niemcy wypłaciły innym krajom – nawet Izraelowi, którego podczas II wojny światowej nie było na mapie, co jest swoistym kuriozum. Innymi słowy, Niemcy nie mają za sobą żadnych poważnych prawnych argumentów poza argumentem siły i postawą „nie, bo nie”.
Kończąc, skieruję jeszcze kilka słów bezpośrednio do przywołanego tu prof. Bachmanna. Otóż z różnych względów milczeliśmy dotąd o reparacjach, ale teraz - gdy Niemcy mieszają się w nasze sprawy, a media z oczywistej inspiracji berlińskiego rządu prowadzą regularną antypolską nagonkę obliczoną na obalenie legalnych polskich władz - czas to zmienić. Jednocześnie zapewniam, że polski naród to nie są ci jurgieltnicy z którymi na co dzień się pan spotyka, dla których szczytem marzeń jest załapanie się na jakąś dobrze opłacaną niemieckimi pieniędzmi fuchę. Zatem doradzam panu i pańskim kolegom, byście przystopowali z tą teutońską butą, bo za chwilę może wyjść wam ona bokiem.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:
„Reparacje – polska odpowiedź”
„Reparacje – polska broń atomowa”

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 37 (15-21.09.2017)


niedziela, 10 września 2017

„Unijna” sądokracja?

Batalia o sądownictwo stanowi dla KE wymarzony pretekst, by zalegalizować praktykę mieszania się w dowolną sprawę wewnętrzną każdego państwa członkowskiego.

I. Kampania wrześniowa

Wraz ze zbliżającym się terminem ultimatum, jakie Komisja Europejska słodszymi od malin ustami Fransa Timmermansa postawiła przed Polską w sprawie „praworządności”, dobiega końca chwilowy rozejm w batalii o sądownictwo (a tak naprawdę o suwerenność, o czym za chwilę). Niemal słyszę dobiegający z brukselskich zbrojowni szczęk szykowanego oręża... to jest, przepraszam - złowrogi szelest papierów opisujących przeróżne „procedury dyscyplinujące”, tudzież inne męki na jakie wydadzą nas nieubłagani inkwizytorzy europejskiego postępu, jeśli tylko po dobroci Polska nie wyzna swych herezji i nie odetnie się od błędów i wypaczeń, żałując gorzko za grzechy. Również w kraju wszystkie Mazguły wraz przychówkiem w postaci małych Mazgulątek szykują na jesienną kampanię kolejne „łańcuchy światła”, nowe buty do kopania w policyjne barierki, organizacje pozarządowe czekają na kasę i sygnał od Sorosa, zaś „totalna opozycja” - na hasło z Berlina.

Wszystko to oczywiście pod warunkiem, że prezydent Duda dotrzyma słowa i zgłosi nowe projekty ustaw w miejsce tych zawetowanych 24 lipca (nawiasem – co za data! 24 lipca 1794 r. król Stanisław August Poniatowski przystąpił do Targowicy...). Drugim warunkiem natomiast jest zawartość obiecywanych projektów. Jeśli znajdą się w nich rozwiązania faktycznie uderzające w sądokrację i naruszające interesy „nadzwyczajnej kasty ludzi” - wówczas wojna rozgorzeje na całego, a prezydent Duda znów zostanie w masowym przekazie symbolicznie zdegradowany do roli „Adriana”. Niewykluczone jednak, że finalnie trafi do Sejmu jakaś kosmetyka podsunięta prezydentowi np. przez panią prezes Gersdorf, wedle zasady, żeby mimo zmian wszystko pozostało po staremu. Wówczas pan prezydent zostanie pochwalony (być może nawet przez „Gazetę Wyborczą”) jako człowiek rozsądku, kompromisu i umiaru, niczym nie przymierzając sam Tadeusz Mazowiecki, w którego ugrupowaniu pan Duda za młodu terminował zdobywając pierwsze polityczne ostrogi – a układ beneficjentów III RP wyda zbiorowe westchnienie ulgi, bo jego interesy zostaną zabezpieczone.

Do tej drugiej ewentualności skłaniają mnie losy nieszczęsnej ustawy frankowej, z której wbrew buńczucznym zapowiedziom wyszedł jakiś kadłubkowy potworek – bo skoro prezydent ugiął się przed zgrają banksterskich lobbystów i lipnymi „wyliczeniami” KNF na podstawie „danych” usłużnie podsuniętych przez banki, to niby jakim cudem ma nagle nabrać tyle odwagi, by pójść na udry z prawniczym establishmentem, w tym własnymi profesorami i promotorami? Nie wspominając już o tajemniczej rozmowie z Angelą Merkel, co do której, przypomnę, Kancelaria Prezydenta poinformowała, że mowa była jedynie o „Trójmorzu”, wizycie Trumpa i szczycie G-20 w Hamburgu – a dopiero od rzecznika niemieckiego rządu dowiedzieliśmy się, że przede wszystkim rozmawiano o „stanie polskiej praworządności”. Zastanawiająca rozbieżność. No, ale zobaczymy, może jednak pan prezydent miło nas zaskoczy.


II. O co toczy się gra

W każdym razie, przy tej okazji warto sobie powiedzieć o co tak naprawdę toczy się gra. Bynajmniej nie o krystaliczną czystość sławetnego „trójpodziału władz”. Gdyby wysokie unijne organy podchodziły do sprawy z takim pryncypializmem, to na dzień dobry pogoniłyby Niemcy, gdzie nie tylko sędziów najwyższych instancji wybiera spec-komisja złożona po połowie z posłów do Bundestagu (wedle parytetu układu politycznych sił) oraz ministrów sprawiedliwości krajów związkowych, ale i sami sędziowie mogą należeć do partii politycznych (i często należą, bo to pomaga w karierze) niczym za wujka Adolfa do NSDAP. Niechby u nas Ziobro wyskoczył z takim pomysłem – to dopiero byłby krzyk na całą Europę! Przyznała to zresztą niemiecka prasa stwierdzając, że białym ludziom z Niemiec taki system nie szkodzi ze względu na ugruntowaną „tradycję niezależności”, ale tych Hotentotów znad Wisły lepiej mieć na oku. Jednak nawet niemieckie procedury mają swoje wstydliwe zakamarki, co ujawnił „Der Spiegel” cytując pewnego prawnika biorącego udział w wyborze sędziów – stwierdził on mianowicie, iż „pewne osoby są niepożądane, ale tego nikt otwarcie nie przyzna”. I to jest wzorzec praworządności w iście pruskim duchu – niezawisłość niezawisłością, ale porządek musi być!

A zatem o co chodzi? Rozhuśtanie sytuacji wokół Polski i w samej Polsce – to raz. Stający okoniem rząd PiS jest Berlinowi potrzebny jak dziura w moście, toteż należy dołożyć wszelkich starań, by w zbuntowanej prowincji przywrócić porządek. A że „przecież nie możemy wjechać czołgami do Polski” - jak melancholijnie zauważył niemiecki eurodeputowany Elmar Brok w wywiadzie dla „FAZ”, to najlepiej załatwić sprawę polskimi rękami wspierając tutejsze „społeczeństwo obywatelskie” (co otwarcie ogłosił „Die Welt”) - by finalnie znów zainstalować w Warszawie gauleitera Tuska. Do powyższego dochodzi atawistyczna odraza jaką żywią do wszelkiej prawicy zlewaczeli euromandaryni, połączona z obawą, że polska zaraza rozleje się po Europie i ludzie zaczną głosować nie tak jak trzeba – niebezpieczeństwo więc należy zdusić w zarodku, niczym w 2007 r.

Ale i to jeszcze dalece nie wszystko. Kluczowym elementem jest założenie wyrażone wprost przez Fransa Timmermansa (jak dobrze, że oni w swej arogancji są przynajmniej szczerzy i niczego nie musimy się domyślać, wszystko mamy wyłożone na tacy) – takie mianowicie, że kwestia sądownictwa nie jest „wewnętrzną sprawą Polski”, ponieważ „sądy są częścią systemu unijnego”. Cóż to oznacza? Ano ni mniej, ni więcej, tylko wyjęcie z państwowych prerogatyw całego ogromnego i dotykającego wszystkich obywateli obszaru władzy, jakim jest wymiar sprawiedliwości. Skoro bowiem sądy są „częścią systemu unijnego”, to lokalnemu rządowi zostawia się co najwyżej nader ograniczone uprawnienia z zakresu bieżącej obsługi administracyjnej – żeby sądom nie zabrakło pieniędzy na papier, toner do drukarek i spinacze. Cała reszta natomiast ma przejść pod troskliwy nadzór organów unijnych, stojących na straży „praworządności”. Jestem dziwnie pewien, że przytłaczającej większości sędziów taki układ bardzo by pasował, bo w praktyce oznacza on całkowitą nieodpowiedzialność przed jakimkolwiek zewnętrznym ciałem – a dla Brukseli jest to kolejny krok w likwidowaniu znienawidzonych tam państw narodowych.


III. Wspólnota interesów

Jak widzimy zatem, obecna rozgrywka dalece wykracza poza spór, kto będzie mianował członków Sądu Najwyższego czy KRS. Dla Komisji Europejskiej stanowi ona wymarzony pretekst, by metodą faktów dokonanych poszerzyć swą władzę poza ramy unijnych traktatów i de facto zalegalizować praktykę mieszania się w dowolną sprawę wewnętrzną każdego państwa członkowskiego (oczywiście – za wyjątkiem Niemiec i może jeszcze Francji czy Włoch, bo już Hiszpanii – niekoniecznie). Bo niby dlaczego w skład „systemu unijnego” wchodzić mają wyłącznie sądy? Wszak w „zjednoczonej Europie” wszystko jest częścią systemu naczyń połączonych. Weźmy takich urzędników – przecież decydują oni o wydawaniu unijnych funduszy! Czy zatem Bruksela nie powinna mieć tu czegoś do powiedzenia, tak by głupie, krajowe rządy nie obsadzały stanowisk dyletantami, tylko odpowiednimi fachowcami z atestem wydawanym przez Komisję Europejską? Co za tym idzie, rząd żadną miarą nie powinien też mieć prawa, by takich atestowanych urzędników zwalniać ot tak sobie, bez pytania o zgodę. Idę o zakład, że gdyby zapytać naszych urzędników, to zgodnie stwierdziliby, że właśnie tak być powinno.

Widzimy więc sami, dlaczego Timmermans tak ochoczo poszczekuje i kąsa w imieniu Angeli Merkel – zachodzi tu bowiem daleko idąca wspólnota interesów. Komisji Europejskiej zależy na uzurpowaniu sobie kolejnych kompetencji zwierzchnich. A że Berlin tak czy inaczej zawiaduje tym brukselskim cyrkiem, więc patrzy na to z aprobatą – bo dzięki temu będzie miał jeszcze sprawniejsze narzędzie do dyscyplinowania maluczkich. Jeżeli teraz ugniemy się przed tym dyktatem – to będzie pozamiatane.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (08-14.09.2017)

sobota, 31 stycznia 2015

Bezprawie w służbie demokracji

Prof. Król wzywa do jakiejś formy demokratycznego bezprawia w którym władza może niszczyć arbitralnie wskazanych „wrogów” wszelkimi metodami.


I. Polowanie na wrogów ludu

Mało kto już pamięta kuriozalny felieton prof. Marcina Króla opublikowany we „Wprost” wkrótce po Marszu Niepodległości, w listopadzie 2012 roku. A szkoda, bo w tymże tekście jeden z głównych intelektualnych luminarzy salonowszczyzny sformułował postulat, który od dłuższego już czasu jest przez obecny reżim konsekwentnie wdrażany. Oto, jak się domyślam, przerażony widokiem dziesiątek tysięcy „faszystów” na ulicach Warszawy profesor zażądał, by „wrogów demokracji” eliminować z życia publicznego, jeśli zajdzie taka konieczność – również metodami pozaprawnymi. Wychodząc od konstytucyjnego sformułowania „demokratyczne państwo prawa” Marcin Król ogłosił prymat demokracji nad prawem – czyli władza publiczna winna przestrzegać prawa tylko o tyle, o ile. Oddajmy zresztą mu głos: Demokracja (…) nie może dopuszczać wrogów demokracji do życia publicznego”; „(…) Więc czasem prawo musi zostać na boku. Trzeba odważyć się podjąć taką decyzję; no i puenta: „Wzywam władze państwa polskiego do zdecydowanej i twardej reakcji, nawet jeżeli nie będzie ona zgodna z prawem. Wzywam jako mieszkaniec demokratycznego kraju” (wszystkie wytłuszczenia i skróty moje - PL).

Któż w tym ujęciu jest wrogiem demokracji? Ano wszyscy nazwani tak przez samozwańcze gremia „autorytetów” i rząd – na identycznej zasadzie jak „wrogami ludu”, bądź „faszystami” zostawali ci, których na danym etapie wskazywała kom-partia. Innymi słowy, prof. Król wzywa do jakiejś formy demokratycznego bezprawia w którym władza może niszczyć arbitralnie wskazanych „wrogów” wszelkimi metodami – niczym bolszewicy odrzucający „burżuazyjne przesądy” i głoszący, iż „moralne jest to, co służy rewolucji”. Warto przy tym zwrócić uwagę na popełniany moim zdaniem z pełną premedytacją błąd myślowy – otóż prof. Król i jemu podobni utożsamiają konkretną post-magdalenkową formę ustrojowo-prawną, jaką przybrała III RP z demokracją jako taką. Ten sprytny zabieg pozwala im wykluczać poza nawias debaty, oraz jak się okazuje – również stawiać poza prawem i skazywać na dowolne szykany i represje – każdego kontestującego obecny porządek. Nie podoba ci się republika okrągłego stołu – jesteś faszystą, proste.

Myślenie tego typu jest zresztą powszechne wśród okrągłostołowych elit, że przywołam chociażby pamiętny tekst Waldemara Kuczyńskiego „Życzę jak najgorzej” napisany po zaprzysiężeniu rządu Jarosława Kaczyńskiego. Dziadek Waldemar pisał: „Życzę porażek na wszystkich frontach, bo każde zwycięstwo tego Układu to porażka Polski i zagrożenie dla wolności. Życzę także porażek gospodarczych, choć za to płacą ludzie. Ale tylko one mogą wstrząsnąć bazą wyborczą tej wstecznej władzy i uniemożliwić dalsze hodowanie Chwasta zwanego IV RP”. Takie podejście wynika z najgłębszego przeświadczenia, że dobro Polski jest tożsame z dobrem formacji określanej przeze mnie mianem obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP. I znowu – sprzeciwiasz się społeczno-politycznemu status quo, znaczy jesteś wrogiem Polski. Jak za komuny – jeśli nie akceptujesz PRL-u i przewodniej roli Partii, jesteś zdrajcą.

II. Wyjęci spod prawa

Powyższy szkic obrazujący sposób myślenia popleczników rządu uzmysławia nam jaka ideologiczna nadbudowa towarzyszy poczynaniom reżimu. Skoro nie ma demokracji dla wrogów demokracji, to władza automatycznie rozgrzeszona jest ze wszelkich posunięć jakie uzna za stosowne przedsięwziąć przeciw „elementom wywrotowym”, czyli w praktyce – przeciw każdemu, kogo uzna za swego przeciwnika, wszystko to zaś pod pełną osłoną i z błogosławieństwem ideologiczno-medialnych środków masowego rażenia. Jeżeli do utrzymania władzy niezbędne jest sfałszowanie wyborów, to wolno je sfałszować. Jeżeli niezbędna jest działalność „seryjnego samobójcy” - niech zabija. Kiedy należy rozpędzić siłą antyrządową manifestację – nie krępujmy się. Jeśli zajdzie konieczność zastosowania policyjno-sądowych szykan wobec niewygodnych elementów - „rozgrzane sądy” również są w pełnej gotowości i na posterunku.

Podam przykład z ostatnich dni. Jak pamiętamy, 20 listopada odbyła się pod PKW manifestacja w proteście przeciw fałszerstwom wyborczym. W jej efekcie doszło do okupacji sali konferencyjnej przez kilkunastu uczestników usuniętych następnie siłą przez policję. Zatrzymano łącznie 12 osób, w tym czworo dziennikarzy – Jana Pawlickiego z TV Republika, Tomasza Gzella z PAP, Hannę Dobrowolską z portalu Solidarni2010.pl oraz Witolda Zielińskiego – realizatora dźwięku i reportera Niepoprawnego Radia PL. O ile dwóch pierwszych dość szybko uniewinniono, o tyle sprawy Hanny Dobrowolskiej i Witolda Zielińskiego toczą się do dziś. Hannie Dobrowolskiej sąd odmówił statusu dziennikarza argumentując, iż... nie pozostaje w stosunku pracy z żadną redakcją, oddalając tym samym jej zażalenie na bezpodstawne zatrzymanie. To, że pani Hanna jest redaktor naczelną portalu dla którego relacjonowała wydarzenia i członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, nie miało dla sądu znaczenia. O dziennikarstwie obywatelskim, polegającym na wolontariacie sąd najwyraźniej nie słyszał. Z kolei Witolda Zielińskiego sąd uznał wprawdzie za pełniącego obowiązki dziennikarza, lecz odrzucił jego zażalenie, gdyż ten „nie podporządkował się” poleceniu policji, by opuścić salę.

Mamy zatem trzy różne orzeczenia, choć okoliczności zatrzymania wszystkich wymienionych osób były identyczne. Dodajmy jeszcze, iż art.7 p.5 Prawa Prasowego głosi, iż „dziennikarzem jest osoba zajmująca się redagowaniem, tworzeniem lub przygotowywaniem materiałów prasowych, pozostająca w stosunku pracy z redakcją albo zajmująca się taką działalnością na rzecz i z upoważnienia redakcji (wytł. moje). Sąd nie dość, że wybiórczo potraktował ustawę, to jeszcze narzucił skrajnie drastyczną interpretację jakiej nie powstydziłby się komunistyczny wymiar sprawiedliwości z czasów, gdy obowiązujące dziś prawo prasowe uchwalano – a było to w 1984 roku (!). Nadmienić należy ponadto, że red. Dobrowolską przetrzymywano godzinami na zmianę w bądź lodowato wyziębionym, bądź rozgrzanym do kilkudziesięciu stopni radiowozie, co omal nie skończyło się dla niej tragicznie i podpada wręcz pod zarzut tortur, Witkowi Zielińskiemu natomiast skasowano w komisariacie na Wilczej kartę pamięci na której utrwalony był zapis z przebiegu wydarzeń w PKW, co kwalifikuje się do zarzutu niszczenia dowodów. Wszystko to razem wzięte oznacza jedno – można dowolnie kneblować media i szykanować dziennikarzy. Zawsze znajdzie się sąd gotowy nadać bezprawnemu procederowi pozór praworządności.

Czyż to nie piękne zadośćuczynienie cytowanemu na wstępie żądaniu prof. Króla, by władze reagowały „twardo i zdecydowanie”, nawet „jeśli nie będzie to zgodne z prawem”? W ten oto sposób powraca tylnymi drzwiami instytucja wyjętych spod prawa.

III. Demokratyczne bezprawie

Oczywiście, opisany tu przypadek nie jest żadnym wyjątkiem. Co roku przekonują się o tym uczestnicy i organizatorzy Marszu Niepodległości – miałem okazję opisywać zarówno na blogu, jak i na tych łamach sprawę Sebastiana Wasiaka, zatrzymanego i aresztowanego na długie miesiące „za niewinność”. Dowiedzieli się o tym również protestujący we Wrocławiu przeciw fetowaniu na tamtejszym uniwersytecie majora KBW Zygmunta Baumana, którym na dodatek sąd zaserwował umoralniającą perorę godną popisów prokuratora Andrieja Wyszyńskiego. Wie o tym doskonale i to od lat Grzegorz Braun sekowany kolejnymi procesami (nota bene – również zatrzymany w PKW, ma proces razem z Hanną Dobrowolską). Długo by wyliczać. Ale cóż – skoro jeden z oberautorytetów spiżowymi słowy stwierdza, że władza nie powinna się z „wrogami demokracji” obcyndalać i czasem prawo musi zostać na boku”, to się nie obcyndala i prawo traktuje wyłącznie w kategoriach utylitarnych – jako narzędzie utrzymywania władzy.

Wróćmy jeszcze na chwilę do Marcina Króla, któremu przed ponad dwoma laty widok Marszu Niepodległości tak potwornie skwasił mózgownicę. Kto wedle niego winien zostać postawiony poza demokratyczną wspólnotą? Cytat: „Poza demokracją stawia się na przykład reanimowany na trzy dni Artur Zawisza, kiedy mówi o kanclerz Niemiec „Führer Merkel” w radiowej Jedynce, ale i dziennikarz, który mu nie zwraca uwagi, że tak nie wolno”. Przepraszam za te ciągłe cytaty, ale nie potrafię sobie odmówić. Zwróćmy uwagę, że wedle prof. Króla nie wolno nawet słownie godzić w sojusze (tu – sojusz polsko-niemiecki), a nawet więcej – winny jest również dziennikarz, który nie zachował rewolucyjnej czujności i nie napiętnował odstępcy. No i już zupełnie na koniec: „Coraz częściej słyszę o Trybunale Stanu dla Kaczyńskiego et consortes. Jednak czy aby na pewno? Czy to dość? . Spokojna głowa, panie profesorze, wszystko jest na właściwej drodze, by, jak to ujął w „Towarzyszu Szmaciaku” Janusz Szpotański: „I tak socjalizm w kraju naszym osiągnął wyższe stadium – faszyzm”.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://podgrzybem.blogspot.com/2009/10/bogowie-demokracji.html

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 3 (73) 26.01-01.02.2015