Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOD. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 sierpnia 2018

Pani Wellman, do kogo ta mowa?

Pani Wellman, ideowi młodzi ludzie są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.

I. W obronie „zdobyczy kapitalizmu”

W obozie „totalnej opozycji” robi się coraz bardziej groteskowo. Sfrustrowani kodomici widząc na swoich wiecach wciąż te same, coraz bardziej zgrane twarze, wzięli się za sztorcowanie młodzieży, że się nie angażuje, nie walczy o demokrację i ma ich awantury głęboko w tyle. Stanowi to zresztą kolejne potwierdzenie mojej tezy, że obecna opozycja przerabia drogę prawicy z czasów, gdy ta zepchnięta była do narożnika – tyle, że tym razem historia powtarza się jako farsa. Pamiętam, że za czasów potęgi PO po „naszej” stronie też pojawiały się lamenty, że nie ma młodych, dominuje powszechna lemingoza - i, generalnie, co z nich wyrośnie, pani kochana... W tym samym czasie salonowszczyzna nasładzała się „młodymi z fejsbuka”, którzy „zabrali babci dowód”, są nowocześni, europejscy i nie działają na nich patriotyczne zrzędzenia „moherów”, które miały „wymrzeć jak dinozaury”. Pamiętamy to, prawda?

No więc, dziś karta się odwróciła i kodziarstwo w wieku okołoemerytalnym zaczyna przelewać frustracje na pokolenie swoich dzieci (a nierzadko już wnuków) wytykając im, mówiąc językiem poprzedniej epoki, społeczną alienację. W ich optyce młodzi ludzie są dłużnikami tych, którzy zafundowali im fantastyczną III RP, Unię Europejską i możliwość podróżowania na Zachód – a teraz nadszedł czas, by ów kredyt wdzięczności spłacić, najlepiej pomagając w obaleniu „Kaczora-dyktatora”. Nie tak dawno działacz KOD, niejaki Theo Nawrocki, popełnił utrzymany w tym duchu wpis na Facebooku, z którego później nabijało się pół internetu, zamieszczając coraz bardziej odjechane parodie. Wedle pana Nawrockiego życie młodzieży w Polsce to istna sielanka - „fura”, „klamoty z butiku”, własna kawalerka, zimowy snowboard w Solden i letni „adventure-camp” w Nowej Zelandii. Mówi to wiele o odrealnieniu autora oraz „bańce” towarzyskiej w jakiej się obraca – niewykluczone, że wśród tego promila polskiej populacji faktycznie podobne ekstrawagancje są dla pokolenia dwudziestoparolatków normą. A ponieważ zawdzięczają to swoim rodzicom (w co akurat nie wątpię) – więc, cytując, mają „powyłączać kompy” i „ruszyć d...y na ulice”. Dlaczego tak? Bo oczywiście złowrogi PiS zaraz im zabierze te wszystkie „zdobycze kapitalizmu”.


II. Politruk od młodzieży

W podobną poetykę weszła niedawno Dorota Wellman – najpierw przemawiając do młodzieży na owsiakowym festiwalu „Pol'and'Rock” w ramach tzw. „Akademii Sztuk Przepięknych”, a następnie powtarzając swój apel drukiem w gazetowyborczym magazynie „Wysokie Obcasy”. Najpierw jednak dygresja naświetlająca szerszy kontekst. Otóż owa „Akademia Sztuk Przepięknych” to takie młodzieżowe kursy z politgramoty, podczas których Owsiak stręczy młodemu pokoleniu w charakterze idoli kolejne skamieliny III RP - i żeby było zabawniej, przekonuje, że klaskanie ludziom z samego jądra establishmentu jest wielce kontestatorskie i buntownicze. W istocie, Owsiak urabia w ten sposób nastoletnią publikę, by zaakceptowała III RP z całym dobrodziejstwem inwentarza - w tym, z patologiczną strukturą opartą na społecznym darwinizmie i kastą „nachapanych” resortowych dzieci na szczycie piramidy dziobania. Służyć temu ma prezentowanie różnych pieszczochów systemu jako fajnych kolesi z którymi „da się pogadać”, co jako żywo przypomina PRL-owskie ustawki spod znaku „towarzysz iksiński spotyka się z młodzieżą”.

To zresztą wpisuje się w działalność Owsiaka od samego początku - już za zdychającej komuny był de facto politrukiem oddelegowanym na młodzieżowy odcinek, ze swym Towarzystwem Przyjaźni Chińskich Ręczników, niby-kontestatorskim festiwalem „Letnia Zadyma w Środku Zimy”, hasełkiem „uwolnić słonia” (gdy ludzie naprawdę ideowi gnili po więzieniach), wreszcie - próbą „oswojenia” Jarocina. A w tle nieodmiennie majaczył cień Waltera Chełstowskiego - zawodowego specjalisty od śpiewu i mas. Późniejsze mutacje - WOŚP, Przystanek Woodstock i wreszcie KOD, którego Chełstowski był jednym z inicjatorów - to wszystko są działania wg tej samej sztancy: pozorowany bunt w interesie uprzywilejowanego establishmentu. Za każdym razem chodziło o to samo – skanalizować pokoleniową kontestację i przekierunkować ją w bezpieczne dla systemu koleiny. Chcecie się buntować? - pyta Owsiak – to się buntujcie, ale przeciw klechom, rodzicom i prawicy. Od III RP i jej „autorytetów” - wara, bo ich nie lubią tylko nienawistni „faszyści”.


III. Do kogo ta mowa?

W takich to okolicznościach przyrody wystąpiła pani Wellman, wzywając – jakże by inaczej – do „buntu” przeciw pisiorom w obronie zagrożonej demokracji. Młodzież zamiast pić piwko nad Wisłą ma się „ruszyć” w obronie wolności, zanim ktoś zabierze im paszporty i internet. W „Wysokich Obcasach” zaprezentowała z kolei wizję braku „cafe latte z sojowym mlekiem” i wyłączonego Netflixa. Zaczęła przy tym wszystkim najgorzej jak się da: szantażem emocjonalnym w stylu „za moich czasów młodzi walczyli z komuną, a wy co?”. Potem było już tylko lepiej: „Teraz mamy młodych ludzi bez właściwości, bezideowych”. I wreszcie: „To jest wasz kraj i wasza ojczyzna. Nie możecie jej mieć w dupie!”.

Pomijając histeryczne diapazony (ona chyba naprawdę wierzy, że PiS wyłączy internet, zabierze paszporty i zamknie kawiarnie), uwagę zwraca podejście pani Wellman (a wcześniej cytowanego Theo Nawrockiego) do młodego pokolenia sprowadzonego do roli bezmyślnych konsumentów – jak się zdaje, jest to w środowisku „kodziarskim” powszechna opinia. Aż chciałoby się zapytać – pani Wellman, do kogo ta mowa? Do hipsterów ze „Zbawixa”? Zaręczam, że młodzi ludzie w Polsce mają zgoła inne problemy, niż dostępność sojowego latte – prekaryzacja rynku pracy skazująca na wieczną niestabilność życiową, brak mieszkania, praca za wynagrodzenie rzędu 1600 „na rękę” (w tych okolicach oscyluje od lat tzw. dominanta, czyli najczęściej wypłacana pensja), perspektywa emigracji zarobkowej i takie tam drobiazgi... Taką Polskę zafundowaliście młodemu pokoleniu, które teraz chcecie pognać na ulice w charakterze janczarów w waszej wojence o zagrożone apanaże.

Swoją drogą, jeszcze kilka lat temu środowisko pani Wellman nie mogło się wprost nachwalić młodocianej palikociarni, która pod wodzą Dominika Tarasa zorganizowała pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu „radosny Hyde Park” z krucyfiksem z puszek po piwie i ukrzyżowanym misiem. Wtedy młodzież była dobra, a teraz jest zła i jej nie zależy? Gdzie się zatem tamci młodzi podziali? Powiem Pani. Otóż oni dorośli, zderzyli się ze „szklanym sufitem”, groszową pracą na „śmieciówkach” i brakiem perspektyw - a następnie wyjechali za granicę. Ci nasto- oraz dwudziestolatkowie, do których przemawiała Pani na owsiakowym spędzie, znają takie historie ze swych rodzin i najbliższego otoczenia. Większość z nich nie pochodzi z „warszawki” lecz z prowincji – widzieli np. swych rodziców, którym godność i pracę odebrała III RP urządzona przez tych wszystkich lansowanych przez Owsiaka jako wzór dla młodzieży nachapanych beneficjentów „transformacji”.

A poza tym - kto tę „bezideową” młodzież wychował? Czy aby nie pokolenie zachwycone hasełkiem „wybierzmy przyszłość” Kwaśniewskiego? Kpiące z „kombatanctwa” działaczy pierwszej „Solidarności”? Wmawiające, że wartości się nie liczą, tylko trzeba ustawić się i zgarniać ile wlezie pod siebie? Zapatrzone w egoistyczny, neoliberalny model gospodarczy a la Balcerowicz?

A teraz pani Wellman jak gdyby nigdy nic nagle wyjeżdża z tym samym solidarnościowym „kombatanctwem”, z którego jej środowisko jeszcze tak niedawno darło łacha. Teraz nagle się okazuje, że ta stara „Solidarność” znów jest trendy - oczywiście w odpowiednio spreparowanej i zinstrumentalizowanej wersji, w której jest miejsce dla „legendarnego” Frasyniuka i innych zadowolonych z siebie architektów Okrągłego Stołu, ale po staremu nie ma miejsca dla tysięcy działaczy „S” wyrzuconych przez tę cudowną III RP na margines. Nie ma miejsca dla robotników zwalnianych z likwidowanych, bądź wykupywanych za bezcen zakładów pracy, którym na odchodne przyklejono, dla większego upodlenia, etykietkę „roszczeniowych warchołów” i „homo sovieticus”. Droga pani Wellman - ta młodzież bawiąca się na Woodstocku, to często dzieci i wnuki tych wykluczonych, tego „zaścianka” i „motłochu”, którym na co dzień tak serdecznie gardzicie. Oni widzieli na własne oczy jak wygląda ta rajska III RP - na prowincji, w umierających od beznadziei miastach gdzie zlikwidowano przemysł, w staczających się w patologię i biedę blokowiskach z których każdy kto mógł wiał gdzie pieprz rośnie – choćby na zmywak w Londynie. Latami albo nie przyjmowaliście do wiadomości ich istnienia, albo kwitowaliście, że sami są sobie winni. A teraz żądacie od ich dzieci solidarności i nawet przypomniało się wam na tę okoliczność słowo „ojczyzna”? A kim wy u diabła jesteście, żeby kogokolwiek pouczać?

Natomiast co do ideowych młodych ludzi – oni są. Noszą koszulki z orłem i Żołnierzami Wyklętymi. Nazywacie ich „faszystami”.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 16 (22.08-11.09.2018)

piątek, 11 sierpnia 2017

Nowa generacja

Najgorsze co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości - a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch społeczny.


I. Przebudzenie

Muszę wyznać, że podczas lektury różnych komentarzy z prawej strony, dotyczących demonstracji przeciw reformie sądownictwa, towarzyszyło mi poczucie rosnącej irytacji. Otóż zarówno „nasze” media, jak i „nasi” politycy zbyt łatwo ustawiali sobie przeciwnika do bicia, zaliczając hurtowo manifestujących do, mówiąc hasłowo, obozu beneficjentów III RP, a tak w ogóle to zwalając wszystko na „astroturfing”. Tym samym - z premedytacją, bądź z intelektualnego lenistwa – przeoczyli istotną jakościową zmianę: mianowicie, po raz pierwszy w przestrzeni publicznej zaistniało w zauważalnej skali nowe, młode pokolenie – generacyjnie należące do rówieśników młodzieży patriotycznej. Śmiem twierdzić, iż od tej pory należałoby wręcz mówić o dwóch równoległych pokoleniach dwudziesto- i trzydziestolatków: z jednej strony mamy widoczną od dawna młodzież w koszulkach z Polską Walczącą i Żołnierzami Wyklętymi, z drugiej natomiast – pokolenie ukształtowane w duchu lewicowo-liberalnym. I to drugie właśnie zaczyna dochodzić do głosu. Nie znaczy to, że wcześniej nie istniało – po prostu nie było tak widoczne, angażując się np. w różne ruchy miejskie czy inicjatywy kulturalne. W ten sposób jednak zbudowało sobie pewne ramy i zyskało doświadczenie (np. w organizacji eventów), które teraz zaowocowało.

Co tych młodych ludzi odróżnia od dotychczasowej „totalnej opozycji”? Właśnie brak owej „totalności” i krytyczny stosunek do elit III RP oraz efektów transformacji ustrojowej. W odróżnieniu od KOD-u czy Schetyny i Petru, oni nie walczą o to, „żeby było tak jak było”. Nie demonstrowali na rzecz partyjnych interesów Platformy i Nowoczesnej o których często mają jak najgorsze zdanie – wyszli na ulicę POMIMO tego, że stali na niej również politycy, czego widomym znakiem jest, że „totalnej opozycji” bynajmniej nie przyrosło w sondażach. Nie działa na nich kombatancko-peerelowska retoryka, nie kupują oskarżeń o „ubeckość”, czy straszenia powrotem PRL-u. To nie ich język, nie ich emocje, nie ich doświadczenie. Patrząc na podtykane im pod nos „legendy Solidarności” pytają: a jak urządziliście tę nową Polskę w której myśmy się urodzili i dorastali? Nie wpisują się w prostą dychotomię PiS - anty-PiS, czasem wręcz podkreślają, że programy w rodzaju „500+” czy „Mieszkanie +” to krok w kierunku bardziej sprawiedliwej Polski. Są natomiast bardzo wyczuleni na wszystko co związane jest z wolnością – i tu tkwiło źródło ich niedawnej mobilizacji. PiS jak zwykle olało komunikację społeczną i stąd owa młodzież doszła do wniosku, że za chwilę obudzi się w kraju upolitycznionego sądownictwa. Przy czym, nie jest również tak, że nie widzą nieprawidłowości w obecnym systemie – po prostu uznali, że recepta PiS-u jest gorsza od choroby.

II. Podmiotowość

Kolejną wyróżniającą ich cechą jest poczucie własnej podmiotowości i odrębności. Ostatnie czego sobie życzą, to zapisanie ich do grupy partyjnych kiboli. Tam, gdzie swe „łańcuchy światła” organizowali samodzielnie (np. w Poznaniu), obowiązywała formuła „no logo” - czyli bez partyjnych szyldów. I takie właśnie – nie tyle „apolityczne”, co „apartyjne” protesty - bardzo nie podobały się liderom opozycyjnego establishmentu. Wystarczy zresztą sięgnąć do internetowej „Kultury Liberalnej”, która w ostatnim czasie stała się swoistą trybuną młodych lewicowych liberałów i poczytać, co oni sami o tym mówią. Na porządku dziennym było użeranie się z usiłującymi zawłaszczać manifestacje politykami partii opozycyjnych - gdy jednoznacznie im komunikowano, że ich miejsce jest co najwyżej na widowni, posuwali się nawet do sabotowania imprez i walki „na megafony”. Z KOD-owcami też mieli pod górkę, bo protesty były rzekomo za mało wyraziste i zbyt „piknikowe”, zaś organizatorzy bardzo dbali o to, by nie pojawiały się hasła typu „precz z PiS-lamem”, czy zawołania o „Kaczorze-dyktatorze”.

Jeszcze jedno - oni nie chcą umierać za gerontów III RP, nie są „wojskiem” Michnika, czy kogokolwiek z tego towarzystwa. Trafia ich szlag na widok Balcerowicza, któremu zawdzięczają brak normalnej pracy, bezpieczeństwa socjalnego i perspektyw. Mają gdzieś Frasyniuka z jego grubymi żartami i pozerstwem. Oni protestują we własnym imieniu i nie życzą sobie instruktaży, tudzież połajanek od weteranów Salonu w rodzaju opisywanego tu niedawno psioczenia Janickiego i Władyki na „symetrystów”. Mało też ich obchodzą protekcjonalne pochwały ze strony luminarzy salonowszczyzny, bo nie są dla nich autorytetami – a to z tego względu, że nie oceniają ich poprzez pryzmat opozycyjnych biografii z lat 70- i 80-tych czy resentymentów z czasów „wojny na górze”, lecz poprzez dokonania w III RP. Nie bronią też stołków i apanaży, bo ich zwyczajnie nie mają - rekrutują się często spośród wielkomiejskiego prekariatu i stąd m.in. ich niechęć do Balcerowicza oraz warstwy „nachapanych” beneficjentów III RP.

Następna sprawa, bardzo istotna, to językowa warstwa przekazu. Na tych demonstracjach, na których mieli coś do powiedzenia, skrupulatnie unikali retoryki pogardy, wykluczenia, nienawiści. Mówił o tym w Warszawie pisarz Jacek Dehnel wzywając, by zaniechać obelżywych sformułowań wobec ludzi korzystających z 500+ czy wyborców PiS. Poza kwestią skuteczności – drastyczny przekaz KOD-u okazał się odrzucający dla normalnych ludzi – oni językiem agresji są zwyczajnie zmęczeni. Doszliśmy do punktu, w którym nawet najcięższe inwektywy spowszedniały, straciły swoją moc i mogą działać jedynie na najbardziej nieprzejednany, żelazny elektorat – i to po obu stronach. Dlatego programowo unikają mściwych wrzasków o „Kaczorze” i „kaczystach”, którzy „pójdą siedzieć” - to nie jest ich, powiedzmy, wrażliwość estetyczna. Oprócz uczulenia na język pogardy, te nienawistne hasła „starych” z KOD-u, czy hunwejbinów od „Obywateli RP” są dla nich zwyczajnie głupie. Im autentycznie nie zależy na eskalowaniu wojny domowej - tym różnią się od „gerontów III RP” broniących za wszelką cenę stanu posiadania. I to również należy odnotować.

Dlaczego piszę o nich w tak łagodnym tonie, mimo że ideowo różni nas niemal wszystko? Bo na to zasługują - w przypadku wściekłych zombies III RP z KOD-u czy „UBywateli RP” nie miałem i nie mam oporów, by po nich „jechać” bez litości, podobnie jak wcześniej po zdziczałym bydle od Palikota. Ci młodzi są jednak inni, co warto zauważyć i wyciągnąć wnioski. Co ciekawe – jakkolwiek egzotycznie by to dla nas nie zabrzmiało – oni zupełnie szczerze uważają się za patriotów. Wzięli się chociażby za odzyskiwanie narodowej symboliki, adaptując ją do własnej wrażliwości i to bynajmniej nie w stylu czekoladowego orła – taką żenadę zostawiają pokoleniu Komorowskiego. Na ich manifestacjach śpiewanie czterech zwrotek hymnu nie jest już obciachem. Uważają, że prawica im te narodowe symbole zabrała, wiec je sobie odbierają.

III. Fatalna reakcja

Na to wszystko, przykro pisać, „nasza strona” zareagowała w najgorszy możliwy sposób – obelgami, sprowadzając protesty do schematu kodowszczyzny i zapluwających się z nienawiści do „Kaczora” starców, tudzież bredząc, jak pewien polityk z PiS, o „ubeckich wdowach”. Otóż nie - to już nie są demonstracje wyłącznie zacietrzewionych dziadów z KOD-u, jak w 2016 i trzeba tę jakościową zmianę naszym politykom uświadomić, również dla ich własnego dobra. Pisałem niedawno w tym miejscu, że politycy mają tendencję do „zamrażania” w swej wyobraźni społeczeństwa w takim stanie, w jakim oddało na nich swe glosy – i dlatego kolejny wynik wyborczy stanowi dla nich tak często nieprzyjemny szok. Im szybciej to zrozumieją, tym lepiej, bo jeśli nie znajdą języka, którym mogliby się z tymi młodymi ludźmi porozumieć, to ktoś ich bunt przejmie i zagospodaruje - a wtedy PiS przerżnie wybory.

„Nasi” politycy wrzucający młodych do jednego wora z KOD, PO i „UBywatelami RP” popełniają kolosalny błąd - i co gorsza, nie ma komu im tego powiedzieć, bo nie widzę po prawej stronie chęci do postawienia uczciwej diagnozy. Język wojennej konfrontacji tak bardzo wszedł w krew dużej części mediów prawicowych, że już nie potrafią inaczej komunikować się ze światem (zresztą - jakim światem? Mówią już od dawna tylko do zamkniętej grupy współwyznawców). Politykom wygodniej jest wszystkich zapisywać do potomków ubecji (co wy wiecie o motywacjach dziewczyny rocznik '92 tyrającej na śmieciówce – to ma być „ubecka wdowa”?), a dziennikarze z mediów uzależnionych od rządowych pieniędzy z nowego rozdania też wolą pisać to, co w ich mniemaniu chcieliby usłyszeć sponsorujący ich z publicznej kasy politycy. W ten sposób nakręca się spirala prawicowego matrixu - a to przepis na katastrofę, wg dokładnie takiego samego schematu, jaki przerobiła opcja beneficjentów III RP.

Najgorsze co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości - a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch społeczny. Powtarzam - sytuacja jest gatunkowo inna niż rok temu i podczas wyborów 2015. Albo to zrozumiecie i odpowiednio zareagujecie, albo przegracie.

Gadający Grzyb

Na podobny temat:

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 32-33 (09-22.08.2017)

piątek, 28 lipca 2017

Pod-Grzybki 107

Histeria! Na okoliczność procedowania ustaw o sądownictwie senator Jan Rulewski przebrał się w więzienny drelich – rozumieją Państwo, że niby teraz PiS będzie wszystkich wsadzał do kazamatów. Moim zdaniem, takie wdzianka powinna włożyć również cała reszta rozwydrzonych ponad wszelką miarę „zdradzieckich mord” i „kanalii” – przynajmniej będą wiedzieli, czy im w nich do twarzy. W każdym razie, na Rulewskim więzienny mundurek leżał jak ulał.


*

Oczywiście nie obyło się bez apeli do „Europy”, czytaj – Berlina, na co tamta strona ochoczo odpowiedziała, wprost podkreślając, że kwestia reformy wymiaru sprawiedliwości nie jest tylko wewnętrzną sprawą Polski – czyli rezerwując sobie prawo do bratniej interwencji w ramach współczesnej „doktryny Breżniewa”. Natomiast w kraju opozycyjno-kodziarska hucpa osiągnęła szczyty żenady, gdy ci sami, co tęsknie wyczekują aż „Ojropa” obali rząd, usiłowali na manifestacjach (z różnym skutkiem) odśpiewać hymn Polski. W takim Krakowie na przykład mimo kilku prób uczestnikom spędu się to nie udało. Ciężkie jest życie Targowicy – nie dość, że trzeba drzeć mordy na zawołanie, to jeszcze każą uczyć się nowych piosenek. A na co takiemu kodziarstwu potrzebny jest „Mazurek Dąbrowskiego”? Przecież nie pójdą z tym do „Mam talent”.


*

Ciąg dalszy hecy na czternaście fajerek. W tym samym mniej więcej czasie jakiś szkopski cajtung przyznał wprawdzie półgębkiem, że w Niemczech funkcjonują podobne procedury powoływania sędziów do tych, które chce wprowadzić PiS, ale zaraz się zastrzegł, że to, co dobre dla Niemców, nie jest wcale odpowiednie dla tych półdzikich Polaków, którzy sobie ubzdurali, że mogą coś tam kombinować na własną rękę. Rzecz jasna, do kompletu uaktywnił się główny euro-kundel, czyli Donald Tusk z tą swoją oślizgłą troską o „wizerunek Polski”, zaś „Olek-alkoholek” Kwaśniewski powiedział, że PiS jest „pijany od władzy”. No cóż, skoro tak mówi fachowiec...


*

Nawiasem, chyba wiem, dlaczego „Al Cohole” popadł w taką nerwową drżączkę. Otóż, kończy się lipiec, a w związku z tym za pasem sierpień – o zgrozo, miesiąc trzeźwości. Panie Olku, pan nie marnuje czasu na wizyty w polsatach – grzej pan ile wlezie, póki pan jeszcze możesz!


*

To wszystko jest takie raczej do śmiechu, ale niepokoi, że prezydent Duda zaczyna trenować jakieś dziwne szpagaty – podpiszę, nie podpiszę... No żesz kurrr... panie kochany – nie miałeś pan jaj, żeby postawić się lobbystom banksterów w sprawie kredytów frankowych, a teraz będziesz pan zgrywał „niezależnego”? A może pan prezydent przestraszył się, że jak podpisze, to nie będzie mógł pokazać się w Krakówku, a już na pewno – na obiedzie u teściów?


*

No i na zakończenie coś bardziej optymistycznego, czyli paniczna biegunka niemieckich mediów: „Europa traci Polskę” („Tagesspiegel”), „Teraz przyjdzie kolej na media” („Sueddeutsche Zeitung”) i najlepsze: „Kierunek polexit” („Der Spiegel”). Jak by to ująć... tak, tak i jeszcze raz TAK!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 30 (26.07-01.08.2017)

poniedziałek, 1 maja 2017

Kryminał tango

Konrad M. - innowator oprymowany przez państwo, które dzięki takim jak on może podbijać swe wskaźniki makroekonomiczne.

Dzisiaj małe kryminał-tango. Jak wiemy, pewną sensację medialną wywołało niedawno doniesienie, iż lider przygrywającej antyrządowym demonstracjom „KOD-Kapeli”, niejaki Konrad M., był szefem gangu handlarzy „żywym towarem”. Sprzedawał mianowicie kobiety do greckich i włoskich domów publicznych. Mechanizm był typowy – atrakcyjna oferta pracy jako hostessy reklamującej w eleganckich lokalach ekskluzywne alkohole, podpisanie „cyrografu”, czyli weksla in blanco na wypadek niepodjęcia na miejscu pracy, transport na koszt ofiary, potem zaś informacja, że „praca” polegać będzie na świadczeniu usług seksualnych. Tylko nielicznym kobietom udało się uciec – większość, bez znajomości języka, dokumentów, szantażowana podpisanymi wekslami, stawała się de facto seksualnymi niewolnicami w greckich i włoskich, z przeproszeniem, burdelach. Proceder trwał bez mała 3 lata (2004-2006), łącznie sprzedano w ten sposób ok. 100 kobiet, a gang za każdy dzień „eksploatacji” każdej z nich otrzymywał 10 euro.

Tyle skrótowego przypomnienia podstawowych faktów. A teraz zastanówmy się nad dwiema rzeczami. Po pierwsze, dlaczego media donoszą o powyższym procederze w tonie oburzenia; po drugie – co skłoniło pana Konrada M., by zaangażować się akurat w działalność Komitetu Obrony Demokracji?

Co do pierwszego - pragnę przypomnieć, że sama krynica wszelakiej mądrości jaką jest Komisja Europejska, zaleciła krajom członkowskim doliczanie do oficjalnych wskaźników PKB dochodów z działalności takiej jak prostytucja (w tym „działalność ochroniarska/sutenerska” - tak jest to ujęte w tabelkach GUS), tudzież przemyt i handel narkotykami. W opinii części ekspertów ma to stanowić wstęp do przyszłej legalizacji. Patrząc od tej strony, można potraktować Konrada M. jako pioniera, który miał po prostu pecha, bo rozpoczął biznesową aktywność, zanim jeszcze KE wpadła na swój znakomity pomysł. A dziś ten innowator jest oprymowany przez państwo, które dzięki takim jak on może podbijać swe wskaźniki makroekonomiczne. To zaś przekłada się m.in. na lepsze postrzeganie przez „rynki” i możliwość tańszego finansowania długu publicznego. Czysta hipokryzja.

Dane GUS za 2013 r. informują, że łącznie działalność nielegalna podniosła nasz wzrost PKB o 0,8 proc. (ponad 13 mld. zł.), z czego na prostytucję przypada 657 mln. zł. (0,04 proc.). Dzięki temu odnotowaliśmy zamiast 1,6 proc. wzrost 1,7 proc. PKB. Szkoda, że GUS nie podaje danych za poszczególne lata poprzednie, można by bowiem dzięki temu oszacować ile z naszego narodowego wzrostu zawdzięczamy panu Konradowi M.

W liczbach bezwzględnych wyglądałoby to w przybliżeniu następująco: ponieważ część kobiet nie rozumiejąc swej roli w narodowej gospodarce egoistycznie uciekła (powiedzmy dla ułatwienia wyliczeń, że było ich 10), to zostaje nam 90 sztuk. Firma pana Konrada funkcjonowała, dajmy na to, 2,5 roku (niestety, nie znamy dokładnych ram czasowych) – czyli ok. 912 dni. Za każdy dzień pracy otrzymywała 10 euro od greckich i włoskich kontrahentów. A więc 90 x 912 x 10 = 820 800 euro. Ponieważ kobiety były dostarczane w przeciągu dłuższego czasu, więc nie wszystkie przepracowały pełen okres, to z ostrożności podzielmy powyższe na pół – wyjdzie nam 410 400 euro. Jakby nie patrzeć, grubo ponad 1,5 mln. zł. Czy stać nas na utratę takiego eksportera?

Idąc konsekwentnie za sugestiami Brukseli należy wskazać, iż tego typu aktywność gospodarcza poprawia nasz bilans handlowy – i to zarówno w dziedzinie sutenerstwa (czerpania zysków z nierządu), jak i przemytu (bo jak rozumiem, do tej kategorii zalicza się również przemyt ludzi). Nie od rzeczy będzie też przypomnieć, iż biznesmeni pokroju pana Konrada M. nawiązują do średniowiecznej jeszcze tradycji, kiedy to słowiańszczyzna była dostawcą niewolników do różnych zakątków ówczesnego świata (w tym południa Europy), a największy regionalny targ niewolników funkcjonował w Pradze.

Jeśli chodzi o drugi aspekt, czyli polityczne zaangażowanie pana Konrada – wszak to właśnie rząd PO po raz pierwszy doliczył do oficjalnego PKB dochody z branży reprezentowanej przez lidera „KOD-Kapeli”, natomiast pani Agnieszka Holland oznajmiła, iż KOD walczy o to, „żeby było tak jak było”. Naturalne więc, że Konrad M. liczył zapewne, iż przyszły rząd sformowany przez obecną opozycję spojrzy na jego biznes łaskawszym okiem – tym bardziej, że według danych Eurostatu Polska znajduje się (procentowo) na piątym miejscu w Europie jeśli chodzi o wydatki na prostytucję – w 2015 r. wyniosły one 7,2 mld. euro (3 proc. wydatków konsumpcyjnych), co oznacza wzrost o 3,2 proc. rok do roku. Przed nami są tylko Francja, Irlandia, Czechy i Luksemburg. W tym sektorze gospodarki należymy więc do ścisłej europejskiej czołówki i cechujemy się sporą dynamiką wzrostu.

Czy w świetle powyższego może więc dziwić, że charakterystyczny dla KOD-u prounijny entuzjazm przyciągnął również pana Konrada? W takiej europejskiej atmosferze mógł się wszak poczuć wyjątkowo swojsko – czyli jak w zamtuzie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/4757-pod-grzybki


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 17-18 (28.04-11.05.2017)


poniedziałek, 13 czerwca 2016

Pod-Grzybki 52

Targowiczątka zapragnęły własnego święta państwowego – konkretnie miałby to być 4 czerwca, czyli rocznica „wolnych, demokratycznych wyborów”, co obwieścił piórem Jarosława Kurskiego „Szechter Cajtung”. Proponuję pójść za ciosem i ogłosić świętem również 18 czerwca – czyli rocznicę II tury wyborów, kiedy to przywódcy „strony społecznej” podali zdychającej komunie tlen; 19 lipca – rocznicę wyboru „człowieka honoru” Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta; oraz rzecz jasna – uczynić 4 czerwca świętem dubeltowym na pamiątkę „nocnej zmiany” i obalenia rządu Jana Olszewskiego. W ten sposób uczczenie „historycznego przełomu” zostanie spięte zgrabną klamrą, ku ukontentowaniu rzesz konfidentów i kolaborantów, tak ochoczo bawiących się dziś w obronę demokracji.

*

Kodowcy pragną również wzniesienia pomnika Władysława „profesora” Bartoszewskiego. Ja do kompletu dołożyłbym jeszcze Monument Ostatniej Laski Geremka.

*

Tymczasem niemiecko-turecki handel żywym towarem wkroczył w fazę wzajemnych pretensji. Oto, jak donosi „Der Spiegel”, chytry Erdogan wysyła do Europy chorych i najgorzej wykształconych „uchodźców”, sobie zostawiając inżynierów, lekarzy i wykwalifikowanych robotników. Innymi słowy, wciska Angeli wybrakowanych niewolników, bezużytecznych dla niemieckiej gospodarki. Hm, skoro już w Niemczech zaczęto kwaterować „uchodźców” w poobozowych budynkach, np. w Buchenwaldzie, to w zasadzie można przystąpić do „Akcji T4”, polegającej, przypomnijmy, na „eliminacji życia niewartego życia”. Niemcy mają w tym wprawę, a Europa po cichu odetchnie z ulgą, odwracając skwapliwie wzrok w innym kierunku – np. koncentrując się na zagrożeniach demokracji w Polsce i męczeństwie pana sędziego Andrzeja Rzeplińskiego.

*

A męczeństwo trwa w najlepsze albo raczej - w najgorsze, nad czym pochyla się „Sueddeutsche Zeitung” cytowany przez niezawodną polskojęzyczną gadzinówkę dla jurgieltników, czyli serwis „Deutsche Welle”. Oto Kaczyński w swej małpiej złośliwości posunął się do obcięcia Trybunałowi Konstytucyjnemu funduszy na rocznicową fetę. Cytuję: „Gdy zatem prezes Trybunału Andrzej Rzepliński zaprosił gości - po wykładzie Leszka Balcerowicza - na małe przyjęcie w siedzibie TK, zamiast łososia i szampana była kawa i trochę ciasteczek (...) - Nie mamy pieniędzy - przepraszał Rzepliński”. Teraz czekamy, aż sędziowie ogłoszą protestacyjną głodówkę o kawie i ciasteczkach. Nawiasem – izraelski uczony z uniwersytetu w Tel Awiwie, Shai Danziger, wykazał, że sędziowie na głodnego ferują surowsze wyroki, nic więc dziwnego, że pan Rzepliński tak się ciska. Apel do PiS – dajcie Rzeplińskiemu żreć, może wreszcie się uspokoi.

*

Saakaszwili, który w epoce Szewardnadzego napatrzył się w Gruzji na działalność Balcerowicza, określił go jako „najemnego wybielacza skorumpowanych reżimów”. No, to tylko czekać nowego „majdanu” pod swojskim hasłem „Balcerowicz musi odejść”. I nawet nie będzie można tego mieć banderowcom za złe.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr nr 22 (01-07.06.2016)

piątek, 3 czerwca 2016

Paraliż postępowy

Hm, skoro „orangutana” jest „siostrą” feministek, to z tego wniosek, że i one są siostrami „orangutany”.

Mówiąc pół-żartem, pół-serio wygląda na to, że zawstydziłem „Wyborczą”. Ledwie co w piątkowej „Warszawskiej Gazecie” ukazał się mój felieton w którym zweryfikowałem liczbę kodowskich demonstrantów z targowickiego marszu 7 maja na niespełna 56 tys., a już w poniedziałek, na stronach portalu „gazeta.pl” ukazał się bogato udokumentowany zdjęciami materiał w którym podano niemal identyczną liczbę – 55 600 uczestników. Proszę to sobie wyobrazić – żeby uniknąć ostatecznej kompromitacji siedzi redakcyjne grono i przez bite osiem godzin „na piechotę” liczy „łebki” na wydrukach 859 kadrów z nagrania wideo. A następnego dnia jeszcze wszystko dodatkowo „weryfikuje”. Istny kabaret. To się dopiero nazywa „stracony weekend”. A wystarczyło się tak propagandowo nie napinać i nie powtarzać w amoku nieprzytomnych danych przedstawionych przez urzędników z warszawskiego magistratu. To przecież, przypomnę, nie kto inny, tylko Wasz redakcyjny kolega Bartosz T. Wieliński przeprowadził demaskatorską (mimowolnie) rozmowę z niemieckim wolontariuszem liczącym uczestników marszy PEGID-y w Dreźnie, z której jasno wynikało, że przyjęte przez podwładnych Hanny Gronkiewicz-Waltz zagęszczenie 3 osób na metrze kwadratowym jest założeniem wziętym z księżyca. Realną wartością jest 0,6 – 0,7 osoby na m2 – i wedle takiego przelicznika należało urealnić brednie magistrackich platformersów. Nie musielibyście ślęczeć przez dwa dni nad tymi nieszczęsnymi zdjęciami, żeby ustalić to, co ja w minutę przeliczyłem na kalkulatorze. A tymczasem, najpierw przez półtora tygodnia nadymaliście się „największą demonstracją po 1989”, by w końcu wycofać się rakiem przy wtórze drwiącego śmiechu. Innymi słowy, za jednym zamachem zafundowaliście sobie dwie kompromitacje. Dobrze chociaż, że czytacie na bieżąco „Warszawską”, może w końcu coś się Wam przejaśni w tych oczadziałych łepetynach.

Ale to nie koniec obciachu. Paraliż postępowy, ten sam za sprawą którego redakcja „GW” przez grubo ponad tydzień widziała poczwórnie marsz Targowiczątek, udzielił się także aktywistkom Kongresu Kobiet. Oto za sprawą Manueli Gretkowskiej biedne baby pozakładały sobie na łby papierowe torby, co już samo w sobie dawało asumpt do koszarowych żartów na temat różnych fizjonomicznych deficytów feministek. Niemniej, do powyższego dołożyły kolejne samozaoranie, jako że owe torby na głowach miały być wyrazem protestu przeciw „wprowadzaniu w Polsce prawa szariatu”. „W szariacie kobiety noszą chusty na głowach, a w Polsce mają zamknięte oczy” - ogłosiła pani Manuela. Inicjatorce happeningu wprawdzie chodziło o prawo do skrobanek, jednak „siostrzycom” zabrakło czujności, albowiem niechcący dokonały poważnego występku przeciw obowiązującej „mądrości etapu” wedle której islam jest „religią pokoju”. Na powyższe zainterweniowały dwie oburzone feministki w liście otwartym opublikowanym przez „Wyborczą”, określając kongresowy wygłup jako gest, który w tej odsłonie wykonany został w sposób rażąco naruszający zasady wielokulturowości i otwartości”. Innymi słowy, „szariat dobry”, bo to element multi-kulti, ale „PiSlam zły”- choć wedle uczestniczek za jego sprawą mamy to samo, co w tymże postępowym szariacie. No proszę, wychodzi na to, że to całe postępactwo jest istnym stąpaniem po polu minowym i trzeba się dobrze nagimnastykować, by pozostawać w zgodzie z aktualnie obowiązującą ortodoksją – w każdym razie przyznam się, że przy takiej dialektyce mój rozum wysiada.

Jakby tego było mało, uczestniczki sabatu postanowiły zaprosić i fetować alimenciarza i pasożyta na utrzymaniu drugiej żony, Mateusza Kijowskiego, zaś wybuczeć Wojciecha Kaczmarczyka, rządowego pełnomocnika ds. równego traktowania, który o ile mi wiadomo takich problemów nie ma. Przy okazji - w ramach Kongresu przewidziany był panel „Alimenty to nie prezenty” - czy pan Mateusz również i tam był gościem honorowym? Równie dobrze hasłem przewodnim mogło być „wykorzystaj i zostaw z dzieckiem”. Chociaż mnie najbardziej podobał się panel „Nasza siostra orangutana, czyli o ochronie różnorodności życia”. Hm, skoro „orangutana” jest ich „siostrą”, to z tego wniosek, że i one są siostrami „orangutany”...

Na zakończenie odnotujmy jeszcze skrzydlatą analizę Agnieszki „żeby było tak, jak było” Holland, która rozgryzła perfidię programu „500+” - ma on mianowicie „zatrzymać kobiety w domu” i „uzależnić od zasiłku”. Oczywiście, ani pani reżyser, ani żadnej innej „siostrze orangutany” nie zaświta w sparaliżowanej postępowo głowie pytanie, jak to się stało, że dla tak wielu rodzin to 500, czy 1000 zł miesięcznie jest tak znaczącym zastrzykiem finansowym. A potem dziwią się jeszcze, że same kobiety w przytłaczającej większości nie chcą traktować tych odrealnionych damulek poważnie.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

„Targowiczątka się napinają”

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 20 (20-26.05.2016)

piątek, 27 maja 2016

Targowiczątka się napinają

Proponuję metodę ustalenia liczby demonstrantów bez konieczności żmudnego ślęczenia przed ekranem i dokonywania matematycznych łamańców.

Jednym z bardziej gorących tematów towarzyszących demonstracji Zjednoczonej Konfederacji Targowickiej w sobotę 7 maja, była jej liczebność. 40 czy 240 tysięcy? Największa manifestacja po 1989 roku, czy taka sobie? Proszę państwa, śpieszę donieść, że właśnie wszystko się wyjaśniło i to za sprawą samej „Gazety Wyborczej”, która w ramach medialnego patronatu gorliwie promowała wersję warszawskiego ratusza o 240 tysiącach. Na Czerskiej ktoś czegoś nie dopatrzył i puszczono wywiad, jaki Bartosz T. Wieliński przeprowadził z Mathiasem Schuhem z grupy wolontariuszy badających regularnie frekwencję na marszach PEGID-y w Dreźnie. Publikując ten materiał „GW” niechcący skutecznie zaorała własną propagandę. Oto rozmówca Wielińskiego powołując się na swoją praktykę twierdzi, że przeciętnie podczas „idącej” manifestacji przypada 0,6-0,7 demonstranta na metr kwadratowy. 2 osoby na metrze kwadratowym oznaczają już tłok i zdarza się to jedynie „gdy demonstracje odbywają się na małych placach”. Więcej niż dwie, spotkać można praktycznie tylko pod sceną na koncertach rockowych. Tymczasem Ewa Gawor, dyrektor Biura Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego ratusza przyjęła właśnie księżycową średnią 3 osób na metr kwadratowy. Proponuję tu mały eksperyment: zbierzcie się Państwo w kilkoro ze znajomymi i ściśnijcie się tak, by na jednym metrze mieściło się po troje z Was. Następnie spróbujcie w ten sposób przejść jakiś krótki dystans. Da się? No właśnie.

Zatem ja wolę wierzyć panu Schuhowi i w związku z tym proponuję metodę ustalenia liczby demonstrantów bez konieczności żmudnego ślęczenia przed ekranem i dokonywania matematycznych łamańców. Przyjmijmy, że na jednym metrze sobotniego marszu było średnio 0,7 osoby. Jest to wartość ponad czterokrotnie mniejsza od tej podanej przez urzędników Hanny Gronkiewicz-Waltz (dokładnie – 4,29). I właśnie przez owo 4,29 należy podzielić tę astronomiczną liczbę 240 tys. Wyjdzie nam niespełna 56 tys. i sądzę, że właśnie ta wartość jest najbardziej prawdopodobna. To jest i tak dużo, jednak pryska najważniejszy mit Targowiczątek, jakoby była to „najliczniejsza demonstracja po 1989 roku”. Tyle mniej więcej, uśredniając różne wyliczenia, meldowało się kilka lat temu na Marszach Niepodległości, przy czym ostatnimi czasy było to już od 70 do 100 tys., zaś najliczniejszą manifestacją w III RP pozostaje nieodmiennie wielki, półmilionowy marsz w obronie TV Trwam „Obudź się Polsko!” z 29 września 2012.

Jak by nie patrzeć, to co dla środowisk patriotycznych w minionych latach było frekwencyjną normą, dla Targowiczątek stanowi apogeum zdolności mobilizacyjnych. Tyle wyszło z medialnej „napinki”. Zmobilizowano praktycznie wszystko co się rusza: struktury partyjne PO i Nowoczesnej, KOD-u, trochę oszalałych „ZBOWiD-owców III RP” rekrutujących się spośród najmocniej sfanatyzowanych czytelników „Wyborczej” i sierot po Palikocie... i wyszło sporo poniżej prawicowej średniej – a warto wziąć pod uwagę, że po 2012 Kluby „Gazety Polskiej” postawiły na oddzielne imprezy organizowane w Krakowie.

A teraz porównajmy sobie powyższe z antyorbanowskimi manifestacjami urządzanymi na Węgrzech. Po kilkadziesiąt tysięcy przeciwników Orbana udawało się niekiedy wyprowadzać na ulice Budapesztu postkomunistyczno-liberalnej opozycji (hojnie zresztą futrowanej przez Sorosa). Biorąc pod uwagę proporcje ludnościowe (Węgry – niespełna 10 mln, Polska – ok. 38 mln), to faktycznie nasze Targowiczątka powinny były stawić się 7 maja w Warszawie w liczbie ponad 200 tys. demonstrantów – i jak widać, bardzo tego chciały, skoro ośmieszyły się tak nieprzytomnymi wyliczeniami. Jednak nawet tak proporcjonalnie duża skala manifestacji nie doprowadziła na Węgrzech do zmiany władzy. Dlaczego? Ano dlatego, że tamtejsza opozycja ma z grubsza rzecz biorąc ten sam problem, co u nas – podziały i niemożność sformułowania jakiegokolwiek pozytywnego programu. Tam również, generalnie rzecz ujmując, straszą „faszyzacją”, odwołują się do „Europy” i pragną „żeby było tak, jak było”. Wszystko oczywiście bez cienia autorefleksji, za to na wysokim poziomie zacietrzewienia. Tymczasem, samym elektoratem sprzeciwu wyborów się nie wygrywa. To jedynie żelazna baza wyborcza, jak te dwadzieścia kilka procent, które PiS zgarniało podczas ośmiu lat rządów PO, dopóki do sprzeciwu nie dołożyło propozycji „dobrej zmiany” wraz ze świeżymi, nie zgranymi twarzami Andrzeja Dudy i Beaty Szydło - o czym warto wspomnieć w okolicach rocznicy I tury wyborów prezydenckich, które wprawiły w taki stupor małżeństwo Wajdów i resztę obozu beneficjentów III RP. Na szczęście dla wszystkich dobrze życzących Polsce, wciąż nie zanosi się na to, by nasze Targowiczątka były w stanie przyjąć powyższe do wiadomości.

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3825-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 19 (13-19.05.2016)

wtorek, 24 maja 2016

Pod-Grzybki 49

Jak wiadomo, narracja kodowców opiera się m.in. na sprzeciwie wobec rzekomych planów PiS wyprowadzenia Polski z UE - i akurat tuż przed największą manifestacją naszych Targowiczątek, ich brukselscy patroni wycięli im brzydki numer proponując przymusową relokację imigrantów z karną opłatą za ich nieprzyjęcie w wysokości 250 tys. euro od łebka – a czemuś takiemu sprzeciwia się w zdrowym odruchu samoobrony nawet większość zagorzałych antykaczystów. No i teraz pytanie, co będzie silniejsze: instynkt samozachowawczy, czy rozbuchane antypisowskie emocje?

*

Jak by powyższego było mało, właśnie niemiecki sąd uniewinnił jednego z arabskich molestantów dokazujących podczas słynnego Sylwestra w Kolonii. W tym miejscu zwracam się do rozhisteryzowanych Targowiczaneczek: jak już przyjmiemy tę naszą pulę jurnych „książąt Orientu”, na których pani Kinga Dunin czeka niczym na ułanów stukających w okienko, i ci zechcą sobie z Wami pohulać, choćby przy okazji kolejnej manifestacji KOD-u, rozglądajcie się za najbliższą grupą ONR-owców. Na pomoc Petru i Kijowskiego na Waszym miejscu raczej bym nie liczył.

*

Chociaż, z drugiej strony, może integracja przebiegnie gładko. Żakowski chciałby bowiem, by KOD „był jak Hamas” - czyli mordował Żydów, ubrał kobiety w burki, pilnował szariatu i tak dalej. W tej sytuacji napływ radykalnych muslimów musi być wyczekiwany przez Kijowskiego z utęsknieniem, jako zastrzyk świeżej krwi.

*

Ach, Żakowskiemu chodziło o to, że Hamas funduje żłobki i przedszkola. Już widzę, jak kodziarze lecą pomagać pogardzanemu polskiemu motłochowi, który „rzucił się na pińcset”. To już prędzej Kijowski zacznie płacić alimenty.

*

My tu gadu-gadu, a tymczasem Londyńczykowie oraz Londyńczykowianeczki dali właśnie kodowcom przykład i wybrali sobie burmistrza w osobie muzułmańskiego ekstremisty Sadiq Khana, labourzysty rodem z Pakistanu. Jego najpoważniejszym kontrkandydatem był Zac Goldsmith – milioner od Torysów. Z tego wynika, że poddani JKM mieli do wyboru radykalnego muslima lub żydowskiego spekulanta. Ech – decyzje, decyzje...

*

W wyborach brał udział także polski książę – deweloper i tancerz baletowy Jan Żyliński, wsławiony wyzwaniem na pojedynek Nigela Farage'a. Hmm, w zasadzie powinien teraz włożyć swoje baletki i poprowadzić londyńską Polonię na krucjatę, by zedrzeć z ratusza zielony sztandar Proroka, a potem odtańczyć na nim co tam akurat się w Londynie tańcuje.

*

Papież Franciszek zainicjował islamizację Watykanu zabierając ze sobą z wyspy Lesbos trzy rodziny muzułmańskich „uchodźców”. Pierwotnie miał zabrać również rodzeństwo syryjskich chrześcijan, ale ponoć coś było nie tak z ich papierami, więc zostali. To ci papież... pasterz... niech to drzwi ścisną...

*

A tak osobiście, z tej całej islamizacji wybieram „Alibabki”. Były równie wrzaskliwe co stado rozjuszonych muezzinów, ale przynajmniej darły się jakoś tak melodyjniej i w jednej tonacji. W sumie, nawet dawało się tego słuchać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 19 (11-19.05.2016)

piątek, 22 kwietnia 2016

Warszawski rokosz

Drodzy KOD-owcy wraz z przyległościami, aby wasza rewolta miała szanse powodzenia, musicie wiedzieć kilka rzeczy.

Ależ ten czas leci... Jeszcze nieco ponad rok temu Bronisław Komorowski szybował w sondażach nie mając z kim przegrać, prawicowi wyborcy przeżywali gorycz bezsilności po skandalicznych wyborach samorządowych, a prof. Andrzej Nowak szarpiąc brodę pisał rozpaczliwy list na konwencję wyborczą Andrzeja Dudy. Słowem – marazm, beznadzieja i przekonanie, że „oni” mogą sobie pozwolić na wszystko, z fałszowaniem wyborów włącznie, narodowi kondycja polskiego państwa wisi kalafiorem, zaś rządzący układ wsparty potęgą niemieckiego hegemona nigdy nie odda dobrowolnie władzy. Ja sam nie widziałem wyjścia innego, niż zorganizowanie antyplatformerskiego Majdanu – zresztą, tego typu głosy podnosiły się także w innych komentarzach po prawej stronie. Biorąc to wszystko pod uwagę, podwójne zwycięstwo, które nastąpiło raptem kilka miesięcy później, zakrawa na mały cud. Toteż nie dziwi, że zwolennicy konserwowania III RP wraz z jej licznymi, systemowymi patologiami, których albo nie chcą dostrzegać, albo wręcz czerpią z nich rozmaite korzyści, od tamtej pory zachowują się jak po ciężkim nokaucie, uparcie nie przyjmując do wiadomości zarówno tego co się stało, jak i przyczyn dla których to się stało. Oczadziali traktują zwycięstwo PiS jako zamach i nieuprawnioną uzurpację, a słynne miny państwa Wajdów uchwycone podczas wieczoru wyborczego 10 maja doskonale obrazują stan umysłów KOD-owskich uczestników weekendowych „spacerów nienawiści”.

Ba, odwrócenie ról jest dokładne aż do szczegółów – teraz to tamci patrzą ponuro na bezlitosne sondaże, wychodzą na ulice w pełnych frustracji demonstracjach, jakże odmiennych od „fajnopolackiej” przechadzki z czekoladowym „możełem”, to u nich można zaobserwować „moherową” średnią wieku, choć tu raczej mamy do czynienia nie tyle ze staruszkami z kółek różańcowych, ile z „resortowymi babciami”. To oni oburzają się, gdy padają pod ich adresem oskarżenia o warcholstwo i podpalanie Polski, choć sami wcześniej nie szczędzili tego typu przenikliwych diagnoz czy to uczestnikom okupacji siedziby Państwowej Komisji Wyborczej, czy nieco późniejszemu marszowi w obronie demokracji i wolności mediów. Są też podobnie podzieleni – z jednej strony KOD, z drugiej „Razem”, nie szczędzące sobie wzajemnie połajanek – zupełnie jak całkiem niedawno narodowcy skandujący „PiS-PO jedno zło” i pisowcy widzący w narodowcach „V kolumnę Putina”.

No i w końcu – teraz to oni mówią o „Majdanie w Warszawie”. Różnica jest taka, że prawica zaczęła przebąkiwać o „wariancie ulicznym” dopiero pod koniec ośmioletnich rządów Platformy, po serii punktowych represji skierowanych przeciw różnym środowiskom, pałowaniu uczestników Marszy Niepodległości, wyrokach za „Donald matole...” i sfałszowanych wyborach samorządowych. Dzisiejsi wyznawcy ancien regime'u wykazują się znacznie mniejszą cierpliwością. Drugą różnicą jest to, że wtedy do ukraińskiej rewolty nawiązywał nie tyle PiS, ile szeregowi wyborcy prawicy i niektórzy komentatorzy, dziś natomiast postulat ten zgłasza lider opozycyjnej partii, Grzegorz Schetyna.

Temat ten jest mi bliski o tyle, że właśnie na początku 2015 roku dość gruntownie go sobie przeanalizowałem i wyszło mi, że taki scenariusz jest w Polsce niesłychanie trudny do zrealizowania. Czegóż bowiem trzeba do wywołania „warszawskiego rokoszu”? Otóż, drodzy KOD-owcy wraz z przyległościami, aby wasza rewolta miała szanse powodzenia, musicie wiedzieć kilka rzeczy. Mianowicie, powinny być spełnione trzy podstawowe warunki: 1) odpowiednio wysoki i masowy poziom społecznej frustracji; 2) ustosunkowany i majętny sponsor zapewniający logistykę, wikt i opierunek, a także gotów w razie konieczności zwyczajnie opłacić demonstrantów; 3) wreszcie - wsparcie zagranicznego protektora zapewniającego międzynarodowy parasol ochronny, tak by „opinia światowa” uznała protest za „słuszny” i swoimi kanałami wymogła na rządzie oddanie władzy.

Z punktem trzecim zapewne nie byłoby problemów – Berlin, Bruksela, a nawet niektóre środowiska w USA, wręcz przebierają nogami by zmontować tu i wszechstronnie poprzeć jakąś „kolorową rewolucję”. Ale co z dwoma pierwszymi warunkami? Czy macie odpowiednio wielu zdeterminowanych ludzi gotowych tygodniami koczować pod namiotami? Przypomnę, że w Kijowie zaczęło się od młodzieży – jak tam u was z młodymi? Ilu z was będzie sobie mogło pozwolić na wielotygodniowy urlop? Prócz tego, macie kasę? Rewolucja jest droga. Jak głosi uporczywa plotka, majdan w Kijowie kosztował 750 tys. hrywien dziennie, co po ówczesnym kursie wynosiło jakieś 270 tys. zł. Po czterech dniach robi się z tego ponad milion, po ośmiu – ponad dwa miliony - i tak dalej. Macie takich sponsorów? Jeśli tak, to po pierwsze - gratuluję, po drugie - rad bym poznać nazwiska...

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/polski-rokosz#.VQdTro6NAmw

http://blog-n-roll.pl/pl/skok-na-biereckiego

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3667-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (25-31.03.2016)

sobota, 9 kwietnia 2016

Pozarządowe agentury wpływu

Organizacje pozarządowe są specjalną, można by rzec, zinstytucjonalizowaną formą agentury wpływu.

Agentura wpływu, jak wiadomo, tym m.in. różni się od agentury „zwyczajnej”, że funkcjonuje jawnie, zaś sferą jej aktywności jest oddziaływanie na procesy decyzyjne w danym kraju – już to przez doradztwo odpowiednio ustawionych ekspertów, już to przez wygłaszanie opinii na forum publicznym, publikacje, media itd. Specyfiką tej „branży” jest również to, że agenta wpływu trudno złapać za rękę. Formalnie bowiem może to być intelektualista, twórca, naukowiec, autorytet w danej dziedzinie, bądź jakakolwiek osoba publiczna, która po prostu dzieli się swymi przemyśleniami i poglądami na szereg spraw. Nie wykrada tajemnic państwowych, często nawet nie pobiera wprost wynagrodzenia, kontentując się ułatwieniami w karierze, możliwością publikacji, grantami, stypendiami od różnych instytucji itd. Przykładowo, kilka lat temu Gazprom powołał wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim specjalny program stypendialny dla doktorantów. Wolno mu? Wolno. I kto po latach udowodni, że taki były stypendysta przekonując w mediach do korzyści płynących z kupowania rosyjskiego gazu, bądź kręcąc się w otoczeniu ministra, pod pozorem „eksperckich” analiz wypełnia w istocie zadania wyznaczone mu przez sponsora?

Specjalną, można by rzec, zinstytucjonalizowaną formą agentury wpływu są organizacje pozarządowe (zwane też z angielska NGO - non-government organization). Po czym odróżnić organizację agenturalną od nieszkodliwej? M.in. po tym, że jej prawdziwe cele są odmienne od deklarowanych. „Statutowo” taka organizacja może zajmować się wymianą kulturalną, fundowaniem stypendiów dla młodych twórców, ochroną środowiska, „krzewieniem społeczeństwa obywatelskiego”, obroną praw człowieka – i faktycznie, na co dzień tym rzeczywiście się para, choćby po to, by się uwiarygodnić. Prawdziwe oblicze odkrywa z reguły w momencie jakiegoś kryzysu, przesilenia, gdy zagrożone są interesy jej mocodawców. A że w międzyczasie przywiązała do siebie tabun artystów, naukowców itd., dokładając do tego codzienny wysiłek propagandowy i urabiając różnymi kanałami w pożądanym duchu opinię publiczną – to i jej siła oddziaływania może być potężna.

Z taką sytuacją mamy do czynienia obecnie w Polsce. Proszę zwrócić uwagę na nagłą aktywizację tych wszystkich Fundacji Helsińskich, Amnesty International, Fundacji Batorego, Panoptykonów – wszyscy jak jeden stają nagle „w obronie demokracji” wspierając stricte polityczną akcję KOD-u i współmaszerujących partii opozycyjnych – PO i Nowoczesnej. Łączy ich jeden, podstawowy cel – obalić rząd PiS i przywrócić dotychczasowe statu quo, w którym to dziele wspiera je jednomyślnie niemiecki mainstream medialny. Rzeczone NGO'sy łączą także zagraniczne źródła finansowania. Za rządów PO-PSL siedziały cichutko, za nic mając chociażby próby policyjnego rozpędzania Marszy Niepodległości, aresztowania pod dętymi zarzutami ich uczestników, akcje policyjne wymierzone w środowiska kibicowskie, czy grzywny za „obrażanie konstytucyjnego organu państwa” hasłem „Donald matole, twój rząd obalą kibole”. Nie, wtedy ich główną troską była walka z „nietolerancją”, „homofobią”, tudzież innymi tego typu wynalazkami.

A teraz weźmy sam KOD. Ze sprawozdania finansowego na dzień 31.01.2016 wynika, iż z internetowego crowdfundingu organizacja zebrała 172 894,00 zł, z bezpośrednich wpłat na konto - 52 382,93 zł, ze zbiórek publicznych - 116 169,61 zł. Łącznie – 341 446,54 zł. Wszystko to w ciągu niecałych dwóch miesięcy – przypomnę, że „komitet społeczny” KOD-u powstał 07 grudnia 2015 r. Obecnie tylko na internetowej „zrzutce” widnieje kwota ponad 202 tys. zł. Ale to jeszcze nic – podczas marszu w obronie Wałęsy do „puszek” miano zebrać (podkreślę – jednorazowo!)... 165 tys. zł. I to wszystko przy frekwencji ok. 15 tys. osób (opowieści ratusza o 80 tys. można włożyć między bajki). Do czego zmierzam? Ano, do tego, że takie „puszki” są znakomitą metodą „legalizowania” funduszy płynących skądinąd. Wnioski wyciągnijcie sobie Państwo sami.

Bóg mi świadkiem, że nie należę do wielbicieli Putina, ale warto tu przypomnieć jego pacyfikację sponsorowanych z zagranicy różnych organizacji „obywatelskich” funkcjonujących w Rosji. Uznano je po prostu ustawowo za obcą agenturę, robiącą „podgatowkę” pod „kolorową rewolucję”. Oberwało się utrzymankom Sorosa, lecz także np. niemieckim fundacjom Adenauera i Friedricha Eberta afiliowanym przy CDU i SPD. Z naszego punktu widzenia źle się stało, bo lepiej, gdyby te agentury rozkładały wciąż Rosję od wewnątrz, lecz z perspektywy Rosji i samego Putina, był to ruch jak najbardziej zasadny. No i teraz pytanie – czy będziemy mieli dość determinacji, by zabrać się za działające u nas jaczejki, zanim urządzą nam tutaj finansowany przez nie-wiadomo-kogo „majdan”?

*

A poza tym:

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/346/organizacje-pozarzadowe-jako-agentura-wplywu

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3591-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 11 (18-24.03.2016)