Najgorsze
co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości
- a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch
społeczny.
I. Przebudzenie
Muszę
wyznać, że podczas lektury różnych komentarzy z prawej strony,
dotyczących demonstracji przeciw reformie sądownictwa, towarzyszyło
mi poczucie rosnącej irytacji. Otóż zarówno „nasze”
media, jak i „nasi” politycy zbyt łatwo ustawiali sobie
przeciwnika do bicia, zaliczając hurtowo manifestujących do, mówiąc
hasłowo, obozu beneficjentów III RP, a tak w ogóle to zwalając
wszystko na „astroturfing”. Tym samym - z premedytacją,
bądź z intelektualnego lenistwa – przeoczyli istotną jakościową
zmianę: mianowicie,
po raz pierwszy w przestrzeni publicznej zaistniało w zauważalnej
skali nowe, młode pokolenie
– generacyjnie należące do rówieśników młodzieży patriotycznej.
Śmiem
twierdzić, iż od tej pory należałoby wręcz mówić o dwóch równoległych
pokoleniach dwudziesto- i trzydziestolatków:
z jednej strony mamy widoczną od dawna młodzież w koszulkach z Polską
Walczącą i Żołnierzami Wyklętymi, z drugiej natomiast –
pokolenie ukształtowane w duchu lewicowo-liberalnym. I to drugie
właśnie zaczyna dochodzić do głosu. Nie znaczy to, że wcześniej nie
istniało – po prostu nie było tak widoczne, angażując się np. w
różne ruchy miejskie czy inicjatywy kulturalne. W ten sposób jednak
zbudowało sobie pewne ramy i zyskało doświadczenie (np. w organizacji
eventów),
które teraz zaowocowało.
Co
tych młodych ludzi odróżnia od dotychczasowej „totalnej
opozycji”? Właśnie brak owej „totalności” i
krytyczny stosunek do elit III RP oraz efektów transformacji
ustrojowej.
W odróżnieniu od KOD-u czy Schetyny i Petru, oni nie walczą o to,
„żeby było tak jak było”. Nie demonstrowali na rzecz
partyjnych interesów Platformy i Nowoczesnej o których często mają
jak najgorsze zdanie – wyszli na ulicę POMIMO tego, że stali na
niej również politycy, czego widomym znakiem jest, że „totalnej
opozycji” bynajmniej nie przyrosło w sondażach. Nie działa na
nich kombatancko-peerelowska retoryka, nie kupują oskarżeń o
„ubeckość”, czy straszenia powrotem PRL-u. To nie ich
język, nie ich emocje, nie ich doświadczenie. Patrząc na podtykane im
pod nos „legendy Solidarności” pytają: a jak
urządziliście tę nową Polskę w której myśmy się urodzili i dorastali?
Nie wpisują się w prostą dychotomię PiS - anty-PiS, czasem wręcz
podkreślają, że programy w rodzaju „500+” czy „Mieszkanie
+” to krok w kierunku bardziej sprawiedliwej Polski. Są
natomiast bardzo wyczuleni na wszystko co związane jest z wolnością –
i tu tkwiło źródło ich niedawnej mobilizacji. PiS jak zwykle olało
komunikację społeczną i stąd owa młodzież doszła do wniosku, że za
chwilę obudzi się w kraju upolitycznionego sądownictwa.
Przy czym, nie jest również tak, że nie widzą nieprawidłowości w
obecnym systemie – po prostu uznali, że recepta PiS-u jest
gorsza od choroby.
II. Podmiotowość
Kolejną
wyróżniającą ich cechą jest poczucie własnej podmiotowości i
odrębności.
Ostatnie czego sobie życzą, to zapisanie ich do grupy partyjnych
kiboli. Tam, gdzie swe „łańcuchy światła” organizowali
samodzielnie (np. w Poznaniu), obowiązywała formuła „no logo”
- czyli bez partyjnych szyldów. I takie właśnie – nie tyle
„apolityczne”, co „apartyjne” protesty -
bardzo nie podobały się liderom opozycyjnego establishmentu.
Wystarczy zresztą sięgnąć do internetowej „Kultury
Liberalnej”,
która w ostatnim czasie stała się swoistą trybuną młodych lewicowych
liberałów i poczytać, co oni sami o tym mówią. Na
porządku dziennym było użeranie się z usiłującymi zawłaszczać
manifestacje politykami partii opozycyjnych
- gdy jednoznacznie im komunikowano, że ich miejsce jest co najwyżej
na widowni, posuwali się nawet do sabotowania imprez i walki „na
megafony”. Z KOD-owcami też mieli pod górkę, bo protesty były
rzekomo za mało wyraziste i zbyt „piknikowe”, zaś
organizatorzy bardzo dbali o to, by nie pojawiały się hasła typu
„precz z PiS-lamem”, czy zawołania o
„Kaczorze-dyktatorze”.
Jeszcze
jedno - oni nie chcą umierać za gerontów III RP, nie są „wojskiem”
Michnika, czy kogokolwiek z tego towarzystwa.
Trafia ich szlag na widok Balcerowicza, któremu zawdzięczają brak
normalnej pracy, bezpieczeństwa socjalnego i perspektyw. Mają gdzieś
Frasyniuka z jego grubymi żartami i pozerstwem. Oni protestują we
własnym imieniu i nie życzą sobie instruktaży, tudzież połajanek od
weteranów Salonu w rodzaju opisywanego
tu niedawno psioczenia Janickiego i Władyki na „symetrystów”.
Mało też ich obchodzą protekcjonalne pochwały ze strony luminarzy
salonowszczyzny, bo nie są dla nich autorytetami – a to z tego
względu, że nie oceniają ich poprzez pryzmat opozycyjnych biografii z
lat 70- i 80-tych czy resentymentów z czasów „wojny na górze”,
lecz poprzez dokonania w III RP. Nie bronią też stołków i apanaży, bo
ich zwyczajnie nie mają - rekrutują się często spośród
wielkomiejskiego prekariatu i stąd m.in. ich niechęć do Balcerowicza
oraz warstwy „nachapanych” beneficjentów III RP.
Następna
sprawa, bardzo istotna, to językowa warstwa przekazu.
Na tych demonstracjach, na których mieli coś do powiedzenia,
skrupulatnie unikali retoryki pogardy, wykluczenia, nienawiści. Mówił
o tym w Warszawie pisarz Jacek Dehnel wzywając, by zaniechać
obelżywych sformułowań wobec ludzi korzystających z 500+ czy wyborców
PiS. Poza kwestią skuteczności – drastyczny przekaz KOD-u
okazał się odrzucający dla normalnych ludzi – oni językiem
agresji są zwyczajnie zmęczeni. Doszliśmy do punktu, w którym nawet
najcięższe inwektywy spowszedniały, straciły swoją moc i mogą działać
jedynie na najbardziej nieprzejednany, żelazny elektorat – i to
po obu stronach. Dlatego programowo unikają mściwych wrzasków o
„Kaczorze” i „kaczystach”, którzy „pójdą
siedzieć” - to nie jest ich, powiedzmy, wrażliwość estetyczna.
Oprócz uczulenia na język pogardy, te nienawistne hasła „starych”
z KOD-u, czy hunwejbinów od „Obywateli RP” są dla nich
zwyczajnie głupie. Im
autentycznie nie zależy na eskalowaniu wojny domowej - tym różnią się
od „gerontów III RP” broniących za wszelką cenę stanu
posiadania. I to również należy odnotować.
Dlaczego
piszę o nich w tak łagodnym tonie, mimo że ideowo różni nas niemal
wszystko? Bo na to zasługują - w przypadku wściekłych zombies III RP
z KOD-u czy „UBywateli RP” nie miałem i nie mam oporów,
by po nich „jechać” bez litości, podobnie jak wcześniej
po zdziczałym bydle od Palikota. Ci młodzi są jednak inni, co warto
zauważyć i wyciągnąć wnioski. Co
ciekawe – jakkolwiek egzotycznie by to dla nas nie zabrzmiało –
oni zupełnie szczerze uważają się za patriotów.
Wzięli się chociażby za odzyskiwanie narodowej symboliki, adaptując
ją do własnej wrażliwości i to bynajmniej nie w stylu czekoladowego
orła – taką żenadę zostawiają pokoleniu Komorowskiego. Na ich
manifestacjach śpiewanie czterech zwrotek hymnu nie jest już
obciachem. Uważają, że prawica im te narodowe symbole zabrała, wiec
je sobie odbierają.
III. Fatalna
reakcja
Na
to wszystko, przykro pisać, „nasza strona” zareagowała w
najgorszy możliwy sposób – obelgami, sprowadzając protesty do
schematu kodowszczyzny i zapluwających się z nienawiści do „Kaczora”
starców, tudzież bredząc, jak pewien polityk z PiS, o „ubeckich
wdowach”. Otóż
nie - to już nie są demonstracje wyłącznie zacietrzewionych dziadów z
KOD-u, jak w 2016 i trzeba tę jakościową zmianę naszym politykom
uświadomić, również dla ich własnego dobra.
Pisałem niedawno w tym miejscu, że politycy mają tendencję do
„zamrażania” w swej wyobraźni społeczeństwa w takim
stanie, w jakim oddało na nich swe glosy – i dlatego kolejny
wynik wyborczy stanowi dla nich tak często nieprzyjemny szok. Im
szybciej to zrozumieją, tym lepiej, bo jeśli nie znajdą języka,
którym mogliby się z tymi młodymi ludźmi porozumieć, to ktoś ich bunt
przejmie i zagospodaruje - a wtedy PiS przerżnie wybory.
„Nasi”
politycy wrzucający młodych do jednego wora z KOD, PO i „UBywatelami
RP” popełniają kolosalny błąd - i co gorsza, nie ma komu im
tego powiedzieć, bo nie widzę po prawej stronie chęci do postawienia
uczciwej diagnozy. Język wojennej konfrontacji tak bardzo wszedł w
krew dużej części mediów prawicowych, że już nie potrafią inaczej
komunikować się ze światem (zresztą - jakim światem? Mówią już od
dawna tylko do zamkniętej grupy współwyznawców). Politykom wygodniej
jest wszystkich zapisywać do potomków ubecji (co wy wiecie o
motywacjach dziewczyny rocznik '92 tyrającej na śmieciówce – to
ma być „ubecka wdowa”?), a dziennikarze z mediów
uzależnionych od rządowych pieniędzy z nowego rozdania też wolą pisać
to, co w ich mniemaniu chcieliby usłyszeć sponsorujący ich z
publicznej kasy politycy. W
ten sposób nakręca się spirala prawicowego matrixu - a to przepis na
katastrofę, wg dokładnie takiego samego schematu, jaki przerobiła
opcja beneficjentów III RP.
Najgorsze
co można zrobić, to zapiec się w dogmatycznym oglądzie rzeczywistości
- a raczej własnych wyobrażeniach o niej - i zatracić słuch
społeczny. Powtarzam - sytuacja jest gatunkowo inna niż rok temu i
podczas wyborów 2015. Albo to zrozumiecie i odpowiednio zareagujecie,
albo przegracie.
Gadający
Grzyb
Na
podobny temat: