Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrola praworządności. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kontrola praworządności. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 kwietnia 2020

TSUE na bambus!

Toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych.

I. Legalizacja sędziowskiej anarchii

Okazało się, że koronawirus nie zatrzymał luksemburskich młynów sprawiedliwości. Oto Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) wydał „postanowienie o zabezpieczeniu” w sprawie wytoczonej Polsce przez Komisję Europejską odnośnie reformy wymiaru sprawiedliwości (sprawa C-791/19). Chodzi konkretnie o model odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, w tym przede wszystkim funkcjonowanie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Zgodnie z orzeczonymi 8 kwietnia „środkami tymczasowymi” Polska powinna zawiesić działalność Izby Dyscyplinarnej i powstrzymać się od kierowania spraw dyscyplinarnych do rozpoznania przez składy orzekające, które „nie spełniają wymogów niezależności”. Ponadto polski rząd ma w ciągu miesiąca powiadomić TSUE o podjętych działaniach mających na celu urzeczywistnienie wymaganych środków tymczasowych. Obowiązywać mają one do czasu wydania przez TSUE ostatecznego wyroku, który spodziewany jest w drugiej połowie 2020 r. W praktyce oznacza to kilkumiesięczny paraliż sądownictwa dyscyplinarnego.

Kolejną konsekwencją będzie pogłębienie chaosu wokół wyboru nowego I prezesa SN (kadencja Małgorzaty Gersdorf upływa 30 kwietnia), tym bardziej, że ze względów epidemiologicznych Sąd Najwyższy jest obecnie „wyłączony”. Na powyższe nakłada się jeszcze kuriozalna uchwała „lojalnych” wobec Gersdorf izb SN z 23 stycznia 2020 r. wyłączająca od orzekania w Sądzie Najwyższym wszystkich sędziów wyłonionych przez nową KRS (a więc również sędziów Izby Dyscyplinarnej) oraz unieważniająca wszystkie przeszłe i przyszłe orzeczenia Izby Dyscyplinarnej. Postanowienie TSUE zatem poniekąd „legalizuje” na poziomie europejskim sędziowską anarchię i antypaństwowy rokosz „nadzwyczajnej kasty”, co stanowi twórcze rozwinięcie myśli objawionej przez prezesa Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato podczas „marszu tysiąca tóg”: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”. To nic innego, jak próba uprawomocnienia post factum, za pomocą pseudoprawnego bełkotu i mętnych frazesów, sędziowskiego puczu i alternatywnej wobec pozostałych władz „sądokracji” pod dożywotnim przewodnictwem Małgorzaty Gersdorf.


II. Brukselscy uzurpatorzy

Jak na takie dictum ma zareagować strona polska? Jedynym rozwiązaniem jest ogłoszenie wszem i wobec, że Polska nie uznaje uprawnień TSUE w zakresie orzekania o kwestiach ustrojowych państw członkowskich – co, nawiasem mówiąc, powinniśmy byli zrobić już na samym starcie tej farsy i odmówić udziału w postępowaniu przed luksemburskim trybunałem. Należy podkreślić z całą mocą – organizacja wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą państwa, sprawą ustrojową, podobnie jak analogiczne zagadnienia dotyczące funkcjonowania władzy ustawodawczej czy wykonawczej. Natomiast organy Unii Europejskiej - niezależnie od tego czy to jest Komisja Europejska, czy TSUE – usiłując mieszać się w nasze wewnętrzne sprawy uzurpują sobie nienależne im, kompletnie pozatraktatowe kompetencje. W istocie bowiem toczy się tu rozgrywka nie o konkretny sposób wyłaniania sędziów czy obsadę Sądu Najwyższego, lecz o państwową suwerenność, którą brukselska biurokracja usiłuje ograniczać metodą faktów dokonanych, zawłaszczając prawem kaduka kolejne obszary władzy. Podobnie rzecz ma się z TSUE – gdyby unijny trybunał faktycznie stał na gruncie traktatów, powinien z miejsca oddalić skargę Komisji Europejskiej, stwierdzając swą niewłaściwość do rozstrzygania tego typu spraw. Jednak, podobnie jak KE, również TSUE dostrzegł w sporze o „polską praworządność” znakomitą okazję do uzurpatorskiego poszerzenia zakresu swojego orzecznictwa. „Mułłowie w togach” są wszędzie tacy sami – czy to w Warszawie, czy w Luksemburgu.

Nie da się ukryć, że polski rząd popełnił na samym starcie błąd w ogóle godząc się na uczestnictwo w tej hucpie. Należało już na wstępie jasno zanegować uroszczenia brukselskich mandarynów, zamiast naiwnie wchodzić w tę grę, licząc, że uda się coś wynegocjować, wyjaśnić... Po pierwsze – po tamtej stronie nikt nie zamierzał nas słuchać, postępowanie Brukseli od początku nacechowane było skrajnie złą wolą polityczną i zmierzało do destabilizacji wewnętrznej sytuacji w Polsce, docelowo zaś obalenia obecnego, niewygodnego rządu. Po drugie – podejmując brukselską grę znaczonymi kartami, składając wyjaśnienia, nieledwie tłumacząc się niczym przed zwierzchnikami, sprawiliśmy wrażenie, że milcząco akceptujemy kompetencyjne uzurpacje unijnej biurokracji, co w przyszłości z całą pewnością odbije się jeszcze nie raz czkawką. Po trzecie wreszcie – otworzyliśmy w ten sposób drzwi do dalszych tego typu bezprawnych ingerencji. Idę o zakład, że KE i TSUE nie przepuszczą chociażby takiej okazji, jak kontrowersje wokół zbliżających się wyborów prezydenckich – tym bardziej, że mają na swe usługi tutejszą „totalną targowicę”, która z pewnością narobi w Europie rabanu. I co, nasi przedstawiciele znów będą się tłumaczyć na forum Parlamentu Europejskiego przed różnymi Verhofstadtami, a ministrowie jeździć z wyjaśnieniami do eurokomisarz Jourovej?

A pierwsze sygnały już się pojawiły – Vera Jourova zdążyła wyrazić „zaniepokojenie” wyborami w Polsce. Tylko patrzeć, jak na jej wniosek Komisja Europejska zechce wdrożyć napisaną ad hoc procedurę „kontroli demokratycznych standardów” i skieruje sprawę do TSUE. A że bezprawnie? A kogo to, skoro w ten sposób unijni mandaryni zyskają możliwość kontroli procedur wyborczych w krajach członkowskich, a Trybunał w Luksemburgu ochoczo to „klepnie” ustawiając się w roli samozwańczego „rewizora” od którego będzie zależała ostateczna prawomocność wyborów? To zbyt łakomy kąsek, by z niego rezygnować. Zresztą spójrzmy – w sprawie Izby Dyscyplinarnej TSUE wyraził obiekcje co do „niezawisłości” sędziów, bo zostali oni nominowani przez KRS, która z kolei została wybrana przez Sejm. Jeżeli, przy naszej bierności, bądź wręcz milczącej zgodzie, Komisja Europejska i TSUE roztrząsają takie szczegóły ustawiając nas w charakterze tłumaczących się petentów, to co stoi na przeszkodzie, by podobnie drobiazgowo nie wzięły się za analizowanie wyborów, uznaniowo „zatwierdzając” je, albo „unieważniając”?


III. Bojkot TSUE!

To wszystko, powtarzam, jest pokłosiem „grzechu pierworodnego”, jakim była nasza zgoda na narzucenie nam groteskowej brukselskiej „procedury”. Na szczęście, nie jest jeszcze za późno, by z tego się wymiksować, trzeba tylko minimum asertywności i woli politycznej. Trzeba, krótko mówiąc, wysłać ten cały operetkowy trybunalik z jego uroszczeniami na bambus. Należy, jak nadmieniłem wcześniej, jasno i dobitnie, w sposób nie pozostawiający miejsca na jakiekolwiek niedomówienia i wątpliwości stwierdzić, iż TSUE nie ma żadnych uprawnień do orzekania w sprawach organizacji polskiego wymiaru sprawiedliwości (ani żadnych innych kwestiach ustrojowych), zaś prawem nadrzędnym w Polsce jest Konstytucja, a nie widzimisię unijnych czynowników, tudzież samozwańczych „ajatollahów prawa” z Luksemburga. Co za tym idzie, strona Polska nie uznaje orzeczonego „środka zabezpieczającego” - ani tym bardziej przyszłego „ostatecznego wyroku” TSUE. Izba Dyscyplinarna ma procedować normalnie, a TSUE należy od tej pory konsekwentnie bojkotować, ogłaszając ponadto, iż Polska nie przyjmuje do wiadomości żadnych ewentualnych „kar” za niezastosowanie się do samowolnych i bezprawnych „orzeczeń”. W ostateczności, jak już tu niegdyś sugerowałem, należy zagrozić Brukseli wstrzymaniem naszej składki członkowskiej. Idę o zakład, że spanikowani kryzysem wokół koronawirusa unijni dygnitarze nie będą chcieli sobie dokładać kolejnego bólu głowy – trochę powrzeszczą i przestaną. Jeżeli zaś ulegniemy, jedynie zachęcimy ich do eskalacji kolejnych żądań, grzęznąc w tym biurokratyczno-sądowym bagnie na dobre i oddając po kawałku kolejne obszary naszej suwerenności. To jest ostatni dzwonek – my albo oni, tertium non datur.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Z Brukselą trzeba twardo

Sędziowska anarchia


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 16 (17-23.04.2020)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Z Brukselą trzeba twardo

Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie.

I. Zasada domniemania kompetencji

Przed Polską dwie powiązane ze sobą unijne batalie – spór o praworządność, przeniesiony obecnie na forum Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu oraz walka o możliwie korzystny dla nas europejski budżet na lata 2021-2027. W momencie gdy piszę te słowa, w Brukseli trwa szczyt Rady Europejskiej podczas którego szefowie państw członkowskich wśród uśmiechów i spijanych w międzyczasie tłustych rosołów wyrywają sobie nawzajem z gardeł różne ochłapy. Z kolei na 9 marca przewidziane jest wysłuchanie strony polskiej przed TSUE w sprawie wniosku Komisji Europejskiej o zawieszenie Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. I może zacznę od tego drugiego wątku.

Otóż źle się stało, że polski rząd w ogóle wszedł w tę potencjalnie bardzo niebezpieczną dla nas rozgrywkę Komisji Europejskiej – i to na jej warunkach. Przypomnijmy, iż KE wnioskuje o tymczasowe zawieszenie Izby Dyscyplinarnej – do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia sprawy przez TSUE. Trzeba tu z całą mocą podkreślić – ani Komisja, ani jakikolwiek inny organ wspólnotowy, włącznie z TSUE, nie ma żadnych traktatowych umocowań do mieszania się w systemy sądownicze krajów członkowskich. Kształtowanie wymiaru sprawiedliwości jest wyłączną prerogatywą poszczególnych państw – jest to bowiem kwestia o charakterze ustrojowym, regulowana Konstytucją i ustawami. Generalnie, w Unii obowiązuje zasada, że organy wspólnotowe mają tyle kompetencji, ile państwa członkowskie zgodziły się delegować w traktatach – i nic ponadto. A rebours – jeżeli coś nie zostało wyraźnie ujęte w traktatach jako zakres działalności organów unijnych, to oznacza, że leży to w gestii państw członkowskich – jest to tzw. „zasada domniemania kompetencji”. A o sposobach urządzenia sądownictwa w Traktacie Lizbońskim nie ma ani słowa. „Praworządność” i „unijne standardy” dotyczyć mogą co najwyżej elementarnych praw obywatelskich – np. czy dane państwo gwarantuje swoim obywatelom rzetelny i bezstronny proces, a nie tego w jaki sposób i przez jakie ciała bądź organy powoływani są sędziowie, nie mówiąc już o tym, z ilu i jakich izb składać się winien Sąd Najwyższy czy też jak powinna wyglądać odpowiedzialność dyscyplinarna sędziów.

Jak wiemy, poszczególne państwa regulują te sprawy w najrozmaitszy sposób. W Niemczech sędziów sądów powszechnych powołują landowi ministrowie sprawiedliwości przy udziale przedstawicieli lokalnych parlamentów i samorządu sędziowskiego. Z kolei do sądów federalnych wybiera sędziów specjalna 32-osobowa komisja obradująca pod przewodnictwem właściwego ze względu na specyfikę danego sądu ministra. W skład komisji wchodzi 16 ministrów landowych oraz 16 przedstawicieli Bundestagu z zachowaniem parytetu poszczególnych ugrupowań politycznych. Głosowanie nad kandydaturami jest tajne. Super „przejrzysty” i „apolityczny” układ, nieprawdaż? We Francji obowiązuje system zbliżony do naszego sprzed ostatnich reform, podobnie w Hiszpanii. Ale już w Czechach sędziów mianuje prezydent na wniosek ministra sprawiedliwości. Żeby nie przedłużać – generalnie, są kraje w których funkcjonują gremia zbliżone do naszej KRS (z różnymi proporcjami między przedstawicielami sądów i parlamentów), są takie, które obywają się bez nich, a w jeszcze innych (np. w Austrii) kandydatów przedstawia ministrowi sprawiedliwości prezydium sądu w którym są wakaty. Rzecz zatem nie w technicznym sposobie wybierania sędziów, a w tym, by już powołani sędziowie mieli gwarancję niezawisłości i niezależności w orzekaniu – tak, by na orzecznictwo nie mogła wpływać np. władza wykonawcza lub by sędzia nie był szykanowany za „nieprawomyślny” wyrok.


II. Brukselskie bezprawie

Wszystkie te warunki w przypadku Polski są spełnione, zatem „szczególna troska” z jaką pochyla się nad nami Komisja Europejska jest wyłącznie efektem woli politycznej. Złej woli, dodajmy i realizowanej w bezprawny sposób, za pomocą pozatraktatowych, wymyślonych pseudo-procedur. Już w 2014 r. Służba Prawna Rady Unii Europejskiej sporządziła opinię, w której podważa legalność procedury „kontroli praworządności” - czyli tego, czym przez lata molestował nas Frans Timmermans. Wg tejże opinii Komisja Europejska nie ma prawa wszczynać sama z siebie, po uważaniu, żadnych „kontroli” wobec krajów członkowskich – zatem to, co zastosowała wobec nas KE jest czystą uzurpacją i pozostaje tylko zgadywać, dlaczego rząd wszedł w tę prawniczą ciuciubabkę, zamiast od początku zanegować prawomocność działań Komisji. Po co były te wszystkie „wyjaśnienia”, pertraktacje, ustępstwa? Na co liczono? Że strona unijna zrozumie nasze argumenty i się wycofa, przyznając się tym samym do błędu? Że po tamtej stronie istnieje jakaś dobra wola, a cała sprawa jest jedynie wynikiem nieporozumienia? Że Timmermans, a obecnie Jourova zorientowawszy się, że padli ofiarą manipulacji ze strony opozycji i przedstawicieli polskiego środowiska sędziowskiego przeproszą nas i zostawią w spokoju?

Jeżeli nawet początkowo stronie polskiej towarzyszyły podobne rachuby, to najdalej po kilku pierwszych wymianach „uprzejmości” - kiedy to okazało się, że nasza argumentacja odbija się od ściany, zaś rozzuchwalona naszą uległością Bruksela jedynie usztywnia swoje stanowisko - należało te złudzenia porzucić i oficjalnie ogłosić (a potem gromko powtarzać przy każdej okazji), że Polska nie uznaje żadnej „zwierzchniej kontroli”, sądy to nasza wewnętrzna sprawa, a działania KE i jej „rewizorów” są uzurpacją i bezprawiem nie mającym pokrycia w traktatach. Tymczasem my w swej naiwności podjęliśmy tę grę, daliśmy się w nią wciągnąć jak dzieci, stwarzając tym samym wrażenie, że akceptujemy uroszczenia Brukseli do mieszania się w nasze sprawy. Poniekąd przyczyniliśmy się do „zalegalizowania” metodą faktów dokonanych władczych uroszczeń unijnych mandarynów. To niezwykle groźny precedens, który w przyszłości będzie się na nas mścił na szereg różnych sposobów. Już zresztą się mści, o czym za chwilę.

Jak wspomniałem, organizacja wymiaru sprawiedliwości to kwestia ustrojowa. Dając Brukseli prawo do negowania zmian w tej materii, otwieramy furtkę do mieszania się również w inne elementy konstytucyjnego porządku państwa. Pomyślmy tylko – skoro Komisja Europejska wywalczyła sobie prawem kaduka kompetencje do recenzowania kształtu sądownictwa, to dlaczego za chwilę nie miałaby zaingerować w kształt władzy ustawodawczej? Jeżeli, dajmy na to, będziemy kiedyś chcieli zmienić konstytucję i zlikwidować Senat (swoją drogą, postulat PO z czasów Tuska), to spokojnie mogę sobie wyobrazić, że i tutaj jakiś brukselski bubek zacznie „badać”, czy aby taka zmiana jest zgodna z „europejskimi standardami” - chociażby pod pretekstem, że jednoizbowy parlament nie daje należytej gwarancji właściwego i demokratycznego stanowienia prawa. Podkładka pod nową „procedurę badania stanu demokracji” jak znalazł. Pójdźmy dalej – co stoi na przeszkodzie, by unijne władze i trybunały nie uznały pewnego dnia za obowiązującą słynną wykładnię prof. Wojciecha Popiołka, iż W demokratycznym państwie prawnym suwerenem nie są wyborcy. Suwerenem są wartości znajdujące się w prawie, a na straży tych wartości stoją niezależne sądy i niezawiśli sędziowie”? A pierwszą jaskółkę już mieliśmy podczas „marszu tysiąca tóg”, kiedy to zaproszony na imprezę pani przedszkolanki Gersdorf prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów José Mato ogłosił: „My sędziowie będziemy bronić praworządności zamiast prawa ustawy. Będziemy stosować praworządność, a nie prawo ludzi”.

Takie stanowisko oznacza wprost zanegowanie uprawnień władzy ustawodawczej i co za tym idzie, poddanie wybierających ją obywateli dyktaturze sędziów – sądokracji, kierującej się własnymi „objawieniami” i uznaniowo decydującej co jest „praworządne”, a co nie. Prawo w tym ujęciu stanie się dla „nadzwyczajnej kasty” zbiorem luźnych sugestii z których można sobie „wyinterpretowywać” co się żywnie podoba, decydując tym samym, jakie ustawy będzie stosować i w jaki sposób. Na takiej zasadzie będzie można śmiało i z błogosławieństwem Brukseli zanegować np. każde referendum, jeśli w odczuciu „ajatollahów prawa” okaże się ono „niepraworządne”. Bo skoro suwerenem nie są wyborcy-obywatele... Pamiętajmy, że już teraz z inspiracji TSUE forsowana jest „wykładnia” wedle której polscy sędziowie są zarazem „sędziami europejskimi” - a zatem, podlegają polskiemu państwu i prawu tylko o tyle, o ile...

Powtarzam – sami otworzyliśmy swą uległością tę puszkę Pandory i wręczyliśmy Brukseli narzędzie do okrawania po plasterku naszej suwerenności metodą kolejnych „twórczych interpretacji” unijnego prawa. Dalekosiężne konsekwencje prowadzą albo do kompletnego zwasalizowania Polski i przekształcenia jej w unijny „land”, albo... do Polexitu – rzecz jasna, pod warunkiem, że do ludzi w porę dotrze w jakie zabrnęliśmy bagno.


III. Uzurpatorzy z TSUE

Jak wiadomo, Komisja Europejska postanowiła ostatecznie załatwić „kwestię polską” rękoma TSUE. Luksemburskiemu trybunałowi tylko w to graj, bo to dla niego szansa samowolnego poszerzenia zakresu orzecznictwa o samo jądro wewnętrznych prerogatyw państw członkowskich. Dotąd bowiem orzekał w kwestiach czysto technicznych – czy kraje unijne prawidłowo implementują dyrektywy i takie tam – przy czym, obecnie mamy jakieś 50 wyroków, które zostały przez różne państwa po prostu zignorowane. Przykładowo, Francja została ukarana za odstępstwa od dyrektywy dotyczącej rozmiarów dopuszczanych do sprzedaży ryb, a Włochy i Hiszpania za to, że nie wybudowały na czas odpowiedniej liczby oczyszczalni ścieków. W porównaniu z rybami i ściekami taka sprawa jak polskie sądownictwo jest dla TSUE ogromną szansą na skok jakościowy – nic dziwnego więc, że unijny trybunał już przebiera nogami, by w ten sposób przydać sobie znaczenia. Widomym znakiem był tu wyrok z listopada 2019 r. w którym odpowiadając na „pytania prejudycjalne” Sądu Najwyższego, TSUE przyznał SN „prawo” do oceny wg nakreślonych odgórnie kryteriów, czy Izba Dyscyplinarna jest „sądem w rozumieniu prawa unijnego”. Efektem była słynna uchwała SN stwierdzająca, iż Izba Dyscyplinarna takowym sądem nie jest, a KRS „nie daje rękojmi” niezależności. Na dalszym etapie zaś tenże Sąd Najwyższy wziął się za wyrokowanie którzy sędziowie i w jakich okolicznościach mogą zostać dopuszczeni do orzekania. Widzimy więc nader harmonijną współpracę między unijnymi i tutejszymi „mułłami w togach” na znanej piłkarskiej zasadzie „ty do mnie, ja do ciebie”. Jedni drugim podrzucają orzeczenia i zawarte w nich interpretacyjne sugestie, na które potem nawzajem się powołują. Idę o zakład, że TSUE w swoim wyroku powoła się z kolei na wspomniane orzeczenia Sądu Najwyższego wydane z inspiracji tegoż TSUE. Tak to działa.

Dlatego należy przeciąć to błędne koło wzajemnie napędzających się uroszczeń i jasno formułować stanowisko, iż TSUE powinno stwierdzić swą niewłaściwość w kwestii ustroju polskiego sądownictwa, ponieważ – podobnie jak Komisja Europejska – nie ma żadnych traktatowych umocowań do orzekania w tego typu sprawach. Rola TSUE to orzecznictwo w kwestii stosowania dyrektyw i odpowiadanie na pytania prejudycjalne odnośnie tychże (tak jak odpowiedział na zapytanie polskiego sądu w głośnej sprawie „frankowiczów” w kontekście unijnej dyrektywy konsumenckiej) – ale nic poza tym. Ponadto, w Polsce prawem nadrzędnym (również wobec prawa UE) jest Konstytucja (art.8 p.1:Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej”), co zostało dodatkowo potwierdzone orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego w wyroku dotyczącym traktatu akcesyjnego. Na dobrą sprawę, należałoby wygłosić przed TSUE tego typu oświadczenie, podkreślając, że w razie dalszego zawłaszczania przez Trybunał nienależnych uprawnień Polska zastrzega sobie prawo do nierespektowania ewentualnego wyroku – i na tym zakończyć udział w tej szopce.


IV. Suwerenność, głupcy!

Jednak KE i TSUE to dalece nie wszystko. Jak bowiem wspomniałem na wstępie, toczy się również batalia o przyszły budżet UE w którym wypłata funduszy ma być powiązana z „przestrzeganiem praworządności”. Komisja Europejska chce, by wszczęcie odpowiednich „procedur dyscyplinujących” następowało, jeśli nie zablokuje ich większość kwalifikowana w Radzie UE (55 proc. krajów obejmujących 65 proc. ludności unii). Natomiast przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel optuje za odwrotnością – by „procedury” wszczynano tylko gdy owa kwalifikowana większość się zgodzi, co jest opcją łagodniejszą.

Otóż nie może być zgody ani na jedno, ani na drugie. Te zapędy należy, mówiąc brutalnie, uwalić u samej d...y. Z prostego powodu: powiązanie funduszy z praworządnością nie ma żadnego odzwierciedlenia w traktatach i jest – znów powtórzę to słowo – uzurpacją, podobnie jak omówione wyżej uroszczenia Komisji Europejskiej i TSUE. To kolejna próba ingerencji w wewnętrzne sprawy państw członkowskich i okrawania suwerenności. Jeżeli otworzy się tę drzwi, nie będzie już odwrotu – za chwilę okaże się, że fundusze będzie można powiązać z czymkolwiek. Poza wszystkim – unijne fundusze to nie jest jakaś zakichana nagroda za dobre sprawowanie! To rekompensata za otwarcie naszego rynku na nieograniczoną konkurencję i to na długo przed akcesją. Rekompensata zresztą nader mizerna. Unijne pieniądze stanowią nieco ponad 2 proc. naszego PKB, podczas gdy zyski wyprowadzane z Polski na Zachód – 5,8 proc. PKB. Ładny interes – szkoda, że nie dla nas.

Jeszcze trzy ciekawostki obrazujące w co wdepnęliśmy, godząc się na „badanie” naszej „praworządności”. Pierwsza – Komisja Europejska zamierza wnieść do TSUE pozew w sprawie przekopu Mierzei Wiślanej. Powód? Polskie państwo ponoć nie gwarantuje protestującym „ekologom” należytego dostępu do sądów... Druga – lewackie organizacje przy wsparciu „swoich” eurodeputowanych zaczynają lobbying, by samorządy, które przyjęły uchwały przeciw ideologii LGBT były pozbawione środków unijnych. I trzecia – w głowach eurokratów zrodził się pomysł, by „techniczne” procedury podziału funduszy ustawić tak, aby w razie potrzeby (tj. „zagrożenia praworządności”) kierować je bezpośrednio do samorządów, z pominięciem władz centralnych „nieprawomyślnego” kraju. Jak łatwo zauważyć, oznacza to de facto „wyłuskanie” samorządów spod zwierzchnictwa państwa i swoiste rozbicie dzielnicowe, kompletne poszatkowanie suwerenności.

To nie są żarty. To już nie jest nawet kwestia Izby Dyscyplinarnej czy takiego lub innego sposobu powoływania sędziów. To jest sprawa samego bytu państwowego. Dlatego teraz jest ostatnia chwila, by ten proces powstrzymać. Oczekuję zatem od polskiego rządu, co następuje: żadnej zgody na powiązanie funduszy unijnych z praworządnością. Jeśli będzie trzeba – zawetować budżet, choćby w pojedynkę. W razie konieczności zagrozić, że Polska wstrzyma wpłacanie swojej składki członkowskiej i przekieruje ją bezpośrednio na cele, które miały być współfinansowane z środków unijnych. Stanowczo zanegować prawo jakichkolwiek unijnych instytucji i organów do mieszania się w nasze wewnętrzne sprawy pod pozorem „kontroli praworządności”. Równie stanowczo odrzucić ewentualny wyrok TSUE, podkreślając brak uprawnień tego organu do orzekania w sprawie ustroju polskich sądów.

To niezbędne minimum asertywności, na które powinniśmy byli się zdobyć na samym początku tej awantury, zamiast brnąć w bezsensowne i bezproduktywne „dialogi”, zachęcając Brukselę do eskalacji swych uroszczeń. Całe doświadczenie ostatnich lat pokazuje, że z Brukselą trzeba postępować twardo. Innego języka tam nie rozumieją, podobnie jak w Moskwie. Tam nie ma dobrej woli. Tam jest czysta nienawiść do obecnego rządu, chęć doprowadzenia do jego kompromitacji i w rezultacie obalenia rękami samych Polaków – tym bardziej, że brukselskie lewactwo ma na podorędziu tutejszą targowicę, która aż się pali do objęcia roli namiestników oraz ogłupiałą, zakompleksioną bądź mentalnie wynarodowioną i podszytą ojkofobią część społeczeństwa. Dalej cofnąć się zwyczajnie nie da, bo za nami jest już tylko przepaść.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 3 (marzec 2020)

wtorek, 11 grudnia 2018

Koniec rewolucji?

Na polskiej scenie politycznej brakuje liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania.

I. Taktyczne ustępstwo?

Pragnę zwrócić uwagę wysokiej izby, że wycofywanie się ze słusznych reform w obszarze wymiaru sprawiedliwości, pod naciskiem instytucji unijnych wykorzystanych do walki politycznej, wyznacza granice naszej suwerenności w bardzo nieciekawym miejscu” - te słowa posłanki Anny Siarkowskiej wygłoszone z sejmowej trybuny podczas dyskusji nad „denowelizacją” ustawy o Sądzie Najwyższym mogą służyć za podsumowanie fiaska „rewolucyjnego” etapu rządów Zjednoczonej Prawicy. Nie dziwi więc, że Jarosław Kaczyński schodzącej z mównicy pani poseł znacząco pogroził palcem. Oczywiście, przywrócenie emerytowanych sędziów z (eks)prezes Gersdorf na czele przedstawione zostało jako taktyczny manewr, „krok do tyłu” mający umożliwić „dwa kroki wprzód” czy wręcz majstersztyk neutralizujący Brukselę oraz narrację totalnej opozycji o „polexicie” i wygaszający jeden z gorących frontów przed przyszłorocznymi wyborami. I można by nawet od biedy takie tłumaczenie przyjąć, gdyby owo rzekome „taktyczne ustępstwo” nie wpisywało się w szerszą tendencję.

W zasadzie, należałoby zacząć od weta prezydenta Dudy z lipca 2017 wobec ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa. To wtedy po raz pierwszy z pełną jaskrawością okazało się, że drużyna „dobrej zmiany” nie jest bynajmniej jednorodna i w pełni zdeterminowana by pogrzebać „republikę okrągłego stołu”, że pod dywanem buzują partykularne ambicje, walka o władzę i wpływy, wreszcie – że dalece nie wszyscy dorośli charakterologicznie do twardej walki o polskie interesy. Symbolem chwiejnej postawy stał się nasz „Hamlet belwederski”, podejmujący decyzję o wecie pod wpływem telefonicznej rozmowy z Angelą Merkel, ulicznych protestów i nacisków prawniczego establishmentu - o groteskowym zasłanianiu się opinią Zofii Romaszewskiej nie wspominając. Skutki tego fatalnego kroku były dwojakie – raz, że reforma sądownictwa odwlekła się w czasie (dziś już byłoby dawno „pozamiatane”); dwa – okazało się, że można obóz PiS rozgrywać od środka i skutecznie grillować.

Kolejnym błędem była rekonstrukcja rządu z przełomu 2017 i 2018 roku. Tłumaczenie było takie, że Mateusz Morawiecki będzie lepiej odbierany w Brukseli, międzynarodowych kręgach gospodarczych i generalnie na światowych salonach. Rychło okazało się, że były to złudzenia. Komisja Europejska nie cofnęła się ani o krok, podobnie Berlin, jasno dający do zrozumienia za pośrednictwem swych mediów, że oczekuje od nas wyłącznie bezwarunkowej kapitulacji. Po prostu, jedyna Polska, jaka interesuje Europę, to Polska kolonialna, podporządkowana politycznie i gospodarczo „centrali” i zainteresowane ośrodki nie spoczną, dopóki nie przywrócą pożądanego z ich punktu widzenia stanu rzeczy - tym bardziej, że na miejscu mogą liczyć na V kolumnę targowiczan i folksdojczów. Tego nie da się odwrócić wizerunkowymi sztuczkami.


II. Wygaszanie rewolucji

Potem poszło już z górki. Zaczęliśmy wysyłać światu kolejne sygnały, że wystarczy na nas zdrowo huknąć, postraszyć „kryzysem relacji”, „pogorszeniem stosunków”, jakimiś bliżej nieokreślonymi „konsekwencjami” i „sankcjami”, byśmy podkulili ogon pod siebie równie skwapliwie, jak wcześniej zarzekaliśmy się, że nikt nie będzie mieszał się w nasze wewnętrzne sprawy. Efektem były kolejne większe i mniejsze rejterady – a to w sprawie nowych wzorów paszportów z których wycofano Ostrą Bramę i Cmentarz Orląt Lwowskich pod naciskiem naszych „strategicznych sojuszników” z Litwy i Ukrainy; to cofnięcie art. 55a ustawy o IPN dogadywane w placówkach Mossadu; zamrożenie kwestii reparacji wojennych od Niemiec; wycofanie się rakiem z postulatu repolonizacji mediów; wreszcie – niedawna „denowelizacja” ustawy o Sądzie Najwyższym. W tym kontekście absolutnie nie dziwią ostatnie wyskoki ambasador Mosbacher – skoro na szczytach władzy mógł się tyle czasu ostentacyjnie panoszyć nasz „przyjaciel” sierżant Jonny Daniels... Jak mawiał Kisiel – to nie kryzys, to rezultat. Nawet kwestia relokacji migrantów na poziomie unijnym umarła śmiercią naturalną głównie ze względu na zmianę ogólnoeuropejskich nastrojów i wzrost popularności ugrupowań antysystemowych. Za to już sami, z własnej woli, po cichu zezwoliliśmy pod naciskiem lobby biznesowego na masowe sprowadzanie migrantów ekonomicznych – i to bynajmniej nie tylko z Ukrainy.

Wszystko to składa się na obraz końca rewolucji, która nawet, poza retorycznymi szarżami, nie zdążyła się na dobre rozpocząć. I tu pytanie: na co liczy PiS? Że „totalni” i zagranica dadzą mu spokój? Otóż nie, nie dadzą. Wracając jeszcze do sprawy reformy sądownictwa, od której zaczęliśmy. Na pozór ustępstwo jest niewielkie: wracają starzy sędziowie, ale jest przecież nowa KRS, do tego Izba Dyscyplinarna oraz Izba Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych. Tyle, że to nie kończy sprawy, a Bruksela nie odpuści. Wiadomo już, że Komisja Europejska nie zamierza wycofać się z procedury „kontroli praworządności”. Co więcej, idę o zakład, że im bliżej wyborów, tym grillowanie rządu będzie narastać w akompaniamencie wrzasków o „polexicie” – przedsmak mieliśmy w tym roku przed wyborami samorządowymi. O to, by nie zabrakło pretekstów zadba miejscowa „nadzwyczajna kasta” - już teraz NSA wysłał do TSUE dwa pytania prejudycjalne, tym razem godzące w obecną Krajową Radę Sądownictwa. Nie łudźmy się - ten spektakl będzie trwał dopóki cała reforma nie zostanie spacyfikowana.

Rząd PiS jest dla Brukseli ciałem obcym, błędem w matrixie – a ostatnie ustępstwo sprawiło jedynie, że wszystkie „guye” i timmermansy zwietrzyły krew, podobnie jak antypolskie ośrodki ulokowane na krajowym podwórku. Nie spoczną, dopóki ów „błąd” nie zostanie „naprawiony”, a w Polsce nie wrócą do władzy ci, co trzeba. A my, godząc się na dowolną, rozszerzającą wykładnię „wartości europejskich”, sami wkładamy im w ręce narzędzia. Jak to możliwe, że nawet nie próbowaliśmy powołać się na opinię Służby Prawnej Rady UE z 27 maja 2014 podważającej umocowanie traktatowe procedury kontroli praworządności? Dlaczego w postępowaniu przed TSUE nie podnieśliśmy tzw. protokołu brytyjskiego do którego przystąpiliśmy przed ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego, i który – przypomnę – miał nas uchronić przed uroszczeniami unijnego trybunału? Czy nikt nie widzi, że godząc się na uznanie polskich sędziów sędziami „unijnymi” otwieramy na oścież wrota do kolejnych, coraz dalej idących ingerencji w nasze wewnętrzne sprawy? Na dodatek, nasze ustępstwa przypadają na czas, gdy rośnie nacisk na likwidację państw narodowych, co niedawno otwartym tekstem ogłosiła Angela Merkel, mówiąc, że „państwa narodowe powinny być gotowe do przekazania suwerenności”.


III. Po co nam PiS?

Poza wszystkim, PiS popełnia ogromny błąd polityczny na arenie krajowej. Przypomnę, że dopóki rząd stawiał się twardo Brukseli to słupki poparcia rosły, a „totalni” z PO i Nowoczesnej dołowali, jako sprzedawczycy donoszący na własny kraj. Co gorsza, PiS dał się zaszantażować opozycyjną narracją o „polexicie” i na wyprzódki rzucił się udowadniać, że nie jest wielbłądem. Tymczasem Polacy, owszem, są prounijni – ale tylko wtedy, gdy Polska jest w Unii krajem podmiotowym i ma coś do powiedzenia, co przed dwoma laty musiała z troską przyznać nawet sorosowska Fundacja Batorego w raporcie „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”.

Słyszymy, że teraz czas na wygaszanie konfliktów, bo w przyszłym roku mamy podwójne wybory – tak, tyle że z kolei w 2020 będą wybory prezydenckie i znów nie będzie dobrej pory na konfliktogenne reformy, a jeszcze później... obóz „dobrej zmiany” będzie już tak zużyty (i zdeprawowany) władzą, że zwyczajnie nie będzie mu się chciało czegokolwiek ruszać. A pretekst do zaniechań zawsze się znajdzie. Widać, jak bardzo brakuje na polskiej scenie politycznej liczącego się ugrupowania na prawo od PiS, które odgrywałoby rolę szczupaka w stadzie karpi, mobilizując do działania. Bo bez radykalnych zmian, z „wygaszoną” rewolucją, po co nam PiS? Żeby mógł sobie porządzić?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Repolonizacji mediów nie będzie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 49 (07-12.12.2018)

niedziela, 14 stycznia 2018

Chcecie sankcji? Dobrze!

Wprowadzenie sankcji może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

I. Sankcje „prawem i lewem”

Kto by pomyślał – Jean-Claude Juncker w jakimś niepojętym przypływie trzeźwości opowiedział się przeciw zabieraniu unijnych pieniędzy państwom sprzeciwiającym się przyjmowaniu nachodźców w ramach tzw. mechanizmu relokacji. Tym samym zajął stanowisko przeciwne wobec Martina Schulza, który nieodmiennie pozostaje w stanie delirycznej maligny i twardo obstaje (ostatnio w wywiadzie dla „Bilda”) za obcięciem euro-funduszy dla „niepokornych” krajów. Jeszcze trochę i Juncker przetrzeźwieje na tyle, by uznać, że również sankcje i ograniczenie środków strukturalnych za „łamanie praworządności” oraz cała heca z „opcją atomową” opisaną w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej może okazać się, delikatnie mówiąc, przedsięwzięciem przeciwskutecznym. Oczywiście, formalnie są to dwie różne sprawy i dwa odrębne postępowania, ale patrząc od strony politycznej obie są uzupełniającymi się częściami tej samej operacji dyscyplinowania i szykanowania opornych członków „wspólnoty”, z Polską na czele. Dodać należy przy tym, że poczesne miejsce zajmuje tu szantaż finansowy. Wprawdzie budżet UE po 2020 r. tak czy inaczej miał być chudszy od obecnego, o czym wiadomo było od dawna, lecz prócz tego postanowiono uruchomić straszak w postaci dodatkowego, „represyjnego” ograniczenia środków – i to pomimo, że w zasadzie brak jest podstaw traktatowych do podobnego rozwiązania. Słowem, „sankcje” mają być – jak nie „prawem” to „lewem”.

Stało się tak na ewidentne życzenie Niemiec, które już w połowie 2017 r. w dokumencie „Stanowisko ministerstwa gospodarki dot. polityki spójności UE po 2020” postulowały, iż „powinno się sprawdzić, czy wypłaty funduszy strukturalnych można też uzależnić od przestrzegania norm państwa prawa”. Jak podawało wówczas „Deutsche Welle”, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Wprowadzenie takiej zasady oznaczałoby utworzenie arbitralnego mechanizmu wywierania na kraje członkowskie permanentnej presji ekonomicznej – i to w trybie kompletnie „pozatraktatowym”. Precedens już jest, bo wszak procedura „kontroli praworządności” wszczęta przez Komisję Europejską wobec Polski również nie ma żadnego umocowania w Traktacie Lizbońskim i stanowi czystą uzurpację brukselskich urzędników.


II. Ryzykowna gra

No dobrze, mamy mniej więcej zarysowane tło polityczno-prawne – ale dlaczego twierdzę, że ów festiwal szykan może okazać się przeciwskuteczny i koniec końców obrócić się przeciw jego inicjatorom? Już wyjaśniam. Otóż kalkulacja Berlina, brukselskich marionetek oraz trzódki miejscowych targowiczątek („totalna opozycja” plus szeroko rozumiani beneficjenci III RP) wygląda następująco: wprowadzenie pod jakąkolwiek postacią „sankcji” uderzających w Polskę ma spowodować załamanie społecznego poparcia dla PiS, a tym samym utorować drogę do powrotu do władzy dawnej, zblatowanej i usłużnej sitwy. To jaką formalnie owe represje przybiorą postać jest sprawą drugorzędną – jeśli nie uda się ich przeforsować na forum Rady Europejskiej (zapowiedziane weto Węgier), to spróbujemy „karnie” obciąć fundusze w najbliższej perspektywie budżetowej (mówi się o 12 mld. euro mniej dla Polski, Węgier i Czech), bądź uruchomimy Trybunał Sprawiedliwości UE, który nałoży kary za odmowę przyjmowania „uchodźców”. Niezależnie od końcowego wyniku tych zabiegów, sama polityczna wrzawa generowana w trakcie różnych europejskich procedur również ma za zadanie przeczołgać rząd PiS i pozbawić go powagi w oczach polskiej opinii publicznej (casus „27:1” i nieudanej próby zablokowania reelekcji Tuska, która zachwiała na moment sondażami).

Tak to sobie wymyślili i jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że te rachuby mają duże szanse na urzeczywistnienie. Jednak w obecnych warunkach podobna zagrywka obarczona jest znacznym ryzykiem i może obrócić się przeciw jej inicjatorom, co najwyraźniej jakimś szóstym zmysłem przewąchał wspomniany na wstępie Jean-Claude Juncker. Otóż Polacy są już nieco innym narodem, niż jeszcze kilka lat temu. Po kryzysie migracyjnym i finansowym Zachód przestał im tak bardzo imponować, a cielęcy zachwyt ustąpił miejsca rosnącemu sceptycyzmowi. Dodatkowo, o ile awantura wokół reelekcji Tuska była dla wielu niezrozumiała i niepotrzebna, o tyle w przypadku obecnej rozgrywki kręcącej się wokół migrantów i reformy sądownictwa doskonale wiedzą kto się zgodził na „kwoty” (i to w ramach stałego mechanizmu relokacji), a także kto dziś donosi do obcych stolic i wręcz otwarcie wyczekuje wrogich posunięć zagranicy wobec polskiego państwa. Wiadomość o sześciorgu eurodeputowanych PO głosujących za uruchomieniem art.7 odłożyła się trwale w głowach wyborców – podobnie jak nawoływania do wprowadzenia wobec Polski sankcji (wywiad Borysa Budki dla „Die Zeit”, pohukiwania Wałęsy, tudzież rozmaitych autorytetów obozu III RP).

Wszystko to razem wzięte oznacza, że wprowadzenie sankcji (w tej czy innej postaci) może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz definitywnie skompromitować „totalną opozycję” w oczach wyborców – na wzór opozycji na Węgrzech. A im głośniej PO do spółki z „beneficjentami III RP” będzie wyrażać satysfakcję (choćby przybraną w obłudny welon troski), tym opisany efekt będzie silniejszy. Jeżeli dołożymy do powyższego programową pustkę Platformy, Nowoczesnej i reszty, to możemy otrzymać skutek w postaci społecznej konsolidacji wokół obozu Zjednoczonej Prawicy. Zauważył to zresztą w grudniu ub.r. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisząc iż „ewentualne sankcje, w tym ograniczenie wypłat z funduszy strukturalnych, mogą podkopać ciągle wysokie zaufanie Polaków do UE” i dodając: „Poparcie dla UE jest w polskim społeczeństwie ciągle jeszcze wysokie. Nie należy lekceważyć faktu, że stanowi ono dla PiS pewne ograniczenie. UE nie powinna przyczyniać się sama do podkopywania jej legitymacji”.


III. Wypuszczanie dżinna z butelki

Oznacza to, że istnieje realne ryzyko (z punktu widzenia Brukseli i miejscowych euro-folksdojczów) gwałtownego wzrostu w najbliższym czasie nastrojów eurosceptycznych – co w skrajnym scenariuszu może się przełożyć na polexit, nawet gdyby sam PiS był od podobnego kroku jak najdalszy. Innymi słowy, może się powtórzyć przypadek premiera Davida Camerona, który pod presją własnej obietnicy wyborczej i społecznych nastrojów zarządził referendum w sprawie brexitu, po czym ten odbezpieczony polityczny granat wybuchł mu prosto w twarz – wydarzenia nabrały własnej dynamiki, a Cameron, który był zwolennikiem pozostania Wlk. Brytanii w UE stał się niechcący ojcem „secesji”. Tak się kończy wypuszczanie dżinna z butelki – a w przypadku Polski takim dżinnem mogą stać się sankcje i obcięcie eurofunduszy.

A potencjalne podglebie jest. Przypomnę sondaż IBRIS dla „Polityki” z czerwca 2017 r., w którym 56,5 proc. opowiedziało się przeciw przyjmowaniu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z ograniczeniem unijnych funduszy; z kolei na pytanie o odmowę przyjęcia uchodźców nawet za cenę wyjścia z UE „zdecydowanie tak” i „raczej tak” odpowiedziało łącznie 51,2 proc. respondentów. Ponadto Polacy niezmiennie przeciwni są przyjęciu waluty euro, zaś ze wspomnianego tu niedawno raportu Fundacji Batorego „Polacy wobec UE: koniec konsensusu” gdzie wzięto pod lupę różne sondaże z ostatnich lat jasno wynika, że poparcie dla UE nie jest bynajmniej bezwarunkowe – Polacy są wprawdzie generalnie „za”, lecz tylko pod warunkiem poszanowania naszej podmiotowości i prawa do realnego współdecydowania o obliczu europejskiej wspólnoty.

Tak więc, na miejscu dzisiejszych hunwejbinów spod znaku „ulicy i zagranicy”, działających w myśl zasady „im gorzej (dla Polski), tym lepiej (dla nas)”, wziąłbym na wstrzymanie – bo finalnie możecie się, robaczki, nielicho zdziwić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj Brukselo!

Porozmawiajmy o polexicie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (12-18.01.2018)

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Europejskie zgryzoty

Kontrola praworządności” jest kompletnie bezprawną, samowolnie napisaną przez KE procedurą nie mającą umocowania w unijnych traktatach.

I. Spór o TK w cieniu „Brexitu”

No proszę, wygląda na to, że jednak można – tzn. można postawić się wszechmocnej Komisji Europejskiej i jakoś świat się od tego nie zawalił. Wystarczyła jedna sejmowa uchwała w obronie suwerenności i mocne wystąpienie premier Szydło w odpowiedzi na bezczelne ultimatum wzywające „polskich faszystów” do bezwarunkowej kapitulacji (bo tak należy rozumieć czterodniowy termin wyznaczony przez KE na spełnienie jej żądań w sprawie Trybunału Konstytucyjnego), by ci wszyscy nadęci euro-mandaryni schowali dudy w miech. Ultimatum? Co, gdzie? Jakie ultimatum? Pan wypluj to słowo! Prowadzimy cały czas „dobre rozmowy”, jak kupiec z kupcem, z poszanowaniem podmiotowości partnera, nikt nikogo nie naciska, ani nie strofuje, a ten cały projekt ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej, co to „wyciekł”, to była ot, taka sobie niewinna wprawka w ramach treningu asertywności i podbudowania cech charakterologicznych europejskich „guyów”, by przypadkiem przy jakiejś okazji nie rozbeczeli się publicznie, jak to niefortunnie przytrafiło się pani Mogherini. Widać, że do brukselskich decydentów dotarło, iż sytuacja wcale nie musi przedstawiać się tak, jak suflowali im liderzy opozycji – że niby to wystarczy docisnąć jeszcze trochę i polski „narodowo-konserwatywny” rząd się ugnie, a może nawet i upadnie pod skumulowanym naciskiem zagranicznych stolic i weekendowych marszy targowiczątek. Kto wie, może nawet ktoś im uświadomił, że te „ćwierć miliona” uczestników demonstracji 7 maja to była zwykła, propagandowa lipa, zaś Schetyna, Petru i Kijowski zwyczajnie robili ich w konia przekonując, że cały naród stoi murem za Trybunałem Konstytucyjnym, a już za panem Rzeplińskim w szczególności?

Oczywiście, mogło być też tak, jak sugeruje to Stanisław Michalkiewicz, że do pana Fransa Timmermansa zadzwoniła Angela Merkel i w trybie pilnym postawiła go do pionu – tutaj za pasem referendum w sprawie „Brexitu”, a pan tu lejesz wodę na młyn secesjonistów? Wstrzymaj się pan łaskawie, przynajmniej do 23 czerwca i w ogóle najlepiej nic pan nie rób, dopóki nie dam sygnału. Fakt, wedle sondaży kwestia „Brexitu” wisi na włosku, przy czym warto zauważyć, że nie tylko w brytyjskim społeczeństwie ścierają się ze sobą dwie frakcje – tak jest również w tamtejszych elitach politycznych, a także – co równie ważne – w Berlinie i Brukseli. Mówi się wręcz, że opuszczenie Unii przez Wlk. Brytanię mogłoby być Niemcom na rękę, bo dzięki temu łatwiej byłoby i wziąć za twarz resztę kontynentu. Być może nawet sama kanclerz nie bardzo jeszcze wie, jakie ma w tej sprawie stanowisko, bo wyjście Londynu wcale nie musi oznaczać więcej władzy Berlina w UE, tylko wręcz zapoczątkować efekt domina – i stąd właśnie polecenie taktycznego złagodzenia tonu wobec Warszawy.

II. Austriackie „leśne dziadki”

Wszystko ponadto rozgrywało się w kontekście wyborów w Austrii, której groziło objęcie prezydentury przez złowrogiego Norberta Hofera – tu również zbyt ostre potraktowanie Polski mogłoby zostać źle odebrane i napędzić głosów kandydatowi Partii Wolności (FPO). No, już my wam damy „wolność” pomyśleli sobie fachowcy od liczenia głosów i okazało się, że Hofer wprawdzie wygrał, ale jednak przegrał – tzn. zgodnie z niegdysiejszą wykładnią Wałęsy po porażce z Kwaśniewskim w 1995 r. „przegrał liczenie głosów”. Dokładnie, przegrał o 32 tys głosów oddanych korespondencyjnie i prezydentem został zielony lewak Alexander Van der Bellen. Ktoś uznał, że zwycięstwo niesłusznych sił na Węgrzech i w Polsce plus „Brexit” to wystarczający kłopot i Austria ma zagłosować jak należy, w ramach samoświadomej, europejskiej dyscypliny. Siły postępu zostały postawione w stan pełnej gotowości, zupełnie jak do niedawna było to u nas – i być może nawet pobierały lekcje u tych samych nauczycieli co nasze „leśne dziadki” z PKW. Proszę zauważyć – w wielu okręgach frekwencja wyniosła grubo ponad 100 proc., w domach starców głosy w imieniu zniedołężniałych, chorych na alzheimera podopiecznych oddawały pielęgniarki, w jednym z lokali znaleziono stertę nieuwzględnionych głosów oddanych na Hofera, zaś liczba głosów nieważnych sięgnęła 165 tysięcy. Brzmi znajomo? Mimo tych fałszerstw, w głosach oddanych metodą tradycyjną wciąż nieznacznie prowadził Hofer, zatem trzeba było uruchomić ostatnią linię obrony w postaci 700 tys. głosów korespondencyjnych – i to one ostatecznie dały wygraną Bellenowi. Niezrozumiałym pozostaje, dlaczego FPO nie zdecydowała się zaskarżyć wyborów – u nas przynajmniej znalazło się kilkunastu odważnych, którzy protestem w PKW doprowadzili do dymisji „leśnych dziadków”, a powstały w reakcji na fałszerstwa Ruch Kontroli Wyborów wywołał psychologiczny efekt i atmosferę w której nie odważono się na „drukowanie” wyborów – a przynajmniej nie w skali, która zaważyłaby na ostatecznym wyniku. Można by w zasadzie zorganizować dla austriackich wolnościowców warsztaty z akcji bezpośredniej (Braun) i tworzenia obywatelskich struktur kontrolnych (Targalski).

Przy okazji uruchomiono austriacką odmianę „przemysłu pogardy” w połączeniu z propagandą sondażową. Oto natychmiast okazało się, że na „zielonego” Bellena głosowali lepiej wykształceni, otwarci i dobrze sytuowani mieszkańcy wielkich miast, natomiast na Hofera zakompleksiona, biedna, słabo wykształcona i bojąca się świata prowincja – czyli tamtejsze „mohery” i „pisiory”. Podtekst jest jasny – ilu by tam głosów nie oddali, są one z natury rzeczy mniej ważne, od głosów oddanych przez „elity”. Innymi słowy – za pomocą oszustw wyborczych w Austrii zaimplementowany został w praktyce system tzw. „głosów ważonych”, gdzie bardziej od liczby głosów ma liczyć się cenzus głosującego. Wszystko to zostało przypieczętowane sondażem tamtejszej publicznej telewizorni ORF z którego wynikała lekka przewaga Van der Bellena – zatem wszystko jest w najlepszym porządku, przy czym do porządku dziennego przechodzi się nad dramatycznymi wpadkami sondażowni sprzed I tury wyborów, kiedy to nie doszacowano popularności Hofera. I znów – czy czegoś nam to nie przypomina?

III. Wojenka podjazdowa

Ale zostawmy już Austrię i powróćmy na krajowe podwórko. Oto bowiem unijni komisarze, po wycofaniu się na z góry upatrzone pozycje i przegrupowaniu szyków, postanowili nas zażyć z innej strony. Mianowicie, Komisja Europejska ma zamiar wnieść przeciw Polsce dwa pozwy do Trybunału Sprawiedliwości UE. Pierwszy dotyczy ograniczeń w sprowadzaniu do Polski biopaliw i ich komponentów, a także preferencyjnego traktowania podmiotów z branży paliwowej zaopatrujących się przynajmniej w 70 proc. w biopaliwa u polskich producentów. Dopatrzono się tu „dyskryminacji” oraz niezgodności z zasadami wolnego rynku na którego straży, jak wiadomo, nieubłaganie stoją całe tabuny eurokratów. Druga sprawa dotyczy opóźnień we wdrożeniu przepisów mających zapewnić większą ochronę bankowych depozytów – żeby było ciekawiej, za opóźnienie to odpowiada jeszcze rząd PO-PSL, a właśnie PiS przyśpieszyło prace, przepisy już uchwalono i czekają tylko na zatwierdzenie w Senacie i prezydencki podpis. Podobnie z przepisami o biopaliwach – obowiązują od dawna, ale czemuś akurat teraz zaczęły Komisji Europejskiej przeszkadzać.

Wniosek jest jasny. Bruksela chwilowo przestała strzelać do nas z ciężkiej artylerii i postawiła na wojenkę podjazdową. Można przypuszczać, że szykuje się generalny przegląd polskiego prawodawstwa pod kątem opóźnień w „implementacji” miliardów dyrektyw, wskazówek i zarządzeń produkowanych w stachanowskim tempie w unijnych gabinetach (bo też każdy suto tuczony biurokrata musi za wszelką cenę uzasadnić swe istnienie, by dalej spijać tłuste euro-rosoły) - a także pod kątem zgodności polskich przepisów z unijno-prawną radosną twórczością. A że nie ma siły, by niezgodności i opóźnień nie stwierdzono, zatem czeka nas systematyczne nękanie pozwami i groźba kar finansowych.

Skoro tak, to nie możemy pozostać bierni i na tym odcinku. Nigdy dość przypominania, że Frans Timmermans to były premier Holandii w której nie ma żadnego odpowiednika Trybunału Konstytucyjnego, zatem występując jako gorliwy orędownik pana Rzeplińskiego, zwyczajnie się ośmiesza. Oznacza to zarazem, że istnienie sądownictwa konstytucyjnego nie jest żadnym dogmatem, ani gwarantem demokracji i praworządności – gdyby tak było, to za demokratyczny i praworządny należałoby uznać reżim Jaruzelskiego, który ten cały Trybunał powołał, żeby ładniej wyglądało. Nade wszystko jednak należy pozwać przed Trybunał w Luksemburgu Komisję Europejską, tak się bowiem składa, że cała ta groteskowa „kontrola praworządności” jest kompletnie bezprawną, samowolnie napisaną przez KE procedurą nie mającą umocowania w unijnych traktatach. Ekspertyzę stwierdzającą powyższe expressis verbis sporządzili jeszcze w 2014 r. prawnicy Rady Unii Europejskiej. Tutaj nie ma na co czekać, bo inaczej różni „guye” naprawdę gotowi uwierzyć, że są władni wybierać państwom członkowskim rządy po własnym uważaniu.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3875-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 22 (01-07.06.2016)