Pokazywanie postów oznaczonych etykietą traktat lizboński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą traktat lizboński. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 stycznia 2018

Chcecie sankcji? Dobrze!

Wprowadzenie sankcji może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej.

I. Sankcje „prawem i lewem”

Kto by pomyślał – Jean-Claude Juncker w jakimś niepojętym przypływie trzeźwości opowiedział się przeciw zabieraniu unijnych pieniędzy państwom sprzeciwiającym się przyjmowaniu nachodźców w ramach tzw. mechanizmu relokacji. Tym samym zajął stanowisko przeciwne wobec Martina Schulza, który nieodmiennie pozostaje w stanie delirycznej maligny i twardo obstaje (ostatnio w wywiadzie dla „Bilda”) za obcięciem euro-funduszy dla „niepokornych” krajów. Jeszcze trochę i Juncker przetrzeźwieje na tyle, by uznać, że również sankcje i ograniczenie środków strukturalnych za „łamanie praworządności” oraz cała heca z „opcją atomową” opisaną w art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej może okazać się, delikatnie mówiąc, przedsięwzięciem przeciwskutecznym. Oczywiście, formalnie są to dwie różne sprawy i dwa odrębne postępowania, ale patrząc od strony politycznej obie są uzupełniającymi się częściami tej samej operacji dyscyplinowania i szykanowania opornych członków „wspólnoty”, z Polską na czele. Dodać należy przy tym, że poczesne miejsce zajmuje tu szantaż finansowy. Wprawdzie budżet UE po 2020 r. tak czy inaczej miał być chudszy od obecnego, o czym wiadomo było od dawna, lecz prócz tego postanowiono uruchomić straszak w postaci dodatkowego, „represyjnego” ograniczenia środków – i to pomimo, że w zasadzie brak jest podstaw traktatowych do podobnego rozwiązania. Słowem, „sankcje” mają być – jak nie „prawem” to „lewem”.

Stało się tak na ewidentne życzenie Niemiec, które już w połowie 2017 r. w dokumencie „Stanowisko ministerstwa gospodarki dot. polityki spójności UE po 2020” postulowały, iż „powinno się sprawdzić, czy wypłaty funduszy strukturalnych można też uzależnić od przestrzegania norm państwa prawa”. Jak podawało wówczas „Deutsche Welle”, oznacza to „powiązanie przestrzegania podstawowych zasad praworządności z możliwością decydowania o udzieleniu unijnej pomocy na realizację konkretnych, wskazanych przez Komisję Europejską, przedsięwzięć strukturalnych”. Wprowadzenie takiej zasady oznaczałoby utworzenie arbitralnego mechanizmu wywierania na kraje członkowskie permanentnej presji ekonomicznej – i to w trybie kompletnie „pozatraktatowym”. Precedens już jest, bo wszak procedura „kontroli praworządności” wszczęta przez Komisję Europejską wobec Polski również nie ma żadnego umocowania w Traktacie Lizbońskim i stanowi czystą uzurpację brukselskich urzędników.


II. Ryzykowna gra

No dobrze, mamy mniej więcej zarysowane tło polityczno-prawne – ale dlaczego twierdzę, że ów festiwal szykan może okazać się przeciwskuteczny i koniec końców obrócić się przeciw jego inicjatorom? Już wyjaśniam. Otóż kalkulacja Berlina, brukselskich marionetek oraz trzódki miejscowych targowiczątek („totalna opozycja” plus szeroko rozumiani beneficjenci III RP) wygląda następująco: wprowadzenie pod jakąkolwiek postacią „sankcji” uderzających w Polskę ma spowodować załamanie społecznego poparcia dla PiS, a tym samym utorować drogę do powrotu do władzy dawnej, zblatowanej i usłużnej sitwy. To jaką formalnie owe represje przybiorą postać jest sprawą drugorzędną – jeśli nie uda się ich przeforsować na forum Rady Europejskiej (zapowiedziane weto Węgier), to spróbujemy „karnie” obciąć fundusze w najbliższej perspektywie budżetowej (mówi się o 12 mld. euro mniej dla Polski, Węgier i Czech), bądź uruchomimy Trybunał Sprawiedliwości UE, który nałoży kary za odmowę przyjmowania „uchodźców”. Niezależnie od końcowego wyniku tych zabiegów, sama polityczna wrzawa generowana w trakcie różnych europejskich procedur również ma za zadanie przeczołgać rząd PiS i pozbawić go powagi w oczach polskiej opinii publicznej (casus „27:1” i nieudanej próby zablokowania reelekcji Tuska, która zachwiała na moment sondażami).

Tak to sobie wymyślili i jeszcze kilka lat temu powiedziałbym, że te rachuby mają duże szanse na urzeczywistnienie. Jednak w obecnych warunkach podobna zagrywka obarczona jest znacznym ryzykiem i może obrócić się przeciw jej inicjatorom, co najwyraźniej jakimś szóstym zmysłem przewąchał wspomniany na wstępie Jean-Claude Juncker. Otóż Polacy są już nieco innym narodem, niż jeszcze kilka lat temu. Po kryzysie migracyjnym i finansowym Zachód przestał im tak bardzo imponować, a cielęcy zachwyt ustąpił miejsca rosnącemu sceptycyzmowi. Dodatkowo, o ile awantura wokół reelekcji Tuska była dla wielu niezrozumiała i niepotrzebna, o tyle w przypadku obecnej rozgrywki kręcącej się wokół migrantów i reformy sądownictwa doskonale wiedzą kto się zgodził na „kwoty” (i to w ramach stałego mechanizmu relokacji), a także kto dziś donosi do obcych stolic i wręcz otwarcie wyczekuje wrogich posunięć zagranicy wobec polskiego państwa. Wiadomość o sześciorgu eurodeputowanych PO głosujących za uruchomieniem art.7 odłożyła się trwale w głowach wyborców – podobnie jak nawoływania do wprowadzenia wobec Polski sankcji (wywiad Borysa Budki dla „Die Zeit”, pohukiwania Wałęsy, tudzież rozmaitych autorytetów obozu III RP).

Wszystko to razem wzięte oznacza, że wprowadzenie sankcji (w tej czy innej postaci) może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego i poderwać społeczne poparcie dla naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz definitywnie skompromitować „totalną opozycję” w oczach wyborców – na wzór opozycji na Węgrzech. A im głośniej PO do spółki z „beneficjentami III RP” będzie wyrażać satysfakcję (choćby przybraną w obłudny welon troski), tym opisany efekt będzie silniejszy. Jeżeli dołożymy do powyższego programową pustkę Platformy, Nowoczesnej i reszty, to możemy otrzymać skutek w postaci społecznej konsolidacji wokół obozu Zjednoczonej Prawicy. Zauważył to zresztą w grudniu ub.r. „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, pisząc iż „ewentualne sankcje, w tym ograniczenie wypłat z funduszy strukturalnych, mogą podkopać ciągle wysokie zaufanie Polaków do UE” i dodając: „Poparcie dla UE jest w polskim społeczeństwie ciągle jeszcze wysokie. Nie należy lekceważyć faktu, że stanowi ono dla PiS pewne ograniczenie. UE nie powinna przyczyniać się sama do podkopywania jej legitymacji”.


III. Wypuszczanie dżinna z butelki

Oznacza to, że istnieje realne ryzyko (z punktu widzenia Brukseli i miejscowych euro-folksdojczów) gwałtownego wzrostu w najbliższym czasie nastrojów eurosceptycznych – co w skrajnym scenariuszu może się przełożyć na polexit, nawet gdyby sam PiS był od podobnego kroku jak najdalszy. Innymi słowy, może się powtórzyć przypadek premiera Davida Camerona, który pod presją własnej obietnicy wyborczej i społecznych nastrojów zarządził referendum w sprawie brexitu, po czym ten odbezpieczony polityczny granat wybuchł mu prosto w twarz – wydarzenia nabrały własnej dynamiki, a Cameron, który był zwolennikiem pozostania Wlk. Brytanii w UE stał się niechcący ojcem „secesji”. Tak się kończy wypuszczanie dżinna z butelki – a w przypadku Polski takim dżinnem mogą stać się sankcje i obcięcie eurofunduszy.

A potencjalne podglebie jest. Przypomnę sondaż IBRIS dla „Polityki” z czerwca 2017 r., w którym 56,5 proc. opowiedziało się przeciw przyjmowaniu uchodźców, nawet gdyby wiązało się to z ograniczeniem unijnych funduszy; z kolei na pytanie o odmowę przyjęcia uchodźców nawet za cenę wyjścia z UE „zdecydowanie tak” i „raczej tak” odpowiedziało łącznie 51,2 proc. respondentów. Ponadto Polacy niezmiennie przeciwni są przyjęciu waluty euro, zaś ze wspomnianego tu niedawno raportu Fundacji Batorego „Polacy wobec UE: koniec konsensusu” gdzie wzięto pod lupę różne sondaże z ostatnich lat jasno wynika, że poparcie dla UE nie jest bynajmniej bezwarunkowe – Polacy są wprawdzie generalnie „za”, lecz tylko pod warunkiem poszanowania naszej podmiotowości i prawa do realnego współdecydowania o obliczu europejskiej wspólnoty.

Tak więc, na miejscu dzisiejszych hunwejbinów spod znaku „ulicy i zagranicy”, działających w myśl zasady „im gorzej (dla Polski), tym lepiej (dla nas)”, wziąłbym na wstrzymanie – bo finalnie możecie się, robaczki, nielicho zdziwić.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Żegnaj Brukselo!

Porozmawiajmy o polexicie


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 02 (12-18.01.2018)

niedziela, 31 grudnia 2017

Porozmawiajmy o polexicie

Prawdziwą przyjemnością będzie patrzeć, jak ci, którzy dziś gardłują o polexicie, zaczną w panice połykać własne języki.


I. „Polexitowa” histeria

„PiS chce wyprowadzić Polskę z Europy” - grzmi totalna opozycja. „Polexit to tajny plan Kaczyńskiego” - wtóruje niemiecka prasa i jej polskojęzyczne ekspozytury. I tak w koło Macieju od ponad dwóch lat. Przy każdej różnicy zdań między polskim rządem a Brukselą (żeby tylko, również przy każdym sporze z Berlinem, czy nawet po zerwaniu kontraktu na francuskie Caracale – nieloty), powtarza się ten sam refren. Działa to wedle schematu prostego jak konstrukcja cepa: jeśli polski rząd w jakiejkolwiek sprawie ma odmienną opinię od zadekretowanej przez unijnych rozgrywających, to znaczy, że „marginalizuje Polskę”, „degraduje do drugiej ligi” i „wyprowadza z Europy”. W tle zaś nieodmiennie majaczy szantaż oparty o „reductio ad Putinum” - PiS z Kaczyńskim mają mianowicie swoją polityką „radować Putina”. Tego samego Putina, w porozumieniu z którym Angela Merkel usiłuje przepchnąć kolanem gazociąg Nord Stream II i wyłączyć go spod europejskich regulacji energetycznych, a niemiecka lewica aż przebiera nogami, by pod byle pretekstem znieść sankcje nałożone na Rosję po agresji na Ukrainę. Ale Niemcy „na korzyść Putina” nie grają...

I na nic zdają się każdorazowe zaprzeczenia, że nic z tych rzeczy, nikt wyprowadzać Polski z UE nie zamierza – ba, nawet słowa Jarosława Kaczyńskiego, że dla polskiej obecności w Unii Europejskiej „nie ma alternatywy” traktowane są jako zasłona dymna. Można wręcz odnieść wrażenie, że dla wrzeszczących o „polexicie” histeryków koronnym dowodem jest sam fakt sprawowania władzy przez PiS. Otwartym pytaniem pozostaje, czy plotą te duby smalone z wyrachowania, licząc na wystraszenie euroentuzjastycznych Polaków, czy już sami uwierzyli we własną propagandę – ale to w gruncie rzeczy kwestia drugorzędna. Gorsze jest co innego – otóż politycy Prawa i Sprawiedliwości z Jarosławem Kaczyńskim na czele najprawdopodobniej są w swych zapewnieniach zupełnie szczerzy i naprawdę nie wyobrażają sobie Polski poza unijnymi strukturami. A to błąd, bo powinni taki wariant przynajmniej brać w politycznych rachubach pod uwagę i zawczasu przygotować plan awaryjny, gdyby polexit okazał się jednak koniecznością. Co więcej, powinni tę ewentualność wprowadzić do dyskursu publicznego, choćby po to, by oswajać z nią opinię publiczną.


II. Wojna brukselsko-polska

Aż się chce powiedzieć – straszycie ludzi polexitem? Dobrze, to pogadajmy o tym, skoro tak skwapliwie, przy byle okazji wywołujecie wilka z lasu. Tak się składa, że naszemu wyjściu z Unii Europejskiej i możliwym alternatywom poświęciłem przez ostatnie niemal trzy lata trochę tekstów – a teraz, po wypowiedzeniu nam przez Brukselę otwartej wojny, bo do tego sprowadza się słynna „opcja atomowa” opisana w art.7 Traktatu Lizbońskiego, temat stał się wyjątkowo aktualny. Powtórzmy to – uruchomienie procedury, której finałem może być potencjalnie pozbawienie nas prawa głosu i sankcje, jest de facto wypowiedzeniem wojny, za którym stoi ewidentna niemiecka inspiracja, bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie sądzi, że pajace w rodzaju Timmermansa, Verhofstadta czy Junckera ośmieliliby się na taki krok na własną rękę. Niezależnie od końcowego wyniku, zamiarem tej awantury jest permanentne eskalowanie napięcia obliczone na poderwanie społecznego poparcia dla obecnego rządu – to zaś oznacza, że Bruksela (a tym bardziej Berlin) nie jest w stanie przyjąć do wiadomości „niesłusznych” wyników wyborów w krajach członkowskich, a tym bardziej jakiejkolwiek suwerennej polityki wyłamującej się spod dyktatu euro-mandarynów.

W konsekwencji powyższego, wielkimi krokami zbliża się moment, gdy normalne funkcjonowanie Polski w UE stanie się zwyczajnie niemożliwe. Albo się ugniemy, rezygnując z jakiejkolwiek podmiotowości, albo będziemy sekowani na wszelkie możliwe sposoby – na dzień dzisiejszy stoi na porządku dziennym „karne” obcięcie eurofunduszy w kolejnej perspektywie budżetowej po 2020 r. Zresztą, o tym, że kolejny budżet UE będzie chudszy i możemy stać się płatnikiem netto, mówiono już od dawna – to zaś z naszej perspektywy stawia pod znakiem zapytania opłacalność całego interesu.


III. Rachunek zysków i strat

I tak właśnie na nasze członkostwo należy patrzeć – jako na interes, w którym liczy się jedynie rachunek zysków i strat. Bez ideologicznego zadęcia, a tym bardziej bez prowincjonalnego zachłystywania się wielkim światem i europejskimi salonami na które łaskawie zostaliśmy wpuszczeni. Po stronie zysków możemy policzyć zakotwiczenie polityczne w europejskich strukturach dające poczucie bezpieczeństwa, następnie dostęp do rynków i swobodny przepływ ludzi, oraz oczywiście eurofundusze. Tyle, że owo „zakotwiczenie w Europie” właśnie okazuje się bronią obosieczną – oznacza bowiem rosnące podporządkowanie rozmaitym uroszczeniom „pogłębiającej integrację” Brukseli, a docelowo nieodwołalne sprowadzenie do położenia kolonialnego, z którego właśnie chcemy się wydobyć. Z eurofunduszami tak czy inaczej po 2020 r. będzie problem i może się okazać, że po dokonaniu niezbędnych racjonalizacji wydatków równie dobrze możemy bezpośrednio wydawać u siebie to, co w ramach składki odprowadzamy do unijnego budżetu – a wpłacać będziemy coraz więcej, bo składka członkowska uzależniona jest od poziomu PKB. Dodam nieco złośliwie, że dzięki temu znikną irytujące tabliczki informujące, że basen w Pcimiu Dolnym został „sfinansowany z środków UE”, mające na celu utrwalanie w społecznej świadomości poczucia swoistej „kolonialnej wdzięczności” wobec brukselskich dobrodziejów. Kolejną kwestią jest rzetelne obliczenie (czego żaden rząd dotąd nie zrobił) rzeczywistych kosztów naszego członkostwa – kolonizacji gospodarczej, wdrażania produkowanych taśmowo dyrektyw i zaleceń, wypływu wypracowanego w Polsce kapitału, biurokracji obsługującej rozdzielanie funduszy unijnych i nadzorującej „implementację” unijnego prawa itp.

Zostaje zatem przestrzeń wspólnego rynku i otwarte granice, z czego faktycznie trudno byłoby nam zrezygnować. Tyle, że do tego pozostawanie w Unii nie jest niezbędne, co pokazuje przykład takich państw jak Norwegia czy Islandia. Nie są, przypomnę, członkami UE, pozostając w Europejskim Obszarze Gospodarczym i korzystając z dostępu do wspólnego rynku, a także strefy Schengen – za to bez polityczno-biurokratycznej, brukselskiej „czapy”. Islandia nawet przez pewien czas negocjowała akcesję do Unii, by przekonać się, że skórka nie jest warta wyprawki i podziękować za udział w „elitarnym klubie”.


IV. Mówić ludziom prawdę

O tym wszystkim należy ludziom mówić. Spokojnie, bez wpadania w zbędną histerię, tłumaczyć dlaczego opcja „polexitu” może być nie tylko koniecznością, lecz również poniekąd szansą. Na szczęście, od czasu kryzysu migracyjnego i zafundowanego Niemcom przez kanclerz Merkel zbiorowego samobójstwa, idealizowany dotąd Zachód stracił w oczach Polaków bardzo wiele ze swej atrakcyjności. Jeżeli można mówić o jakichkolwiek pozytywach płynących z groźby islamizacji, to właśnie owo otrzeźwienie z odurzających oparów bezkrytycznego euroentuzjazmu jest jednym z nich. Unia straciła zatem walor cywilizacyjnej atrakcyjności i zostały już tylko pieniądze. Jeszcze chwila i Polacy będą gotowi, by usiąść z kalkulatorem i dokonać bilansu. Trzeba ich tylko potraktować poważnie, jak dorosłych, a nie jak dzieci, którym lepiej pewnych rzeczy nie mówić dla ich własnego dobra – tym bardziej, że ten obłudny paternalizm był domeną elit III RP i dobrze byłoby, gdyby obecna władza różniła się od poprzedników również i w tym aspekcie. Co więcej, poparcie dla obecności w UE jest w naszym społeczeństwie tyleż szerokie, co płytkie – przed rokiem zauważyła to nawet sorosowska Fundacja Batorego w raporcie „Polacy wobec UE: koniec konsensusu”, z troską konstatując przewartościowanie społecznych postaw wobec „zjednoczonej Europy”. A poza wszystkim - prawdziwą przyjemnością będzie patrzeć, jak ci, którzy dziś gardłują o polexicie, zaczną w panice połykać własne języki.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Exodus z domu niewoli


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (29.12.2017-04.01.2018)

piątek, 16 października 2009

Załamywanie rąk nad Klausem.


Pełna kompleksów, proszalno – przebłagalna postawa wobec Brukseli nie jest wyłączną domeną elit nadwiślańskich.

Jakiś diabeł podkusił mnie, by w poniedziałek zajrzeć do „Wyborczej”. (12.10.2009) A tam, proszę Pań i Panów, w dziale zagranicznym objawił się na gościnnych występach pewien Czech mowny, Lubosz Palata, z tekstem pod wszystko mówiącym tytułem: „Vaclav Klaus – prezydent, którego się wstydzę” (link poniżej)

Aby podkreślić rozmiary wstydu, który Czesi powinni odczuwać z powodu prezydentury Klausa, ostatnie słowa tytułu zostały w wersji drukowanej wybite czerwoną czcionką.

Wstyd i euro – przeprosiny.


Generalnie, tekst sprowadza się do narzekań, że Klaus zwleka z podpisaniem tzw. „Traktatu lizbońskiego” i żąda dodatkowego protokołu do osławionej Karty Praw Podstawowych, który uniemożliwiłby potomkom Niemców Sudeckich zgłaszanie roszczeń do pozostawionych majątków. Wedle autora, sytuuje to Klausa między komunistami i „skrajnymi” nacjonalistami w typie Le Pena oraz, jakże by inaczej – „dyskredytuje całą Republikę Czeską”. Tekst zwieńczony jest tyleż kuriozalną, co żałośnie płaczliwą puentą:

„(…) Jednak Czesi muszą to jeszcze wyjaśnić Europie. I powiedzieć otwarcie:

Vaclav Klaus to szaleniec, ale jest czeskim prezydentem. Dajcie mu to, czego chce, i niech podpisze traktat lizboński, tak będzie najłatwiej i najszybciej. My zaś obiecujemy wam, że słyszycie o Klausie po raz ostatni.
(wytłuszczenie moje – G.G.)

I jeszcze to:

„Ja, w imieniu normalnych Czechów, niniejszym przepraszam Unię. Wstydzę się, że Vaclav Klaus jest naszym prezydentem. Proszę, wybaczcie nam to. Więcej już tego nie zrobimy.
(wytł. j.w.)

ŻENADA.

Klaus vs ziomkostwa.


A co z groźbą niemieckich roszczeń? Lubosz Palata uważa, iż nie ma problemu, ponieważ już Gerhard Schroeder zapewnił, iż

„nigdy nie poprze majątkowych roszczeń wygnańców. Kanclerz Angela Merkel, pierwsza szefowa niemieckiego rządu, trochę mówiąca po czesku, potwierdziła to.”


No proszę. Jakby co, wystarczy przypomnieć, że „mówiąca trochę po czesku” Angela Merkel potwierdziła to, co mówił Schroeder i ziomkostwa ze swymi roszczeniami zmyją się jak niepyszne. A ten głupi, ograniczony Klaus na to nie wpadł. Co za tępak, jak rany…

Problem w tym, panie Palata, że w przeciwieństwie do wysiedleń Niemców z polskich Ziem Zachodnich, dekrety Benesza nie mają podstawy w poczdamskich ustaleniach i były samowolnym podczepieniem się pod decyzję wielkich mocarstw. Czesi mają się czego obawiać. Co z tego, że dotychczasowe pozwy, jak Pan pisze, były oddalane. Któryś w końcu może nie zostać oddalony – i takiemu precedensowi należy postawić prawną tamę.

Tak, a propos – czy podobne, usypiające tony w kwestii, mówiąc hasłowo, „steinbachopodobnej”, nie odzywają się również w naszej publicystyce?

Euro – kompleksy.


Omawiany tu artykuł, którym pozwalam sobie zaprzątać uwagę Czytelników , jest wymownym świadectwem, iż pełna kompleksów, proszalno – przebłagalna postawa wobec Brukseli, tudzież jej euro-władców, nie jest wyłączną domeną elit nadwiślańskich i całkiem nieźle ma się również nad Wełtawą.

Nawet retoryka jakby podobna. Skąd my znamy te frazy o „deprecjonowaniu”( u nas pisano o „stawianiu Polski poza głównym nurtem Europy”, „kompromitacji”, „hamulcowym integracji”) itd. Zapytam pół żartem: czy oni aby nie przechodzą jakichś ponadnarodowych kursów euro-retoryki?

Zwróćmy uwagę na to charakterystyczne latanie ze skargą do obcych mediów na przywódców usiłujących realizować niezbędne minimum narodowego interesu. Czy „Lizbona” umniejsza pozycję państw narodowych względem Brukseli? Umniejsza. Czy pogarsza sytuację mniejszych krajów względem większych? Pogarsza.

Jak zatem reagują gorliwi neo–brukselczycy na działania polityków usiłujących coś dla swoich krajów uratować? Ano, orzekają, iż podobne działania są niedopuszczalne i wielce „nacjonalistyczne”. Po czym przystępują do organizacji medialnego, mówiąc językiem sportowym, „pressingu”. W ramach rzeczonego „pressingu” obsmarowują tzw. „eurosceptyków” za granicą – albo własnym piórem, jak pan Palata, albo podsuwając odpowiednie tematy kolegom, orzącym w bratnich mediodajniach na podobnym ideowo – politycznym odcinku. Tak było u nas za czasów „kaczyzmu”, tak jest obecnie w Czechach.

Skarżypyty.

Kogo przeprasza Lubosz Palata?


Warto zadać sobie pytanie, kogo tak naprawdę przeprasza Lubosz Palata. Oczywiście, pan Palata przepraszając Unię nie ma na myśli obywateli poszczególnych krajów, których nawet nie zapytano o zdanie, a jeśli nieopatrznie zapytano, jak Irlandczyków, to po udzieleniu niezadowalającej odpowiedzi, kazano im zdawać egzamin jeszcze raz, w terminie poprawkowym. Pan Palata swe żarliwe przeprosiny kieruje ku podobnym sobie eliciarzom, aspirującym do bytowania w okolicach euro – parnasu. Przede wszystkim zaś są to przebłagalne modły skierowane do samego zbiorowego Złotego Cielca usadowionego na brukselskim Olimpie.

Tak postępuje zakompleksiony gówniarz pragnący wkupić się do fajnej paczki. Tak postępuje prowincjonalny snob, chcący bywać na właściwych salonach.

Euro – ciotunie, czyli Telimeny w Soplicowie.

Biadanie przeróżnych etatowych europejczyków nad Vaclavem Klausem, przypomina załamywanie rąk nobliwych ciotek nad czarną owcą w rodzinie. Wszyscy należycie poprawni, przepojeni duchem euro-akceptacji, a ten jeden się wyłamuje. Wyrodek.

Skąd się bierze to jątrzące, prowincjonalne poczucie niższości, każące raz za razem na nowo udowadniać swe właściwe poglądy i obsztorcowywać na zewnątrz kraju własnych przywódców? Chyba wiem. Bierze się ze wzgardy do własnych krajów i narodów. Euro – ciotunia wie, co jest modne „w świecie” i z trawiącym zęby kwasem konstatuje, iż jej domostwo (o domownikach nie wspominając) nie ma nawet dziesiątej części tego światowego sznytu. Cierpi, niczym Telimena w Soplicowie. Luboszowi Palacie dedykuję „Pana Tadeusza”. Może wtedy odkryje jaką okrywa się śmiesznością, wchodząc w rolę Telimeny i usiłując ustawić prezydenta Klausa w roli strofowanej, „parafiańskiej” Zosi.

Straszne euro – ciotunie wiszą nad poddanymi ich uzurpatorskiej pieczy postaciami życia publicznego i dyrygują: w lewo, jeszcze bardziej, w lewo mówię, no gdzie leziesz sieroto, buzia w ciup, podpisz to, tak – właśnie teraz, baranie…

Doprawdy, nie wiem, co byśmy, biedne sierotki, bez tych ciotuń poczęli…

Aby do referendum.

W grudniu zeszłego roku, gdy do Vaclava Klausa przybyła delegacja euro-saloniarzy z impertynencką połajanką, pisałem:

„Vaclav Klaus jest jednym z nielicznych współczesnych polityków autentycznych - tzn. z kręgosłupem prawdziwych poglądów, a także wizją czeskiej i europejskiej racji stanu. Na tle ugrzecznionych „poprawnościowych” polityków karmiących nas od świtu do zmierzchu drętwą euro – gadką, wyrasta na prawdziwego męża stanu o formacie intelektualnym i horyzontach niedostępnych dla stada zaludniającego brukselskie i strasburskie korytarze, gdzie mdłe banały i pseudodemokratyczne slogany urosły do rangi prawd objawionych konstytuujących obowiązujący kanon myślenia.”


www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosalonia...

Opinię tę potwierdzam w całej rozciągłości. Mam nadzieję, że czeski prezydent, wyszukując coraz to nowe preteksty do niepodpisywania „Lizbony”, czyni to w cichym sojuszu z Davidem Cameronem, który deklaruje, że po wygranych wyborach rozpisze referendum w Wlk. Brytanii.

Oby tak się stało.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

P.S. 1

„Wyborcza” straszy Klausem:

wyborcza.pl/1,76842,7132435,Vaclav_Klaus___prezydent__ktorego_sie_wstydze.html

wyborcza.pl/1,76842,7129878,Vaclav_Klaus_straszy_Niemcami.html

P.S. 2

Moje teksty zatrącające o podobną tematykę:

www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosaloniarze

www.niepoprawni.pl/blog/287/jeszcze-o-awanturze-na-hradczanach

www.niepoprawni.pl/blog/287/lwy-salonowe-czyli-o-eurofetyszyzmie-slow-kilka

niedziela, 11 stycznia 2009

Klaus vs eurosaloniarze.

Vaclav Klaus 1

Vaclav Klaus jest jednym z nielicznych współczesnych polityków autentycznych - tzn. z kręgosłupem prawdziwych poglądów, a także wizją czeskiej i europejskiej racji stanu. Potrafi jasno i bez ogródek dawać publicznie wyraz swym przekonaniom, oraz podejmować zdecydowane działania w imię ich realizacji. Na tle ugrzecznionych „poprawnościowych” polityków karmiących nas od świtu do zmierzchu drętwą euro – gadką, wyrasta na prawdziwego męża stanu o formacie intelektualnym i horyzontach niedostępnych dla stada zaludniającego brukselskie i strasburskie korytarze, gdzie mdłe banały i pseudodemokratyczne slogany urosły do rangi prawd objawionych konstytuujących obowiązujący kanon myślenia. Vaclav Klaus w i e jakie ma poglądy w kwestii modelu europejskie integracji, czy religii ekologizmu, co wywołuje nieustanną cichą furię wśród tych, co przywykli uważać, że tylko oni są w prawie decydować o kierunku w którym powinien podążać nasz kontynent.

O tym jak gargantuiczne rozmiary przybrała ich pycha i jak dalece czują się władni przywoływać do porządku wszelkich odstępców od jedynie słusznej linii, nie licząc się z nikim i niczym, świadczy opublikowany na stronach „Frondy” zapis rozmowy prezydenta Czech z delegacją prominentnych eurosaloniarzy (Hans Gert Pöttering, Martin Schulz, Graham Watson, Daniel Cohn-Bendit, Brian Crowley, Francis Wurz, Hanne Dahl). (http://fronda.pl/news/czytaj/skandal_w_pradze) Czytałem to i oczy robiły mi się kwadratowe. Gejzery chamstwa i arogancji których erupcje można zaobserwować w niemal każdym akapicie przytaczanego dokumentu; besztanie prezydenta suwerennego państwa, jakby był niesfornym uczniakiem, lub niesubordynowanym podwładnym – trudno o bardziej dobitny przykład, co r e a l n i e kryje się za wygłaszanym do kamer i mikrofonów gładkim eurogadaniem. W rozmowie w cztery oczy medialne hamulce przestały obowiązywać i podskórne wody ohydy rozlały się szeroką rzeką nieczystości.

Ale trafiła kosa na kamień. Klaus nie tylko stanowczo się przeciwstawił aroganckim wrzaskom eurofederastów, dając tym samym jasny sygnał, że nie pozwoli się zastraszyć, ale opublikował przebieg zafundowanego mu przesłuchania, które, jak zapewne sądzili „nasi europejscy przyjaciele” miało pozostać skryte za kotarą poufności.

Dla nas, Polaków, jest to bezcenna lekcja, ze wszech miar godna zapamiętania i wyciągnięcia wniosków, pokazuje bowiem, że prominentni „brukselczycy” traktują Europę, a zwłaszcza jej środkowo – wschodnią część niczym swój prywatny folwark, który czują się władni naginać i modelować dla swych politycznych potrzeb i dla wyznawanej akurat ideologii. Zobaczyliśmy, co kryje się za obracanymi we wszystkie strony słówkami typu „kompromis”, czy „dialog” – bezwzględne obsobaczanie niepokornych w stylu sowieckich genseków dyscyplinujących swych namiestników w demoludach. Czarno na białym widać ile warte są frazesy o demokracji, gdy jeden z narodów (np. Irlandczycy) zagłosuje wbrew woli euroluminarzy. I widzimy wreszcie strategiczne cele do których dążą europejscy eliciarze forsujący Lizbonę: niezależny od nikogo i przed nikim nieodpowiedzialny francusko – niemiecki biurokratyczny totalizm skryty za fasadą instrumentalnie traktowanej demokracji. Nie pierwszy to zresztą przypadek, gdy ludowładztwo sprowadza się do czczego formalizmu pustych procedur – wystarczy przypomnieć sobie Rzym epoki pryncypatu – wszak odbywały się tam regularnie demokratyczne – a jakże! – wybory…

Wszystkie wspomniane wyżej tendencje można było oczywiście zaobserwować już od dawna, ale chyba do tej pory nie wybuchły nam wszystkim w twarze, tak otwarcie, rzekłbym – bezczelnie i z taką mocą. Należy więc zadawać pytania, chwytając, gdy trzeba, naszych polityków za klapy marynarek – czy naprawdę traktat lizboński to droga bez alternatywy i jak się ma do niego polska racja stanu? Czy polityka uśmiechów i poklepywania po plecach zamiast twardego stawiania na europejskim forum naszych interesów to aby właściwa droga?

I wreszcie, tak już z czystej ciekawości – jakim to językiem rozmawiają z wami brukselscy europolitycy, gdy nie ma w pobliżu mediów? I czy w przypadku różnicy zdań kiedykolwiek zdobyliście się na postawę, którą zaprezentował prezydent Vaclav Klaus?

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 10.12.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosaloniarze

Lwy salonowe (czyli o eurofetyszyzmie słów kilka).

Kotek

Pseudodebata, czyli nieustanne flekowanie oponentów, jakie obserwujemy od chwili, gdy miłościwie nam panujący Geniusz Kaszub ogłosił zamiar przystąpienia Polski do strefy euro, daje do myślenia. Szczególnie zaś skłania do refleksji nad bezmiarem intelektualnego serwilizmu rodzimych lwów salonowych, których ryki rozbrzmiewają od świtu do późnej nocy na szerokich połaciach medialnej dżungli.

Wspomniane lwy na ogół znają się na ekonomii jak kura na pieprzu, nie przeszkadza to im jednak ryczeć rozgłośnie, jak to pilnie musimy eurowalutę wprowadzić i jaką wstecznicką, brudnopolityczną podłością jest brak entuzjazmu wobec tego pomysłu.

Sam ekonomistą nie jestem, wolę więc słuchać ekspertów, porównywać stanowiska, argumenty i dopiero na tej podstawie wyrabiać sobie opinię, jednak lwy najwyraźniej podobnych zahamowań nie mają.

O co tu chodzi?

Otóż, w sprawie euro jak w soczewce ogniskują się kompleksy i fobie odczuwane przez nasze „elyty” wobec jaśnie oświeconej „starej Europy”(copyright by D. Rumsfeld). Że nie jesteśmy tak postępowi, tacy fajni; że nie mamy tego stylu, tego szyku, bon tonu; nie nadążamy, odstajemy… innymi słowy, ci mędrkowie nawet nie usiłują kwestii waluty traktować w kategoriach ekonomicznych – dla nich to po prostu kolejny ideologiczny fetysz; amulet, który ma sprawić, że wpuszczą nas z przedpokoju wprost na europejskie salony, jako pełnoprawnych członków eleganckiego towarzystwa.

Takich fetyszy jest zresztą więcej – ot, weźmy choćby traktat lizboński, zwłaszcza w połączeniu ze sławetnym „pozostawaniem w głównym nurcie europejskiej polityki”. Nasi luminarze dają tu dowód graniczącego z fobią lęku przed zmarszczonym czołem Sarkozy’ego, Merkel, czy któregoś z eurokomisarzy.

Możliwość dokopania przy okazji znienawidzonym Kaczorom pełni tu, moim zdaniem, rolę wtórną – jest jedynie elementem środowiskowego rytuału integracyjnego, który ma potwierdzić, że między nami są „sami swoi”. Taak, gdy w grę wchodzą eurofetysze, motywacja wypływa z najgłębszych, najbardziej bolesnych i autentycznych skurczów duszy. Owi ludzie doznają niemal fizycznych boleści na samą myśl, że ktoś mógłby dostrzec w nich choćby cień zaścianka; że przy okazji kolejnego pobytu za granicą ci, do których z całych sił pragną doszlusować, znów będą wypytywali z troską w oku: - a co u was z euro, z Lizboną, prawami gejów, groźbą faszyzmu, z antysemitami…

I jak za dotknięciem różdżki nasze lwy salonowe zmieniają się nagle w pomiaukujące kociaki, tłumaczące wszem i wobec, że oni owszem, że serca gorące a duch ochoczy, tylko naród jeszcze nie uświadomiony, kartofel przeszkadza, Rydzyk tumani, więc, wiecie, gdyby w waszym Le Monde / Zeitungu ukazał się jakiś tekst, to my u siebie nagłośnimy, damy kołtunom odpór, tylko puśćcie coś o kartoflach, czy o zagrożeniu dyktaturą, wiecie, dajcie nam argument… miau… miau…

„Bo w Paryżu / nawet dziecko w wózku / umie mówić po francusku” – tak wyśmiewał niegdyś naśladownictwo nadwiślańskich eliciarzy pewien satyryk. I właśnie o to – o zagłuszenie jątrzącego poczucia prowincjonalizmu, a nie o żadną gospodarkę tutaj chodzi.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja 28.11.2008 http://www.niepoprawni.pl/blog/287/lwy-salonowe-czyli-o-eurofetyszyzmie-slow-kilka