Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brexit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brexit. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Życie po Brexicie

Dalszym losom Wielkiej Brytanii warto się pilnie przyglądać – jak niejednokrotnie pisałem, może się bowiem okazać, że poza Unią też istnieje życie.

I. Lewacka furia

Na początek proponuję Państwu mały eksperyment. Proszę sobie wejść na jakiś portal „Agory” - nieważne, czy będzie to gazeta.pl, czy strony „Gazety Wyborczej” - i poczytać komentarze czytelników pod jakimkolwiek artykułem dotyczącym Brexitu. Poziom emocjonalnego zacietrzewienia dorównuje chyba tylko sytuacjom, gdy na tapetę wchodzi PiS, Kaczyński, bądź reforma sądownictwa. Rzeka jadowitego hejtu pod adresem „brytoli” w niczym nie ustępuje tej wylewanej dzień w dzień na „pisiorów” i „hołotę przekupioną za pińćset”. Można wręcz powiedzieć, iż Brytyjczycy wraz ze swym rządem są dla lemingów w kontekście relacji międzynarodowych tym samym, czym na krajowym podwórku PiS i jego wyborcy. Wszystko to podszyte jest złośliwą schadenfreude, że już-już za moment Wielka Brytania dostanie za swoje – załamią się finanse i gospodarka, Szkocja dokona secesji, Unia zablokuje granice i najdalej za kilka lat „mała Brytania” przyjdzie pokornie prosić się w łachę, żeby Bruksela znów łaskawie ją przyjęła do „europejskiej wspólnoty”. Przypomina to wypisz-wymaluj internetowe proroctwa głoszące, że wskutek pisowskiego „rozdawnictwa” Polska zbankrutuje niczym Grecja lub Wenezuela i dopiero wtedy skruszony „motłoch” z Podkarpacia i Podlasia (bo wg głębokiego przekonania czytelników „Wyborczej” tylko ów prowincjonalny plebs korzysta z 500+ i reszty świadczeń) otrzeźwieje i skruszony zagłosuje na ludzi „światłych i na poziomie”, przywracając „naturalną” społeczną hierarchię i uznając swój podrzędny status wobec „elit”. Czytając te wykwity frustracji odnosi się wrażenie, że obywatele Wielkiej Brytanii swą decyzją wyrządzili naszym „europejczykom” osobistą zniewagę – podobnie, jak „polski ciemnogród” obraził ich uparcie głosując nie na tych, na których powinien.

Skąd ta złość i poczucie urazy? Gdybym miał zabawić się w domorosłego psychologa powiedziałbym, iż zwolennicy „obozu III RP” zainwestowali całe swoje jestestwo, wszystkie emocje w ogólnie pojmowaną „europejskość”, stawiając ją zarazem w opozycji do polskości. Europejskość w tym rozumieniu jest synonimem wszystkiego, co w tej grupie pozytywnie się kojarzy – postępu, dobrobytu, nowoczesności, laicyzacji, modernizacji i cywilizacyjnych standardów. Słowem – sukcesu. I na odwrót – polskość z kolei jest dla nich symbolem obciachu, zacofania, parafiańszczyzny, klerykalizmu, bardaku, nieróbstwa, roszczeniowości i ciemnoty. Krótko mówiąc – powodem do nieustannego poczucia wstydu. Stąd ten horyzont aspiracji sprowadzający się do skrupulatnego „implementowania” kolejnych wytycznych wraz z idącym w pakiecie odpowiednio „postępowym” światopoglądem, by – w jakimś czasowym horyzoncie – móc wreszcie zrzucić z siebie ten duszący ciężar utożsamianego z polskością prowincjonalizmu i móc się ogłosić „europejczykiem”. Więcej – zostać uznanym za takowego przez „białych ludzi” z Brukseli, Berlina i Paryża. Symptomatyczne są tu słowa Moniki Olejnik, która zapytana jakie ma poglądy, odpowiedziała: „normalne, europejskie”. A jakie poglądy są „europejskie”? Ano takie, jakie na danym etapie są podawane wyznawcom do wierzenia przez lokalne elity pełniące rolę pasów transmisyjnych między zachodnią „metropolią”, a tutejszymi koloniami.


II. Koniec „europejskiego snu”

Jak łatwo zauważyć, takie podejście oznacza, że Polska tym ludziom tak naprawdę nie jest do niczego potrzebna – ich sen o kosmopolitycznej „nowoczesności” doskonale zaspokaja „Europa bez granic” pod światłym nadzorem kasty brukselskich mandarynów, zaś jedynym marzeniem jest, by owi mandaryni uznali ich za „swoich”. I do głów im nie przyjdzie, że właśnie tego typu postawa świadczy o głębokich kompleksach prowincjonalnego parweniusza, który jedyne poczucie własnej wartości czerpie z tego, jak jest oceniany w oczach tych, którzy mu imponują. Nawet dyżurna narracja obozu III RP o „bezprzykładnym sukcesie Polski” podszyta jest właśnie tymi kompleksami – ów „sukces” w ich ujęciu zasadza się przecież właśnie na tym, że jesteśmy chwaleni przez zagraniczne elity. Polskie osiągnięcia nabierają więc wartości dopiero po przejrzeniu się w lustrze kurtuazyjnych komplementów naszych zachodnich mentorów, a „modernizująca się” Polska liczy się jedynie jako okres przejściowy przed roztopieniem się w europejskim tyglu. I z podobnych przyczyn ludzie ukształtowani w tej formacji duchowo-intelektualnej tak żywiołowo nienawidzą PiS-u i jego wyborców – bo reprezentują wszystko to, czym „fajnopolaków” nauczono do głębi pogardzać i przynoszą „wstyd przed światem”.

I teraz te wszystkie emocje i aspiracje w które bez reszty się zaangażowali dostały cios w postaci Brexitu. Okazuje się, że Unia Europejska nie dla wszystkich jest miarą wszechrzeczy, słowa Junckera, Timmermansa czy Verhofstadta nie muszą być wyrocznią, a kierunek obrany na budowę europejskiego superpaństwa nie jest jedynie słusznym, bezalternatywnym prawem historii. I na dodatek, ta negacja nie wyszła z jakichś tam Węgier lecz z poważnego, dużego kraju, będącego jedną z największych gospodarek świata. To jak policzek wymierzony w wyznawaną przez tutejszych postępowców religię europeizmu. A nade wszystko – wyjątkowo bolesny dysonans poznawczy. To zaś z kolei wywołuje agresję, której dają upust w opisany na wstępie sposób. Kolejną przyczyną owej agresji jest pojawiający się między wierszami lęk – a co, jeśli na Wielkiej Brytanii się nie skończy? Jeśli za jej przykładem pójdą następni, w tym Polska? Taki scenariusz równałby się zburzeniu ich całego oglądu rzeczywistości. I jak tu żyć?


III. Brukselska arogancja

Dokonuję tej wiwisekcji najbardziej zaangażowanych tutejszych wyznawców „europeizmu”, bo moim zdaniem pasuje ona również w znacznej mierze do przedstawicieli brukselskich elit. Może poza jednym – zamiast kompleksu niższości, unijni mandaryni prezentują nieuleczalny kompleks wyższości, manifestujący się niezmienną pychą i aroganckim przeświadczeniem o własnej nieomylności. Cała reszta jednak się zgadza. Na brytyjskie referendum kasta „brukselczyków” zareagowała furią ocierającą się wręcz o odmowę przyjęcia wyników do wiadomości, czego przejawem były niedwuznaczne sugestie, by powtórzyć głosowanie – w domyśle, aż do skutku, czyli „zadowalającego” rezultatu. Gdy okazało się, że Wielka Brytania to nie Irlandia, którą udało się w podobnym duchu skutecznie „zmłotkować” i przymusić do akceptacji Traktatu Lizbońskiego – unijna wierchuszka postawiła na maksymalne utrudnianie negocjacji rozwodowych i stawianie zaporowych warunków. Było to zagranie mające z jednej strony na celu odstraszenie potencjalnych naśladowców, polegające na wysłaniu czytelnego sygnału: „nawet nie myślcie o żadnych exitach, bo to droga przez mękę”; z drugiej zaś – obliczone na zmęczenie brytyjskiej opinii publicznej, by w kolejnych wyborach zagłosowała „właściwie”, porzucając marzenia o niepodległości. W końcu jednak wyborcy przemówili, stawiając jednoznacznie na Borisa Johnsona, który obiecał szybkie sfinalizowanie Brexitu. Słowa dotrzymał - od północy 31 stycznia 2020 r. Wielka Brytania przestała być członkiem Unii Europejskiej.

Teraz jeszcze zostały do wynegocjowania warunki dalszej współpracy – i już widać, że nie będzie łatwo, bowiem Bruksela idzie w zaparte, żądając by Wielka Brytania pozostając poza Unią respektowała „europejskie standardy” - czyli wciąż implementowała wszystkie urodzone w Brukseli dyrektywy, co dla Brytyjczyków jest nie do przyjęcia. Widać zatem wyraźnie, że urzędnicze elity UE są impregnowane na jakąkolwiek autorefleksję i nie mają zamiaru rewidować swej obłędnej polityki spod znaku „więcej Europy” - więcej unifikacji, regulacji i okrawania suwerenności państw członkowskich. To ważna wskazówka również i dla nas, oznaczająca, że dzień, gdy kwestia polskiej obecności w UE stanie na ostrzu noża, zbliża się wielkimi krokami. A dalszym losom Wielkiej Brytanii warto się pilnie przyglądać – jak niejednokrotnie pisałem, może się bowiem okazać, że poza Unią też istnieje życie.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (07-13.02.2020)

Pod-Grzybki 197

Klaudia Jachira nie ustaje w swych żenujących prowokacjach. Tym razem wystąpiła z repliką tablic z Dekalogiem, plotąc przy tym jakieś dyrdymały, mające w zamierzeniu ośmieszyć PiS i jego wyborców. Teksty były tak nędzne i bez krzty polotu, że daruję sobie cytaty. Frapuje mnie natomiast jedno – czy parodiowanie Mojżesza i tekstu ze świętej księgi judaizmu nie podpada aby pod antysemityzm?


*

Jak wiadomo, według „totalnych” mamy obecnie faszyzm, stalinizm i stan wojenny – nie wiadomo tylko, czy opcje te są do wyboru, czy też dostępne łącznie, w wersji „all inclusive”. O stanie wojennym gardłowali ostatnio sędziowie podczas marszu tysiąca fartuszków pod przewodem pani przedszkolanki Małgorzaty Gersdorf. Jest to o tyle zastanawiające, że to właśnie sędziowie szli w awangardzie junty Jaruzelskiego, soląc posłusznie „piękne wyroki” na różnych antysocjalistycznych wichrzycieli oraz „elementy antypaństwowe”. Bez nich Jaruzelowi byłoby o wiele trudniej. No i teraz mam zagwozdkę – czy mówiąc o „stanie wojennym dla sędziów” oni nas ostrzegają, czy wyrażają tęsknotę za latami młodości?


*

Jeszcze chwila o tym „stanie wojennym” - tyle, że w nietypowym kontekście... dzietności. Otóż po chwilowym skoku urodzeń, jaki nastąpił wskutek wprowadzenia „500+”, znów mamy regres demograficzny. Mam na to radę, zbieżną przy okazji z wyrażonym wyżej pragnieniem „nadzwyczajnej kasty”. Mianowicie, ostatnim przywódcą, który sobie poradził z tym problemem był Wojciech Jaruzelski. Nie zrobił tego wprawdzie celowo, tak po prostu wyszło, ale liczy się efekt. Tak się składa, że ostatni znaczący boom urodzeń w Polsce to początek lat '80 – czyli okres stanu wojennego. Powiadają, że w Polsce było wtedy tak biednie, beznadziejnie, szaro i ponuro (a do tego godzina policyjna), że ludzie siedzieli w domach i z nudów... robili dzieci. A zatem, panie Naczelniku, jak by to powiedzieć... do dzieła! Wprowadzić godzinę policyjną, odciąć telewizję i internet, ludzi zamknąć w domach – i niech ten... zajmą się sobą...


*

Przez mediodajnie przetacza się festiwal „agenta Tomka”, który w stylu „skruszonego gangstera” sypie swoich byłych zwierzchników z CBA – przez co z miejsca stał się bohaterem wszelkiej maści „totalsów”. Jego gadanina wprawdzie warta jest tyle, co niejakiego „Masy”, który też znany jest z nadawania na zlecenie, ale ja o czym innym. „Agent Tomek” to mianowicie były „człowiek roku” „Gazety Polskiej” - za „bezkompromisową walkę z korupcją”. Hm, „Sakiewka” coś nie ma ręki do tych swoich „człowieków roku” - jak nie „Zdradek” Sikorski, to „agent Tomek”. Może dlatego w ostatnich pięciu (!) latach wolał „bezpiecznie” przyznawać swoje wyróżnienie na zmianę Kaczyńskiemu i Morawieckiemu? Teraz jednak pan „Tomek” jest ulubieńcem organu Michnika, dlatego zgłaszam postulat - „agent Tomek” na człowieka roku „Gazety Wyborczej”! Koniecznie razem z Beatą Sawicką – może odżyje dawna miłość? To byłby piękny ślub...


*

Polskę odwiedził francuski Makaron (wiecie, ten co ma taką fajną babcię) – ale nie po to, by spotkać się z prezydentem czy premierem, gdzie tam! Oto Trzecia Osoba (póki co, jeszcze nie-Boska), czyli generalissimus Grodzki oznajmił, iż Makaron przyjechał specjalnie do niego: „Zgodziliśmy się, że i Francja, i Polska, jako ważne kraje UE, powinny stać na straży europejskiego ładu”. Tylko europejskiego? A dlaczego nie kosmicznego? Galaktyczny Senat pod wodzą Imperatora Palpatin... to jest, generalissimusa Grodzkiego – oto prawdziwie godne miejsce dla Trzeciej Osoby!


*

Taka sprawa. Władze Warszawy miały wybudować mur przeciwpowodziowy na Wybrzeżu Helskim. Niestety, przed rozpoczęciem inwestycji trzeba było wyciąć ok. 500 drzew, przeciwko czemu zaprotestowali ekologiści, ruchy miejskie i inni lewaccy popaprańcy – bo „Natura 2000” nie pozwala. Trzaskowski oczywiście ugiął się przed lewakami. Zatem przy okazji najbliższej powodzi Warszawiacy będą mieli sposobność, by podziękować „Czaskoskiemu” za możliwość bezpośredniego obcowania z siłami „Natury 2000”. A jeśli na dokładkę wybije jakieś g...o, to już będzie pełnia szczęścia. Ale co tam – grunt, że nie rządzi PiS, prawda?


*

Eko-faszyzm w natarciu. Sylwia Spurek zapowiedziała debatę w Parlamencie Europejskim na temat „sprawiedliwych cen mięsa”. Od razu wyjaśniam: w rozumieniu dzisiejszych lewaków „sprawiedliwe ceny” oznaczają „droższe”. Według eko-oszołomów mięso jest obecnie „zbyt tanie”, więc należy opodatkować rolników, żeby odpowiednio zdrożało, stając się produktem luksusowym. Jest to twórcza kontynuacja wypowiedzi Olgi Tokarczuk, która całkiem niedawno prorokowała, że niedługo na mięso będzie stać tylko najbogatszych – cała reszta będzie żarła szczaw i mirabelki, niczym młody Niesiołowski. A ja się pytam: po co takie półśrodki? Nie lepiej od razu wprowadzić kartki na mięso? Kurczę, wychodzi na to, że myśmy nie docenili tego epokowego wynalazku komuny! I po co było obalać, skoro dziś do tego wracamy – tyle, że okrężną drogą, przez Brukselę?


*

Jest też inny patent. W USA za czasów prohibicji funkcjonowała tzw. medyczna whisky, którą sprzedawano... w aptekach. Wyglądało to tak: spragniony delikwent szedł do jakiegoś rozumiejącego ludzkie potrzeby lekarza, ten wystawiał receptę zaświadczającą, że pacjent z przyczyn zdrowotnych musi sobie golnąć drinka – po czym wystarczyło udać się do monopolo... to jest, do apteki po flaszkę – i gotowe. I tak samo można zrobić z mięsem – tylko na receptę! Potem z druczkiem w garści idziemy do mięsn... to jest, do apteki – a pani farmaceutka odważy nam kilo schabu czy innej „medycznej karkówki”. Dobrze przy tym byłoby, żeby Ministerstwo Zdrowia wpisało mięso na listę leków refundowanych (a dla emerytów za złotówkę) – totalitarnym lewakom na pohybel!


*

Powyższe pokazuje, że Wielka Brytania wymiksowała się z tego brukselskiego kołchozu w ostatnim momencie. Nawiązując zatem do słów Nigela Farage'a, że w ślady Brytyjczyków pójdą niedługo kolejne kraje, w tym Polska – rzucam hasło: Poland Next!


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 06 (07-13.02.2020)

niedziela, 19 maja 2019

Między brexitem, a polexitem

Mocny, eurosceptyczny głos jest nam w tej chwili niezwykle potrzebny – bez tego istnieje realna groźba, że zanim dojdzie do społecznego przebudzenia Unia ugotuje nas jak żabę.


I. Brexitowe paroksyzmy

Jak wiemy, sprawa brexitu utknęła w martwym punkcie, wskutek czego przywódcy pozostałych państw Unii Europejskiej zdecydowali 10 kwietnia 2019 r. o przełożeniu daty opuszczenia przez Wlk. Brytanię struktur europejskich do 31 października 2019 r. Oznacza to, że Brytyjczycy będą musieli przeprowadzić eurowybory i wprowadzą swoich deputowanych do Parlamentu Europejskiego – przynajmniej na kilka miesięcy, co samo w sobie jest dość groteskowe. No chyba (bo w tej sprawie od początku nic nie jest pewne), że wcześniej dogadają się między sobą na jakich zasadach chcą wyjść z Unii – a Unia tę propozycję zaakceptuje. W tej chwili możliwe są tak naprawdę wszystkie opcje: brytyjski parlament akceptuje umowę wynegocjowaną przez Theresę May; przegłosowana zostaje któraś z kilku opcji alternatywnych leżących na stole – począwszy od „twardego brexitu”, poprzez różne warianty pośrednie, aż po zorganizowanie powtórnego referendum; parlament nie dochodzi do porozumienia i 31 października Wielka Brytania wychodzi z UE bez umowy; Theresa May prosi o kolejne odłożenie „deadline'u”, a UE się zgadza; no i wreszcie – brytyjski rząd podkula ogon i wycofuje wniosek brexitowy. Tę ostatnią możliwość poddał wyspiarzom w charakterze ewidentnie motywowanego politycznie orzeczenia Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Orzekł mianowicie, że wystarczy jednostronne wycofanie wniosku przez Wlk. Brytanię i wszystko zostaje po staremu, bez konieczności zgody organów unijnych i reszty członków UE. Jednak to „koło ratunkowe” (za którym optuje Donald Tusk, który kilkukrotnie podkreślił, że Wlk. Brytania zawsze może zmienić zdanie), jest w istocie zatrutym podarunkiem – skorzystanie z niego oznaczałoby bowiem bezprzykładne upokorzenie i polityczną klęskę Londynu. W strukturach unijnych Brytyjczycy mieliby status pariasów i nie przepuszczono by żadnej okazji do zemsty za próbę buntu mogącego zapoczątkować demontaż unijnego projektu. Niemniej, jak pokazała niedawna historia, niczego wykluczyć nie można.

Ze strony brukselskiej biurokracji i naczelnych unijnych mandarynów gra jest natomiast jasna: jeżeli nawet brexitu nie da się powstrzymać, to trzeba przynajmniej maksymalnie go utrudnić i przeczołgać rebeliantów. Podsycać wewnętrzne spory i podziały, organizować medialną histerię, straszyć konsekwencjami i generalnie „męczyć temat”, tak by sami Anglicy mieli go w końcu powyżej uszu. Piszę „Anglicy”, bo to oni przeważają wśród eurosceptyków na Wyspach, a np. Szkoci głosowali w większości za pozostaniem w Unii Europejskiej – po referendum z 23 czerwca 2016 r. grożono wręcz secesją Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa, co mogłoby mieć o tyle zabawny skutek, że mieszkaniec Londynu aby udać się do Glasgow czy Edynburga potrzebowałby wizy... Cichą nadzieją europejskich elit jest powtórne referendum, w myśl zasady „głosowania aż do skutku”, co przerobiono przy okazji ratyfikowania przez Irlandię Traktatu Lizbońskiego. W szerszym aspekcie natomiast, brexitowe paroksyzmy mają odnieść skutek wychowawczy i odstraszyć potencjalnych następców. Reszta Europy ma widzieć, że opuszczenie eurostruktur to droga przez mękę, skutkująca rozlicznymi konfliktami, również wewnętrznymi, dla kraju opuszczającego UE, groźba zapaści gospodarczej (na razie nie wiadomo na ile realna, lecz wystarczy o tym mówić, by wywołać negatywny odzew na rynkach), destabilizacji waluty itp. Przesłanie tej lekcji brzmi: nawet o tym nie myślcie.


II. Czego chce Londyn?

Inna sprawa, że również polityczne elity Wielkiej Brytanii, delikatnie mówiąc, się nie popisały – i to począwszy od mimowolnego ojca brexitu, premiera Davida Camerona. Samemu będąc przeciwnikiem brexitu, użył obietnicy przeprowadzenia referendum czysto instrumentalnie – by ugruntować swoją pozycję w szeregach Torysów, spacyfikować opcję antyeuropejską w partii i odebrać polityczny tlen ugrupowaniom eurosceptycznym w rodzaju Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Nigela Farage'a. Prognozy przedwyborcze wskazywały, że będzie musiał rządzić w koalicji z proeuropejskimi Liberalnymi Demokratami, więc – jak wówczas kalkulował – obiecując referendum niczym nie ryzykuje, bo na jego przeprowadzenie nie zgodzi się koalicjant. Okazało się, że przedobrzył – Partia Konserwatywna wygrała samodzielną większością, na co najprawdopodobniej miała wpływ właśnie referendalna obietnica. Cameron nie miał wyjścia – wbrew sobie musiał rozpisać referendum, do ostatniej chwili agitując za pozostaniem w Unii, spraszając na gościnne występy Angelę Merkel, Donalda Tuska, a nawet schodzącego ze sceny Baracka Obamę, który zagroził, że w razie wyjścia z UE Wielka Brytania spadnie na szary koniec krajów mogących się ubiegać o ekskluzywne stosunki z Waszyngtonem. Efekt był odwrotny do zamierzeń – Anglicy odebrali tę nachalną propagandę jako próbę mieszania się obcych w ich wewnętrzne sprawy i zagłosowali za wyjściem. Formalnie referendum nie jest wprawdzie dla rządu wiążące, ale cała tradycja brytyjskiej demokracji sprawiła, że tego głosu nie można było zignorować – każda siła polityczna, która by się odważyła na taki krok byłaby skończona. Wynik referendum był dla klasy politycznej na Wyspach szokiem – Cameron podał się do dymisji i przekazał pałeczkę (oraz bałagan do posprzątania) Theresie May (która, nawiasem, również prywatnie jest przeciwniczką brexitu), więcej – nawet gardłujący wcześniej za brexitem politycy, jakby wystraszyli się konsekwencji i przycichli. Boris Johnson, który wydawał się logicznym kandydatem na „brexitowego” premiera podziękował za zaszczyt, a szef UKIP Nigel Farage nagle ogłosił, że wycofuje się z życia politycznego, bowiem „wypełnił już swą misję” - teraz wprawdzie wrócił na czele Partii Brexitu, ale o tym za chwilę.

Słowem, istna komedia pomyłek. Na tym jednak nie koniec, szybko bowiem okazało się, że brytyjskie elity polityczne nie mają cienia pomysłu na to, jak przeprowadzić rozwód z Brukselą, nie wspominając już o jakiejkolwiek spójnej koncepcji, czy przygotowanym zawczasu planie na taką okoliczność. Najwyraźniej brexit uznawano za poręczne hasło w walce o głosy wyborców, ale nikt tak naprawdę nie brał takiej możliwości na poważnie. Efektem była rozpaczliwa improwizacja, strategię wymyślano w biegu, przez co Theresa May przystąpiła do negocjacji kompletnie nieprzygotowana, czego negocjatorzy unijni nie omieszkali skrzętnie wykorzystać. Symbolem porażki jest tzw. irlandzki backstop, zakładający brak granicy między Republiką Irlandii a Irlandią Północną do czasu wynegocjowania stosownej umowy – to trochę tak, jakby w przypadku polexitu Polska musiała zaakceptować częściowe pozostanie w UE Pomorza Zachodniego, albo Ziemi Lubuskiej, czy Śląska, ze względu na ekonomiczne związki tych regionów z Niemcami.

Skutkiem powyższego jest obecny stan zawieszenia – Wielka Brytania niby wychodzi, ale jakby jedną nogą, nie będąc w stanie ostatecznie sfinalizować brexitu. Patrząc na rozgrywki w tamtejszym parlamencie i kolejne głosowania, nie sposób nie zadać sobie pytania: o co chodzi brytyjskiej klasie politycznej? Czego tak naprawdę chce? Zjeść ciastko i mieć ciastko? Prawdopodobnie znaczna część wyspiarskich elit żyła do tej pory imperialnymi mitami wyobrażając sobie, że rozwód będzie bezbolesny i na ich warunkach – a teraz nie może dojść do siebie po tym, jak rzeczywistość boleśnie skorygowała te wyższościowe urojenia. Zachodzi też podejrzenie swoistej gry pozorów – będziemy tak długo prezentować nieprzejednaną postawę, aż koniec końców... z brexitu nic nie wyjdzie. Może społeczeństwo zmęczy się przedłużającą się awanturą i machnie ręką: „no to już zostańmy”? W grę może wchodzić również chęć odegrania się na Brukseli: ani nie wyjdziemy, ani nie zostaniemy – i co nam zrobicie? Odrzucenie bodaj ośmiu (!) wariantów brexitu sprawia wrażenie celowej obstrukcji. I pomyśleć, że przywykliśmy sądzić, że to polska klasa polityczna nie może ze sobą dojść do ładu... Tymczasem jednak nastroje społeczne buzują – nowa Partia Brexitu Nigela Farage'a, który znów wyczuł polityczną krew, przoduje w sondażach przed wyborami do Parlamentu Europejskiego (27 proc., o 5 pkt. proc. więcej, niż następna Partia Pracy), a i sama UE może stracić cierpliwość i skończy się „twardym” brexitem po 31 października – czyli Wlk. Brytania de facto zostanie z Unii wyrzucona, co oznacza, że będzie musiała od zera żmudnie negocjować przyszłe relacje z kontynentem.


III. Do czego powinna dążyć Polska?

Opisuję tak szczegółowo ten ponury spektakl, bo jest to wielka lekcja również dla nas. Skoro takie problemy ma Wielka Brytania – co by nie mówić, państwo silniejsze, lepiej poukładane i z mocniejszą pozycją międzynarodową niż Polska – to jak by to wszystko wyglądało w naszym przypadku? Jak wiadomo, najlepiej (i najtaniej) jest uczyć się na cudzych błędach, dlatego z brexitowej telenoweli należy wyciągnąć konstruktywne wnioski. Po pierwsze – konstruktywnym rozwiązaniem nie jest tani radykalizm spod znaku „opuszczamy eurokołchoz bez względu na wszystko i natychmiast”, w czym celuje część gorącokrwistych narodowców. Szybko bowiem może się okazać, iż odzyskana w ten sposób „niepodległość” jest mocno iluzoryczna (o skutkach ekonomicznych zamkniętych granic nie wspominając – czy nam się to podoba, czy nie, jesteśmy obecnie przyspawani „na sztywno” do niemieckiej gospodarki). Tym bardziej, że te same kręgi na jednym oddechu żądają wycofania z Polski – i tak symbolicznych - wojsk amerykańskich. To recepta na pozostanie sam na sam z Rosją – bez militarnego parasola NATO i instytucjonalnego ze strony UE. Rosja wprawdzie dzięki temu być może wreszcie przestałaby się „czuć zagrożona” - tyle, że Rosja „czuje się zagrożona” zawsze wtedy, gdy nie może kogoś bezkarnie napaść. W scenariuszu radykalnym wreszcie by mogła.

Z drugiej strony – konstruktywnym podejściem nie jest również zarzekanie się, że dla naszej obecności w UE „nie ma alternatywy” - jak głosi z uporem godnym lepszej sprawy PiS, sterroryzowany medialnie wrzaskami „totalnej opozycji” o polexicie. W ten sposób sami ustawiamy się w pozycji petenta i skazujemy na przegraną w kolejnych sporach z Brukselą. Uprawianie polityki „bezalternatywnej” - i co gorsza, obnoszenie się z tym – nigdy nie jest korzystne. Co do opcji uprawianej przez rodzimą Targowicę, to rzecz jasna nie ma o czym mówić – popieranie federalizacji Unii i przystąpienie do strefy euro w oczywisty sposób prowadzi do utraty nie tylko formalnej niepodległości, ale również resztek jakiejkolwiek podmiotowości i oznacza ostateczne zredukowanie Polski do roli niemieckiej kolonii w ramach Mitteleuropy.

Co zatem pozostaje? Przede wszystkim musimy wiedzieć, czego chcemy i co leży w naszym realnym interesie. Wg mnie, w pierwszym rzędzie musimy sprzeciwiać się przekształcaniu Europy w „superpaństwo”, jakieś nowe „Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego” i dążyć do zwrotu ku źródłom – czyli Unii Europejskiej rozumianej jako „Europa Ojczyzn”. A tak się składa, że zaczęły na tym odcinku wiać sprzyjające wiatry. W całej Europie rosną w siłę partie i ruchy tożsamościowe – od Włoch po Finlandię (w Finlandii niedawno drugie miejsce zajęła antyimigrancka Partia Finów, przegrywając o ułamek procenta z socjaldemokratami). Włoski wicepremier i lider Ligi Matteo Salvini montuje międzynarodowy sojusz pod kątem zbudowania największej frakcji w nowym europarlamencie – detronizacja zdominowanej przez Niemców pseudo-chadeckiej EPL, byłaby naprawdę osiągnięciem mogącym zapoczątkować stopniowy odwrót od obecnego, federalistycznego kierunku UE, spuentowanego przez Angelę Merkel słynną frazą o tym, iż „państwa narodowe muszą być gotowe do zrzeczenia się swej suwerenności”. I tu niestety, PiS daje ciała. Jak donoszą niemieckie media, PiS nie zamierza być w jednej frakcji z Salvinim - „bo Putin”. Tym samym, składa ofiarę z politycznej skuteczności na rzecz czystości ideologicznej. Wszystko wskazuje na to, że rządząca Polską partia pozostanie w kieszonkowej frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów razem z będącymi „na wylocie” z Unii Torysami – i będzie miała tak samo guzik do powiedzenia, jak obecnie. Na dodatek, może się przyczynić do zachowania pozycji przez nieformalny sojusz chadeków i socjalliberałów, nie mówiąc już o tym, że zostając na marginesie PiS wystawia Polskę na grillowanie, bo frakcja Salviniego nie będzie miała interesu, żeby nas bronić przed różnymi Timmermansami. Zgroza, oni chyba nigdy się nie nauczą...

Ale, prócz rozgrywek wewnątrzunijnych, nie powinniśmy zapominać o opcji polexitu, traktując ją wprawdzie jako ostateczność, lecz ostateczność jak najbardziej realną i wyobrażalną. Apeluję o to od lat i będę powtarzał przy każdej okazji: Polska musi mieć przygotowany plan ewentualnościowy, mapę drogową, na wypadek konieczności wyjścia z Unii – m.in. po to, by nie znaleźć się w obecnej sytuacji Wlk. Brytanii i nie powielać jej błędów. Owa mapa drogowa, prócz strategii negocjacyjnych, powinna zawierać takie elementy, jak określenie, w jakich okolicznościach nasza dalsza obecność w UE stanie się nieakceptowalna z punktu widzenia państwowych i narodowych interesów oraz do uzyskania jakiego statusu w relacjach z UE powinniśmy dążyć. Jest też element trzeci – jak oswajać Polaków z perspektywą polexitu. Póki co bowiem, nasi rodacy wciąż w dużej mierze traktują Unię z mieszaniną podszytego kompleksami podziwu i nabożnego lęku – jedyne wahnięcie w tych nastrojach nastąpiło podczas kryzysu migracyjnego, co jest jakąś wskazówką. Należy mówić, że członkostwo to kwestia kalkulacji i w pewnych okolicznościach może się zwyczajnie nie opłacać – politycznie, gdy postępująca federalizacja pozbawi nas prawa do samostanowienia i ekonomicznie – gdy suma zysków i strat zacznie grać na naszą niekorzyść (a to może stać się już wkrótce, wraz z nową, chudszą dla nas, perspektywą budżetową). Okrojenie budżetu może mieć zresztą dla nas ozdrowieńcze skutki, gdyż źródłem uwielbienia Polaków dla UE są dwie rzeczy: strefa Schengen i kasa, dlatego jak ognia boją się sporów z Brukselą, bo jeszcze Unia się zdenerwuje, zamknie granice i odbierze pieniądze. Jako państwo i społeczeństwo uzależniliśmy się od finansowej szprycy, niczym ćpun, któremu diler zrobił promocję – odwyk zatem z pewnością nam nie zaszkodzi. Powrót z krainy ułudy do twardej rzeczywistości może sprawić, że Polacy zaczną zwracać uwagę również na inne aspekty naszego członkostwa – jak chociażby okrawanie metodą salami suwerenności państwowej.

No i wreszcie – jaki miałby być finał ewentualnego polexitu? Na pewno nie leży w naszym interesie twardy exit. Ideałem byłoby wystąpienie z polityczno-biurokratycznych struktur przy pozostaniu w strefie Schengen i Europejskim Obszarze Gospodarczym (EOG), uzyskując status zbliżony do Norwegii i państw EFTA (Europejskie Stowarzyszenie Wolnego Handlu). Co ciekawe, podczas marcowych głosowań w parlamencie brytyjskim zgłoszono właśnie taki postulat, co pokazuje, że nie jest to jakaś kompletna egzotyka. Dałoby nam to większą swobodę manewru (również w polityce wewnętrznej, co staje się palącym zagadnieniem po doświadczeniach z Timmermansem i szytymi na polityczne zamówienie wyrokami TSUE) przy zachowaniu korzyści płynących z wymiany handlowej.

Wspominałem tu o PiS-ie, ale warto też zwrócić uwagę na zyskującą w sondażach Konfederację grupującą różne siły antysystemowe. Ugrupowanie to może mieć zbawienny, dyscyplinujący wpływ na partię rządzącą – zarówno w europarlamencie, jak i w przyszłym Sejmie, również w kontekście debaty o UE. Mocny, eurosceptyczny głos jest nam w tej chwili niezwykle potrzebny – bez tego istnieje realna groźba, że zanim dojdzie do społecznego przebudzenia, będzie już po wszystkim, a Unia przy nieudolności PiS-u ugotuje nas jak żabę. Tak czy inaczej, najbliższe eurowybory w odróżnieniu od wszystkich poprzednich są naprawdę wyjątkowe – to one zadecydują, czy znajdziemy się w Europie suwerennych państw, czy też trzeba będzie ewakuować się na niepewną szalupę polexitu.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polexit – czas na debatę

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w miesięczniku „Polska Niepodległa” nr 06 (Maj 2019)

niedziela, 31 marca 2019

Polexit – czas na debatę

Mamy w tej chwili przed oczyma ponury spektakl brexitu – warto wyciągnąć z niego naukę i przygotować się zawczasu na najgorsze.

I. „Warszawska” jako kreator debaty

Dobrze się stało, że tygodnik „Do Rzeczy” podjął wątek polexitu i tego, jak debata o nim jest sztucznie wyciszana w przestrzeni publicznej. Cieszy mnie to tym bardziej, gdyż sam piszę o tym regularnie od lat – zarówno na łamach „Polski Niepodległej”, jak i „Warszawskiej Gazety”. Jak widać, uporczywe walenie głową w mur opłaciło się i temat zaczął się przebijać do prawicowego mainstreamu. Nie pierwszy to zresztą raz, gdy okazujemy się, mówiąc dzisiejszym językiem, „influencerem” poruszającym tematy podchwytywane później przez innych – podobnie było chociażby z kwestiami naszej uległości wobec Ukrainy czy totalnego braku asertywności w relacjach z Izraelem, środowiskami żydowskimi i USA. Pisaliśmy o tym wtedy, gdy w głównym nurcie prawicy panował niepodzielnie duch politycznej mitologii Giedroycia w połączeniu z mirażem „strategicznego sojuszu” z Izraelem – i za to wyłuszczanie bez ogródek nieprzyjemnych prawd oraz formułowanie diagnoz idących pod prąd dominujących poglądów spotykał nas ostracyzm i ujadanie o „ruskiej agenturze”. Później jednak okazywało się, że niepostrzeżenie również inne tytuły prasowe zaczynały mówić „Warszawską” i „Polską Niepodległą” - starannie jednak unikając podania źródeł inspiracji.

O tym, że problem polexitu stanie w bliskiej perspektywie czasowej na porządku dziennym i nie pomoże chowanie głowy w piasek, pisałem już w 2015 r. - nie była zresztą do tego potrzebna jakaś nadzwyczajna przenikliwość, wystarczyło obserwować procesy zachodzące na naszych oczach w „twardym jądrze” Unii i sposób traktowania „Mitteleuropy” przez brukselską centralę sterowaną zdalnie z Berlina. Nasze elity polityczne wybrały jednak strategię strusia, co sprawiło, że zmarnowaliśmy minione cztery lata. Dziś zatem jest ostatni dzwonek na rozpoczęcie poważnej debaty o naszej dalszej obecności w UE – do czego zbliżające się eurowybory są doskonałą okazją.


II. Między demagogią, histerią a dogmatyzmem

Póki co jednak, obijamy się w zaklętym kręgu demagogii, indukowanej cynicznie histerii i politycznego dogmatyzmu.

Z jednej strony mamy „totalną opozycję” złożoną z bandy targowiczan i liberalne elity, często przyspawane do europejskiego lub wprost niemieckiego jurgieltu. Ci oczywiście, we własnym interesie, uprawiają propagandowy szantaż polegający na przedstawianiu jakiegokolwiek sporu z Brukselą czy Berlinem jako katastrofy, wypychającej nas z „głównego nurtu”, a docelowo – z europejskich struktur. Alternatywą ma być posłuszne żyrowanie wszystkiego, co urodzi się w brukselskiej centrali, no i rzecz jasna jak najszybsze przyjęcie waluty euro – czyli zakamuflowanej niemieckiej marki, po którym to kroku jakikolwiek „exit” stanie się zwyczajnie niemożliwy. W tle tego wszystkiego mamy tęsknotę za europejskim superpaństwem, postrzeganym jako dobrotliwy hegemon, narzucający nam wzorce modernizacyjne – począwszy od demokratycznych standardów, poprzez model gospodarczy, a skończywszy na sprawach obyczajowych. Swoją drogą, czy ktoś jeszcze pamięta, jak przed akcesją uporczywie przekonywano nas, że kwestie kulturowe pozostają poza obszarem zainteresowania UE? Tymczasem, z biegiem lat, coraz bardziej okazywało się, że „wzorce kulturowe” przenikające do nas bądź to drogą „cywilizacyjnej osmozy”, bądź też wprost pod postacią normatywną (np. karta praw podstawowych) służyć mają specyficznemu procesowi wychowawczemu – inżynierii społecznej mającej przerobić zacofanych rzekomo Polaków w nowoczesnych „europejczyków”. Takie podejście stanowi logiczne dopełnienie drogi politycznej obozu gerontów III RP i ich młodszych o pokolenie wychowanków, dla których zakotwiczenie Polski w zachodnich strukturach miało być swoistym „końcem historii”, po którym wystarczy już tylko skrupulatnie implementować napływające z Brukseli dyrektywy i wytyczne.

Strona druga, to obóz Zjednoczonej Prawicy pod przywództwem PiS. Ci z kolei dali się ze szczętem zaszantażować histerią na tle domniemanego polexitu i na wyprzódki starają się udowodnić, że nie, nigdy i w żadnych okolicznościach taka myśl nie postała im w głowach, a dla naszej obecności w UE „nie ma alternatywy”, jak to lapidarnie ujął Jarosław Kaczyński. Próżne wysiłki, bo obóz przeciwny ma na to odpowiedź, że PiS może i nie chce nas z Unii wyprowadzić, ale jego polityka „obiektywnie” do tego właśnie zmierza, na co nakładają się dodatkowo groteskowe insynuacje o pozostawaniu na usługach Putina. To błąd numer jeden. Błędem numer dwa jest natomiast ostentacyjne podkreślanie „bezalternatywności” naszej obecności w Unii – w ten sposób sami zamalowujemy się do kąta i pozbawiamy możliwości manewru, osłabiając naszą pozycję przetargową w sporze z Brukselą, co ta błyskawicznie nauczyła się wykorzystywać, podsycając na naszym podwórku paniczne nastroje. Co gorsza, przypuszczam, że PiS w swych zapewnieniach jest jak najbardziej szczery i możliwość „exitu” rzeczywiście przekracza granice ich wyobraźni.

Trzeci uczestnik, na razie marginalny lecz zauważalny, to różnej maści gorącokrwiści antysystemowcy – od radykalnych wolnościowców po narodowców – którzy chcieliby wystąpić z „eurokołchozu” bez oglądania się na okoliczności i konsekwencje – najlepiej natychmiast, a najdalej w przyszły poniedziałek.


III. Przygotować się na najgorsze

Wszystkie te postawy łączy jedno – zdeterminowane są bieżącą walką polityczną. „Totalni” do spółki z łże-elitami III RP walczą o powrót do władzy, w czym jawnym sojusznikiem jest unijny establishment, żywotnie zainteresowany utrąceniem obecnego rządu. PiS stara się uniknąć wizerunkowego zapędzenia do skrajnie eurosceptycznej niszy – bo to odebrałoby poparcie wśród wciąż generalnie przychylnego Unii elektoratu. Antysystemowcy zaś walczą o szersze zaistnienie na scenie politycznej na prawo od PiS, w czym pomóc ma wyrazista retoryka.

W opisywanej tu doraźnej szarpaninie brakuje rzeczywistego namysłu i prób dokonania bilansu naszej dotychczasowej obecności w Unii oraz zarysowania perspektyw na przyszłość. A kształtują się one co najmniej niepokojąco. Największe ośrodki decyzyjne otwarcie dążą do przekształcenia UE w państwo federalne. Postulat „suwerennej Europy” sformułował w ubiegłym roku szef niemieckiego MSZ Heiko Maas; zawtórowała mu kanclerz Angela Merkel mówiąc, iż państwa narodowe powinny być gotowe na zrzeczenie się własnej suwerenności; w podobną stronę ciągnie Macron upatrujący w „superpaństwie” panaceum na francuskie bolączki; w naturalny sposób poszerzeniem swej władzy zainteresowana jest również brukselska biurokracja, już dziś uzurpująca sobie pozatraktatowe prerogatywy. W takim tworze Polska i kraje naszego regionu zostałyby nieodwracalnie „skonsumowane” przez największych graczy, przekształcając się ostatecznie w coś na kształt „wewnętrznych kolonii”. Do powyższego dochodzi kwestia finansów – perspektywa budżetowa na lata 2021-2027 będzie o wiele szczuplejsza, dodatkowo fundusze strukturalne mają zostać uzależnione od „przestrzegania praworządności”. Oznacza to, że staniemy się płatnikiem netto, a Bruksela zyska narzędzie szantażu i arbitralnego ingerowania w nasze wewnętrzne sprawy. Warto też rzetelnie podsumować, ile nasza gospodarka na obecności w UE zyskuje, a ile traci. No i wreszcie pozostaje sprawa wzmagającego się ideologicznego kulturkampfu, kluczowa dla naszej narodowej tożsamości.

O tym wszystkim należy Polakom mówić – spokojnie, racjonalnie, bez histerii i taniej demagogii. Społeczeństwo trzeba po prostu oswoić z obecnością tematyki polexitu w publicznej debacie, na wypadek gdyby dalsze członkostwo stało się nieakceptowalnym zagrożeniem dla naszej podmiotowości. Nade wszystko zaś – nigdy dość powtarzania - palącą potrzebą jest opracowanie „mapy drogowej” dla ewentualnego polexitu, tak byśmy nie byli zdani w kluczowym momencie na rozpaczliwą improwizację. Mamy w tej chwili przed oczyma ponury spektakl brexitu – warto wyciągnąć z niego naukę i przygotować się zawczasu na najgorsze.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Niemiecka strefa euro

EFTA – alternatywa dla Polski?

Kiedy nastąpi „polski exit”?

Opuścić Eurokołchoz!

Exodus z domu niewoli

Żegnaj Brukselo!

Exit Wyszehradu?

Porozmawiajmy o Polexicie

Chcecie sankcji? Dobrze!

Polexit coraz bliżej?

Niemiecka Europa

Śmierć eurokomunie!

Brexit – lekcja na 2019 rok

Coudenhove-Kalergi – europejski federalista

Euro-jurgielt


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (29.03-04.04.2019)

piątek, 4 stycznia 2019

Brexit – lekcja na 2019 rok

Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewole lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.

I. Krótka historia brexitu

Śmiem twierdzić, że zawirowania związane z brexitem oraz to, jaki ostatecznie kształt przybierze, będzie jedną z najważniejszych lekcji jaką przyniesie 2019 rok dla naszych politycznych elit. W tej chwili bowiem wciąż nie wiemy na jakich zasadach Wielka Brytania pożegna się z Unią Europejską, więcej – nie mamy nawet stuprocentowej pewności, czy do brexitu w ogóle dojdzie. Ale po kolei.

Główna lekcja do odrobienia jest taka, że nie można igrać ze społecznymi nastrojami – zwłaszcza, jeśli nie jest się przygotowanym na każdą ewentualność. Błąd ten ewidentnie popełnił David Cameron i szerzej – eurosceptyczna część brytyjskiej sceny politycznej. Przypomnijmy, że Cameron nie był zwolennikiem rozwodu z Brukselą. Obietnicę referendum w sprawie brexitu potraktował czysto instrumentalnie, jako element kampanii wyborczej – zakładał bowiem, że Partia Konserwatywna będzie musiała rządzić w koalicji z Liberalnymi Demokratami i z niewygodnego referendum uda się wywinąć zwalając winę na koalicjanta. I tu los spłatał mu pierwszego figla – Torysi wygrali samodzielną większością, do czego kampanijna obietnica mogła się w znaczącym stopniu przyczynić. Krótko mówiąc, Cameron przedobrzył i nie chcąc stracić twarzy, musiał rozpisać plebiscyt – tym bardziej, że znajdował się pod ostrzałem mediów i zadeklarowanych eurosceptyków w rodzaju Nigela Farage'a.

Podczas kampanii przedreferendalnej do zmasowanego szturmu ruszyły największe tabloidy, grając na nastrojach izolacjonistycznych i antyimigranckich, w czym walny udział miała masowa migracja na Wyspy pracowników z Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, przedstawianych jako pasożyty zaniżające płace i żerujące na systemie opieki socjalnej (migrantów muzułmańskich raczej nie odważano się zaczepiać). Efektem była późniejsza fala przemocy wobec mieszkających na Wyspach Polaków. Cameron najwyraźniej nie docenił potencjału tego typu resentymentów, podobnie jak tego, że sama UE wśród wyspiarzy jest postrzegana (zresztą trafnie) jako narzędzie dominacji Niemiec – tych samych, których Brytyjczycy pokonali w dwóch kolejnych wojnach, a które dziś szarogęszą się w Europie, kolonizując ją gospodarczo i dyktując innym swoje warunki. W tym kontekście nie dziwi, że prounijna agitacja w wydaniu prominentnych eurokratów z Donaldem Tuskiem na czele przyniosła efekt przeciwny do zamierzonego, podobnie jak pogróżki Baracka Obamy, że w przypadku brexitu Wielka Brytania znajdzie się na szarym końcu państw zabiegających o ekskluzywne relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Tego typu głosy odbierano jako bezceremonialną próbę zewnętrznej ingerencji w suwerenny wybór narodu.

Efekt znamy – 23 czerwca 2016 r. za brexitem opowiedziało się niemal 52 proc. głosujących przy 72 procentowej frekwencji. Bulwarówka „The Sun” uczciła wynik głosowania pierwszą stroną przedstawiającą wschód słońca i nagłówkiem „Dzień Niepodległości”.


II. Nauczka dla „secesjonistów”

Był to szok – nie tylko dla unijnych eurokratów i liberalnych elit Zjednoczonego Królestwa, lecz również dla świata tamtejszej polityki, z premierem Cameronem i znaczną częścią konserwatystów włącznie. Okazało się szybko, że brytyjscy politycy zwyczajnie nie przewidzieli takiego obrotu spraw i nie mają przygotowanych żadnych planów wedle których mogliby poprowadzić negocjacje rozwodowe z Brukselą. To zadziwiające, biorąc pod uwagę, że zwykło się uważać Brytyjczyków za zdroworozsądkowych i wyrachowanych aż do cynizmu graczy, zawsze planujących na kilka ruchów do przodu. W tym przypadku jednak tak nie było. Nawet najgłośniejszy przeciwnik Unii Europejskiej – ówczesny szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, Nigel Farage – jakby stracił rezon i ogłosił, że wycofuje się z czynnej polityki. David Cameron natomiast podał się do dymisji.

Ciężar negocjacji przyjęła na siebie następczyni Camerona – Theresa May, uruchamiając Artykuł 50 Traktatu Lizbońskiego. Wszystko odbywało się w biegu, w atmosferze improwizacji – począwszy od kwestii handlowych, a skończywszy na statusie obywateli państw UE na Wyspach i Brytyjczyków na kontynencie. Efektem jest obecny impas – porozumienie niby jest dogadane, ale nie wiadomo czy wejdzie w życie.

Z drugiej strony, euromandaryni po początkowym paroksyzmie niekontrolowanej wściekłości w stylu „jak oni śmieli”, popisach frustracji i straszenia katastroficznymi konsekwencjami, tudzież demonstrowaniu obrazy („a niech sobie idą”), przyjęli taktykę polegającą na maksymalnym utrudnianiu procedury opuszczenia struktur UE. Intencja była jasna: żmudne negocjacje mają być nauczką – nie tyle nawet dla Wielkiej Brytanii, ile dla potencjalnych naśladowców. Pozostałe państwa członkowskie mają się przekonać, że „exit” to droga przez mękę, a Bruksela zrobi wszystko, by „secesja” obyła się na najbardziej niekorzystnych warunkach jak tylko się da, mącąc przy okazji wewnątrz kraju opuszczającego wspólnotę. Temu służyć mają nawoływania do ponownego referendum w myśl starej, sprawdzonej zasady „głosowania aż do skutku” (co przerobiła np. Irlandia przy okazji ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego), czy wykorzystywanie w charakterze V kolumny brytyjskich euroentuzjastów, starających się do ostatniej chwili storpedować brexit. Ostatnio zaś dołączył Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej jawnie prowokacyjnym orzeczeniem, wedle którego kraj opuszczający Unię może w każdej chwili jednostronnie wycofać swój wniosek – co byłoby dla Wlk. Brytanii upokarzającą klęską. Warto nadmienić, że swoją rolę odgrywa przyśpieszenie federacyjnych tendencji, czemu otwarcie dała wyraz kanclerz Merkel ogłaszając, że państwa narodowe powinny być gotowe na przekazanie swej suwerenności.

Skutek jest taki, że z wynegocjowanego porozumienia nikt nie jest w Wlk. Brytanii zadowolony – Theresa May może robić jedynie dobrą minę do złej gry, lecz wciąż nie jest w stanie zebrać w parlamencie większości dla zatwierdzenia umowy. Część posłów (nawet w szeregach konserwatystów) jest za pozostaniem w UE, część natomiast uważa, że zasady brexitu są na tyle niekorzystne, że lepiej już wyjść „na twardo”, bez żadnej umowy (co może nastąpić 29 marca 2019). Kością niezgody jest tzw. irlandzki bezpiecznik zakładający, że jeżeli nie uda się wynegocjować w okresie przejściowym nowej umowy handlowej, Wlk. Brytania pozostanie w unii celnej z UE. Póki co, Theresa May przełożyła głosowanie w Izbie Gmin na 14 stycznia. Dodatkowo w tle majaczy groźba, że w przypadku „twardego” brexitu, Szkocja zażąda referendum w sprawie niepodległości (Szkoci głosowali w większości za pozostaniem w UE). Obecnie brytyjski rząd mobilizuje 3,5 tys. żołnierzy na wypadek wybuchu społecznych niepokojów.


III. Plan polexitu

Jaka nauka płynie z tego dla Polski? Przede wszystkim taka, że rządzący już teraz powinni opracować plan ewentualnościowy na wypadek konieczności polexitu – o co zresztą już od dawna apeluję. Być może nigdy nie trzeba będzie go uruchamiać, ale „mapę drogową” naszego wyjścia z UE należy mieć bezwzględnie, by uniknąć błędów popełnionych przez Brytyjczyków. Ideałem byłoby osiągnięcie statusu Norwegii – członka strefy Schengen i Europejskiego Obszaru Gospodarczego.

Po drugie, zamiast wbijać ludziom do głów, że dla UE „nie ma alternatywy”, należy jasno komunikować, że nasze członkostwo to kwestia interesu – gdy przestanie się opłacać lub gdy UE podąży w kierunku grożącym utratą suwerenności, trzeba będzie ją opuścić. Jeżeli w wyborach do europarlamentu sukces odniosą ugrupowania tożsamościowe i antyfederacyjne, wówczas otworzy się droga do zreformowania Unii w duchu „Europy ojczyzn” - wspólnoty niepodległych krajów połączonych wspólnym rynkiem. Jeżeli jednak zwyciężą siły forsujące niebezpieczną utopię „superpaństwa” - wtedy trzeba będzie ten eurokołchoz opuścić. Nie po to nasi przodkowie bili się o niepodległość, byśmy teraz mieli to zaprzepaścić i dobrowolnie oddać się w niewolę lewackich euromandarynów na niemieckiej smyczy.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 52 (28.12.2018-03.01.2019)

niedziela, 10 lipca 2016

Eurosceptycyzm i Brexit, a ruska agentura

Trzeba spadać, zanim Makrela z Junckerem urządzą nam Europę i „wspólną przestrzeń”, jakiej świat nie widział.


I. „Od Lizbony do Władywostoku”

Zarówno przed, jak i tuż po Brexicie jednym z wiodących tonów federalistycznej propagandy była gra rosyjskim zagrożeniem. Po wyjściu Wlk. Brytanii na Kremlu miały strzelić korki od szampana, bo osłabienie UE wraz z jej dwoma centrami decyzyjnymi – oficjalnym w Brukseli i faktycznym w Berlinie - miało sprawić, że Putinowi będzie łatwiej rozgrywać Europę. I można by się było nawet z tą argumentacją zgodzić, gdyby nie jeden drobny szczegół: jest ona podnoszona przez te same środowiska, które jeszcze niedawno roiły o wspólnej przestrzeni bezpieczeństwa i współpracy „od Lizbony do Władywostoku”. Działo się tak nawet po wybuchu wojny na Ukrainie i wprowadzeniu obustronnych sankcji. Perspektywą na przyszłość, szczególnie dla nas, jest wielka strefa wolnego handlu, do której będzie należała także Rosja” - to słowa Angeli Merkel z kwietnia 2015, wygłoszone podczas wizyty w jej okręgu wyborczym. Podobne deklaracje padły w kwietniu tego roku podczas berlińskiej konferencji gospodarczej East Forum, gdzie przytłaczająca większość uczestników opowiedziała się za wspólną przestrzenią gospodarczą obejmującą UE oraz Unię Eurazjatycką. Warto również przypomnieć, że sankcje i problem Ukrainy nie przeszkadzają Niemcom i Rosji w realizacji projektu Nord Stream 2 – wbrew protestom krajów Europy Środkowej.

Innymi słowy, rosyjski straszak wykorzystywany jest instrumentalnie, w charakterze propagandowego młotka na przeciwników euro-federalizmu i hegemonistycznych zapędów berlińsko-brukselskiej centrali. Ta sama centrala wraz z gigantami europejskiego biznesu dąży natomiast nie tyle nawet do „superpaństwa” (to jest jedynie etap pośredni), ile wręcz do powstania monstrualnego, eurazjatyckiego kołchozu. A zatem, zwolennikom „silnej Unii”, która jakoby ma dla nas stanowić zabezpieczenie przed neoimperialnymi zakusami Kremla, radziłbym rozważyć następujący scenariusz: co się stanie z Polską, jeżeli ta „silna Unia” dogada się z Moskwą ponad naszymi głowami, a my z dnia na dzień obudzimy się we „wspólnej przestrzeni” jako podrzędna prowincja, zagubiona gdzieś pomiędzy „Lizboną a Władywostokiem”? To będzie dopiero kondominium – niczym okres wasalizacji Polski z czasów Tuska-Komorowskiego, tyle że podniesiony do n-tej potęgi.


II. Kolejne „etapy”

Warto stale pamiętać, iż obecne napięcia między UE a Rosją są wyjątkiem we wzajemnych relacjach, a nie regułą. Regułą jest robienie wspólnych interesów, milczące przyzwolenie na strefy wpływów i obszar buforowy w Europie Środkowej – szczególnie, gdy Stany Zjednoczone wchodzą w okres „resetu” i przenoszą ciężar uwagi w inne rejony świata, puszczając nasz fragment Europy w dzierżawę Niemcom. Stan ten uległ zachwianiu, kiedy Niemcy sięgnęły po „nie swoje” chcąc poszerzyć obszar Mitteleuropy o Ukrainę, a i USA postanowiły wrócić do gry i nieco utrzeć Putinowi nosa. Ta sytuacja jednak nie będzie trwała wiecznie i prędzej czy później czeka nas powrót do „business as usual” - zaś ci sami ludzie, którzy dziś nas straszą Putinem, gładko powrócą na tory nawoływań do „konstruktywnej” współpracy, niczym Adam Michnik, którego organ dziś usiłuje przodować w antyrosyjskiej retoryce, a który jeszcze niedawno brylował w Klubie Wałdajskim i w wywiadach dla rosyjskiej prasy komplementował putinowski system jako „liberalną dyktaturę”, ciskając zarazem gromy na polskich „rusofobów”. Bowiem to, co głoszą nasze kompradorskie elity jest jedynie echem kolejnych „etapów” polityki unijnego establishmentu. Spektakularnym przykładem powyższej prawidłowości było nagłe przestawienie wajchy po wybuchu ukraińskiego Majdanu. Rosja - wczorajszy kandydat do „pojednania” i potencjalny członek NATO do którego gromko zapraszał ją nie dający się nikomu wyprzedzić w lizusostwie wobec możnych tego świata Radosław Sikorski, z dnia na dzień stała się nagle śmiertelnie zagrażającym nam agresorem – a wszystko w rytmie poleceń płynących z berlińskiego dworu cesarzowej Angeli.

Patrząc z tej perspektywy, Brexit i jego konsekwencje w postaci rozluźnienia unijnego gorsetu są dla nas szansą, a nie zagrożeniem, zwiększając pole manewru. Takiego pola nie mielibyśmy w sfederalizowanej Europie.


III. Z rosyjskiej perspektywy

A jak to wszystko może wyglądać punktu widzenia samej Rosji? Cóż, napiszę tak: gdybym był jakimś wszechpotężnym macherem od wywierania wpływu, w typie generała Abdulrachmanowa z „Montażu” Vladimira Volkoffa, to z jednej strony inspirowałbym skrajnych euro-federastów, podsycając ich mokre sny o potędze w rodzaju przywołanej tu „wspólnej przestrzeni od Lizbony po Władywostok”. Czyniłbym tak, doskonale wiedząc, że ich zapędy wywołają narastający opór europejskich narodów. Z drugiej strony natomiast – wspierałbym europejskich separatystów, wzmagając wewnętrzne ciśnienie w skali całego kontynentu. Potem zaś usiadłbym w fotelu i czekał, aż ten konflikt nabierze własnej dynamiki i rozsadzi Europę.

I, jak się zdaje, Rosja właśnie coś takiego robi, grając na wielu fortepianach. Kokietuje tradycyjnie przychylną sobie europejską lewicę (wystarczyło posłuchać szefa niemieckiego MSZ, Franka-Waltera Steinmeiera, nazywającego manewry Anakonda „pobrzękiwaniem szabelką” i wzywającego do „dialogu i współpracy” z Rosją). Z kręgów euro-lewicy płyną też najdalej idące projekty powołania „superpaństwa” i zglajszachtowania Europy w jednolitą, ponadnarodową papkę pod przywództwem kasty brukselskich mandarynów. Ale, oczywiście, kremlowscy specjaliści nie zaniedbują również dopieszczania (gdy trzeba – także finansowego) ruchów nacjonalistycznych, dziś jednoznacznie prorosyjskich. Szczególnie na Zachodzie ugrupowania prawicowe ze zdumiewającą łatwością pozwalają się uwodzić syrenim śpiewom przedstawiającym Rosję jako nadzieję i ostoję chrześcijańskiego porządku w zalewie najeżdżającej Europę barbarii. Inaczej mówiąc: szukasz agentury – szukaj skrajności. Na tym tle wyróżniają się na plus główne środowiska narodowe w Polsce, mimo uporczywego przyszywania im przez różne „portale poświęcone” w ramach sekciarskiej wojenki łatki „ruskiej agentury” i „V kolumny Putina”.

Patrząc jednak na sprawy nieco szerzej, trzeba zauważyć jeszcze jeden aspekt. Owszem, rosyjska agentura jest tradycyjnie sprawna i aktywna. Inspiruje i „wozi się” na wznoszącej fali społecznych nastrojów – zarówno antyeuropejskich, jak i generalnie antyestablishmentowych. Gdzie może, tam podbechtuje, wzmacnia przekaz aż do extremum - ale nie ona jest praźródłem problemów. Ona jedynie wykorzystuje problemy i na nich gra. Praźródło obecnych konwulsji leży w samej Europie i przyjętym modelu integracji.

To, że Brytyjczycy zagłosowali za wyjściem z Unii, że podobne ruchy polityczne zyskują na znaczeniu w innych państwach i stają się nocną zmorą różnych „zawodowych brukselczyków”, wreszcie to, że za chwilę w powtórzonych wyborach prezydentem Austrii może zostać zdeklarowany eurosceptyk Norbert Hofer (a gdyby nie desperackie fałszerstwa wyborcze, byłby nim już dzisiaj), jest efektem nie tyle niechęci do Europy, ile zmęczenia arogancją lewicowo-liberalnych elit w połączeniu z nachalną indoktrynacją i pozbawianiem państw narodowych kolejnych kompetencji, a ludzi – poczucia, że mają na cokolwiek wpływ. Dlatego ostatnią rzeczą, którą kierowali się Brytyjczycy były kalkulacje w rodzaju „opłaca się – nie opłaca”. Oni po prostu chcieli pokazać Brukseli i Berlinowi środkowy palec. To jest praktyczny efekt narastającego i umiejętnie podsycanego konfliktu o którym tu mowa. Obustronna histeria nie pozwala na rozwiązania połowiczne – otrzymujemy alternatywę: albo „superpaństwo”, albo unicestwienie Unii.


IV. Wymiksować się z kotła

A wystarczyłoby zrobić krok w tył i powrócić do „Europy ojczyzn” - związanej wspólnym rynkiem, lecz bez polityczno-ideologiczno-biurokratycznej czapy. Ale na to nie zgodzi się zasiedziały brukselski establishment. Zbyt wiele ma do stracenia, bo w takiej Europie nie byłby do niczego potrzebny.

Jak w tym wszystkim ma zachować się Polska? Doraźnie – zmontować sojusz przeciw euro-federastom, co właśnie czyni – zobaczymy z jakim skutkiem. A docelowo - wymiksować się z tego kotła narastających i nierozwiązywalnych sprzeczności. Wyjść z UE wraz z krajami Europy Środkowej (wyszehradzka czwórka plus Rumunia) zanim to wszystko wybuchnie nam w twarze. Wiem, że powtarzam się w tych postulatach, ale galopująca rzeczywistość coraz bardziej potwierdza ich zasadność. Przystąpić do EFTA i funkcjonować w ramach Europejskiego Obszaru Gospodarczego jako stowarzyszona z UE konfederacja Międzymorza. Międzymorze to ponad 84 mln. ludności i 1.041,33 mld USD łącznego PKB - to naprawdę nie jest mało, inaczej Niemcom nie zależałoby tak na urzeczywistnieniu koncepcji Mitteleuropy - czyli „bliskiej kolonii”. Ta „bliska kolonia” ma bowiem potencjał. Należy go jedynie rozbudzić i wykorzystać.

Naprawdę, trzeba spadać, zanim Makrela z Junckerem urządzą nam Europę i „wspólną przestrzeń”, jakiej świat nie widział.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 27 (06-12.07.2017)