Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Europa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 czerwca 2017

Asertywny jak Trump

Trump robi po prostu to, co obiecał wyborcom... oh, wait – właśnie TO z perspektywy europejskich elit politycznych jest nie do pomyślenia.


Podsumowując europejskie tournee Donalda Trumpa na które składał się udział w brukselskim szczycie NATO oraz sycylijskim szczycie G-7, można śmiało stwierdzić jedno – amerykański prezydent pokazał po raz kolejny, że czego jak czego, ale asertywności mu nie brakuje. Mówiąc bez ogródek, Trump spuścił po drucie wszystkich samozwańczych moralistów, lobbystów i specjalistów od wymagania od Stanów Zjednoczonych różnych „odważnych kroków”, których wspólnym mianownikiem jest to, że byłyby dla USA niekorzystne. Potrafił za to w tonie nie pozostawiającym wątpliwości sformułować swoje stanowisko, które sprowadzało się do jednego: koniec jazdy na gapę z Ameryką w roli sponsora wycieczki. Europejskie i światowe media, szczególnie te o lewicowej proweniencji (a takich jest większość) jęły z miejsca rozpowszechniać narrację o „klęsce” - nie tylko „szczytowania” (szczególnie G-7), ale też i samego Trumpa. Cóż, z punktu widzenia tych, którzy czegoś chcieli i tego nie dostali, to faktycznie jest „klęska”. Ale już z punktu widzenia USA – niekoniecznie.

Weźmy na początek szczyt NATO. Trump jasno dał do zrozumienia, że nie interesuje go sojusz, którego niemal cały ciężar ponosi jego kraj. Naciski Waszyngtonu na europejskich partnerów, by ci wreszcie raczyli dostosować się do założonych w Newport w 2014r. docelowych wydatków na obronność (min. 2 proc. PKB) są jak najbardziej zrozumiałe. Po rozpadzie ZSRR USA godziły się na mocno jednostronne jeśli chodzi o obciążenia funkcjonowanie NATO wyłącznie ze względów politycznych. W międzyczasie Europa (zwłaszcza „stara”, używając określenia D. Rumsfelda) przyzwyczaiła się do „militarnego sponsoringu”. Dzięki temu mogła ciąć własne wydatki na zbrojenia, rozwijając w zamian chociażby rozbudowane programy opieki socjalnej i przerzucając koszty bezpieczeństwa na amerykańskiego podatnika – ot, taki „militarny socjal” z cudzej kieszeni. Jeżeli dopiero teraz Niemcy ze swą nadwyżką budżetową i dodatnim bilansem handlowym w wielkich bólach obiecują, że poziom 2 proc. PKB osiągną do 2025 r., to mamy do czynienia z kiepskim dowcipem – zwłaszcza gdy np. uboższa Polska podjęła swoją część wysiłku zbrojnego i deklaruje zwiększenie nakładów do 2,5 proc. PKB. Przypomnienie o tym niewywiązywaniu się z elementarnych obowiązków ma być „zgrzytem”? Wolne żarty.

Idźmy dalej. W opinii komentatorów kompletną klapą miało się zakończyć spotkanie G-7 w Taorminie. Nie udało się wymóc na Trumpie zapowiedzi wypełnienia postanowień szczytu klimatycznego z Paryża, czemu trudno się dziwić. Gospodarka USA jest w nie najlepszej kondycji, zaś przyjmowanie kosztownych pakietów klimatycznych gwoli ukontentowania różnych lobbies produkujących „zielone technologie” i pozostających na ich pasku oczadziałych „ekologów” dodatkowo by ją pogrążyło. Zostawiając na marginesie zasadność teorii „globalnego ocieplenia” - obecnie presja ekologiczna to prostu biznes, dla którego warunkiem opłacalności jest przymuszenie jak największej liczby państw do przeprofilowania swoich „miksów energetycznych” (pod groźbą surowych kar) – co z jednej strony zmusiłoby je do importu odpowiedniej infrastruktury technologicznej, a z drugiej skutecznie zabiłoby konkurencyjność ich gospodarek. I Trump miał się na to zgodzić?

Po raz kolejny dostało się Angeli Merkel i niemieckiemu przemysłowi motoryzacyjnemu sprzedającemu miliony samochodów w Stanach, co jest „złe, bardzo złe” – tutaj niewątpliwie Trump nawiązywał do waluty euro, czyli „uwspólnotowionej” i zdewaluowanej marki, napędzającej niemiecki eksport. Ten – trawestując Macrona - „dumping walutowy” jest dla Trumpa solą w oku chyba na równi z chińskim juanem. Nas te napięte relacje na linii Berlin – Waszyngton mogą tylko cieszyć, tym bardziej, że w takiej atmosferze nie sposób myśleć o jakiejkolwiek reaktywacji TTIP – „konika” tandemu Merkel – Obama.

Organizacje humanitarne z kolei biadolą, że Trump nie zgodził się na dofinansowanie światowego programu żywnościowego. Tu trzeba jasno powiedzieć, że ów program nie ma żadnych sukcesów w długofalowej walce z głodem. Jest jedynie humanitarnym plasterkiem w ramach którego państwa rozwinięte upychają swoją nadprodukcję - za to potrafi dość skutecznie rozłożyć rolnictwo biednych krajów, bo produkcja żywności przestaje się opłacać, gdy jedzenie przypływa za darmo na statkach. O czarnym rynku „darów” i innych wygenerowanych przy okazji patologiach już nie wspomnę.

No i w końcu, Trump nie dał sobie wcisnąć kitu o konieczności wdrożenia globalnego programu rozwiązującego kryzys migracyjny (czytaj – przyjmowanie „uchodźców” jak leci), co i dla nas jest dobrą informacją.

Poza wszystkim – nie wiem skąd ten ton rozczarowania polityką Trumpa. Wszak jeszcze w kampanii wyborczej określił się jako przeciwnik globalizacji, migracji, wymuszeń ekologicznych, deklarując: „America first!”. Teraz robi po prostu to, co obiecał wyborcom... oh, wait – właśnie TO z perspektywy europejskich elit politycznych jest oburzające i nie do pomyślenia...


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 22 (02-08.06.2017)

czwartek, 26 listopada 2015

Zamach we Francji, czyli deja vu

Barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Gdy przychodzi mi komentować wydarzenia w rodzaju ostatnich zamachów we Francji, towarzyszy mi nieodparte uczucie deja vu – wszystko to już było. Banda muzułmańskich fanatyków urządza masakrę, służby wdrażają „intensywne działania”, wstrząśnięci ludzie gromadzą się paląc znicze i składając kwiaty, a media... media przystępują do ofensywy ideologicznej i robienia publice wody z mózgów, by przypadkiem nikt nie wyciągnął nieodpowiednich wniosków. I tak, po raz kolejny dowiadujemy się, że „przemoc” jest be i należy przeciw niej protestować – ale raczej tak „w ogólności”, że stosowną odpowiedzią powinno być „pogłębienie integracji” i wzmożenie wysiłków na rzecz „asymilowania” obcych kulturowo przybyszów, by nie czuli się „odrzuceni”, nade wszystko zaś – by nie wiązać zamachów z problemem imigrantów, bo to brudna woda na młyn nacjonalistycznej i ksenofobicznej prawicy. Przeczytałem nawet, że dżihadystom właśnie chodzi o to, by „skrajna prawica” doszła do głosu i „podzieliła Europę”.

Owszem, owa „skrajna prawica” jest zagrożeniem – ale dla lewackich durniów i zbrodniarzy, których obłędna polityka obłaskawiania demonów po raz kolejny doprowadziła do krwawej łaźni. Dla tych, którzy zaślepieni kulturową wojną z fundamentami łacińskiej cywilizacji widzą w napływie imigrantów szansę na rozsadzenie podstaw Europy, a w muzułmanach – taktycznych sojuszników w dziele inżynierii społecznej. Tymczasem, jak do tej pory najbardziej tragiczne w skutkach zamachy miały miejsce w kolebkach „multikulturalizmu” - liberalnym i otwartym na oścież Paryżu, nieco wcześniej zaś – Londynie. W miejscach, gdzie muzułmanów dopieszcza się na wszelkie możliwe sposoby, włącznie z rugowaniem chrześcijańskiej symboliki z przestrzeni publicznej, by nie urazić ich delikatnych uczuć. W miastach i krajach, w których zabrania się mówić o Bożym Narodzeniu, a pracownicy państwowych instytucji mają zakaz noszenia krzyżyków. No więc, skoro tak nas się boją – stwierdzili islamiści – to przykręćmy im jeszcze bardziej śrubę, aż do ostatecznego zwycięstwa Proroka.

Swoją drogą, przypomina mi to nieco sytuację w Polsce lat 90-tych, kiedy to różne gangi i mafie siały terror, a jedyną reakcją były groteskowe „marsze milczenia” na widok których rozbezczelniona bandyterka mogła tylko śmiać się w kułak w słusznym skądinąd przekonaniu, że taki wyraz skrajnej bezsilności oznacza de facto przyzwolenie na kolejne pobicia i zabójstwa. Na każdy głos, by zaprzestać cackania się z przestępcami tutejsze elity spod znaku michnikowszczyzny miały tylko do zaoferowania wrzask, że ciemny motłoch żąda „powrotu państwa policyjnego”, a w ogóle to „surowość kary nie odstrasza”. Trzeba było dopiero objęcia teki ministra sprawiedliwości przez Lecha Kaczyńskiego, by rozpocząć mozolne zmiany – a i wtedy mędrcy w rodzaju Krzysztofa Kozłowskiego straszyli, że na ulicach będą grasowały „szwadrony śmierci”. Podobne skojarzenie miałem na widok kretyńskiego marszu po zamachu na „Charlie Hebdo”. Pójdźmy razem z Hollandem i Merkel trzymając się za rączki, to islamiści się wzruszą i przestaną nas zabijać.

Cóż, na miejscu Francuzów podziękowałbym w odpowiednio dobitnych słowach ich byłemu prezydentowi Nicolasowi Sarkozy'emu za rozwalenie Afryki Północnej w pogoni za mocarstwowym mirażem „Unii Śródziemnomorskiej”, Amerykanom za destrukcję Bliskiego Wschodu, koniec końców zaś - „mutter Angeli” za rozgrodzenie Europy i wpuszczenie tutaj hord wypierdków Mahometa. Przybywają do Europy niczym na zielone pastwiska, gdzie będzie się ich karmić i poić – bo też oferowany im „socjal” jest w istocie współczesną formą haraczu, by łaskawie nie urządzali zamieszek, nie demolowali miast i nie palili samochodów. A rajskie hurysy wezmą sobie sami – już biorą, statystyki są nieubłagane – wraz z napływem imigrantów skokowo rośnie liczba gwałtów. Zresztą, przypuszczam, że wizja rozwiązłych Europejek (a z punktu widzenia islamu, wszystkie takie są) również jest jednym z motorów napędowych dla setek tysięcy przybywających tu młodych mężczyzn, którzy za naturalną rzecz przyjmują, że te wszystkie wyzywająco noszące się kobiety są od tego, by ich zaspokajać. Znamienne są tu narzekania jednego z tych przybyszów, że w ośrodku dla uchodźców nie może sobie ulżyć i przez to, cytuję, „bolą go jądra”. Krótko mówiąc, barbarzyńskie hordy chcą tego samego, co wszyscy najeźdźcy od tysiącleci – naszych majątków i naszych kobiet. I póki co - dostają jedno i drugie.

Nie bądźmy głupcami. Nie pozwólmy wplątać się w ten obłęd. Na cokolwiek zgodziła się Ewa Kopacz, należy wyrzucić to do kosza. Mamy sojuszników w Grupie Wyszehradzkiej. Stanowisko przytłaczającej większości Polaków jest jasne: ani jednego imigranta w naszym kraju!

*

A poza tym:

  • kiedy wprowadzony zostanie zakaz reklamowania podmiotów publicznych w prywatnych mediach?

  • kiedy nastąpi przewalutowanie kredytów frankowych?

  • kiedy zostanie odtajniony aneks do raportu ws. rozwiązania WSI?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2834-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 47 (20-26.11.2015)

czwartek, 22 października 2015

Imigranci chędożą Europę

Męczeństwo z rąk muzułmańskich watah prędzej czy później spotkać może także różne frywolne „biskupki” i „pastorałki”.

„Panowie, kiełbasy w górę i golimy frajerów!” - ten cytat z klasyka polskiej myśli szkoleniowej, trenera Janusza Wójcika, mógłby śmiało stać się mottem zagnieżdżających się w Europie kolejnych hord imigrantów. Już nawet „Szechter Cajtung” w swych korespondencjach z Niemiec nie jest w stanie ukrywać lawinowo narastającego problemu, na który składają się totalne lekceważenie jakichkolwiek norm obowiązujących w europejskiej przestrzeni kulturowej, awantury w ośrodkach dla uchodźców, pobicia, zamieszki i coraz częstsze gwałty. Nie znaczy to oczywiście, że wspomniany „Cajtung” odblokował możliwość komentowania pod materiałami dotyczącymi przybyszów - co to, to nie - ale wraz z napływem doniesień zza naszej zachodniej granicy daje się zauważyć opadający nieco poziom propagandowego wzmożenia. Imigranci nie są już jednoznacznie przedstawiani jako dobrodziejstwo wzbogacające Europę, a postępowa agitacja stopniowo ustępuje pod naporem nieubłaganej rzeczywistości. Trudno zresztą, by było inaczej, skoro sami Niemcy przyznają, że zwyczajnie nie dają sobie rady. Najeźdźcy na każdym kroku okazują bezbrzeżną pogardę swym gospodarzom i regułom społecznego współżycia, za to coraz agresywniej domagają się tego, po co tu przyjechali – okupu, zwanego socjalem i to na odpowiednim do ich oczekiwań poziomie. W końcu nie po to zasiedlają tę ziemię na chwałę Allaha, by nic z tego nie mieć – choćby mieszkania w odpowiednim standardzie i lokalizacji, jedzenia pod nos oraz sutego zasiłku do rączki. A skoro rozlazłe, obezwładnione lewacką indoktrynacją europejskie cioty gotowe są nawet wykwaterowywać z komunalnych mieszkań własnych obywateli, by przychylić nieba synom Proroka, to wszak tylko głupi by nie skorzystał i nie domagał się wielkim głosem o więcej.

Czynniki oficjalne z rządem Angeli Merkel na czele próbują jeszcze robić dobrą minę do złej gry i jakoś pudrować coraz bardziej cuchnące (i to dosłownie) realia – np. wydając policji nieformalny zakaz informowania opinii publicznej o skali przestępczości związanej z imigrantami - jednak nie są w stanie zasłonić ludziom oczu, zatkać uszu i nosa. A ci widzą, że gdzie „uchodźcy”, tam błyskawicznie pojawia się brud i smród, bowiem przybysze przywykli do załatwiania potrzeb fizjologicznych gdzie bądź – choćby w parkowych zaroślach, czy na poboczach dróg – nie zwykli natomiast chociażby spuszczać po sobie wody w toalecie, nawet jeśli jakimś cudem z niej skorzystają. Dla schludnych i uporządkowanych Niemców jest to szok, tym bardziej, że podąża za tym bezpośrednie zagrożenie bezpieczeństwa. Póki co, władze stać jedynie na łzawe ulotki w których proszą grzecznie panów „uchodźców”, by raczyli nie defekować się w krzakach i nie napastować kobiet, bo nie jest u nas to przyjęte. Tymczasem, w ośrodkach i poza nimi lawinowo rośnie liczba gwałtów, których ofiarami padają również wolontariuszki, a przybysze domagają się zaspokojenia swych potrzeb seksualnych – jeśli nie po dobroci, to siłą. W efekcie, zwykli Niemcy zaczynają mieć po dziurki w nosie „mutter Angeli” i dają temu wyraz na ulicach, bądź atakując schroniska – od początku roku zanotowano 490 tego typu incydentów.

Niemniej, w Europie wciąż dominuje wpływowe lobby oczadziałych lewaków, usiłujących za wszelką cenę zakneblować negatywne doniesienia. Osoby skarżące się na traumatyczne przejścia z imigrantami są zastraszane i zmuszone do milczenia – jak wolontariuszka z włoskiego obozu w San Ludovico zgwałcona przez przybyszów z Afryki, której koledzy kazali siedzieć cicho, by „nie szkodziła sprawie”. I ta milczała przez miesiąc, nim wreszcie zgłosiła przestępstwo na policję. To jest ten sam rodzaj zacietrzewionego obłędu, który naszemu lewactwu kazał do końca kryć Simona Mola z premedytacją infekującego swe nieświadome partnerki wirusem HIV i wymuszającego na nich usługi seksualne oskarżeniami o „rasizm”.

Moim osobistym faworytem dzierżącym palmę pierwszeństwa w postępowym zidioceniu jest jednak luterańska „biskupka” Sztokholmu, zresztą czynna lesbijka żyjąca z inną „panią ksiądz”, która usunęła z podległych jej kościołów krzyże, zastępując je „drogowskazami do Mekki”. Na marginesie, mam tu dylemat na tle feministycznej lingwistyki – jaka jest poprawna politycznie forma żeńska od „ksiądz”? Księżniczka? A od pastora - „pastorałka”? Może wypowie się jakaś biegła siostrzyca od genderu? W każdym razie, owa „biskupka” wraz ze swą „pastorałką” zwyczajnie wyparły się Jezusa – a przecież kto się Mnie wyprze przed ludźmi, tego i Ja wyprę się przed Ojcem moim, który jest w niebie”. Wprawdzie uczynił tak również sam św. Piotr - późniejsza opoka na której zbudowano Kościół - lecz św. Piotr odkupił swe odstępstwo ofiarną posługą i męczeńską śmiercią. I coś mi się zdaje, że takie męczeństwo z rąk muzułmańskich watah prędzej czy później spotkać może także różne frywolne „biskupki” i „pastorałki” - nawet jeśli podkaszą sutanny i będą przed nim zwiewały w podskokach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2635-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 42 (16-22.10.2015)

poniedziałek, 14 września 2015

Wędrówki ludów

Uchodźców” z Bliskiego Wschodu w pierwszym rzędzie powinny przyjąć Stany Zjednoczone, natomiast z Afryki Północnej – Francja.

Przewijające się niekiedy w publicystyce porównanie obecnego stanu Europy do upadającego Imperium Rzymskiego właśnie znalazło kolejne potwierdzenie – wkroczyliśmy mianowicie w okres wędrówek ludów. Inna sprawa, że Zachód zafundował sobie obecną inwazję barbarzyńców na własne życzenie. Hasło do destabilizacji świata muzułmańskiego jako pierwsza rzuciła Ameryka, najeżdżając Afganistan w zemście za zamach na WTC, następnie zaś atakując Irak i obalając reżim Saddama Husajna, co w efekcie doprowadziło do wojny domowej i chaosu. Swoje dołożyła Francja „demokratyzując” Afrykę Północną serią kolejnych rewolucji, następnie przyszła kolej na Syrię – i w efekcie mamy to, co mamy. Znaczna część krajów muzułmańskich pogrążyła się w krwawej anarchii, na Bliskim Wschodzie narodziło się Państwo Islamskie – bodaj pierwsze, dla którego terroryzm stał się oficjalną doktryną, nawet afgańscy talibowie byli bardzie wstrzemięźliwi - a zagrożenie dla Zachodu jest większe niż kiedykolwiek przedtem. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby USA wcieliły w życie plany „powrotu z Bagdadu przez Iran”...

Swoją drogą, zbrodnicza krótkowzroczność amerykańskich i europejskich decydentów jest wprost powalająca. Z niezrozumiałych względów uznali oni, że jeśli obalą arabskich dyktatorów, to jakimś cudem uda się im zainstalować w regionie przyjazne Zachodowi demokracje – co w praktyce miało pewnie oznaczać przyzwolenie owych muzułmańskich „demokratur” na ekonomiczną ekspansję międzynarodowych koncernów i gospodarczą kolonizację na wzór modelu znanego chociażby z krajów latynoskich, czy nie szukając daleko – Europy Środkowo-Wschodniej po upadku komunizmu. Chciwość zaślepiła ich do tego stopnia, że woleli nie zauważać różnic cywilizacyjnych, oraz realnych nastrojów arabskiej „ulicy” podatnej na religijny fundamentalizm o jednoznacznie agresywnym, dżihadystycznym charakterze. Tymczasem, to właśnie kacykowie pokroju Husajna, Kadafiego czy Mubaraka – niewątpliwie często okrutni aż do zwyrodnienia – stanowili jedyną realną zaporę przed rozlaniem się fundamentalizmu na ogromne obszary Afryki i Azji. Demokracja jest dla islamu ciałem obcym, nienaturalnym, sprzecznym z Koranem przeszczepem ze świata zachodniego (w islamie nie ma rozróżnienia na sferę prywatną i publiczną, wszystko reguluje szariat) do którego muzułmanie czują wyłącznie pogardę, jako matecznika bezbożności i nihilizmu. W konsekwencji, obalenie dotychczasowego porządku skutkować musi rządami sfanatyzowanego motłochu i rzezią podsycaną naukami mułłów wzywających w meczetach do walki z niewiernymi. To aż nieprawdopodobne, że nikomu nie dał do myślenia przypadek Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, które niemal natychmiast po obaleniu Mubaraka stało się tam pierwszoplanowym graczem. Powtarzam – chciwość odebrała rozum.

A teraz ta muzułmańska dzicz zalewa Europę i Bóg jeden wie, czym to się skończy. Na domiar złego, Unia Europejska stosuje samobójczą politykę azylową, wspartą humanitarnym ględzeniem lewackich doktrynerów wciąż rojących o „multi-kulti” i nowomową każącą nazywać nielegalnych imigrantów „uchodźcami”. Co więcej, rządy zachodniej Europy usiłują wymusić na państwach naszego regionu – w tym Polsce – przyjmowanie „kwot” imigrantów. Innymi słowy – chcą na nas wydębić, byśmy pili piwo, którego oni nawarzyli. Przepraszam, ale Polska nie miała kolonii, historycznie więc nie jesteśmy tym ludziom nic winni – w odróżnieniu od krajów, które na kolonializmie zbudowały swój dobrobyt i potęgę. Jeśli zaś chodzi o sprawy bieżące, to „uchodźców” z Bliskiego Wschodu w pierwszym rzędzie powinny przyjąć Stany Zjednoczone, natomiast z Afryki Północnej – Francja, której się przyśniła budowa „Unii Śródziemnomorskiej” i w pogoni za tą nieprzytomną mrzonką zdestabilizowała najbliższe sąsiedztwo Europy.

My i tak za chwilę możemy mieć problem z napływem Ukraińców uciekających z bankrutującego i pogrążonego w wojnie państwa. Już teraz, zwłaszcza na zachodniej Ukrainie, młodzi ludzie na masową skalę uchylają się od poboru i np. nagle zdradzają przemożny pęd do wiedzy nabywanej na polskich uczelniach w Lublinie czy Przemyślu - by tu, z bezpiecznych pozycji, robić sobie „słit focie” z banderowskimi flagami. Podobnie jest z uciekinierami z krajów muzułmańskich. Zwróćmy uwagę, że przytłaczająca większość z nich to młodzi mężczyźni w wieku jak najbardziej „wojskowym”. To wygląda wręcz jak inwazja – tylko w samym lipcu granicę UE przekroczyło 107,5 tys imigrantów. Austria grzmi, by kraje uchylające się przed przyjmowaniem „azylantów” pozbawiać unijnych funduszy, a Niemcy wypominają nam, że przecież przyjmowali politycznych uchodźców z Polski za komuny. No więc dobrze – weźcie sobie te swoje „ojro”, bo żadne pieniądze nie są warte tego by fundować sobie społeczną bombę zegarową, a co do wdzięczności za pomoc z lat '80 – jeśli jakiś obywatel niemiecki wystąpi o polityczny azyl w Polsce, to oczywiście z przyjemnością takowego udzielimy.

Gadający Grzyb

Ilustracja: Andrzej111

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2415-pod-grzybki-20

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 36 (04-10.09.2015)