Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cywilizacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 lipca 2017

Narodziny męża stanu

Dobrze, że gramy w drużynie Trumpa, a nie po stronie popełniającej zbiorowe samobójstwo „starej Europy”. Możliwe, że właśnie w Warszawie zaczął wyrastać na naszych oczach prawdziwy mąż stanu.


I. Między Warszawą a Hamburgiem

Jeżeli Donald Trump potrzebował unaocznienia różnicy pomiędzy „nową” a „starą” Europą, to nie mógł lepiej trafić. W Warszawie – tłumy świadome swojej tożsamości, historycznego dziedzictwa i cywilizacyjnych obowiązków. W Hamburgu, na szczycie G-20 – lewacka dzicz demolująca miasto pod hasłem „Welcome to Hell”. Ponad dwustu rannych policjantów, siły porządkowe niezdolne do opanowania sytuacji, żona prezydenta uwięziona w hotelu, splądrowane sklepy, porozbijane witryny, barykady rozjeżdżane transporterami opancerzonymi, płonące samochody, dwie dzielnice obrócone w perzynę – istne pandemonium. I dalej – w Warszawie rozmowy o dostawach gazu, zakupie zmodernizowanych „Patriotów”, wzmacnianiu potencjału militarnego NATO. W Hamburgu – ględzenie o ustaleniach paryskiego „szczytu klimatycznego” pod dyktando lobbystów sztucznie pompowanej „zielonej energii” i samobójczy pęd globalizacyjny w interesie ponadnarodowych koncernów. Wszystko w zamkniętej, odciętej od świata twierdzy, podczas gdy barbarzyńscy kilka przecznic dalej plądrują miasto. Tak wygląda agonia Europy. Swoją drogą, sam pomysł, by ową orgię na trupie Zachodu zorganizować w bodaj najbardziej lewackim mieście w Niemczech, pokazuje stopień odrealnienia globalnych elit, podobnie jak to, że nie zdecydowano się włączyć do porządku obrad kwestii rosnącego rozwarstwienia społecznego – wymowny znak, komu i czemu miał służyć hamburski sabat okadzany dymem płonących ulic. Jeden z mieszkańców Hamburga wywiesił na balkonie transparent dedykowany burmistrzowi, Olafowi Scholzowi, który zabiegał o organizację szczytu G-20: „Olaf, to był g...ny pomysł” - i niech to posłuży za motto tej imprezy.

To wszystko gra oczywiście na naszą korzyść, bo co się Trump napatrzył, to jego – i błyskawicznie dał do zrozumienia, co o tym sądzi. Szeroko komentowane w mediach i zakrawające na dyplomatyczną obrazę wydelegowanie córki Ivanki na oficjalne obrady podczas drugiego dnia szczytu trudno interpretować inaczej, niż jako odwet za „areszt hotelowy” pierwszej damy, Melanii. I Angela Merkel musiała to przełknąć, robiąc dobrą minę do złej gry. Słowem, hamburski szczyt zakończył się fiaskiem, o czym świadczy bezprecedensowa formuła dokumentu końcowego, zawierającego za sprawą twardej postawy amerykańskiego prezydenta protokół rozbieżności – rzecz dotąd niespotykana. Media oczywiście uderzyły w ton spod znaku „Ameryka została osamotniona”. Otóż nie – to pozostali uczestnicy szczytu zostali bez Ameryki, wciąż najpotężniejszego państwa na świecie. A to oznacza, że ustaleniami szczytu można sobie wypchać buty.


II. Salon frustratów

Wróćmy jednak do warszawskiej wizyty Donalda Trumpa i historycznego przemówienia na Placu Krasińskich pod pomnikiem Powstania Warszawskiego. Już samo to, z jaką zajadłością lewackie media usiłowały zagłuszyć i zdeprecjonować jego wymowę świadczy o wadze tego, czego byliśmy świadkami. Przyjrzyjmy się przez chwilę temu jazgotowi, by uzmysłowić sobie skalę bezsilnej furii. Najpierw groteska, czyli pretensje Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie, że Trump śmiał nie odwiedzić Pomnika Bohaterów Getta, delegując tam Ivankę – żydówkę-konwertytkę przecież. Forum Żydów Polskich skomentowało to trzeźwo, pisząc iż taka postawa prezentuje organizacje żydowskie jako „przewrażliwionych, egocentrycznych, zacietrzewionych narcyzów”. Ze strony „Wyborczej” z kolei padały standardowe zaklęcia o „dzieleniu Europy”, dalej zaś o „populistycznym bełkotaniu”, „braku konkretów”, przemilczeniu 1989 roku, wreszcie – że Trump nie obsobaczył rządu PiS za „łamanie demokracji”. Krótko mówiąc, komentatorzy mieli Trumpowi za złe to, że nie jest Obamą i – o zgrozo – miał źle dopasowany garnitur. O twitterowych wypocinach Lisa i Migalskiego przyrównujących Polaków do miłośników „paciorków” i „perkalików” w ogóle szkoda gadać.

Nie mogę tu sobie darować pewnej uwagi na marginesie. Wizyta Trumpa - a zwłaszcza jego przemowa - nie spodobała się również Bartłomiejowi Radziejewskiemu z prawicowej „Nowej Konfederacji” i Klubu Jagiellońskiego. Do niedawna bardzo ceniłem sobie jego analizy, jednak kiedy nie dostał od rządu PiS dotacji, coś się z nim stało i zaczął konsekwentnie przesuwać się do opozycji. Krytykuje PiS - niby z pozycji konserwatywnych, ale jakoś tak wychodzi, że owa krytyka stawia go w coraz bliższym sąsiedztwie „Wyborczej”, której zresztą zdążył już udzielić dużego wywiadu, pozując na „dobrego faszystę”, zatroskanego (jako „konserwatysta” ma się rozumieć) niszczeniem przez PiS „instytucji” państwa. Ile te instytucje są warte, jakoś nie pomyślał. Podobnie a propos wizyty Trumpa stwierdził, iż ten „nie przywiózł nam żadnych nowych konkretów”, czym wpisał się już otwarcie w narrację „Wyborczej”. Co to z ludźmi robią zawiedzione ambicje...


III. Mąż stanu

Tymczasem, było to przemówienie przełomowe. Trump na nowo zdefiniował w nim fundamenty Zachodu i jego cywilizacyjne powinności. W kontekście mowy amerykańskiego prezydenta padły w komentarzach analogie do wystąpienia J.F. Kennedy'ego w Berlinie ze słynnymi słowami „Ich bin ein Berliner” („Jestem Berlińczykiem”). Mnie równie mocno kojarzy się ono ze słowami Reagana o „imperium zła”, którymi określił cel swej prezydentury, czyli zniszczenie ZSRR. Dziś zagrożeniem dla Zachodu jest lewacki nihilizm i muzułmańska inwazja - i widzę u Trumpa podobną jak u Reagana determinację w przezwyciężeniu tego wielowymiarowego kryzysu.

Jego wystąpienie w tak symbolicznym miejscu, pełne nawiązań do naszej historii, nie było jedynie czczą kurtuazją – to precyzyjnie wybrany odnośnik ilustrujący jego wizję polityczną w czasach wojny cywilizacji. Przesłanie jest jasne – cywilizacja jest tam, gdzie jest Bóg i chrześcijaństwo. Cywilizacja jest tam, gdzie są prawdziwe wartości i ludzie zdeterminowani, by ich bronić nawet za cenę życia. Cywilizacja jest tam, gdzie drzemie wewnętrzna siła, a nie tam, gdzie dokonuje się rozkład. Innymi słowy – cywilizacja jest w Warszawie, a nie w Hamburgu.

Oczywiście nie oznacza to, że nagle staliśmy się dla Waszyngtonu pępkiem świata - ale po raz kolejny rysuje się szansa, że nasz region stanie się dość istotnym elementem geopolitycznej układanki. Nie należy również popadać w bezkrytyczny klientelizm, do czego niepokojącą predylekcję zdradza część obozu patriotycznego i prawicowych mediów. Na szczęście Trump jest również biznesmenem, a to oznacza, że nie będzie się obrażał, więcej - będzie szanował sojuszników przemawiających językiem interesu. Patrząc na całokształt jego wizyty, wymowny jest kontekst Trójmorza, które tak niepokoi berliński establishment w perspektywie wyemancypowania się spod niemieckiej dominacji – tu „parasol ochronny” ze strony Waszyngtonu będzie nieodzowny, bo sami zwyczajnie nie damy rady. Trump wprawdzie nie zadeklarował się wprost jako protektor obszaru między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym, lecz czas i miejsce wizyty są czytelnym sygnałem. Jest jeszcze jeden wart podkreślenia aspekt – nie potwierdzają się zarzuty o prorosyjskość Trumpa, choć paradoksalnie dobrze, że one padły, bo dzięki temu by oddalić podejrzenia, prowadzi wobec Rosji bardziej asertywną politykę, niż być może robiłby to w innych okolicznościach. Z pewnością nie da się Putinowi ograć jak Obama ze swym błazeńskim „resetem”.

Podsumowując, mamy to, o co nam chodziło - dostawy gazu i zmodernizowane „Patrioty”, do tego podkreślenie roli Polski w regionie, nie mówiąc już o tym, że świat dowiedział się o Powstaniu Warszawskim – Trump zafundował nam międzynarodowy „piar”. Trump też ma to czego chciał - sprzedał gaz i broń, oraz umocnił sojusznicze więzi. Słowem, mamy relację typu „win-win”. Widać to dobrze zza Odry - wystarczy przyjrzeć się kwaśnym minom i komentarzom niemieckiej prasy. Dobrze, że gramy w drużynie Trumpa, a nie po stronie popełniającej zbiorowe samobójstwo „starej Europy”. Możliwe, że właśnie w Warszawie zaczął wyrastać na naszych oczach prawdziwy mąż stanu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (14-20.07.2017)

czwartek, 10 grudnia 2015

Szczyt hipokryzji

Wiara w antropogeniczne przyczyny „globalnego ocieplenia” jest swoistą religią dającą okazję do fantastycznych zarobków.

Paryska konferencja klimatyczna COP 21 po raz kolejny staje się festiwalem hipokryzji. Pisząc o klimatycznym obłędzie już nawet nie chce się przytaczać elementarnych faktów: o interglacjałach, o tym że na Ziemi bywały okresy zarówno chłodniejsze, jak i o wiele cieplejsze od obecnego i to niezależnie od aktywności człowieka – ba, niezależnie nawet od samego istnienia gatunku homo sapiens. Wiara w antropogeniczne przyczyny „globalnego ocieplenia” jest bowiem niczym innym, jak swoistą religią na bazie której grupy wpływowych cwaniaków zwietrzyły okazję do fantastycznych zarobków w rodzaju „handlu powietrzem”, czyli kwotami CO2, lub uderzenia w konkurencyjność biedniejszych gospodarek. Ten ponadnarodowy „kościół” zrzeszający kapłanów-ekologów, wyznawców-ekoaktywistów oraz sankcjonowany oficjalną linią polityczną państw i organizacji międzynarodowych zbyt dobrze ze swej religii żyje, by dopuszczać do głosu heretyków. Co więcej, ponieważ „walka z klimatem” ze swej istoty skazana jest na niepowodzenie, to rysuje się perspektywa wielu dziesięcioleci spokojnego żerowania na zasadzie – nie działa? Zatem trzeba jeszcze bardziej zaostrzyć „politykę klimatyczną” – jeszcze więcej restrykcji, ograniczeń, odgórnego wdrażania „czystych” technologii. A przy okazji – jeszcze bardziej podniesione koszty życia, jeszcze bardziej poddana kontroli gospodarka i generalnie ludzka aktywność na rozmaitych polach. Przypuszczam zresztą, że między innymi właśnie o to ostatnie chodzi – terror globalnego ocieplenia, jako jedno z narzędzi równie globalnego „kontrolingu” ludzkości.

W praktyce, dla przeciętnego Kowalskiego – Smitha – Schmidta, wspomniana „walka z klimatem” sprowadza się do przymusu kupowania osławionych świetlówek – toksycznych, rtęciowych i dających trupie światło, za to o wiele droższych od żarówek tradycyjnych. Ich „energooszczędność” zaś dawno została zjedzona rosnącymi kosztami prądu – choćby na skutek wdrażania droższych, „zielonych” technologii, czy narzucanych odgórnie, na międzynarodowym poziomie, rosnących opłat związanych z emisją CO2 – tak, by energetykę węglową w sztuczny sposób uczynić nieopłacalną. Koncerny wylobbowały i zarobiły swoje, strzyżone do gołej skóry społeczeństwa zapłaciły – słowem, cudowny biznes!

Ale, nawet biorąc chwilowo za dobrą monetę teorię globalnego ocieplenia, odsłania się przed nami kolejny poziom obłudy. Otóż liderzy redukcji gazów cieplarnianych, pouczający innych z pozycji moralnej wyższości, zwyczajnie przerzucają najbardziej „emisyjne” segmenty produkcji do biedniejszych krajów – właśnie tych, które następnie są obsztorcowywane. Ekologiczni Katoni grzmiący o wycince lasów deszczowych sami ową wycinkę napędzają. Przykładowo, tegoroczne katastrofalne pożary w Indonezji są właśnie efektem powyższego procederu. Tnie się tam całe połacie lasów pod plantacje palm oleistych – źródeł oleju palmowego. W wyniku rabunkowej eksploatacji zaburzeniu ulega gospodarka wodna, wysychają torfowiska i nieszczęście gotowe. Ale co tam – grunt, że jest tani surowiec dla koncernów spożywczych i przemysłu chemicznego. Słodycze, margaryny, smary, oleje, kosmetyki... I co – globalne koncerny zrezygnują z 60 mln ton surowca rocznie, przy stale rosnącym zapotrzebowaniu? A gdzie tam – przystąpi się dla zachowania pozorów do jakiegoś „Round on Sustainable Palm Oil”, powie, że inwestuje się w „zrównoważone plantacje”, a co się dzieje naprawdę, na miejscu, w Indonezji, czy innej Malezji - któż to sprawdzi? W Polsce również to przerabiamy – Niemcy, które zlikwidowały własne górnictwo węglowe budują kopalnie u nas. My zaś mamy swoje górnictwo ograniczyć, bo węgiel jest „brudny” i „nieopłacalny”. No i produkować „energię odnawialną” na bazie kupowanych od Niemiec „czystych technologii” - tak by stosowne eurofundusze trafiły tam, gdzie od początku miały trafić.

Na odczepnego obieca się krajom rozwijającym się jakieś środki dostosowawcze - mówi się nawet o 100 mld. USD do 2020 roku. Rzecz jasna, realnie do adresatów trafi ułamek tej kwoty, ten ułamek zostanie w znacznej mierze rozkradziony przez miejscowe skorumpowane rządy, a reszta wróci do „ekologicznych” producentów różnych wiatraków z krajów zaawansowanych. Ale za to będzie podkładka do stawiania żądań – macie ograniczyć swoje energochłonne gospodarki, przecież dostaliście nasze dobre, europejskie i amerykańskie pieniądze.

Ambitnym planem stawianym sobie przez uczestników konferencji jest ograniczenie wzrostu temperatury do 2° C licząc od początku ery przemysłowej – albowiem winny ma być przemysł oparty na paliwach kopalnych. I nikomu jakoś nie przyjdzie do głowy, by zadać sobie pytanie – czy to skok cywilizacyjny był powodem wzrostu temperatur, czy odwrotnie? A tak się składa, że w historii ludzkości właśnie okresy ocieplenia przyczyniały się do rozwoju. Niestety, kończy się właśnie ciepły okres interglacjału, klimat niezależnie od naszych poczynań drastycznie się oziębi. I jeżeli już, to właśnie na to powinniśmy być przygotowani.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2929-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 49 (04-10.12.2015)

środa, 21 marca 2012

Pierekowka dusz na zlecenie


Obecna wojenka władza-Kościół jest kolejną odsłoną „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie.


I. Zarządzanie przez kryzys

W sumie można się było tego spodziewać. Po kastrowaniu pedofilów, dopalaczach, kibolach i kim tam jeszcze, Tusk wskazał palcem kolejny obiekt: Kościół Katolicki. Wpisuje się to w logikę wywoływania sztucznych wojenek odwracających uwagę od rzeczywistych problemów państwa, narastających lawinowo pod rządami Dyktatury Matołów. A że skala niekompetencji i brakoróbstwa zaczęła ostatnio przy okazji mnożących się wtop nie-rządu docierać również do lemingów oraz wyborców pogrążonych do tej pory w usypiającym błogostanie (ACTA, skandal z refundacją leków, zapaść kolei, pękające autostrady, problemy ze Stadionem Narodowym, zamykanie placówek oświatowych, podwyżki cen energii – i tak można wymieniać ad infinitum) to i obiektem „nagonki przykrywkowej” należało uczynić odpowiednio poważną instytucję. Tu kibole już nie wystarczą. Więc czemu by nie Kościół?

Przy okazji można nieco uszczypnąć Palikota monopolizującego ostatnio antyklerykalny dyskurs w obszarze polityki, a że opierający się na zawiści wobec księżowskiej bryki tzw. ludowy antyklerykalizm zawsze miał się u nas całkiem nieźle (taki Urban w latach 90-tych zbił na tym majątek), to czemu nie sięgnąć po te polityczne punkty, gdy sondaże zaczynają szwankować?

Oczywiście, wszystkie te miliony, których beneficjentem jest Kościół, to kropla w skali budżetu państwa i dałoby się je zaoszczędzić w jakikolwiek inny sposób – choćby zwalniając kilku spośród rzeszy zatrudnionych w ostatnich latach urzędników, ale przecież nie o racjonalizację państwowych wydatków tu chodzi, tylko o emocje, mające zagospodarować uwagę gawiedzi i przekierować ją na temat zastępczy. Dlaczego państwo tonie w długach, zamyka się szkoły, brakuje pieniędzy na inwestycje infrastrukturalne? Już wiadomo – winna jest pazerność „czarnych” dojących budżet państwa i w związku z tym należy „przeciąć pępowinę”. To, że gdy już „klerowi” się zabierze ten Fundusz Kościelny i inne budżetowe obrywy, to nikomu się od tego nie polepszy, a „zaoszczędzona” w ten sposób kasa pójdzie tradycyjnie na zmarnowanie, nie ma znaczenia. Jutro, pojutrze, gdy wyeksploatowane zostaną indukowane dziś antyklerykalne emocje, wymyśli się co innego.

II. Kolonizacja

Ale to tylko pierwsze dno całej awantury, bowiem nie dam głowy, czy nie chodzi tu o coś znacznie głębszego.

Otóż, w naszym kraju katolicyzm - nierozerwalnie związany z patriotyzmem i polskością - jest jedyną ramą organizacyjną zdolną zagrozić Antycywilizacji Postępu i zwrócić uwagę ludzi na to, że nie zawsze liczy się „tu i teraz”, tudzież płytko pojmowana „europejska nowoczesność”, że istnieje coś takiego jak racja stanu, interes narodowy i takie tam. A takowy renesans narodowych sentymentów w naturalny sposób idzie w poprzek polityki plemienia Brukselczyków i kręcących unijnym interesem Niemiec, dla których UE w coraz większym stopniu staje się narzędziem realizacji ich narodowych interesów, których akurat Niemcy strzegą bardzo pilnie i realizują z nieubłaganą konsekwencją, udrapowawszy je uprzednio w szaty euro-nowomowy.

Interes Niemiec widziany z tej perspektywy staje się więc automatycznie interesem europejskim, zatem oczywiste jest, że na inne narodowe interesy miejsca robi się nagle bardzo mało, ba – tak po prawdzie, to miejsca nie ma w ogóle. Albowiem Lebensraum dla wielkiego narodu niemieckiego to nie w kij dmuchał, potrzebuje szerokiego rozpostarcia, gdyż wiadomo, że tak wielki naród musi się z czegoś utrzymać i zaspokajać swe równie wielkie ambicje, to zaś wymaga gospodarczej kolonizacji Europy, co też Niemcy wytrwale czynią, między innymi za pomocą fenomenalnego narzędzia jakim jest waluta euro, słabsza niż niegdysiejsza „dojczemarka” i stąd znakomicie lewarująca niemiecki eksport na rynki Europy, przy którym kwoty odprowadzane przez „największego płatnika” do euro-budżetu to doprawdy pikuś – drobna inwestycja przynosząca nieporównanie większe zyski. Po prostu zloty interes.

No dobrze, ale żeby ten plan działał bez większych zgrzytów wpierw należy narody kolonizowane rozbroić duchowo, najlepiej wpędzając w kompleksy i sprawić, by uznały swą kulturę, cywilizację i dorobek dziejowy za gorszy, zaściankowy i mniej atrakcyjny od cywilizacji metropolii. Wtedy z pocałowaniem ręki będą przyjmowały to, co metropolia uzna za stosowne im opchnąć – tak w sferze materialnej jak i ideologicznej - zaś ich jedynym marzeniem będzie, by stać się choć w części takimi, jak kolonizatorzy. Niczym Murzyni marzący o urzędniczej lub wojskowej posadzie w kolonialnych strukturach i błysku aprobaty w oczach białych bwana.

III. Pierekowka na zlecenie

I tu wracamy do obecnej wojenki z Kościołem a szerzej – z tradycjonalistycznie nastawioną częścią autochtonów. Jak wiadomo, nasz Ober-Matoł liczy na brukselskie splendory i temu podporządkowuje całą swą aktywność na niwie krajowej i zagranicznej. Wszystko inne to pochodne tego marzenia, lub doraźna łatanina mająca dowieźć Tuska do deadline – czyli do roku 2014 i wyborów do Parlamentu Europejskiego po których obiecano mu fotel szefa Komisji Europejskiej (nie dostanie go, ale mniejsza – ważne, że Admin w to wierzy).

Któryś z braci Karnowskich wysnuł kiedyś przypuszczenie, że uporczywe futrowanie środowiska „Krytyki Politycznej” publicznymi dotacjami może być odpowiedzią na cichy sygnał z Brukseli, by przeorać świadomość polskiego społeczeństwa i urobić je w bardziej postępackim, „europejskim” duchu. Bo nie da się ukryć, iż wciąż dość silna społeczna pozycja Kościoła jest dla Oświeconej Europy pewnym zgryzem – mianowicie, stanowi niebezpieczeństwo, że przy kolejnym odbiciu wyborczego wahadła nadwiślańscy Aborygeni znowu wybiorą kogoś okropnego jak w 2005 roku i znów trzeba będzie uruchamiać Fundację Adenauera oraz polskich podwykonawców do „społecznych kampanii” mobilizujących pożądane grupy docelowe.

Wspominam o tym nie bez przyczyny, sądzę bowiem, że to co obserwujemy obecnie w relacjach władza-Kościół jest kolejną odsłoną tego samego spektaklu – „pierekowki” dusz ludności tubylczej na zewnętrzne zamówienie, co jest warunkiem równie istotnym by zasłużyć się w oczach zagranicznych patronów decydujących o brukselskich stołkach, jak sprowadzenie Polski do roli „obrotowej bliskiej zagranicy”, czy kolonizacja gospodarcza o której mowa była nieco wyżej. Aby ta „pierekowka” się powiodła, należy osłabić Kościół w każdy możliwy sposób.

A że zostaną cywilizacyjne gruzy? A kogo to obchodzi? Obozowi beneficjentów i utrwalaczy III RP, którego ekspozyturą jest obecna Dyktatura Matołów jest to najzupełniej obojętne, zaś tutejsze intelektualne elity o niczym innym nie marzą.

Gadający Grzyb

 

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

piątek, 19 marca 2010

Lajfstajlowy feminizm…


…czyli współczesna „żona modna”. Krótkie studium feministycznej hipokryzji.

Mam wśród znajomych osobę lubiącą uważać się za feministkę. To znaczy, jest takich więcej, ale dla przejrzystości opisu skupię ich pewne cechy w jednej, fikcyjnej postaci (nazwijmy ją Kingą). Nie prezentują one (ona) feminizmu w wersji „hard”, takiego z intelektualnym sznytem, rodem z okolic genderowych katedr uniwersytetów, czy środowisk grupujących się wokół „Krytyki Politycznej”. W jej przypadku raczej mamy do czynienia z feminizmem w wersji „soft” – taką nieco rozwodnioną mutacją, sączącą się z łamów kolorowych pism dla pań, czy „babskich” seriali typu „Seks w wielkim mieście”. Słowem, wszystko to, co akurat jest „trendy”… i czym siłą rzeczy nasiąka mózgownica współczesnej „żony modnej”.

Na własny użytek, nazywam tę odmianę feminizmu „feminizmem lajfstajlowym”.

I. Krótki opis zjawiska.


Na czym polega feminizm lajfstajlowy?

1)
Należy wiedzieć, co aktualnie jest na topie w intelektualnych przybornikach kobiety współczesnej, którymi są wspomniane wyżej czasopisma i seriale. (Np. gdy ktoś opowie świński dowcip, właściwą reakcją nie jest reprymenda co do kultury osobistej opowiadającego sprośności w obecności dam, względnie staroświeckie danie po gębie, lecz rzucenie oskarżenia o „seksizm”). Do zestawu oświeconych poglądów należy doliczyć indyferencję religijną, „wyzwolenie” obyczajowe, aborcjonizm, tolerancjonizm i resztę postępowego kanonu.

2) Kolejnym, niezbędnym składnikiem światopoglądowego wyposażenia adeptki lajfstajlowego feminizmu jest lenistwo… to jest, chciałem rzec, świadomość ideologiczna upokarzającego charakteru wykonywania jakichkolwiek prac domowych z gotowaniem, praniem, sprzątaniem i prasowaniem na czele. W końcu, od czego współczesna kobieta ma gosposię, która przy okazji zajmie się też dzieckiem, bo mamusia nie ma do wychowywania potomka serca i zapału, gdyż przeszkadza to w samorealizacji?

3) Należy znać swe prawa, na które składa się: prawo do kupowania garderoby i akcesoriów w dowolnej ilości, prawo do salonów piękności i markowych kosmetyków, oraz prawo do „czasu dla siebie” w nieograniczonym wymiarze. Oczywiście, wiele kobiet korzysta z tego rodzaju przywilejów bez ideologicznej protezy, ale o wiele przyjemniej jest sądzić, że nie jest się lalkowatą ofiarą reklam i mody, kierującą się płytkim konsumpcjonizmem, tylko uprawia się „samorealizację”.

4) Bardzo użytecznym elementem jest rys charakterologiczny, polegający na bezrefleksyjnym egoizmie i zapatrzeniu w siebie.

5) No i podstawa – należy mieć kasę na realizację feministycznych fanaberii. Jak nie własną, to męża lub partnera. Lajfstajlowy feminizm nie jest bowiem dla biedoty.

II. Feministka kobiecie wilkiem.

Nie zapomnę, jak Kinga podczas jakiegoś przyjęcia perorowała, jak to niegdyś kobieta miała do pomocy kucharkę, służącą, garderobianą… a teraz wszystko musi robić sama. W jej oglądzie kobietami nie były owe pośledniejsze, służebne „podgatunki”, stworzone po to, by służyć feministycznym „nadludczyniom”.

Zwróćmy uwagę: owa młoda, wykształcona, wielkomiejska „żona modna” nie dostrzega najmniejszej sprzeczności, między swymi feministycznymi poglądami, a zatrudnianiem innej kobiety do czarnej, domowej roboty.

W jej postrzeganiu świata, „pełnowartościową” kobietą jest bowiem ona i podobne jej koleżanki, natomiast jakaś wiejska dziewucha, to coś w rodzaju osobnego, niższego szczebla ewolucji. Taka „podkobieta” zrobi w domu to, czego Kindze – kobiecie na wskroś nowoczesnej – czynić absolutnie nie wypada, bez ujmy dla poczucia własnej wartości.

Doprawdy, nasze przodkinie, zatrudniające służbę w dworkach, pałacach czy kamienicach, miały mniej hipokryzji: tu my - wyższa klasa społeczna, tam oni – służba. Wszystko było jasne i bez niedomówień.

Dziś ten podział społeczny odżywa, lecz w totalnie wypaczonej mutacji: feministka, uważająca siebie za szczyt kobiecej drabiny ewolucyjnej, sprzęgła swe poczucie wyższości płynące ze statusu materialnego i wykształcenia z ideologiczną podbudową: milcząco zakłada, że nieuświadomiona, ciemna baba nie jest przedstawicielką tej samej warstwy społecznej, co ona, zatem nie ma co przejmować się jej losem. Przecież jakiś kocmołuch, który rodzi dzieci i opiekuje się domem, kobietą być nie może! I to pomimo posiadania tych samych biologicznych cech płciowych! Stuprocentową kobietą jest natomiast lajfstajlowa feministka, która do prac domowych zatrudnia „podkobietę” i nie ma dzieci (no, może jedno, jeśli jest to akurat w modzie, którym i tak zajmie się niańka).

Ale gardłować o prawach kobiet i samorealizacji, tak „w ogólności” – bardzo proszę.

Najwyraźniej, w oczach lajfstajlowych feministek, kobiecość jest nie tyle kwestią biologii, ile ideologicznego uświadomienia, skorelowanego z odpowiednim statusem życiowym. Różnica mniej więcej taka, jak między „świadomym komunistą” a prostym, „nieuświadomionym” a być może nawet – o zgrozo, bogobojnym, robotnikiem.

III. Konsekwencje.


Opisana tu postać byłaby jedynie anegdotycznym kuriozum, gdyby nie smutny fakt, iż lajfstajlowy feminizm na tyle przeżera współczesną kobietę, że skutkuje to konkretnymi, życiowymi, społecznymi, a niekiedy wręcz prawno – ustrojowo – doktrynalnymi konsekwencjami.

Weźmy rosnącą liczbę rozwodów: feministka „naczytana” kolorową prasą i „naoglądana” nowojorskimi „seksami” i „szminkami”, siłą rzeczy konfrontuje to z codzienną szarzyzną i wpada w dysonans poznawczy. Bo jej życie odbiega od ucukrowanego New Yorku i „wyzwolonych” od wszystkiego bohaterek, których jedynym zmartwieniem jest zdobycie kolejnej pary butów i torebki. Rodzi się frustracja… i „rozkład pożycia” gotowy.

Inny przykład, to odbieranie dzieci rodzicom (sprawy małej Róży i Wioletty Woźny z Błot Wielkich, czy 11-letniego Sebastiana z Bystrzycy Nowej), bo w domu bieda: nie ma tak niezbędnych akcesoriów, jak kuchenka mikrofalowa, czy elektryczny czajnik. Bo kto to widział, żeby gotować na kuchni gazowej, czy, uchowaj Postępie, węglowej! Wniosek: rodziny „lajfstajlowo upośledzone” nie powinny się rozmnażać. Zatem i kastracja rodzącej kobiety (Wioletta Woźny) jest w pełni usprawiedliwiona. To jest ten sam rodzaj pogardy, jak w omówionym powyżej stosunku do „podkobiecej” „służby”. Niższy rodzaj człowieczeństwa i tyle.

Idealnie komponuje się z tym projektowana nowelizacja ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, która pozwoli pracownikom socjalnym odbierać dzieci pod byle pretekstem. Zważywszy na feminizację zawodu pracownika socjalnego i kobiecą obsadę większości sądów rodzinnych i opiekuńczych (wraz z odpowiednio postępowym zestawem poglądów tych pań), wychodzi na to, że lajfstajlowy feminizm doczekał się już państwowej instytucjonalizacji, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

IV. Długi marsz.


Na zakończenie uwaga bardziej ogólna. Antycywilizacja Postępu uprawia nie tylko „długi marsz przez instytucje”. Nie mniej istotny jest swoisty „społeczny marsz” przez światopoglądy i sumienia. „Lajfstajlowy feminizm”, to tylko jedna z bardzo wielu jego odsłon.

Gadający Grzyb

niedziela, 27 września 2009

Kapłani w togach. (przyczynek do Antycywilizacji Postępu odc.2)


Finał sprawy Alicja Tysiąc vs „Gość Niedzielny” pokazuje, że do Polski dotarło zjawisko ideologizacji wymiaru sprawiedliwości.

Sądy w służbie A.P.


Sprawa Alicji Tysiąc przeciw „Gościowi Niedzielnemu”, a szczególnie jej kuriozalne rozstrzygnięcie przez niezawisły od zdrowego rozsądku sąd, jest bardzo niepokojącym sygnałem, świadczącym że do Polski dociera powszechne już na Zachodzie zjawisko ideologizacji wymiaru sprawiedliwości. Należy dodać, iż wspomniana ideologizacja następuje w duchu totalniacko – lewackiej Antycywilizacji Postępu (A.P.), której podstawowym (jeśli nie jedynym) celem jest zniszczenie łacińskiej, zachodniej cywilizacji.

Powyższy trend idzie w parze z misjonarską potrzebą kształtowania za pomocą orzeczeń nowego kanonu społecznych zachowań, tudzież poczuciem wyższości moralno – intelektualnej oraz przekonaniem o własnej wszechwładzy, płynącym z zagwarantowanej konstytucyjnie „niezawisłości”, doprowadzonej w obecnych czasach do absurdu, a oznaczającej w praktyce brak jakiejkolwiek społecznej kontroli. Ów brak kontroli sprawia, że sędzia może dokonywać dowolnych prawno – logicznych łamańców, zaś wszelka próba krytyki spotyka się z wrzaskiem o zamachu na „niezawisłość”.

Kapłani świeckiej religii.

Sprawa Alicji Tysiąc dobitnie pokazuje, jak kończy się oderwanie wymiaru sprawiedliwości od cywilizacyjnego podglebia, opartego na niezmiennych zasadach Dekalogu. W powstałą próżnię aksjologiczną nieuchronnie wdziera się Antycywilizacja Postępu oparta na zmiennej, fluktuacyjnej, dogmatyce. Dogmatyce, dodajmy, uzależnionej od doraźnych potrzeb dyktujących intelektualne trendy Parnasiarzy. W tym stanie rzeczy sędziowie nad wyraz chętnie wchodzą w rolę kapłanów nowej, świeckiej religii, sądy zaś stają się rozsadnikiem motywowanych ideologicznie, antycywilizacyjnych norm i zachowań na równi z postępowymi mediami, totalistyczną biurokracją i sterroryzowanymi wszechogarniającym poprawnościowym dyktatem politykami.

Starcie cywilizacji.

Wspierające panią Tysiąc feministki nawet nie kryły o co tak naprawdę chodzi. Małgorzata Tkacz-Janik z Obywatelskiego Forum Kobiet powiedziała po procesie, że sąd dał wyraz temu, iż „poglądy katolickie nie są jedynymi poglądami w przestrzeni publicznej". Co do tego zgoda. Tyle, że A.P. ma to do siebie, że jej cele deklarowane są odmienne od celów rzeczywistych, bowiem pod „wolnościowymi” hasłami z reguły kryje się dążenie do zniewolenia i ideologicznej dominacji. W tym przypadku jest to zamach na wolność słowa i uniemożliwienie Kościołowi pełnienia jego podstawowych funkcji, jakimi są ewangelizacja, nawracanie grzeszników i objaśnianie świata z katolickiego punktu widzenia. To znaczy, Kościół ma prawo wymienione zadania wykonywać, ale tylko tak „ogólnie”, gdy zaś przechodzi do konkretnych osób i ich zachowań – o, co to, to nie – wtedy jest to godzenie w nader rozbudowane poczucie osobistej godności danego grzesznika.

Tymczasem, jeżeli ktoś nie poczuwa się do katolicyzmu, to zwyczajnie nie chodzi do kościoła, ignoruje kazania i nie sięga po katolicką prasę, by nie psuć sobie dobrego samopoczucia religianckimi miazmatami. Proste? Najwyraźniej nie dla feministycznych hunwejbinek Postępu, którym tak ładnie basuje swym werdyktem pani sędzina. Dla nich bowiem niedopuszczalny jest sam fakt, że gdzieś tam Kościół głosi swe nauki i co więcej, śmie je odnosić do realnie istniejących osób i życiowych przypadków. To nieznośnie poczucie (a może i podświadoma potrzeba uciszenia wyrzutów sumienia) popycha je do sądowo – ideologicznych batalii na cywilizacyjnym froncie, w rodzaju tej z którą mieliśmy do czynienia przy okazji sprawy pani Tysiąc.

A sąd, należycie uświadomiony co do swej roli społecznego indoktrynatora, pozostający teoretycznie pod władzą ustaw, bez skrupułów nagnie każdą z nich, byle tylko odebrać łacińskiej cywilizacji skrawek społecznego terenu i wypchnąć instytucjonalizujący ją Kościół z kolejnego obszaru przestrzeni publicznej. Świeccy kapłani w togach nie lubią konkurencji.

Gadający Grzyb
pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki do innych tekstów o (anty)cywilizacyjnej tematyce:

niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu

niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2

niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-3

www.niepoprawni.pl/blog/287/kindersztuba-vs-antypedagogika-postepu

www.niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu

www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci

niepoprawni.pl/blog/287/wypisy-z-antycywilizacji-postepu-ap-odc-1

wtorek, 22 września 2009

O rosyjskiej duszy.


Epatowanie pojęciem „rosyjska dusza” to zręczna demagogia mająca skryć pozłacane „kulturnym” blichtrem barbarzyństwo.

Jak napisałem w poprzednim tekście („Wielkoruska dusza” www.niepoprawni.pl/blog/287/wielkoruska-dusza ), pojęcie „rosyjskiej duszy” zostało zmitologizowane do granic obłędu. Jest to, dodam, mitologizacja bardzo wygodna, stosowana zamiennie z ględzeniem o „rosyjskiej wrażliwości”, tudzież „rosyjskiej specyfice”.

Zabili? Rosyjska dusza. Ugościli samogonem i słoniną? Rosyjska dusza. Zachlali mordę? Wytrzeźwieli? Też rosyjska dusza. Rozjechali czołgami? Zgwałcili więzienną modą „w kolejarza”, przykutego do transportera Czeczeńca? Taka, widać, dusza. Darowali zdrowiem? Cytowali godzinami Puszkina i Lermontowa? Wszystko - rosyjska dusza. Malowali pejzaże? Komponowali, pisali, grali, wystawili balet, śpiewali? Dusza. Doprowadzili na przestrzeni wieków własny i przy okazji wiele innych narodów na skraj biologicznej zagłady?

Wszystko to dusza. Rosyjska. Szeroka. Rozpostarta.

Zaprawdę - ja drugoj takoj duszy nie znaju.

Użyteczność rosyjskiej duszy.

Tymczasem, epatowanie pojęciem „rosyjska dusza” to zręczna demagogia mająca skryć cienko pozłocone „kulturnym” blichtrem barbarzyństwo. Osłonić przepaść cywilizacyjną między łacińskim Zachodem a rosyjskim zmongolizowanym bizantynizmem. Jest to zarazem wygodna wymówka – zarówno dla samych Rosjan, jak i dla rozsianych licznie u nas i w świecie przedstawicieli „partii Rosji”, czyli mówiąc wprost – agentów wpływu.

Tak więc, wszelka krytyka poczynań Rosji to „godzenie w rosyjską wrażliwość”. Polityczne mordy, bezprzykładne tłamszenie swoich i sąsiadów, rozpanoszone mafijne bezprawie, dyktat pieniądza i pięści – to tylko „rosyjska specyfika”, którą należy „zrozumieć”. Bo jak nie, to Rosjanie się obrażą. Proszę zwrócić uwagę – rosyjska dusza jest nader wrażliwa i skłonna do chowania uraz – szczególnie wobec wypominania niewygodnych faktów.

Mówicie, że mordujemy? Że panuje nędza? Że rządzą nami czekiści? Po pierwsze, nieprawda, po drugie, nawet jeśli prawda, to ranicie naszą duszę. A w ogóle, to skąd i kto wy jesteście? I jakim prawem śmiecie pouczać nasz wielki naród? Czekajcie no, my wam jeszcze pokażemy…

I pokazują. A to eksterminując Czeczenię, a to najeżdżając Gruzję, a to przykręcając gazowy kurek…

Po przegraniu globalnej rywalizacji w czasach „zimnej wojny”, Rosja wciąż wygraża światu, niczym Wilk z radzieckiej kreskówki „Wilk i Zając”. Tak – to właśnie ów złorzeczący, żulikowaty Wilk jest kwintesencją mentalności wiecznie sfrustrowanego Rosjanina – wytrychem do rosyjskiej duszy.

Doprawdy, „rosyjska dusza” jest wielce użytecznym i poręcznym narzędziem. Niczego nie wyjaśniając, tłumaczy najdziksze bestialstwa dokonywane na przestrzeni dziejów z iście mongolskim rozmachem. I, na wszelki wypadek, rości sobie prawa do kolejnych.

A zafascynowany świat pozwala się terroryzować, bowiem „rozumie”, iż „rosyjska dusza” czuje się zraniona, upokorzona… Należy zatem ją dopieścić i zadbać o dobre samopoczucie. W podobny sposób wyrozumiały psychiatra pochyla się nad pacjentem. W tym przypadku jednak pacjent jest przebiegłym psychopatą, zręcznie maskującym swe cele poprzez wywlekanie sprokurowanego na zewnętrzny użytek obrazu dusznych boleści.

Kulturnyj narod.

Przyparci do muru Rosjanie i ich akolici zwykli zasłaniać się swym dorobkiem kulturalnym. Schemat owej argumentacji jest następujący: jak możecie nam wytykać barbarzyństwo? Czy barbarzyńcy dali by światu tych wszystkich pisarzy, poetów, kompozytorów, malarzy?

Owszem, daliby. Wysoka kultura jest bowiem w stanie rozwijać się mimo tyrańskiego systemu rządów i barbarzyńskich stosunków wewnątrzspołecznych. Jest to charakterystyczne dla wielu cywilizacji Wschodu. Takie Chiny czy Japonia wydały z siebie bogatą kulturę, mimo tego, że większość poddanych gniła w upokorzeniu, ucisku i nędzy nieporównywalnej nawet do zdemonizowanego europejskiego Średniowiecza. Rosja nie jest żadnym wyjątkiem – stanowi wręcz kontynuację pewnego modelu, lekko zmodyfikowanego przez zachodnie wpływy. To po pierwsze. Po drugie: Rosyjski dorobek kulturalny nie jest niczym nadzwyczajnym na tle innych narodów. Wielkich artystów w porównywalnej, jeśli nie większej liczbie, wydały wszystkie co większe europejskie nacje – tak Polska, jak i np. Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania czy Wlk. Brytania…

Perwersja.


Śmiem twierdzić, że nabożny stosunek świata do Rosji i jej kultury bierze się z trzech podstawowych przyczyn:

1) Posmak obcości i wschodniej egzotyki. Takie deformujące rzeczywistość okulary – zaburzający percepcję gadżet, który ewidentne barbarzyństwo ubiera w szatę nieodgadnionej tajemniczości. Bo obok tego barbarzyństwa tworzona jest również kultura…

2) Zauroczenie rozmiarami (taki kulturowy freudyzm). Skoro Rosjanie są tak wielkim narodem, a ich państwo zajmuje tyle miejsca na globusie, to siłą rzeczy stworzona przez nich kultura również musi być wielka i fascynująca… Tajemnicza. A że spora część twórców była i jest nieprzytomnymi imperialistami? O tym „nie trzeba głośno mówić”.

3) Zaczadzenie sowietyzmem, przełożone przez stado „użytecznych idiotów” vel „gównojadów” na dzisiejszą Rosję. Ten wątek scharakteryzowałem w notce „Pokolenie gównojadów”. www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6

Jest coś perwersyjnego w fascynacji tą charakterystyczną dla Rosji mieszanką wysokiej kultury i codziennego, ordynarnego, chamskiego gwałtu. I kwitowania owego gwałtu zdaniami typu: „Cóż, najwyraźniej mają swoje powody. Któż przeniknie tajemnice rosyjskiej duszy?”. Taki zachodni sadomasochizm z nutką zoofilii. Śmieszno – straszny seks z tygrysem, tudzież innym niedźwiedziem.

Rosja jest niczym władca ze słynnej baśni Andersena, przybrany w szaty „tajemniczej rosyjskiej duszy”. Z tą różnicą, że w baśni okrzyk dziecka „król jest nagi” zdemaskował hucpę. We współczesnym świecie, tego typu okrzyki giną we wrzaskach zarówno samego króla, jak i jego dworu, tudzież nader licznie rozsianych wśród tłumu klakierów.

Gadający Grzyb
pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.niepoprawni.pl/blog/287/wielkoruska-dusza

www.niepoprawni.pl/blog/287/refleksje-rusofoba%E2%80%A6

www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6

niedziela, 23 sierpnia 2009

Kindersztuba vs. antypedagogika postępu.


przyczynek do Antycywilizacji Postępu (A.P.)

1) Kindersztuba.

Niegdyś, pewne sprawy załatwiało dobre wychowanie, zwane kindersztubą. Kindersztuba oznacza zasady. Zbiór wpojonych i niezachwianych, nieusuwalnych przekonań, które człowiekowi wpaja się od pacholęctwa i którymi winien kierować się do końca życia.

Gdybym miał określić kindersztubę jednym słowem, byłoby nim: szacunek. Szacunek wobec rodziców i, generalnie, osób starszych. Szacunek dla otoczenia, czyli uprzejmość (nie mylić z kelnerską uniżonością). Szacunek dla ułomności (nie poniżać i nie pastwić się nad niepełnosprawnymi, głupszymi, słabszymi, zacofanymi kulturowo). Szacunek względem środowiska (nie dręczyć zwierząt, dbać o higienę, nie śmiecić itd.). Szacunek dla prochów przodków, wiary, Ojczyzny, spuścizny pokoleń, języka, słowem – szacunek dla cywilizacji, która cię ukształtowała i dzięki której funkcjonujesz w tym świecie.

Oczywiście, powyższy wykaz jest pewnym bytem idealnym. W praktyce, ludziska postępowali różnie. Niemniej, jeżeli postępowali wbrew powyższym wskazówkom, było wiadome zarówno im, jak i otoczeniu, iż czynią źle. Tu był kulturowo akceptowalny kanon zachowań (z niezbędnym marginesem hipokryzji – owego hołdu składanego przez występek cnocie), poza pewną granicą – już nie. Jeżeli świadomie łamiesz zasady i mimo napomnień, tudzież oferowanej pomocy, nie zawracasz ze złej drogi, sam pozbawiasz się szacunku, a co za tym idzie – inni są zwolnieni od okazywania szacunku wobec ciebie. Stajesz się wyrzutkiem.

2) O wyrzutkach.

Wyrzutkowie, generalnie, dzielą się na dwie odmiany: twórczych i destrukcyjnych.

Ci pierwsi, wprowadzają życiodajny ferment, wybudzając cywilizację z zastoju i godząc się z ewentualnymi szykanami, orzą, zepchnięci na margines – ale dla jej dobra! Noszą w sercu cywilizację, zaś po pewnym czasie (często po śmierci) okazuje się, iż mieli rację. W ten sposób dokonuje się postęp i warto pochylić łby przed tymi autentycznymi nonkonformistami (kłania się tu przede wszystkim szereg niedocenianych początkowo naukowców, wynalazców, artystów itp.).

Wyrzutkowie drugiego typu, destrukcyjni, są zapatrzonymi w siebie egoistami, którzy uznali, iż to świat powinien dostosować się do nich, nie oni do świata. Co więcej, w miarę postępującej alienacji uznają, że właśnie oni i ich idee powinny panować nad globem i ludzkością po wsze czasy. Dla dobra ogółu, oczywiście, który to ogół jest podobnie jak oni ciemiężony, tylko nie zdaje sobie z tego sprawy.

Różnica pomiędzy jednymi a drugimi jest z grubsza taka, jak różnica między pokorą a pychą.

Portrety destrukcyjnych wyrzutków znakomicie opisał Paul Johnson w swej książce „Intelektualiści”. Polecam zwłaszcza zaznajomienie się podejściem do dzieci J.J. Rousseau. (Wiem, że to banalne, niby wszyscy znają, ale czasem warto się odnieść).

3) Holocaust kindersztuby.


Ale, co mają zrobić biedne misie, destrukcyjni wyrzutkowie, skoro otoczenie zostało ukształtowane przez kindersztubę? Charakteryzującą się zbiorem zasad, które to właśnie ich, oświeconych marzycieli zepchnęły na margines i nie pozwoliły rozwinąć skrzydeł? Należy wroga unicestwić. Zdemolować kindersztubę w każdym jej aspekcie, zwłaszcza cywilizacyjnym. Tradycyjne wychowanie stanowiło podstawową tamę; barierę, którą należało usunąć, by otworzyć szeroko podwoje dla antycywilizacji postępu.

I zrobiono to. Skutecznie suflowane, antywychowawcze trendy proroków nowej pedagogiki w rodzaju doktora Benjamina Spocka zaowocowały bezstresowym wychowaniem, którego prostą konsekwencją była kontrkulturowa rewolucja porąbańców (pokolenie ’68) spod hasła „zabrania się zabraniać”, sterowana przez parnasiarskie gremia, dyskretnie wspierane przez mocodawców z Kremla.

Nowa pedagogika trafiła na podatny grunt. Rodzice obarczeni traumą dwóch wojen światowych, pragnęli zapewnić swym dzieciom wszystko co najlepsze i w ten sposób odreagować to, czego sami nie mieli, z poczuciem bezpieczeństwa, brakiem trosk i pokojem na czele. W efekcie, ukształtowali stado rozpieszczonych dobrobytem neo-barbarzyńców, pożytecznych idiotów z dobrych domów, którzy ochoczo rzucili się z siekierami, by rąbać w drzazgi zachodnią (łacińską) cywilizację.

4) Miejsce dla political correctness!

I porąbańcy porąbali. Suworowowskie „gawnojedy”, dokonały wraz z innymi cywilizacyjnymi aspektami, holocaustu tradycyjnego wychowania. W tej podstawowej z punktu widzenia każdej cywilizacji materii z dziesięciolecia na dziesięciolecie powstawała ziejąca pustka.

Do czego potrzebna była pustka? Ano, do tego, by można było ją wypełnić odpowiednią treścią - skrojonym na miarę aktualnych potrzeb ersatzem kindersztuby – polityczną poprawnością, którą sukcesywnie wmontowywano w kolejne obszary odebrane łacińskiej cywilizacji.

Pozwolę sobie przytoczyć to, co napisałem w pierwszej części Antycywilizacji Postępu:

4) A.P. oparta jest na fluktuacyjnej dogmatyce politycznej poprawności, zmienianej w zależności od aktualnych zapotrzebowań Parnasiarzy dyktujących obowiązujące trendy.

6) A.P. bazuje na zakłamaniu pojęć charakterystycznych dla cywilizacji łacińskiej. Świadomie wytwarza „zapaść semantyczną” rozmywając, bądź podkładając pod tradycyjne pojęcia nową treść sprzeczną z pierwotnym ich znaczeniem;


Jak łatwo zauważyć, o ile tradycyjne wychowanie cechuje stałość zasad, o tyle political correctness (P.C.) jest zmienna, w zależności od doraźnych potrzeb.

5) Parnasiarscy dyktatorzy i medialne modelki.

Chciałbym szczególnie podkreślić fluktuacyjność polit-poprawnej dogmatyki, której swoistym paradygmatem metodologicznym jest giętkość poglądów, w zależności od aktualnego kaprysu/interesu dyktatorów intelektualnej mody. Parnasiarze (dyktatorzy mody), orzekają, iż dziś myśli się (nosi) to, jutro co innego, zaś modelki na medialnych wybiegach upowszechniają. W walce cywilizacji i idei rolę modelek spełniają dyżurne „mediorytety”(medialne autorytety), tudzież mediodajniane wycirusy – dziennikarze na różnym szczeblu ujemnego zaawansowania intelektualnego i celebrities na zbliżonym stopniu duchowej degrengolady.

Zresztą, jedni mieszają się z drugimi na tyle, że nie odróżnisz, czy to co prawi ci znany dziennikarz, komunikowane jest z pozycji zawodowych, dziennikarskich, czy też celebryckich. I odwrotnie. Czy dotychczasowy celebryta, znany z ptasiego móżdżku, stał się poważanym dziennikarzem? Czy treści, które wyraża mamy, jak dotąd, zbywać ironicznym uśmieszkiem/wzruszeniem ramion, czy też te same treści stały się nagle obowiązujące, bo poparły je jakieś autorytety?

Powyższe grupy cechuje jedno – należy łączyć modne fatałaszki z modnymi poglądami. Bez tego – krzyż Pański, kaplica i zapaść wydrążonego ze wszelkiej treści jestestwa. Odebrać im modne ciuchy, posady i apanaże, odciąć od kamer i mikrofonów, tudzież pozbawić podszeptów, mówiących co w danej chwili na określony temat sądzić wypada – to pozbawić ich życia. Sami z siebie poglądów nie wykrzeszą, sami z siebie nie będą wiedzieli w co ubrać swe mózgownice. Zapadną się, niczym pasożyt z „Inwazji porywaczy ciał” zbyt wcześnie odcięty od żywiciela.

Ach, jakiż to ból, jakaż rozterka, jaka trwoga…

6) Antypedagogika Postępu.

I tu niezastąpiona okazuje się polityczna poprawność, spełniająca zarówno w indywidualnym, jak i ogólnospołecznym wymiarze rolę antypedagogiki postępu.

Czym jest antypedagogika postępu? Jest to jedna z funkcji political correctness, mająca zastąpić kindersztubę, czyli podmienić stałość zasad opartych na szacunku do cywilizacji łacińskiej na fluktuacyjną, zmienną dogmatykę politycznej poprawności, ukierunkowaną na zniszczenie cywilizacji zachodu.

Dziś dogmatem jest to, jutro – co innego. Przykładowo – generalnie słuszne mniejszości - Murzyn / kobieta / niepełnosprawny / Żyd / homoseksualista / ekolog być dobrzy, jeśli są należycie postępowi, a być źli, gdy mają konserwatywne poglądy. Ooo, wtedy nawet to być bardzo źli i zdradzieccy, albowiem „wysługują się prawicy”, wprowadzając zbędny zamęt w ludowych mózgownicach i, generalnie, sypią piach w tryby machiny społecznej inżynierii.

Antypedagogika postępu
nakierowana jest masowo, niczym broń antycywilizacyjnej zagłady, na całe poddane tresurze społeczeństwo, na wszystkie grupy wiekowe – od kołyski do emerytury.

Owa masowość antycywilizacyjnego przekazu jest niezmiernie ważna, tak by osaczony człowiek słyszał podobnie brzmiące komunikaty dosłownie zewsząd – od serialowej gwiazdki, poprzez „poważnego dziennikarza”, polityka, sędziego aż do profesorskiej głowy włącznie. By odnosił wrażenie, że słuszność tego co słyszy jest niepodważalna, zaś garstka pomyleńców, kontestujących wiodący, antycywilizacyjny przekaz to oszołomy, frustraci i pogrobowcy zdemonizowanej do granic obłędu inkwizycji.

7) Zmysł krytycyzmu.

Szczególnym obiektem ataku jest, właściwy każdej inteligentnej istocie, zmysł krytycyzmu, pozwalający oddzielać ziarno od plew, czyli, na podstawie dostępnych danych analizować, czy ktoś przypadkiem nie usiłuje zrobić z nas idiotów. Ten zmysł bywa niekiedy bolesny, powodując psychiczny dyskomfort, tudzież dysonans poznawczy między tym, co wylewa się na co dzień z mediodajni, ust polityków, spod szkolnych tablic i z uniwersyteckich katedr, a „coraz bardziej nas otaczającą” rzeczywistością.

Większości społeczeństw niegdyś naszego kręgu kulturowego cierpienia związane z posiadaniem wspomnianego zmysłu krytycyzmu zostały na skutek permanentnej tresury w odpowiednim duchu, oszczędzone. Antypedagogika postępu wyskrobała go z dusz, tudzież mózgownic już w wieku przedszkolnym, u co bardziej opornych – w wieku szkolnym.

8) Współcześni wyrzutkowie.

Najbardziej upierdliwi, z których nie dało się wyplenić wstecznickich miazmatów, w A.P. pełnią rolę nowych wyrzutków. Z tą różnicą, że o ile destrukcyjni wyrzutkowie opisani kilka podpunktów wyżej, pragnęli zniszczyć zastaną cywilizację, to wyrzutkowie współcześni, pragną jedynie zachować w swych sercach ginący na ich oczach dorobek pokoleń, z nadzieją na przyszłą odbudowę. Oni pragną jedynie nieść w sobie herbertowskie Miasto.

I za to odsądzani są od czci i antycywilizacyjnej wiary.

Nastąpiła wymiana miejsc. Ideologiczni potomkowie wyrzutków rządzą światem, świadomi obywatele Polis wegetują na marginesie.

9) Konformistyczna większość.

I nie łudźmy się, że gdzieś tam funkcjonuje tyleż słynna, co mityczna „milcząca większość”. Owa, „milcząca”, pielęgnująca w domowych pieleszach cywilizacyjne korzenie „większość”, zmieniła się pod wpływem opisywanej w tej notce antypedagogiki w większość konformistyczną i łyka gładko to, co podaje się jej do połknięcia, zaś w życiu codziennym stosuje osobistą, podświadomą samoobronę przed szaleństwem – kultywację postawy, typu „moja chata z kraja”.

Ludziska zapytani o poglądy, wydalają z siebie zestaw aktualnie obowiązujących sloganów. I jeden diabeł wie, czy faktycznie zinternalizowali antycywilizacyjne prikazy, czy też stosują społeczny kamuflaż, by nie odróżniać się in minus od reszty i nie popaść w kłopoty. A może, jest im autentycznie wszystko jedno – stanowią obowiązkowo zadowolone, odurzone dobrobytem społeczeństwa rodem z „Nowego Wspaniałego Świata” Huxleya. Tyle że, jak poskrobać nieco głębiej – spod świecącej, nowoczesnej pozłoty wyłazi zmięta, zniechęcona do wszystkiego, szara masa, duchowych, orwellowskich „proli”.

Z punktu widzenia parnasiarskich doktrynerów to w sumie jeden pies. Grunt, że społeczna inżynieria się kręci. Z dziesięciolecia, na dziesięciolecie. Z pokolenia na pokolenie. Tym łatwiej ich urabiać, im mniej gruntu zostaje pod nogami – im bardziej zanika cywilizacyjne podglebie. Antypedagogika postępu orze niestrudzenie, wprzęgnięta do antycywilizacyjnego pługa.

10) Zakończenie: cywilizacja destrukcyjnych wyrzutków.

Podsumowując, naszkicowane tu zjawiska są dziełem potomków opisanych w pkt.2 destrukcyjnych wyrzutków, których nieposkromiona pycha popchnęła na drogę społecznej inżynierii. Tę społeczną inżynierię wykuwaną na co dzień, na naszych oczach, widzimy w spektaklach mediodajni, w antycywilizacyjnych inicjatywach, w skrupulatnie segregowanych informacjach, w wyjących od autocenzury i starannego dobierania słów wypowiedziach panów/pań z mikrofonami w garści i kamerą skierowaną na fizys.

Tradycyjne wychowanie, rozumiane jako oparta na szacunku kindersztuba, zostało najzupełniej świadomie i celowo zniszczone, po to, by zrobić miejsce na postępową antypedagogikę, będącą funkcją politycznej poprawności, w której nie ma nic pewnego, a która stanowi wielce użyteczny, bo nader giętki, ideologiczny kręgosłup antycywilizacji.

Człowiek pozbawiony własnego, tożsamościowego podglebia jest w stosunku do stosowanych wobec niego indoktrynacyjnych technik bezbronny, niczym samotny liść na wietrze. Jest w stanie tylko gapić się z rozdziawioną gębą na procesy demolujące przestrzeń kulturową, bez świadomości czego tak naprawdę jest świadkiem i jakie mogą być konsekwencje obserwowanych przezeń szaleńczych korowodów.

Nam zaś pozostaje tylko próba ocalenia resztek cywilizacyjnego dobytku, wyniesionego z płonącego, łacińskiego domu.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki do moich tekstów o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu

http://niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2

http://niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-3

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci

http://niepoprawni.pl/blog/287/wypisy-z-antycywilizacji-postepu-ap-odc-1

wtorek, 4 sierpnia 2009

Wypisy z Antycywilizacji Postępu (A.P.) - odc. 1.


Z góry uprzedzam, że w tym tekście pojadę ostro i emocjonalnie. Lektura na własną odpowiedzialność.

W swoim cyklu „Antycywilizacja Postępu” (linki poniżej) naszkicowałem podstawowe zagrożenia z jakimi boryka się cywilizacja łacińska. Postanowiłem uzupełniać go sukcesywnie nowym cyklem – „Wypisy z Antycywilizacji Postępu” w którym, od czasu do czasu, będę odnotowywał kurioza obrazujące obłęd naszych czasów.

Spotkanie z Obcym.

Na początek, zreferuję notkę pióra Magdaleny Żakowskiej p.t. „Jeśli mój syn będzie gejem…”, która ukazała się na drugiej stronie piątkowej „Gazety Wyborczej” (31.07.2009).

Dlaczego biorę na tapetę akurat ten artykuł? Ano, dlatego, że idealnie ilustruje to, co napisałem o głębokim zinternalizowaniu A.P. na skutek wszechstronnej indoktrynacji (medialnej, szkolnej, ustawodawczej), w efekcie której, cytuję:

„…rozmawiasz z człowiekiem który włada tym samym narzeczem (powiedzmy, eboniksem polszczyzny), który urodził się i wychował w tym samym kraju i teoretycznie, powinien nasiąknąć podobnymi wartościami, a tak naprawdę, po chwili rozmowy wychodzi na to, że gadasz z przedstawicielem innej cywilizacji.”


Oczywiście, pani Magdalena Żakowska nie włada „eboniksem” – polszczyznę ma opanowaną, niemniej jednak, czytając jej tekst odniosłem wrażenie spotkania z Obcym – przedstawicielem innej cywilizacji.

Jednocześnie muszę ze skruchą uderzyć się w klatę – wymieniając w poprzednich tekstach indoktrynacyjne wpływy, takie jak media, szkoła czy ustawodawstwo, prześlepiłem wpływ bodaj najważniejszy – płynący z wnętrza rodziny, gdy umysły rodziców już zaczadzonych A.P. przekazują wzmiankowane zaczadzenie następnemu pokoleniu.

Tak właśnie postępuje Magdalena Żakowska – wzorcowy przykład owładniętego maniacką postępowością toksycznego rodzica.

Jeszcze raz ostrzegam, że będę się pastwił – bo też i jest nad czym.

Etapy antycywilizacyjnej indoktrynacji.


Zazwyczaj tego nie robię, ale ten artykuł potrząsnął mną na tyle, że omówię go dość szczegółowo, uzupełniając własną, „kuchenną” psychoanalizą. Na końcu podaję link, zatem każdy będzie mógł wyrobić sobie zdanie, czy dopuściłem się nadużycia. A teraz, do rzeczy.

Generalnie, tekst Magdaleny Żakowskiej jest wstrząsającym zapisem systematycznego prania mózgu; tresury w duchu Antycywilizacji Postępu, jakiej bohaterka poddaje od kołyski swojego synka.

Etap 1 – rasizm.

Na wstępie, mamuśka wstydzi się, że syn (półtoraroczny) widząc na basenie Murzynka, mówi „a fe”, kojarząc czarny kolor z brudem. Mamcia reaguje i by zagłuszyć jątrzące poczucie prowincjonalizmu, kupuje latorośli klocki Duplo, gdzie prócz wozu strażackiego są trzej strażacy, w tym dwaj czarni. Następnie zabiera synka na wycieczkę reedukacyjną do Afryki, po której dziecko przestało reagować na czarny kolor skóry (jak się domyślam, nie nocowali w slumsach Pretorii, czy Johannesburga, w których to miastach po zniesieniu apartheidu wskaźniki przestępczości podskoczyły do sufitu).

Etap 2 – walka z patriarchatem.

W dalszej kolejności, rzeczona mamuśka – aktywistka A.P. zabiera się za wykorzenianie patriarchalnych uprzedzeń wyrodnego synalka, który śmie właśnie jej przynosić brudny kubek do pozmywania, tudzież wrzeszczy „MAMA bałagan”, gdy rozgniecie na podłodze maliny.

Cóż robi w tej sytuacji uświadomiona, postępowa matka? Tłumaczy synkowi, że to nieładnie brudzić, a jeśli już się nabrudziło, to trzeba pomóc mamie posprzątać? O, nie – mama sięga po „Boba Budowniczego”, którego żona, Marta,

„jest bardziej od Boba rozgarnięta i potrafi szybciej niż on wyremontować mieszkanie”.

A masz, a masz, ty wredny, mały szowinisto… Już ja cię nauczę…

Założę się, że pani Żakowska nigdy nie dała dziecku klapsa. Takiego uczciwego klapa w dupę z solennym wyjaśnieniem co dziecko, mimo napomnień rodziców zrobiło źle i dlaczego zostało tak a nie inaczej potraktowane. Zamiast tego, łoi dziecko po mózgu permanentną indoktrynacją. Stosuje terror psychointelektualny.

Etap 3 – seksizm i ageizm.

No nic. Jedźmy dalej. Oto „odkrywają” (pani Magdalena i dziecko, znaczy się) Gryzikruszkę z „Dwóch niegrzecznych myszy” pióra Beatrix Potter. Bohaterka

„jest dużo bardziej niegrzeczna od swojego męża Wścibska, łobuzowanie sprawia jej większą przyjemność i w ogóle ma lepsze pomysły.”


Ale, do czasu, bowiem nawet w tej postępowej bajeczce, mamuśko – ciotka antycywilizacyjnopostępowej rewolucji wykryła zatrute ziarno… albowiem, o zgrozo, Gryzikruszka okazuje się być… kurą domową, bowiem:

„…każdego ranka, bardzo wcześnie - zanim ktokolwiek się obudzi - Gryzikruszka zjawia się ze śmietniczką i miotłą, by pozamiatać w domu lalek!"


Tej ostatniej, seksistowskiej strony, bohaterka niniejszej analizy antycywilizacyjnego zidiocenia, synkowi, rzecz jasna, nie czyta. Co więcej, żałuje, że kartki nie da się wyrwać – „takie wydanie”, ubolewa.

No cóż – predylekcja do wyrywania kartek, palenia książek… Zakładam, że dostojna, matrona spopieli wkrótce rzeczoną książeczkę w kominku, by syn, gdy dorośnie, przypadkiem nie doczytał ostatniej strony… z haniebną, szowinistyczną puentą.

Jak rany, przecież ta potłuczona kobieta, nawet by nauczyć latorośl szacunku dla osób starszych, poruszających się o lasce, musiała posiłkować się „Żółwiem Franklinem”!

„Jeden z jego najlepszych kumpli, borsuk, ma usztywnioną nogę i nie rozstaje się z kulami.”



Etap 4 – synku, bądź pedałem…

I teraz coś, co mnie powaliło:

„A potem w ciążę zaszła moja przyjaciółka. Kiedy zadałam jej idiotyczne, ale odruchowe pytanie - czy chciałaby chłopca, czy dziewczynkę? Odpowiedziała: "Marzę o chłopcu i żeby był gejem, bo do końca życia będzie miał ze mną silną emocjonalną więź, jak w filmach Almodóvara".

Jeeezuuu!!! Pedalską, filmową propagandę zboczeńca Almodóvara odczytywać jako poradnik rodzica… Tylko wyć i rwać kłaki z brody…

Ale to nic. Jaka jest refleksja autorki odnośnie zacytowanych niewczesnych wynurzeń?

„Była to odpowiedź szczera, ale nie takiej się spodziewałam. Poprawna brzmi przecież: "Wszystko jedno, ważne, żeby dziecko było zdrowe". Okolicznością łagodzącą może być to, że przyjaciółka jest pół-Francuzką, a więc wychowała się w kraju, w którym słowo "homofobia" wyszło już w zasadzie z użycia.”

Nie to co u nas, chciałoby się powiedzieć – w tym zatęchłym, obskurnym, katolickim ciemnogrodzie… Ach, jak pani Magdalena usycha z zazdrości… Wyobrażam sobie to dojmujące, prowincjonalne poczucie niższości… Jak to musi wiercić od środka, jak ssać duszę… I jak skutkuje wzmożonym, parweniuszowskim zapałem, by być równie „oświeconą” antycywilizacyjną „mamuśką rewolucji”, jak francuska przyjaciółka…

Etap 5 – upostępowić świat dla przyszłego gejosynka.

W każdym razie, zadawszy sobie pytanie: „a jeżeli mój syn będzie gejem”, omawiana tu mateczka rewolucji stwierdza, że „wszystko jedno. Ważne, by był szczęśliwy.” I wychodząc z tego założenia, dochodzi do wniosku, iż aby uszczęśliwić synka i usłać mu drogę życiową różami, winna zrobić wszystko, by przemodelować przestrzeń publiczną wokół niego.

„ Szczęśliwy gej nie musi ukrywać ani wstydzić się tego, że jest gejem. Gdy się zakocha, może związać się z partnerem, także w obliczu prawa. Jeśli będzie chciał mieć dziecko - czemu nie mógłby go adoptować? Przecież staram się wychować syna na dobrego ojca.”

Cóż, starania staraniami, a życie życiem. Nie wiem, czy będzie dobrym ojcem, czy nie. Pani Magdalena również tego nie wie. Ale poraża mnie beztroska stwierdzenia: „Jeśli będzie chciał mieć dziecko - czemu nie mógłby go adoptować?” Prawda, jakie to łatwe? A czy hipotetyczny związek gejosynka z innym facetem będzie obwarowany identycznymi zobowiązaniami, jak wstecznickie, tfu, heteroseksualne małżeństwo? Z identycznymi prawami dotyczącymi rozwodu? Wychowania dzieci? Z obowiązkiem alimentacyjnym?

Etap 6 – antyhomofobiczna profilaktyka.

Koniec końców, pańcia – postępówka deklaruje, iż:

„Teraz, gdy wchodzimy do sklepu z zabawkami, nie narzucam synowi, w którą ma iść stronę - z reguły wybiera dział z samochodami, ale ostatnio poprosił o wózek (tak - różowy!) z działu dla dziewczynek i wozi w nim ulubionego pluszowego królika. Na razie nie mam pewności, jakiej jest orientacji.”

No, na litość Boską… Infantylna mamuśka z silnym zafiksowaniem na indoktrynację potomstwa, to chyba najgorsze, co może się trafić. Już współczuję temu młodzianowi, skrępowanemu od powicia gorsetem Antycywilizacji Postępu w rodzinnym gronie, bowiem, pańcia deklaruje twardo „Jedno wiem na pewno - homofobem nie będzie.” W tym celu zamierza zakupić bajkę o gejach – pingwinach, wychowujących małego pingwinka. I postponuje wroga we własnych szeregach – Grzegorza Napieralskiego, który śmiał stwierdzić, iż „jego dzieci wolą klasyczne bajki".

„Dzieci, panie pośle” - poucza pani Żakowska – „wolą takie bajki, jakimi rodzice potrafią ich zaciekawić. Klasyczne bajki - konserwatywne poglądy - pomylił pan partie.”

Ot, i zagnała pseudolewicowego kryptofaszystę w kozi róg. Tradycyjne bajki, taaak? Jakiś Kopciuszek? A może „Królewny Śnieżki” się wam zachciewa? Kuchty u siedmiu szowinistycznych krasnoludków, cooo? Drobnomieszczaństwo wyłazi z towarzysza Napieralskiego – socjaldemokraty. Już Lenin i Stalin uczyli, że socjaldemokraci to socjalfaszyści. Na reedukację tu mi zaraz k…a twoja mać i ten teges… Biegiem marsz!

Żona modna.

Najwyraźniej, pani Magdalena odczuwa nie do końca wyrażone, niedopowiedziane, skryte pragnienie: - „Ach, gdyby mój synuś okazał się gejusiem! Ach, jakież to by było modne! Jakie trendy, cool i ogólnie, postępowo zajefajne! Mogłabym się pochwalić przed całym modnym światem swoim gejusiem i jego partnerem, tudzież ich przychówkiem z adopcji, przy których ja, mamusia - gejusia jawiłabym się jako ostoja tolerancjonizmu. Tatuś jest ważniak, tatuś bryluje na salonach, więc ty, synku, przynajmniej zostań pedałem… Bo dzięki temu i ja zaistnieję… przy tobie…"

Niesprawiedliwe z mojej strony? Krzywdzące? Być może. Ale tabloidalny styl wynurzeń pani Magdaleny, pod cieniutkim płaszczykiem walki o tolerancjonizm aż bije po oczach. Toteż, dałem się sprowokować. I jeszcze dorzucę:

Otóż, pani Magdaleno – gdyby syn okazał się pedrylem, to wolałaby Pani, by był czynnym, czy biernym? Aktywnym, czy pasywnym? Tym, który wali kogoś w cztery litery, czy też tym, który w cztery litery jest walony? A może miałby być gejem uniwersalnym, na zasadzie - raz on kogoś, innym razem ktoś jego? A może… nie, dość obrzydliwości. Przejdźmy do refleksji końcowych.

Zakończenie.

Niegdyś, do tego by nie wyśmiewać się z Murzynów, niepełnosprawnych i.t.p. wystarczyła odpowiednia kindersztuba, zapewniana przez właściwe wychowanie w rodzinnym domu. W A.P. jak się okazuje, kindersztuba nie wystarczy – ba, jest zdecydowanie passe i należy zastąpić ją politpoprawnym „ideolo” wpajanym dziecku od kołyski.

Swoją drogą, jestem ciekaw, czy gdy potomek pani Żakowskiej zrobi pełną obrzydzenia minkę na widok zakonnicy/księdza, to mamcia pospieszy do księgarni po odpowiednie tolerancjonistyczne bajeczki, lub tematyczne klocki? Z góry uprzedzam, że ich nie dostanie. Zresztą, być może, uśmiechnie się szczęśliwa, iż ukształtowała swego potomka w należytej odrazie do „katoli”.

A tak w ogóle, żałosny to widok: rodzic, który cenzuruje dzieciaka na każdym kroku, by ten przypadkiem nie odstąpił na włos od aktualnie obowiązujących „tryndów”. Głęboko zinternalizowany salonowy snobizm, połączony z silnym parciem na nowoczesność. Zastępowanie procesu wychowawczego ideologiczną tresurą, za którą potomek może zapłacić w najbliższych latach wyobcowaniem, tudzież szeregiem zawichrowań.

Jeszcze jedno – nie mogę oprzeć się wrażeniu, że postępowa mamuśka pragnie wystrugać swojego synka na szczególny rodzaj prymusika – poprawnego ze wszech miar antycywilizacyjnego hunwejbina.

Słowem, Antycywilizacja Postępu ma być i już! – tak w domu, jak i w kojcu, tudzież zagrodzie.

Gadający Grzyb

P.S.1 Pingwin – gej Harry z Zoo w San Francisco, który wraz z kolegą Pepperem wychowywał pingwiniątko Tango i z tego tytułu będący ogólnoświatowym idolem pedałów, jakiś czas temu zmienił orientację i związał się z pingwinicą Lindą. Zatem, inspirowana tym związkiem gejo - bajeczka straciła już nieco na aktualności. Gejowscy aktywiści dostali piany.

P.S.2 Magdalena Żakowska nie jest jedyna. Ostatnio przyjaciółka zaszokowała mnie opowieścią zasłyszaną od jej córki. Otóż, koleżanka owej córki (13 lat), przyszła z ufarbowanymi na czerwono włosami, stwierdzając z tyleż nieszczęśliwą co zrezygnowaną miną, iż „mama ją dorwała”, robiąc na siłę swojemu dziecku czerwony kolor na łepetynie. Dodała jeszcze, iż w porę udało się jej uciec spod opiekuńczych skrzydeł mamuśki, gdyż ta planowała jeszcze… fioletowe pasemka.

Córka przyjaciółki (również 13 lat) skwitowała to następująco: „No tak, jej mama jest nowoczesna. Moja mama nigdy nie pozwoliłaby mi się ufarbować”.

Fakt, nie pozwoliłaby. Tato również. Są jeszcze jakieś oazy normalności.


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki:

Artykuł Magdaleny Żakowskiej:

http://wyborcza.pl/1,76842,6878110,A_jesli_moj_syn_bedzie_gejem___.html">

Polecam ciekawą dyskusję na forum wielodzietnych:
http://wielodzietni.org/comments.php?DiscussionID=4569">

Moje teksty kręcące się wokół podobnej tematyki:

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu">
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2">
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-3">
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu">
http://www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci">

Antycywilizacja Postępu cz. 3


„I jeśli Miasto padnie, a ocaleje jeden

on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania

on będzie Miasto”.


Na zakończenie rozważań dotyczących Antycywilizacji Postępu (A.P.), spróbuję odpowiedzieć na trzy nurtujące mnie pytania.

Pytanie pierwsze.

W jakiej cywilizacji żyjemy obecnie – jeszcze w cywilizacji łacińskiej, czy już w A.P.?

Moim zdaniem, w obu naraz, zaś podział cywilizacyjny przebiega w poprzek społeczeństw (a nierzadko nawet w poprzek rozdwojonych ludzkich dusz), przy czym jest to podział asymetryczny – lwia część przestrzeni publicznej (i coraz większa – prywatnej) zawłaszczona jest przez A.P. Cywilizacja łacińska zaś coraz brutalniej zaganiana jest do kąta, tudzież do wiejącej pustką, coraz bardziej wyludnionej, kruchty.

Społeczna „cicha wojna”.

Efekt jest taki, że w warstwie oficjalnej szaleje A.P., zaś cywilizację łacińską (a przynajmniej jej elementy) jakiś odsetek populacji nosi w sobie, tak jak Herbertowski ocalały niósł w sobie Miasto:

„I jeśli Miasto padnie, a ocaleje jeden

on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania

on będzie Miasto”.


Z drugiej strony – przytłaczająca większość społeczeństw Zachodu nosi w sobie głęboko zinternalizowany zestaw postaw i poglądów Antycywilizacji Postępu, bądź też jakiś niedookreślony misz – masz skutkujący obserwowanym wokół permanentnym kryzysem cywilizacyjno - kulturowej tożsamości. W efekcie, rozmawiasz z człowiekiem który włada tym samym narzeczem (powiedzmy, eboniksem polszczyzny), który urodził się i wychował w tym samym kraju i teoretycznie, powinien nasiąknąć podobnymi wartościami, a tak naprawdę, po chwili rozmowy wychodzi na to, że gadasz z przedstawicielem innej cywilizacji.

Przyczynia się do tego medialna, szkolna i ustawodawcza indoktrynacja (taka inżynieria społeczna), która sprawia, że poddany jej obywatel, nawet nie zdając sobie z tego sprawy staje się kolejnym, nieświadomym bojownikiem w starciu cywilizacji. Dla takiej osoby poglądy charakterystyczne dla A.P. są bowiem oczywistością, a nie aberracją (aberracją natomiast jest dla niego cywilizacja łacińska).

Skutkiem jest bezustanna, wewnątrzspołeczna „cicha wojna”.

Porywacze dusz.

W takich razach niezastąpiona okazuje się S.F., która za pomocą swego oryginalnego warsztatu daje świetne odpowiedzi na najbardziej zaskakujące pytania. Pozwolę sobie, odwołać się do „Inwazji porywaczy ciał”. Z kosmosu spada roślinka, nasionko właściwie, które kiełkuje. Roślinka się rozrasta. Korzenie wrastają w śpiącego obok człowieka. Człowiek w trakcie snu stopniowo trupieszeje, zaś tuż obok, w postępie odwrotnie proporcjonalnym do jego strupieszenia wyrasta sobowtór – Obcy.

Idealna metafora. Obraz śpiącego człowieka, podmienianego przez kosmicznego sobowtóra, można odczytać jako obraz uśpionego społeczeństwa infekowanego przez A.P. W efekcie, otrzymujemy niby to samo społeczeństwo, złożone z tych samych ludzi, ale zupełnie inne. Atakujące z przeraźliwym, gryzącym uszy wrzaskiem niedobitków uchowanych przed podmianą.

Tak właśnie działa A.P. Zatruwa. Antycywilizacyjny przekaz wylewa się z mediodajni, z konstytucyjnych ośrodków władzy, z uniwersyteckich katedr, ba - nawet z co bardziej „progresywistycznych” ambon, a wszystko to przy bezustannym wsparciu płynącym z przeróżnych międzynarodowych struktur…

Pytanie drugie.

W jakich instytucjonalnych formach wyraża się A.P.?

Ano właśnie – struktury. W ten sposób przechodzimy do odpowiedzi na pytanie nr 2, dotyczące instytucjonalnych form, za pomocą których wyraża się Antycywilizacja Postępu.

Podstawową formą instytucjonalną jest, oczywiście, Unia Europejska – ten najbardziej zbizantynizowany element Antycywilizacji Postępu, który odszedł od pierwotnych, katolicko - łacińskich założeń swych twórców (Schuman, Adenauer i in.) tak dalece, jak to tylko możliwe. Mówiąc brutalnie, szczytny w swych zamiarach projekt stworzenia wspólnej, pokojowej przestrzeni gospodarczej został w błyskawicznym tempie „przecwelony” i zawłaszczony przez jaczejki kontrkulturowej rewolucji roku ’68, które nader sprawnie uczyniły z UE poręczne narzędzie antycywilizacyjnej pseudo – krucjaty.

Europa, na naszych oczach została oddana we władanie silnie zideologizowanej kasty biurokratyczno – politycznej, nie cofającej się przed niczym, byle tylko zapewnić sukces swego „wielkiego dzieła”, jakim ma być ostateczne pogrzebanie cywilizacji łacińskiej.

„Deficyt demokracji”

Używane są do tego celu niby – demokratyczne instytucje, funkcjonujące na zasadzie emanacji do n-tej potęgi. „Ścieżka emanacyjna” wygląda mniej więcej tak: - wybierasz parlament, ten powołuje rząd, rząd z kolei dogaduje się w sprawie nominatów do instytucji „europejskich” z innymi rządami (kandydaci muszą być „niekontrowersyjni” i „koncyliacyjni”, czytaj – albo akceptujący A.P., albo potrafiący schować przekonania do kieszeni) po czym odtrąbia się sukces, bo w eurostrukturach przybyło paru „naszych”.

Nie bez kozery jedyna euro – instytucja wybierana w bezpośrednich wyborach – Parlament Europejski, ma najmniejsze kompetencje. Nazywa się to eufemistycznie „deficytem demokracji”…

Parnasiarze.

Jednocześnie, jak wspomniałem w poprzednich częściach, główne założenia i dogmatyka wykuwane są w gronie Parnasiarzy (tzw. „Autorytetów”), skąd dopiero nieformalnie, drogą towarzyskich spotkań, odpowiednio nagłośnionych książek, tudzież prasowych artykułów, medialnego nacisku, lobbingu itp. spływają do sformalizowanych instytucji, które przetwarzają ich „idee” na literę prawa stanowionego.

Kim są Parnasiarze? To wpływowi intelektualiści, czasami politycy (obie role bywają wymienne), biznesowi magnaci pozostający pod ich wpływem, lub węszący w Antycywilizacji Postępu swój interes (np. Soros, Turner, Gates, Bloomberg, Buffet, David Rockefeller jr., którzy spotkali się 3 maja 2009r, by „uradzić”, jak zapobiec „przeludnieniu” – czytaj – jak promować „Cywilizację Śmierci”. Charakterystyczne jest, że doprosili do swego grona również Oprah Winfrey, jak mniemam w celu zasięgnięcia opinii co do najskuteczniejszych form medialnej promocji, tudzież „zadaniowania”. href="http://www.fronda.pl/news/czytaj/miliarderom_za_ciasno_na_ziemi">)

Zatrute owoce.

W efekcie, otrzymujemy antynatalistyczne prawodawstwo, eutanazję dokonywaną „prawem i lewem” (Holandia), tolerancjonistyczną promocję dewiacji, administracyjnie ustalaną nowomowę (np. rugowanie z urzędowej terminologii pojęcia „rodzice” – Wlk. Brytania), dechrystianizację przestrzeni publicznej, ubezwłasnowolnienie materialne na skutek horrendalnych danin publicznych i krępującej inicjatywę biurokracji, antyrozwojową religię ekologizmu, obezwładniający narody pacyfizm idt., itp., słowem, całe polit – poprawne menu wdrażane za pomocą fasadowych, „demokratycznych procedur” i równie fasadowych „demokratycznych instytucji” - wszystko w najlepszym razie przy obojętności społeczeństwa, a czasem nawet wbrew jego woli (np. ignorowanie przez Zapatero wielkich demonstracji przeciw jego progresywistycznym zapędom).

Oczywiście UE i poszczególne krajowe instytucje nie są odosobnione. Na skalę globalną podobną inżynierię uskutecznia ONZ i szereg innych zarówno państwowych, jak i „prywatnych” organizacji międzynarodowych. Nie zajmę się nimi bliżej, gdyż notka i tak już zanadto mi się rozrosła, a pozostało jeszcze jedno fundamentalne pytanie.

Pytanie trzecie.

Gdzie w tym całym obłędzie jest „Stara Europa”, a gdzie Polska?

Dwa zagrożenia cywilizacyjne.


Europa Zach. i Polska są zarazem w podobnej, jak i różnej sytuacji. Podobnej, gdyż obie chwieją się pod naporem dwóch wrogich cywilizacji, z których zagrożenie cywilizacyjne nr 1 jest wspólne - A.P. Różnej, gdyż zagrożenie cywilizacyjne nr 2 jest dla każdej z nich odmienne.

W przypadku Starej Europy zagrożeniem cywilizacyjnym nr 2 jest napór cywilizacji arabskiej, podbijającej kontynent od zewnątrz (imigracja) i od wewnątrz (wysoka rozrodczość, połączona z brakiem integracji i coraz wyraźniej formułowanym pragnieniem kulturowego zawłaszczenia kontynentu, by ten w efekcie stał się kolejną prowincją światowego „kalifatu”).

W przypadku Polski, zagrożeniem cywilizacyjnym nr 2 jest Rosja, czyli powstały z połączenia cywilizacji bizantyńskiej i turańskiej, zmongolizowany bizantynizm. Tu również mamy zarówno do czynienia z zagrożeniem zewnętrznym (silnie zmilitaryzowany Obwód Kaliningradzki, Białoruś), jak i wewnętrznym (postsowiecka agentura, zdeprawowany komunizmem naród z elitami włącznie, patologie utrwalane nihilizmem życia publicznego III RP i zatrutą spuścizną Okrągłego Stołu).

Skutki polityczne.

Odmienność zagrożenia cywilizacyjnego nr 2 skutkuje odmiennymi politykami zagranicznymi „Starej” i „Nowej” Europy – przy czym obie są błędne. Stara Europa nie dostrzega (lub dostrzegać nie chce) rosyjskiego niebezpieczeństwa i wiąże się z nią coraz ściślejszymi więzami gospodarczymi i politycznymi (gazociąg północny, zapraszanie Rosji do struktur gospodarczych – G8, negocjacje w sprawie członkostwa w WTO itd.). Usiłuje natomiast administracyjnie powstrzymać napływ muzułmańskich imigrantów (jednak akcje militarne w różnych punktach globu, przeżarta pacyfizmem Europa - poza Wielką Brytanią - potrafi co najwyżej pozorować).

My – odwrotnie. Trafnie na ogół definiujemy rosyjskie zagrożenie (mimo rozbudowanej agentury wpływu, która dba, by owo definiowanie nie zostało przekute na niekorzystne dla Rosji posunięcia – vide, utrącenie gazociągu norweskiego). Mamy natomiast skłonność do lekceważenia zagrożenia ze strony islamistów. Nawet nasza obecność w Iraku, czy Afganistanie to efekt sojuszniczej lojalności wobec USA, a nie pokłosie samodzielnie zdiagnozowanych zagrożeń.

Dlaczego napisałem, że obie polityki są błędne? Stara Europa nie rozumie, że Rosja traktuje nasz region jedynie jako przekąskę przed daniem głównym – podporządkowaniem sobie Zachodu (czyni to konsekwentnie od czasów sowieckich). My natomiast prześlepiamy, że islamistyczny terror fizyczno - cywilizacyjno - kulturowy po podporządkowaniu sobie Zachodu, w następnej kolejności dobierze się i do nas.

A zatem, zarówno „Stara”, jak i „Nowa” Europa, powinny wspólnymi siłami zwalczać nie tylko A.P., lecz również zagrożenie islamistyczne i rosyjskie.

Zakończenie.

A tak w ogóle – opętańcza ta Antycywilizacja Postępu, nieprawdaż? Piekielne skutki. Czysta destrukcja. Z działaniem jakiej siły może się to kojarzyć? Może Papież powinien pomyśleć o egzorcyzmach dla Europy… Wszak, dziś to on „jest Miasto”.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja www.niepoprawni.pl

Moje poprzednie wpisy obracające się wokół tematyki polityczno - cywilizacyjno – kulturowej:

href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/refleksje-rusofoba%E2%80%A6">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/klaus-vs-eurosaloniarze">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/287/pokolenie-gownojadow%E2%80%A6">


Cykl KJW:

href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-1">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-2">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-3">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-4">
href="http://www.niepoprawni.pl/blog/365/cywilizacje-5">