Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityczna poprawność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityczna poprawność. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2018

Wielka Brytania – państwo lewackiego faszyzmu

Czy brytyjskie władze wysłuchają petycji ws. Tommy'ego Robinsona? Czy też może liczą po cichu, że problem niepokornego aktywisty sam się „rozwiąże”?

I. Gag order

Kiedy niedawno opisywałem na łamach „Warszawskiej Gazety” mord sądowy dokonany rękami lekarzy na Alfiem Evansie, nazwałem Wielką Brytanię „lewackim imperium zła”. Sprawa skazanego na 13 miesięcy więzienia Tommy'ego Robinsona pokazuje, że w tym określeniu nie było cienia przesady – więcej, dzisiejszy Albion to kraj szalejącego, lewackiego faszyzmu, którego oficjalną doktryną stały się najdziksze odloty z zakresu political correctness. Hołdują im (lub boją przeciwstawić, co na jedno wychodzi) wszystkie liczące się ugrupowania polityczne z rzekomymi „konserwatystami” włącznie, zaś na straży ideologicznego zamordyzmu postawiono instytucje publiczne, wraz z państwowym aparatem przemocy i wymiarem sprawiedliwości.

Tommy Robinson (własc. Stephen Yaxley-Lennon) – znany brytyjski aktywista społeczny, założyciel English Defence League i dziennikarz obywatelski – naraził się tym, że relacjonował sprzed budynku sądu w Leeds za pomocą smartfona proces gangu pakistańskich gwałcicieli. Uczynił to wbrew sądowemu zakazowi informowania (tzw. gag order) – jest to specyficzne dla Wysp rozwiązanie prawne pozwalające sądowi nałożyć swoisty knebel informacyjny, jeśli podawanie wiadomości o procesie mogłoby zdaniem sędziego wpłynąć na jego przebieg, np. poprzez wywieranie presji społecznej. Swoją drogą, nie za dobrze świadczy to o odporności psychicznej i „niezawisłości” tamtejszych sędziów – ale jakoś organizacje międzynarodowe i NGO'sy tak wyczulone na poziom praworządności w Polsce i na Węgrzech oraz na kwestię transparentności, dziwnym trafem przechodzą nad tym do porządku dziennego.

W każdym razie, Robinson złamał gag order – a że w jego przypadku była to recydywa, to z miejsca został zapakowany przez policję do radiowozu i odwieziony na „dołek”. Należy podkreślić, że jego obecność w żaden sposób nie wpływała na to, co dzieje się na sali rozpraw – nie nawoływał do zamieszek, nie próbował wszczynać awantur. Mimo to, nastąpił ekspresowy proces (w ciągu doby od zatrzymania), w którym jako się rzekło, zasądzono mu trzynaście miesięcy więzienia. I tu uwaga – w przypadku tego wyroku sąd również zarządził zakaz informowania o sprawie. Żadne brytyjskie medium – gazeta, telewizja, radio, portal internetowy – nie miało prawa poinformować opinii publicznej nie tylko o przebiegu rozprawy, ale nawet o samym fakcie skazania! Okazało się, że jeden facet z telefonem komórkowym stanowi śmiertelne zagrożenie dla porządku publicznego i brytyjskiego systemu sprawiedliwości.


II. Pełzający totalitaryzm

Na pierwszy rzut oka, mamy tu konflikt wartości – z jednej strony prawidłowy proces, który ponoć byłby narażony na szwank poprzez upublicznianie jego przebiegu. Z drugiej jednak mamy wolność słowa i prawo do informacji – fundamentalne swobody obywatelskie, którymi szczyci się „najstarsza demokracja świata”. Tyle, że jest to konflikt pozorny – instytucja gag order, pierwotnie mająca stronom postępowania zagwarantować uczciwy i bezstronny proces, uległa w systemie wyspiarskiego sądownictwa wynaturzeniu i dziś służy przede wszystkim do zamykania ust. Ten wybieg jest np. stosowany nagminnie w sprawach o odebranie dziecka rodzicom i przekazanie go pod nadzór wszechwładnej opieki społecznej (dla „dobra dziecka” oczywiście) – co w tamtejszych realiach może się przydarzyć każdemu i pod byle pretekstem. Skrępowani sądowym nakazem milczenia rodzice nie mają prawa nawet nagłośnić swojej krzywdy – bo narażają się na sankcję karną. Innymi słowy, gag order jest po prostu rodzajem prewencyjnej (i represyjnej zarazem) cenzury, często skrywającej stronniczość sędziów. Zatem nie mamy tu konfliktu równorzędnych wartości, lecz starcie wolności z instytucjonalnym, nakładanym „po uważaniu” kagańcem. A to jest już cechą systemów totalitarnych.

Oczywiście, totalniactwo brytyjskie (podobnie, jak resztę zalewaczonego Zachodu) charakteryzuje „rozwodnienie” - nikt nie dekretuje nowego systemu oficjalnie, jest on zaprowadzany stopniowo i tylnymi drzwiami, metodą „gotowania żaby”. Jednak skutek – przy zachowaniu całego demokratycznego sztafażu – jest taki, że w kluczowych momentach wszystkie zainteresowane organy stają w zwartym szeregu i wykazują się ideologiczną dyscypliną godną kompartii – to zaś przekłada się na konkretną politykę państwa.


III. Ofiary multi-kulti

W interesującym nas tu przypadku, państwo brytyjskie, hołdujące lewackim urojeniom spod znaku wojującego tolerancjonizmu, multi-kulti, walki z „mową nienawiści” itp. wykazywało się absolutnie świadomą i celową indolencją w kwestii działających w poczuciu bezkarności imigranckich gangów sutenerów i gwałcicieli. Prym wiedli tutaj Pakistańczycy – ich grupy przestępcze funkcjonowały bez przeszkód całymi latami w Newcastle, Rotherham, Rochdale, Oxfordzie, Telford, Derby, Keighley, Peterborough... Liczba ofiar szła w tysiące. Nieletnie dziewczęta gwałcono i zmuszano do prostytucji przy całkowitej bierności lokalnych władz i policji bojących się panicznie oskarżeń o „islamofobię”. Policja niemal każdorazowo uznawała ofiary za „niewiarygodne” i odsyłała dziewczyny z kwitkiem – sprawę ułatwiał fakt, że często pochodziły z nizin społecznych, zatem stereotypowo uznawano je za zwykłe „puszczalskie”. Dopiero, gdy wzburzenia miejscowych społeczności nie dało się już dłużej ignorować, przystąpiono do działania – miejsce miały pierwsze procesy i wyroki (często brak o nich bliższych informacji ze względu na nagminnie stosowany gag order). Były to jednak akcje ewidentnie wymuszone, wokół których budowano medialną atmosferę niedomówień – np. określając sprawców jako „azjatyckich gangsterów” (jużci, Pakistan leży w Azji), bądź w ogóle nie informując o ich etnicznej przynależności, by nie szkodzić „jedności społeczeństwa”. Słów „islam” czy „muzułmanie” wystrzegano się jak ognia – co jest o tyle bulwersujące, że sami gwałciciele często nie kryli, że kierowały nimi pobudki religijne: w ich oczach nastolatki prowadzące się i ubierające „nieskromnie” nie zasługiwały na nic innego, niż na gwałt. Zazwyczaj zbiorowy.

Jednocześnie głównym „zagrożeniem” zdiagnozowanym przez brytyjskie władze stali się „prawicowi ekstremiści” - czyli ci, którzy ośmielali się głośno artykułować swój sprzeciw. W konsekwencji, w ostatnim czasie na wielomiesięczne kary więzienia skazani zostali m.in. przywódcy antyimigracyjnego ugrupowania Britain First - Paul Golding i Jayda Fransen. Ich skazano za „szerzenie nienawiści na tle religijnym i światopoglądowym”. Na Tommy'ego Robinsona, jak widać, udało się znaleźć inny paragraf – złamanie „świętego” gag order. Dodatkową sankcją „prywatną” było natychmiastowe skasowanie profili ww. „ekstremistów” przez media społecznościowe na których się udzielali. Partnerstwo publiczno-prywatne w pełnej krasie.


IV. Wyrok śmierci?

Jak można było się domyślać, przypadek Robinsona nie zainteresował różnych zawodowych obrońców praw człowieka w rodzaju Amnesty International (wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby w Polsce potraktowano w ten sposób jakiegoś kodziarza, albo „ubywatela RP”). Na szczęście, obudziło się (wreszcie!) brytyjskie społeczeństwo. Protest przeciw zakazowi informowania o skazaniu działacza zgromadził na ulicach Londynu w ostatni weekend maja wielotysięczne tłumy – w efekcie, gag order został cofnięty i o sprawie Robinsona można już mówić legalnie. Wciąż jednak pozostaje w więzieniu – i tu dochodzimy do kolejnego aspektu wydarzeń. Tommy Robinson jest postacią powszechnie znaną, a w angielskich więzieniach muzułmanie stanowią dominującą liczebnie i bardzo agresywną grupę – Paul Golding zdążył już przypłacić pobyt za kratkami ciężkim pobiciem. Oznacza to, że ponad rok w takim otoczeniu może dla Robinsona oznaczać tak naprawdę wyrok śmierci. Dlatego też trwa społeczna akcja zbierania podpisów pod petycją o jego uwolnienie. Czy brytyjskie władze wysłuchają? Czy też może liczą po cichu, że problem niepokornego aktywisty sam się „rozwiąże”?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wielka Brytania – lewackie imperium zła


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (08-14.06.2018)

czwartek, 11 lutego 2010

Człowiek – porażka.


Obama pod każdym względem – mentalnym, intelektualnym, ideowym, pozostaje na poziomie campusowego lewaka.

Ronald Reagan powiedział kiedyś coś w tym guście (cyt. z pamięci): „Widziałem młodych ludzi z transparentami Make Love, Not War. Moim zdaniem, nie nadają się ani do jednego, ani do drugiego”.

Powyższa kwestia dźwięczy mi nachalnie między uszami, gdy obserwuję spektakularne fiaska kolejnych „resetów” w polityce zagranicznej Obamy.

Chiny.

Oto czytam, że władze Chin w bezprecedensowy sposób zrugały prezydenta USA niczym uczniaka, za dostarczenie broni Tajwanowi. (Zresztą, cała zasługa Obamy polega na tym, że wywiązał się ze zobowiązania podjętego jeszcze przez G.W. Busha). Na nic zdało się unikanie niczym ognia spotkania z Dalajlamą, czy ugodowe do groteski stanowisko prezentowane podczas wizyty w Pekinie. Celów gospodarczych (np. odstąpienia przez Chiny od sztucznie zaniżonego kursu juana) nie osiągnął, za to przekonał Chińczyków, że z tym mięczakiem mogą pozwolić sobie na wiele więcej, niż do tej pory.

Rosja.

Jeszcze cięższy policzek Obama zainkasował od Rosji, która niedawno ogłosiła swą nową doktrynę obronną. Owszem, rezygnacja z bushowskiej tarczy antyrakietowej spotkała się początkowo na Kremlu z pomrukami zadowolenia, ale doktryna wojenna Rosji nie pozostawia złudzeń. Co my tam mamy? Spójrzmy: wrogiem nr 1 jest NATO (czyli, w praktyce, USA), przyjęcie możliwości prewencyjnego ataku jądrowego (również w przypadku konfliktu lokalnego, czy wojny konwencjonalnej), brak zgody na rozszerzenie Sojuszu (czyli de facto zgłoszenie roszczenia do własnej strefy wpływów obszarze posowieckim), brak zgody na instalacje antyrakietowe (czyli również na koncepcję „nowej tarczy” Obamy) i wiele innych podobnych śliczności.

Taka jest odpłata Rosji za gotowość Obamy na nowy układ START i cięcie wydatków Pentagonu. Najwyraźniej, Moskwa skalkulowała sobie, że facio, którego znaczną część światopoglądu stanowi spuścizna ruchów pacyfistycznych utrzymywanych przez ZSRR, nawet nie kwiknie pod adresem Rosji, tak jak nie kwiknęli pod adresem Sowietów jego kontrkulturowi poprzednicy.

Iran.

Kolejne jaja mamy z Iranem. Ajatollahowie i prezydent Ahmadineżad zabili śmiechem popiskiwania Obamy, wzywające do rozmów i zapewniające o wyciągniętej dłoni, tudzież gotowości do współpracy. Zamiast tego, rozzuchwaleni i bardziej niż do tej pory przekonani o swej bezkarności, pracują nad wzbogacaniem uranu (mają powstać nowe ośrodki wzbogacania) i z większą niż do tej pory determinacją prą do uzyskania broni jądrowej. Właśnie świeżutko, przy okazji Święta Rewolucji, mieliśmy kolejny przykład. Ahmadineżad ogłosił, że Iran „jest państwem atomowym” (tu mu wierzę), choć nie planuje broni jądrowej (i tu mu nie wierzę).

Jak tak dalej pójdzie, to niedługo broń atomowa stanie się w rękach mułłów kolejnym narzędziem jihadu przeciw szatańskiemu Zachodowi, zaś Obama będzie zapewniał po staremu o swej „woli współpracy”.

***

Opisane pokrótce przykłady świadczą o kompletnej nieznajomości mentalności reżimów z którymi amerykański prezydent (prezio?) uparł się „resetować” stosunki. Ciekawe, czy jest w stanie kiedykolwiek pojąć, że ten wschodni typ mentalności opiera się na języku siły, zaś każdy przyjazny gest, każda niewymuszona „zachęta” czy oznaka „dobrej woli” traktowana jest jako przejaw słabości, niezdecydowania, czy wręcz uległości i prowokuje do utwardzenia stanowiska, eskalacji żądań…

Prawa człowieka.

Tyczy się to również praw człowieka, które Obamie ponoć tak bardzo leżą na sercu.

Włodzimierz Bukowski w swej książce „I powraca wiatr” opisał pewną prawidłowość: ilekroć Zachód utwardzał kurs wobec ZSRR, skutkowało to względnym poluzowaniem wewnętrznych rygorów – mniejsze represje, mniej wsadzanych do łagrów i psychuszek, krótsze wyroki, poprawa warunków w więzieniach… i odwrotnie – gdy Zachód proklamował „odprężenie”, „poprawę wzajemnych relacji” itp., w Związku Radzieckim momentalnie na powrót dokręcano śrubę „politycznym”.

Tę prawidłowość można dziś zaobserwować zarówno w Chinach (w odpowiedzi na pojednawcze gesty Obamy… nie wypuszczono z więzienia ani jednego dysydenta, co było regułą przy poprzednich wizytach amerykańskich prezydentów), jak i w Iranie (erupcja krwawych represji wobec przeciwników Ahmadineżada). W Rosji – wiadomo, po staremu.

Tak więc, w kwestiach humanitarnych – również porażka.

***

Dodając do siebie wszystkie powyższe klapy, wygląda na to, że jednym z głównych skutków obecnej prezydentury będzie upadek międzynarodowego prestiżu Stanów Zjednoczonych na skalę nie pamiętaną od czasów Jimmy’ego Cartera.

Campusowy lewak.

Obama pod każdym względem – mentalnym, intelektualnym, ideowym, pozostaje na poziomie campusowego lewaka. Z całym duchowym „dobrodziejstwem inwentarza” – w którym poczesną rolę odgrywa oszalały pacyfizm i reszta poprawnościowej dogmatyki. Za to zresztą (bo za cóżby innego?) dostał Nobla. Na domiar złego, wszystko to skorelowane jest z przemożnym poczuciem misji i charakterystycznym dla lewicy całego świata przeświadczeniem o własnej, moralno – intelektualnej wyższości, której nie wiedzieć czemu nie chce uznać zacofany motłoch.

Z czasem, gdy rozwój sytuacji międzynarodowej go do tego zmusi, zdobędzie się zapewne na ostrzejsze kroki wobec światowych watażków, ale osobiście nie mam złudzeń – będzie to co najwyżej doraźna szamotanina, bez żadnej myśli przewodniej, podszyta nie ustającym zdziwieniem, dlaczego adresaci nie reagują należycie na kolejne gesty i zapewnienia o gotowości do dialogu. Do tego różne lewicowe salony będą go podgryzać za „sprzeniewierzenie się” Pokojowemu Posłannictwu… Krótko mówiąc – nowych sojuszników Ameryka nie zyska (bo kogo – Rosję? Chiny? Co do Europy – UE zaledwie toleruje dziś USA, a i to jedynie ze względu na osobę prezydenta i politykę, której fiasko się właśnie unaocznia), a starych może utracić.

Gdyby tego rodzaju fircyk stał na czele Belgii, czy innego Luksemburga, można by machnąć ręką – nie nasz kłopot. Ale gdy podobna figura staje na czele światowego mocarstwa z ambicjami do ustalania globalnego porządku, wówczas wszyscy mamy problem. Całe szczęście, że mimo nieustającej klaki czołowych mediów, popularność Obamy (zwłaszcza wśród tzw. wyborców niezależnych) leci na łeb na szyję, co daje nadzieję, że szaleństwo jego rządów nie przekroczy jednej kadencji.

Obama – no, you can’t!.

Gadający Grzyb

P.S. Celowo nie pisałem tu o Afganistanie, bo to nieco inna bajka. Wysłanie tam dodatkowych żołnierzy to jedno. Pytanie, co Obama zrobi, by wygrać. Pod jego rządami można się bowiem spodziewać „resetu afgańskiego”, tzn. powtórki z Wietnamu – prowadzenie wojny na pół gwizdka, zakończone rejteradą pod byle pretekstem, pozwalającym doraźnie „zachować twarz”. A po kilku latach świat znów będzie miał ból głowy z afgańskim rozsadnikiem terroryzmu.

Inne moje notki, o Obamie:

www.niepoprawni.pl/blog/287/gdzie-nas-ma-obama

www.niepoprawni.pl/blog/287/zabawy-z-noblem

wtorek, 29 września 2009

Bękarty Hollywoodu.


Tarantino swoim filmem złożył reżyserski trybut na rzecz władców Hollywoodu.

No to se obejrzałem „Bękarty wojny” („Inglourious Basterds”), Quentina Tarantino. Trochę ciężko pisać w poważnym tonie o jego filmie, łatwo bowiem narazić się na zarzut „drewniactwa” – że nie kuma się konwencji, nie łapie pastiszowego dystansu, nie docenia góry cytatów na pograniczu hołdu i kpiny, którymi przepełnione są jego filmy.

Jakby co, odpowiadam – lubię i jak najbardziej „chwytam” zarówno filmy jak i ogólną konwencję w której porusza się reżyser. Chętnie wracam do „Wściekłych psów”, „Pulp Fiction”, czy „Kill Billa”.

I gdyby jego najnowsza produkcja ograniczała się, jak do tej pory, do pomysłowej żonglerki kinowymi motywami, podlanymi skondensowaną dawką przemocy i okrutnego humoru, podsycającą perwersyjny urok kolejnej krwawej opowieści, nie miałbym powodów do narzekań, tudzież doszukiwania się drugiego dna.

Tak, niestety, nie jest.

Fałsz ekranu.

Co zatem mam za złe panu Tarantino?

Przede wszystkim to, że najwyraźniej dał ciała. Nad jego dziełem unosi się smrodek politycznej poprawności. Cały film, od początku do końca, trąci mi podskórnym fałszem.

Twórca wpisał się w dominujący ostatnimi czasy nurt relatywizacji wojny – „Upadek”, „Walkiria” i wreszcie, chyba najbardziej – „Defiance”. Do tego ostatniego tytułu film odwołuje się bodaj najmocniej. Oczywiście, nie tyle w sferze wizualnej, cytatów itp., ile w sferze tzw. wymowy ogólnej. Najwyraźniej w tej chwili jest zapotrzebowanie na zerwanie ze schematem biernego Żyda - bezwolnego barana pędzonego na rzeź. Zapotrzebowanie bieżące domaga się obstalowania wizerunku Żyda – bohatera, mściciela, który z bronią w ręku bierze odwet na prześladowcach – bohatersko, sam przeciw całemu światu. Współczesna „prawda ekranu” ma przedstawiać wyrzynające Niemców semickie komando i francusko – żydowską mścicielkę, która do spółki z czarnym kamerzystą pali żywcem nazistowską wierchuszkę. Tak ma być i już. Wszystko co temu służy, co pozwala powyższy obraz wdrukować w podświadomość widza, nawet jeżeli jest to tarantinowski, przegięty, krwawy absurdalizm – jest dobre.

Przypomnę dla porządku, że amerykańscy Żydzi nie kiwnęli palcem, by ratować swych europejskich pobratymców. Hollywoodzcy Żydzi tym bardziej. Do 22.06.1941 Hollywood przeżarty sowiecką agenturą spod znaku Komunistycznej Partii Ameryki głosił kult sprzymierzonego z III Rzeszą ZSRR i wspierał propagandowo izolacjonistów. Do wojny zaczął nawoływać, wciąż pod dyktando Kremla, dopiero po uprzedzającym o kilkanaście dni sowiecką inwazję ataku Hitlera. Te błędy należy zatuszować.

Kiedyś Marlon Brando stwierdził, że Hollywoodem rządzą Żydzi. Posypały się gromy, jak to bywa często, gdy ktoś powie coś o czym wszyscy wiedzą, ale czego głośno mówić z jakichś względów nie wypada. Mam brzydkie podejrzenie, że Tarantino swoim filmem złożył swoisty hołd lenny, opowiadając się po „właściwej” stronie propagandowej batalii o historię. Taki reżyserski trybut na rzecz władców Hollywoodu.

Dobrzy Francuzi i anonimowi naziści.

Niejako przy okazji, film spełnia zapotrzebowanie innych możnych tego świata – Francuzów i Niemców na wybielenie własnej historii. Francuzi, którzy zasłynęli z czołgów posiadających tylko wsteczny bieg, zaś pod okupacją systemowo wyłapywali „swoich” Żydów i odstawiali do transportów (i to nie tylko pod reżimem Vichy), są sprowadzeni do postaci szlachetnego farmera, który łamie się pod wpływem psychologicznej rozgrywki oficera SS. Doprawdy straszne, zwłaszcza gdy skonfrontować to z realiami okupowanej Polski, gdzie, mimo kary śmierci za ukrywanie Żydów grożącej wszystkim domownikom, Żydów uratowano najwięcej. Ale o tym ani Tarantino, ani zachodni widz wiedzieć nie musi.

Niemcy również mogą filmem poczuć się usatysfakcjonowani. Hitler i spółka zostali przedstawieni w sposób tak karykaturalny, przerysowany i groteskowy, że nie sposób się ich bać. Są to postaci rodem z „Upadku”. Na widok tych komiksowych pajaców można jedynie wzruszyć ramionami – już więcej psychopatycznej grozy ma plejada szwarccharakterów z cyklu o „Batmanie”.

No i wreszcie naziści. Ci p*** naziści. W całym filmie w odniesieniu do nich bodaj ani razu nie pada słowo „Niemcy”. Zawsze są to „naziści”. Ci „naziści” wprawdzie szwargocą w jakby znanym dialekcie, pochodzą a to z Bawarii, a to z innych okolic między Renem a Królewcem, ale o ich narodowości – ani słowa. Bardzo subtelny zabieg, wpisujący się w lansowaną tezę, iż dobrzy Niemcy zostali podbici przez złych „nazistów” (którzy też nie wszyscy i nie ze szczętem byli źli) z czego jakoś tak wynikło całe to wojenne zamieszanie i związane z nim nieprzyjemności…

Nie wiem, czy przeciętny połykacz medialnej papki skojarzy, iż skoro filmowi „naziści” mówią po niemiecku, to pewnie byli Niemcami. Masowe zidiocenie sięgnęło takiego pułapu, że mam poważne wątpliwości.

Doprawdy, gdyby do galerii filmowych typów Tarantino dopchnął jeszcze kolanem szlachetnego Rosjanina w stylu niezapomnianego Stirlitza, byłby komplet. Zresztą, gdyby obejrzał „17 mgnień wiosny”, pewnie by to zrobił.

***

Tarantino pograł koniunkturalnie. Doszlusował (oby na chwilę) do grona fałszujących historię hollywoodzkich bękartów. Zrobił to w swoim stylu, z przymrużeniem oka, charakterystycznym dla niego sadystycznym humorem i wdziękiem, ale niesmak pozostaje.

Cóż, wypada tylko mieć nadzieję, że reżyser odrobił polit – poprawną pańszczyznę i w kolejnych filmach powróci do tego, co lubię u niego najbardziej – bezpretensjonalnej orgii przemocy, pieszczącej zmysły widza perfekcyjnym montażem, idealnie dobraną muzyką, zapadającymi w pamięć, „cytowalnymi” dialogami i koncertową grą aktorów. Najlepiej, żeby to był zapowiadany w „Grindhouse” jako fikcyjny trailer „Machete”. I żeby zrobili to we dwóch z Rodriguezem. Takiego Tarantino – mistrza krwawej groteski chcę oglądać.

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

niedziela, 23 sierpnia 2009

Kindersztuba vs. antypedagogika postępu.


przyczynek do Antycywilizacji Postępu (A.P.)

1) Kindersztuba.

Niegdyś, pewne sprawy załatwiało dobre wychowanie, zwane kindersztubą. Kindersztuba oznacza zasady. Zbiór wpojonych i niezachwianych, nieusuwalnych przekonań, które człowiekowi wpaja się od pacholęctwa i którymi winien kierować się do końca życia.

Gdybym miał określić kindersztubę jednym słowem, byłoby nim: szacunek. Szacunek wobec rodziców i, generalnie, osób starszych. Szacunek dla otoczenia, czyli uprzejmość (nie mylić z kelnerską uniżonością). Szacunek dla ułomności (nie poniżać i nie pastwić się nad niepełnosprawnymi, głupszymi, słabszymi, zacofanymi kulturowo). Szacunek względem środowiska (nie dręczyć zwierząt, dbać o higienę, nie śmiecić itd.). Szacunek dla prochów przodków, wiary, Ojczyzny, spuścizny pokoleń, języka, słowem – szacunek dla cywilizacji, która cię ukształtowała i dzięki której funkcjonujesz w tym świecie.

Oczywiście, powyższy wykaz jest pewnym bytem idealnym. W praktyce, ludziska postępowali różnie. Niemniej, jeżeli postępowali wbrew powyższym wskazówkom, było wiadome zarówno im, jak i otoczeniu, iż czynią źle. Tu był kulturowo akceptowalny kanon zachowań (z niezbędnym marginesem hipokryzji – owego hołdu składanego przez występek cnocie), poza pewną granicą – już nie. Jeżeli świadomie łamiesz zasady i mimo napomnień, tudzież oferowanej pomocy, nie zawracasz ze złej drogi, sam pozbawiasz się szacunku, a co za tym idzie – inni są zwolnieni od okazywania szacunku wobec ciebie. Stajesz się wyrzutkiem.

2) O wyrzutkach.

Wyrzutkowie, generalnie, dzielą się na dwie odmiany: twórczych i destrukcyjnych.

Ci pierwsi, wprowadzają życiodajny ferment, wybudzając cywilizację z zastoju i godząc się z ewentualnymi szykanami, orzą, zepchnięci na margines – ale dla jej dobra! Noszą w sercu cywilizację, zaś po pewnym czasie (często po śmierci) okazuje się, iż mieli rację. W ten sposób dokonuje się postęp i warto pochylić łby przed tymi autentycznymi nonkonformistami (kłania się tu przede wszystkim szereg niedocenianych początkowo naukowców, wynalazców, artystów itp.).

Wyrzutkowie drugiego typu, destrukcyjni, są zapatrzonymi w siebie egoistami, którzy uznali, iż to świat powinien dostosować się do nich, nie oni do świata. Co więcej, w miarę postępującej alienacji uznają, że właśnie oni i ich idee powinny panować nad globem i ludzkością po wsze czasy. Dla dobra ogółu, oczywiście, który to ogół jest podobnie jak oni ciemiężony, tylko nie zdaje sobie z tego sprawy.

Różnica pomiędzy jednymi a drugimi jest z grubsza taka, jak różnica między pokorą a pychą.

Portrety destrukcyjnych wyrzutków znakomicie opisał Paul Johnson w swej książce „Intelektualiści”. Polecam zwłaszcza zaznajomienie się podejściem do dzieci J.J. Rousseau. (Wiem, że to banalne, niby wszyscy znają, ale czasem warto się odnieść).

3) Holocaust kindersztuby.


Ale, co mają zrobić biedne misie, destrukcyjni wyrzutkowie, skoro otoczenie zostało ukształtowane przez kindersztubę? Charakteryzującą się zbiorem zasad, które to właśnie ich, oświeconych marzycieli zepchnęły na margines i nie pozwoliły rozwinąć skrzydeł? Należy wroga unicestwić. Zdemolować kindersztubę w każdym jej aspekcie, zwłaszcza cywilizacyjnym. Tradycyjne wychowanie stanowiło podstawową tamę; barierę, którą należało usunąć, by otworzyć szeroko podwoje dla antycywilizacji postępu.

I zrobiono to. Skutecznie suflowane, antywychowawcze trendy proroków nowej pedagogiki w rodzaju doktora Benjamina Spocka zaowocowały bezstresowym wychowaniem, którego prostą konsekwencją była kontrkulturowa rewolucja porąbańców (pokolenie ’68) spod hasła „zabrania się zabraniać”, sterowana przez parnasiarskie gremia, dyskretnie wspierane przez mocodawców z Kremla.

Nowa pedagogika trafiła na podatny grunt. Rodzice obarczeni traumą dwóch wojen światowych, pragnęli zapewnić swym dzieciom wszystko co najlepsze i w ten sposób odreagować to, czego sami nie mieli, z poczuciem bezpieczeństwa, brakiem trosk i pokojem na czele. W efekcie, ukształtowali stado rozpieszczonych dobrobytem neo-barbarzyńców, pożytecznych idiotów z dobrych domów, którzy ochoczo rzucili się z siekierami, by rąbać w drzazgi zachodnią (łacińską) cywilizację.

4) Miejsce dla political correctness!

I porąbańcy porąbali. Suworowowskie „gawnojedy”, dokonały wraz z innymi cywilizacyjnymi aspektami, holocaustu tradycyjnego wychowania. W tej podstawowej z punktu widzenia każdej cywilizacji materii z dziesięciolecia na dziesięciolecie powstawała ziejąca pustka.

Do czego potrzebna była pustka? Ano, do tego, by można było ją wypełnić odpowiednią treścią - skrojonym na miarę aktualnych potrzeb ersatzem kindersztuby – polityczną poprawnością, którą sukcesywnie wmontowywano w kolejne obszary odebrane łacińskiej cywilizacji.

Pozwolę sobie przytoczyć to, co napisałem w pierwszej części Antycywilizacji Postępu:

4) A.P. oparta jest na fluktuacyjnej dogmatyce politycznej poprawności, zmienianej w zależności od aktualnych zapotrzebowań Parnasiarzy dyktujących obowiązujące trendy.

6) A.P. bazuje na zakłamaniu pojęć charakterystycznych dla cywilizacji łacińskiej. Świadomie wytwarza „zapaść semantyczną” rozmywając, bądź podkładając pod tradycyjne pojęcia nową treść sprzeczną z pierwotnym ich znaczeniem;


Jak łatwo zauważyć, o ile tradycyjne wychowanie cechuje stałość zasad, o tyle political correctness (P.C.) jest zmienna, w zależności od doraźnych potrzeb.

5) Parnasiarscy dyktatorzy i medialne modelki.

Chciałbym szczególnie podkreślić fluktuacyjność polit-poprawnej dogmatyki, której swoistym paradygmatem metodologicznym jest giętkość poglądów, w zależności od aktualnego kaprysu/interesu dyktatorów intelektualnej mody. Parnasiarze (dyktatorzy mody), orzekają, iż dziś myśli się (nosi) to, jutro co innego, zaś modelki na medialnych wybiegach upowszechniają. W walce cywilizacji i idei rolę modelek spełniają dyżurne „mediorytety”(medialne autorytety), tudzież mediodajniane wycirusy – dziennikarze na różnym szczeblu ujemnego zaawansowania intelektualnego i celebrities na zbliżonym stopniu duchowej degrengolady.

Zresztą, jedni mieszają się z drugimi na tyle, że nie odróżnisz, czy to co prawi ci znany dziennikarz, komunikowane jest z pozycji zawodowych, dziennikarskich, czy też celebryckich. I odwrotnie. Czy dotychczasowy celebryta, znany z ptasiego móżdżku, stał się poważanym dziennikarzem? Czy treści, które wyraża mamy, jak dotąd, zbywać ironicznym uśmieszkiem/wzruszeniem ramion, czy też te same treści stały się nagle obowiązujące, bo poparły je jakieś autorytety?

Powyższe grupy cechuje jedno – należy łączyć modne fatałaszki z modnymi poglądami. Bez tego – krzyż Pański, kaplica i zapaść wydrążonego ze wszelkiej treści jestestwa. Odebrać im modne ciuchy, posady i apanaże, odciąć od kamer i mikrofonów, tudzież pozbawić podszeptów, mówiących co w danej chwili na określony temat sądzić wypada – to pozbawić ich życia. Sami z siebie poglądów nie wykrzeszą, sami z siebie nie będą wiedzieli w co ubrać swe mózgownice. Zapadną się, niczym pasożyt z „Inwazji porywaczy ciał” zbyt wcześnie odcięty od żywiciela.

Ach, jakiż to ból, jakaż rozterka, jaka trwoga…

6) Antypedagogika Postępu.

I tu niezastąpiona okazuje się polityczna poprawność, spełniająca zarówno w indywidualnym, jak i ogólnospołecznym wymiarze rolę antypedagogiki postępu.

Czym jest antypedagogika postępu? Jest to jedna z funkcji political correctness, mająca zastąpić kindersztubę, czyli podmienić stałość zasad opartych na szacunku do cywilizacji łacińskiej na fluktuacyjną, zmienną dogmatykę politycznej poprawności, ukierunkowaną na zniszczenie cywilizacji zachodu.

Dziś dogmatem jest to, jutro – co innego. Przykładowo – generalnie słuszne mniejszości - Murzyn / kobieta / niepełnosprawny / Żyd / homoseksualista / ekolog być dobrzy, jeśli są należycie postępowi, a być źli, gdy mają konserwatywne poglądy. Ooo, wtedy nawet to być bardzo źli i zdradzieccy, albowiem „wysługują się prawicy”, wprowadzając zbędny zamęt w ludowych mózgownicach i, generalnie, sypią piach w tryby machiny społecznej inżynierii.

Antypedagogika postępu
nakierowana jest masowo, niczym broń antycywilizacyjnej zagłady, na całe poddane tresurze społeczeństwo, na wszystkie grupy wiekowe – od kołyski do emerytury.

Owa masowość antycywilizacyjnego przekazu jest niezmiernie ważna, tak by osaczony człowiek słyszał podobnie brzmiące komunikaty dosłownie zewsząd – od serialowej gwiazdki, poprzez „poważnego dziennikarza”, polityka, sędziego aż do profesorskiej głowy włącznie. By odnosił wrażenie, że słuszność tego co słyszy jest niepodważalna, zaś garstka pomyleńców, kontestujących wiodący, antycywilizacyjny przekaz to oszołomy, frustraci i pogrobowcy zdemonizowanej do granic obłędu inkwizycji.

7) Zmysł krytycyzmu.

Szczególnym obiektem ataku jest, właściwy każdej inteligentnej istocie, zmysł krytycyzmu, pozwalający oddzielać ziarno od plew, czyli, na podstawie dostępnych danych analizować, czy ktoś przypadkiem nie usiłuje zrobić z nas idiotów. Ten zmysł bywa niekiedy bolesny, powodując psychiczny dyskomfort, tudzież dysonans poznawczy między tym, co wylewa się na co dzień z mediodajni, ust polityków, spod szkolnych tablic i z uniwersyteckich katedr, a „coraz bardziej nas otaczającą” rzeczywistością.

Większości społeczeństw niegdyś naszego kręgu kulturowego cierpienia związane z posiadaniem wspomnianego zmysłu krytycyzmu zostały na skutek permanentnej tresury w odpowiednim duchu, oszczędzone. Antypedagogika postępu wyskrobała go z dusz, tudzież mózgownic już w wieku przedszkolnym, u co bardziej opornych – w wieku szkolnym.

8) Współcześni wyrzutkowie.

Najbardziej upierdliwi, z których nie dało się wyplenić wstecznickich miazmatów, w A.P. pełnią rolę nowych wyrzutków. Z tą różnicą, że o ile destrukcyjni wyrzutkowie opisani kilka podpunktów wyżej, pragnęli zniszczyć zastaną cywilizację, to wyrzutkowie współcześni, pragną jedynie zachować w swych sercach ginący na ich oczach dorobek pokoleń, z nadzieją na przyszłą odbudowę. Oni pragną jedynie nieść w sobie herbertowskie Miasto.

I za to odsądzani są od czci i antycywilizacyjnej wiary.

Nastąpiła wymiana miejsc. Ideologiczni potomkowie wyrzutków rządzą światem, świadomi obywatele Polis wegetują na marginesie.

9) Konformistyczna większość.

I nie łudźmy się, że gdzieś tam funkcjonuje tyleż słynna, co mityczna „milcząca większość”. Owa, „milcząca”, pielęgnująca w domowych pieleszach cywilizacyjne korzenie „większość”, zmieniła się pod wpływem opisywanej w tej notce antypedagogiki w większość konformistyczną i łyka gładko to, co podaje się jej do połknięcia, zaś w życiu codziennym stosuje osobistą, podświadomą samoobronę przed szaleństwem – kultywację postawy, typu „moja chata z kraja”.

Ludziska zapytani o poglądy, wydalają z siebie zestaw aktualnie obowiązujących sloganów. I jeden diabeł wie, czy faktycznie zinternalizowali antycywilizacyjne prikazy, czy też stosują społeczny kamuflaż, by nie odróżniać się in minus od reszty i nie popaść w kłopoty. A może, jest im autentycznie wszystko jedno – stanowią obowiązkowo zadowolone, odurzone dobrobytem społeczeństwa rodem z „Nowego Wspaniałego Świata” Huxleya. Tyle że, jak poskrobać nieco głębiej – spod świecącej, nowoczesnej pozłoty wyłazi zmięta, zniechęcona do wszystkiego, szara masa, duchowych, orwellowskich „proli”.

Z punktu widzenia parnasiarskich doktrynerów to w sumie jeden pies. Grunt, że społeczna inżynieria się kręci. Z dziesięciolecia, na dziesięciolecie. Z pokolenia na pokolenie. Tym łatwiej ich urabiać, im mniej gruntu zostaje pod nogami – im bardziej zanika cywilizacyjne podglebie. Antypedagogika postępu orze niestrudzenie, wprzęgnięta do antycywilizacyjnego pługa.

10) Zakończenie: cywilizacja destrukcyjnych wyrzutków.

Podsumowując, naszkicowane tu zjawiska są dziełem potomków opisanych w pkt.2 destrukcyjnych wyrzutków, których nieposkromiona pycha popchnęła na drogę społecznej inżynierii. Tę społeczną inżynierię wykuwaną na co dzień, na naszych oczach, widzimy w spektaklach mediodajni, w antycywilizacyjnych inicjatywach, w skrupulatnie segregowanych informacjach, w wyjących od autocenzury i starannego dobierania słów wypowiedziach panów/pań z mikrofonami w garści i kamerą skierowaną na fizys.

Tradycyjne wychowanie, rozumiane jako oparta na szacunku kindersztuba, zostało najzupełniej świadomie i celowo zniszczone, po to, by zrobić miejsce na postępową antypedagogikę, będącą funkcją politycznej poprawności, w której nie ma nic pewnego, a która stanowi wielce użyteczny, bo nader giętki, ideologiczny kręgosłup antycywilizacji.

Człowiek pozbawiony własnego, tożsamościowego podglebia jest w stosunku do stosowanych wobec niego indoktrynacyjnych technik bezbronny, niczym samotny liść na wietrze. Jest w stanie tylko gapić się z rozdziawioną gębą na procesy demolujące przestrzeń kulturową, bez świadomości czego tak naprawdę jest świadkiem i jakie mogą być konsekwencje obserwowanych przezeń szaleńczych korowodów.

Nam zaś pozostaje tylko próba ocalenia resztek cywilizacyjnego dobytku, wyniesionego z płonącego, łacińskiego domu.

Gadający Grzyb

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

Linki do moich tekstów o zbliżonej tematyce:

http://niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu

http://niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-2

http://niepoprawni.pl/blog/287/antycywilizacja-postepu-cz-3

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/mala-analiza-ideologii-tolerancjonizmu

http://www.niepoprawni.pl/blog/287/geje-kontra-homoseksualisci

http://niepoprawni.pl/blog/287/wypisy-z-antycywilizacji-postepu-ap-odc-1