Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reset. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reset. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 lipca 2016

Wokół NATO-wskiego szczytowania

W relacjach z Rosją warto się trzymać prostej zasady: siła i zdecydowanie ma walor odstraszający, zaś słabość i chwiejność prowokują do agresji.


I. Szczyt sprzed ośmiu lat

Warszawski szczyt NATO ma spore dane ku temu, by z perspektywy czasu ocenić go jako przełomowy. Oczywiście, ocena ta będzie zależna od różnych zmiennych – głównie od tego w jaki sposób ustalenia na nim zapadłe zostaną wcielone w życie i jaka w dalszej konsekwencji będzie polityka Sojuszu. Ale potencjał jest.

Pierwsze, co przychodzi na myśl, to porównanie ze szczytem, jaki odbył się osiem lat temu w stolicy innego państwa naszego regionu – w Bukareszcie między 2 a 4 kwietnia 2008 r. Wówczas na linii Rosja – Europa Zachodnia panowała atmosfera odprężenia i radosne oczekiwanie na intratne interesy we „wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku”, pieczętowane przygotowaniami do budowy Nord Stream. Polska pod rządami PO wchodziła właśnie na długie lata w orbitę niemieckich wpływów i porzucała regionalne aspiracje, czyli jak ujął to kilka miesięcy później Aleksander Smolar, krytykując prezydenta Lecha Kaczyńskiego - „postjagiellońskie mrzonki”. Rząd Tuska z Radosławem Sikorskim jako szefem MSZ dodatkowo sabotował negocjacje w sprawie flagowego projektu prezydenta George'a W. Busha, czyli Tarczy Antyrakietowej – zarówno ze względu na swego niemieckiego patrona, jak i zwyczajnie na złość Kaczyńskiemu.

Tamten szczyt skończył się jednym wielkim „niczym”. Trzęsący Europą tandem „Merkozy” (kanclerz Merkel i prezydent Francji Sarkozy) storpedował wbrew kończącemu drugą kadencję Bushowi zaoferowanie Ukrainie i Gruzji Planu Działań na rzecz Członkostwa, co dodatkowo zaakcentował gromkim „niet” Władimir Putin podczas spotkania Rady NATO-Rosja 4 kwietnia (Putin przybył do Bukaresztu już 3 kwietnia). Kilka miesięcy później nastąpiła rosyjska agresja na Gruzję, a 15 września 2008 nastąpiło bankructwo Lehmann Brothers zapoczątkowując globalny kryzys finansowy, co walnie przyczyniło się do ograniczenia marzeń o europejsko-rosyjskim kręceniu lodów, zaś jesienią prezydentem został Barack Obama. Już w marcu 2009 na spotkaniu w Genewie sekretarz stanu Hillary Clinton i szef rosyjskiego MSZ Siergiej Ławrow zapoczątkowali politykę „resetu”, symbolicznie potwierdzoną 17 września 2009 rezygnacją z budowy tarczy antyrakietowej, co w praktyce oznaczało wycofanie się USA z aktywnej polityki w naszym regionie i oddanie go pod zarząd Niemcom i Rosji w charakterze „kondominium”. Ponurym pokłosiem powyższego stał się zamach smoleński 10 kwietnia 2010 r.


II. Potencjał jest

Jakże dziś inaczej to wszystko wygląda... Teraz to Barack Obama jest u schyłku swej drugiej kadencji i po licznych, mocno nieprzyjemnych przejściach w rozgrywce z Putinem. Trzeba oddać, że fiasko polityki „resetu” i przerobienie go na szaro przez Putina miało walor otrzeźwiający. Stąd zarówno wyłuskiwanie Ukrainy z rosyjskiej strefy wpływów – plus Niemcy, którym zamarzyło się poszerzenie przestrzeni Mitteleuropy o Kijów, co doprowadziło do nieuchronnego spięcia i „wojny zastępczej” z Rosją – jak i częściowe przełamanie układu NATO-Rosja z 1997 r. Układ ów pod postacią „Aktu Założycielskiego o Wzajemnych Stosunkach, Współpracy i Bezpieczeństwie między NATO a Federacją Rosyjską” wprowadzał na rosyjskie życzenie de facto podział na dwie kategorie członków – pełnowartościowych („starych”) i drugiej kategorii („nowych”). W tych ostatnich państwach miało nie być żadnych poważniejszych instalacji militarnych i przez znaczną część politycznych elit krajów Europy Zachodniej ustalenie to wciąż ma rangę dogmatu utrzymującego wygodną „strefę buforową” w Europie Środkowej.

Dogmat ten właśnie został zakwestionowany poprzez rozmieszczenie w Polsce i krajach nadbałtyckich czterech natowskich batalionów w ramach „stałej, rotacyjnej obecności”. Może to i nieco kulawa formuła wzmacniania „wschodniej flanki Sojuszu”, niemniej można ją uznać za tzw. „dobry początek”, symboliczny przełom zmierzający do równouprawnienia „starych” i „nowych” członków (zresztą, ci „nowi” należą do NATO już od kilkunastu lat), którego zwieńczeniem winny być stałe bazy na wschodniej flance. Ramowymi koordynatorami owej obecności będą: USA w Polsce, Niemcy na Litwie, Kanada na Łotwie i Wlk. Brytania w Estonii. Oczywiście, cztery bataliony nie odstraszą regularnej armii, ale „hybrydowych” zielonych ludzików – owszem. Powtórzę, potencjał jest.


III. Pacyfiści

W tym miejscu warto się odnieść do przeciwników obecności wojsk NATO na naszym terytorium, którzy zdają się nie odróżniać sojuszu od okupacji. Jako argument podnoszone jest prowokowanie Rosji i wplątywanie Polski w jakąś przyszłą wojnę na wzór brytyjsko-francuskich gwarancji z 1939 r. Powiem tak: Hitler uderzył właśnie dlatego, że słusznie uznał alianckie gwarancje za fikcję, nie wierzył nawet, że Wlk. Brytania i Francja zdecydują się wypowiedzieć mu wojnę. Gdyby w 1939 r. stacjonowały w Polsce angielskie i francuskie wojska, to Hitler ze Stalinem dwa razy by się zastanowili zanim zdecydowaliby się zaatakować. I tu jest zasadnicza różnica jakościowa między pułapką z 1939 r., a obecnymi rozwiązaniami.

Po drugie, sprzeciw wobec batalionów NATO jako żywo przypomina wrzaski zachodniego lewactwa z czasów, gdy Ronald Reagan rozmieszczał w RFN Pershingi w odpowiedzi na sowieckie SS-20. Wówczas również wieszczono globalny kataklizm i wołano, iż „lepiej być czerwonym, niż martwym”. Jazgot ten w znacznej mierze finansowany był przez Fundusz Zagraniczny KPZR – ciekawe, jak jest dzisiaj. Tymczasem, w relacjach z Rosją warto się trzymać prostej zasady: siła i zdecydowanie ma walor odstraszający, zaś słabość i chwiejność prowokują do agresji. Wiedział o tym Reagan, nie chcieli wiedzieć uczestnicy wspomnianego na wstępie szczytu w Bukareszcie i Obama z okresu „resetu” - na efekty nie trzeba było długo czekać. Zresztą, to Rosja cyklicznie trenuje atak na Polskę w ramach manewrów „Zapad” i „prewencyjnie” szantażuje nas rakietami, więc o czym tu w ogóle mówić? A przy okazji – już podczas „poszczytowego” posiedzenia Rady NATO-Rosja w Brukseli (na szczeblu ambasadorów), Rosja zrobiła się nagle bardzo konstruktywna w kwestii „incydentów” z naruszaniem przestrzeni powietrznej i lotów bojowych nad Bałtykiem.

No i wreszcie, koncepcja „zbrojnej neutralności” Grzegorza Brauna – czyli Polska ogłasza neutralność na której straży ma stać nasza własna, silna, nowoczesna armia. Nie odrzucałbym jej z góry, ale jest to projekt nawet nie na „jutro”, lecz na „pojutrze”. Dziś na papierze wszystko wygląda pięknie, tylko że aktualnie polska armia jest w rozsypce i miną lata zanim osiągnie zdolność bojową pozwalającą na ochronę naszych granic i przyszłej neutralności. Putin będzie łaskawie czekał? Przypomina to hasła rodem z czasów saskich, kiedy to przyjęto, że słaba, pozbawiona wojsk Rzeczpospolita nie stanowiąca zagrożenia dla sąsiadów jest najlepszym gwarantem, że nas nikt nie zaatakuje. Efekt wiadomy. Słowem – dopóki nie osiągniemy odpowiedniej siły militarnej, NATO jest nam niezbędne do przetrwania.


IV. Zagrożenia

Jednak, oczywiście, nie wszystko musi pójść zgodnie z kierunkiem wyznaczonym 8-9 lipca w Warszawie. Mnie np. niepokoi obecność Bundeswehry na Litwie. Raz – dlatego, że w ten sposób Niemcy zachodzą nas od strony tzw. „przesmyku suwalskiego” i jakoś tak dziwnie zbliżają się do „ziem utraconych” w dawnych Prusach Wschodnich. Dwa – idę o zakład, że Litwa pod niemieckim parasolem ochronnym kompletnie już przestanie się z nami liczyć i przystąpi do wzmożonego przykręcania śruby polskiej mniejszości, a że litewski nacjonalizm historycznie jest proniemiecki, to i kolaboracja będzie bardziej owocna – może chociażby na wzór ukraińskich neobanderowców odżyć w przestrzeni publicznej spuścizna Szaulisów. Trzy – Niemcy wciąż, zachowując pozory lojalnego członka NATO, w dużej mierze grają „na Rosję”. Wystarczy przypomnieć słowa szefa MSZ Franka-Waltera Steinmeiera o manewrach „Anakonda” jako o „potrząsaniu szabelką”. Swoją drogą – skąd my znamy tę retorykę... W tym kontekście powstaje pytanie – jak zachowa się niemiecki batalion w przypadku wkroczenia na Litwę „zielonych ludzików”? Doprawdy, wolałbym, by akurat niemiecka armia pozostawała za Odrą, choć widok cesarzowej Angeli, przyzwyczajonej do brylowania w międzynarodowym towarzystwie, a w Warszawie schowanej gdzieś w drugim szeregu i robiącej dobrą minę do złej gry, był sam w sobie wielce przyjemny.

Kolejna rzecz, to wybory w USA i pytanie, w którą stronę pokieruje Sojusz kolejny prezydent. Przypomnę, że Hillary Clinton stała za poronioną polityką „resetu”, zaś Donald Trump to izolacjonista – żadna z tych opcji nie wróży dobrze. I tu pojawia się kwestia – na ile „siła instytucjonalna” NATO i zapadłe ustalenia skorygują zapędy Clinton/Trumpa, na ile zaś przyszły prezydent wróci w utarte koleiny „konstruktywnego dialogu” z Rosją kosztem naszego regionu i zacznie się wycofywać rakiem z warszawskich decyzji?

Podsumowując, szczyt NATO w Warszawie był sukcesem – póki co, doraźnym i taktycznym. Czy będzie również sukcesem długofalowym, wkrótce się okaże.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 29 (20-26.07.2016)

czwartek, 11 lutego 2010

Człowiek – porażka.


Obama pod każdym względem – mentalnym, intelektualnym, ideowym, pozostaje na poziomie campusowego lewaka.

Ronald Reagan powiedział kiedyś coś w tym guście (cyt. z pamięci): „Widziałem młodych ludzi z transparentami Make Love, Not War. Moim zdaniem, nie nadają się ani do jednego, ani do drugiego”.

Powyższa kwestia dźwięczy mi nachalnie między uszami, gdy obserwuję spektakularne fiaska kolejnych „resetów” w polityce zagranicznej Obamy.

Chiny.

Oto czytam, że władze Chin w bezprecedensowy sposób zrugały prezydenta USA niczym uczniaka, za dostarczenie broni Tajwanowi. (Zresztą, cała zasługa Obamy polega na tym, że wywiązał się ze zobowiązania podjętego jeszcze przez G.W. Busha). Na nic zdało się unikanie niczym ognia spotkania z Dalajlamą, czy ugodowe do groteski stanowisko prezentowane podczas wizyty w Pekinie. Celów gospodarczych (np. odstąpienia przez Chiny od sztucznie zaniżonego kursu juana) nie osiągnął, za to przekonał Chińczyków, że z tym mięczakiem mogą pozwolić sobie na wiele więcej, niż do tej pory.

Rosja.

Jeszcze cięższy policzek Obama zainkasował od Rosji, która niedawno ogłosiła swą nową doktrynę obronną. Owszem, rezygnacja z bushowskiej tarczy antyrakietowej spotkała się początkowo na Kremlu z pomrukami zadowolenia, ale doktryna wojenna Rosji nie pozostawia złudzeń. Co my tam mamy? Spójrzmy: wrogiem nr 1 jest NATO (czyli, w praktyce, USA), przyjęcie możliwości prewencyjnego ataku jądrowego (również w przypadku konfliktu lokalnego, czy wojny konwencjonalnej), brak zgody na rozszerzenie Sojuszu (czyli de facto zgłoszenie roszczenia do własnej strefy wpływów obszarze posowieckim), brak zgody na instalacje antyrakietowe (czyli również na koncepcję „nowej tarczy” Obamy) i wiele innych podobnych śliczności.

Taka jest odpłata Rosji za gotowość Obamy na nowy układ START i cięcie wydatków Pentagonu. Najwyraźniej, Moskwa skalkulowała sobie, że facio, którego znaczną część światopoglądu stanowi spuścizna ruchów pacyfistycznych utrzymywanych przez ZSRR, nawet nie kwiknie pod adresem Rosji, tak jak nie kwiknęli pod adresem Sowietów jego kontrkulturowi poprzednicy.

Iran.

Kolejne jaja mamy z Iranem. Ajatollahowie i prezydent Ahmadineżad zabili śmiechem popiskiwania Obamy, wzywające do rozmów i zapewniające o wyciągniętej dłoni, tudzież gotowości do współpracy. Zamiast tego, rozzuchwaleni i bardziej niż do tej pory przekonani o swej bezkarności, pracują nad wzbogacaniem uranu (mają powstać nowe ośrodki wzbogacania) i z większą niż do tej pory determinacją prą do uzyskania broni jądrowej. Właśnie świeżutko, przy okazji Święta Rewolucji, mieliśmy kolejny przykład. Ahmadineżad ogłosił, że Iran „jest państwem atomowym” (tu mu wierzę), choć nie planuje broni jądrowej (i tu mu nie wierzę).

Jak tak dalej pójdzie, to niedługo broń atomowa stanie się w rękach mułłów kolejnym narzędziem jihadu przeciw szatańskiemu Zachodowi, zaś Obama będzie zapewniał po staremu o swej „woli współpracy”.

***

Opisane pokrótce przykłady świadczą o kompletnej nieznajomości mentalności reżimów z którymi amerykański prezydent (prezio?) uparł się „resetować” stosunki. Ciekawe, czy jest w stanie kiedykolwiek pojąć, że ten wschodni typ mentalności opiera się na języku siły, zaś każdy przyjazny gest, każda niewymuszona „zachęta” czy oznaka „dobrej woli” traktowana jest jako przejaw słabości, niezdecydowania, czy wręcz uległości i prowokuje do utwardzenia stanowiska, eskalacji żądań…

Prawa człowieka.

Tyczy się to również praw człowieka, które Obamie ponoć tak bardzo leżą na sercu.

Włodzimierz Bukowski w swej książce „I powraca wiatr” opisał pewną prawidłowość: ilekroć Zachód utwardzał kurs wobec ZSRR, skutkowało to względnym poluzowaniem wewnętrznych rygorów – mniejsze represje, mniej wsadzanych do łagrów i psychuszek, krótsze wyroki, poprawa warunków w więzieniach… i odwrotnie – gdy Zachód proklamował „odprężenie”, „poprawę wzajemnych relacji” itp., w Związku Radzieckim momentalnie na powrót dokręcano śrubę „politycznym”.

Tę prawidłowość można dziś zaobserwować zarówno w Chinach (w odpowiedzi na pojednawcze gesty Obamy… nie wypuszczono z więzienia ani jednego dysydenta, co było regułą przy poprzednich wizytach amerykańskich prezydentów), jak i w Iranie (erupcja krwawych represji wobec przeciwników Ahmadineżada). W Rosji – wiadomo, po staremu.

Tak więc, w kwestiach humanitarnych – również porażka.

***

Dodając do siebie wszystkie powyższe klapy, wygląda na to, że jednym z głównych skutków obecnej prezydentury będzie upadek międzynarodowego prestiżu Stanów Zjednoczonych na skalę nie pamiętaną od czasów Jimmy’ego Cartera.

Campusowy lewak.

Obama pod każdym względem – mentalnym, intelektualnym, ideowym, pozostaje na poziomie campusowego lewaka. Z całym duchowym „dobrodziejstwem inwentarza” – w którym poczesną rolę odgrywa oszalały pacyfizm i reszta poprawnościowej dogmatyki. Za to zresztą (bo za cóżby innego?) dostał Nobla. Na domiar złego, wszystko to skorelowane jest z przemożnym poczuciem misji i charakterystycznym dla lewicy całego świata przeświadczeniem o własnej, moralno – intelektualnej wyższości, której nie wiedzieć czemu nie chce uznać zacofany motłoch.

Z czasem, gdy rozwój sytuacji międzynarodowej go do tego zmusi, zdobędzie się zapewne na ostrzejsze kroki wobec światowych watażków, ale osobiście nie mam złudzeń – będzie to co najwyżej doraźna szamotanina, bez żadnej myśli przewodniej, podszyta nie ustającym zdziwieniem, dlaczego adresaci nie reagują należycie na kolejne gesty i zapewnienia o gotowości do dialogu. Do tego różne lewicowe salony będą go podgryzać za „sprzeniewierzenie się” Pokojowemu Posłannictwu… Krótko mówiąc – nowych sojuszników Ameryka nie zyska (bo kogo – Rosję? Chiny? Co do Europy – UE zaledwie toleruje dziś USA, a i to jedynie ze względu na osobę prezydenta i politykę, której fiasko się właśnie unaocznia), a starych może utracić.

Gdyby tego rodzaju fircyk stał na czele Belgii, czy innego Luksemburga, można by machnąć ręką – nie nasz kłopot. Ale gdy podobna figura staje na czele światowego mocarstwa z ambicjami do ustalania globalnego porządku, wówczas wszyscy mamy problem. Całe szczęście, że mimo nieustającej klaki czołowych mediów, popularność Obamy (zwłaszcza wśród tzw. wyborców niezależnych) leci na łeb na szyję, co daje nadzieję, że szaleństwo jego rządów nie przekroczy jednej kadencji.

Obama – no, you can’t!.

Gadający Grzyb

P.S. Celowo nie pisałem tu o Afganistanie, bo to nieco inna bajka. Wysłanie tam dodatkowych żołnierzy to jedno. Pytanie, co Obama zrobi, by wygrać. Pod jego rządami można się bowiem spodziewać „resetu afgańskiego”, tzn. powtórki z Wietnamu – prowadzenie wojny na pół gwizdka, zakończone rejteradą pod byle pretekstem, pozwalającym doraźnie „zachować twarz”. A po kilku latach świat znów będzie miał ból głowy z afgańskim rozsadnikiem terroryzmu.

Inne moje notki, o Obamie:

www.niepoprawni.pl/blog/287/gdzie-nas-ma-obama

www.niepoprawni.pl/blog/287/zabawy-z-noblem