Pokazywanie postów oznaczonych etykietą totalitaryzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą totalitaryzm. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2018

Wielka Brytania – państwo lewackiego faszyzmu

Czy brytyjskie władze wysłuchają petycji ws. Tommy'ego Robinsona? Czy też może liczą po cichu, że problem niepokornego aktywisty sam się „rozwiąże”?

I. Gag order

Kiedy niedawno opisywałem na łamach „Warszawskiej Gazety” mord sądowy dokonany rękami lekarzy na Alfiem Evansie, nazwałem Wielką Brytanię „lewackim imperium zła”. Sprawa skazanego na 13 miesięcy więzienia Tommy'ego Robinsona pokazuje, że w tym określeniu nie było cienia przesady – więcej, dzisiejszy Albion to kraj szalejącego, lewackiego faszyzmu, którego oficjalną doktryną stały się najdziksze odloty z zakresu political correctness. Hołdują im (lub boją przeciwstawić, co na jedno wychodzi) wszystkie liczące się ugrupowania polityczne z rzekomymi „konserwatystami” włącznie, zaś na straży ideologicznego zamordyzmu postawiono instytucje publiczne, wraz z państwowym aparatem przemocy i wymiarem sprawiedliwości.

Tommy Robinson (własc. Stephen Yaxley-Lennon) – znany brytyjski aktywista społeczny, założyciel English Defence League i dziennikarz obywatelski – naraził się tym, że relacjonował sprzed budynku sądu w Leeds za pomocą smartfona proces gangu pakistańskich gwałcicieli. Uczynił to wbrew sądowemu zakazowi informowania (tzw. gag order) – jest to specyficzne dla Wysp rozwiązanie prawne pozwalające sądowi nałożyć swoisty knebel informacyjny, jeśli podawanie wiadomości o procesie mogłoby zdaniem sędziego wpłynąć na jego przebieg, np. poprzez wywieranie presji społecznej. Swoją drogą, nie za dobrze świadczy to o odporności psychicznej i „niezawisłości” tamtejszych sędziów – ale jakoś organizacje międzynarodowe i NGO'sy tak wyczulone na poziom praworządności w Polsce i na Węgrzech oraz na kwestię transparentności, dziwnym trafem przechodzą nad tym do porządku dziennego.

W każdym razie, Robinson złamał gag order – a że w jego przypadku była to recydywa, to z miejsca został zapakowany przez policję do radiowozu i odwieziony na „dołek”. Należy podkreślić, że jego obecność w żaden sposób nie wpływała na to, co dzieje się na sali rozpraw – nie nawoływał do zamieszek, nie próbował wszczynać awantur. Mimo to, nastąpił ekspresowy proces (w ciągu doby od zatrzymania), w którym jako się rzekło, zasądzono mu trzynaście miesięcy więzienia. I tu uwaga – w przypadku tego wyroku sąd również zarządził zakaz informowania o sprawie. Żadne brytyjskie medium – gazeta, telewizja, radio, portal internetowy – nie miało prawa poinformować opinii publicznej nie tylko o przebiegu rozprawy, ale nawet o samym fakcie skazania! Okazało się, że jeden facet z telefonem komórkowym stanowi śmiertelne zagrożenie dla porządku publicznego i brytyjskiego systemu sprawiedliwości.


II. Pełzający totalitaryzm

Na pierwszy rzut oka, mamy tu konflikt wartości – z jednej strony prawidłowy proces, który ponoć byłby narażony na szwank poprzez upublicznianie jego przebiegu. Z drugiej jednak mamy wolność słowa i prawo do informacji – fundamentalne swobody obywatelskie, którymi szczyci się „najstarsza demokracja świata”. Tyle, że jest to konflikt pozorny – instytucja gag order, pierwotnie mająca stronom postępowania zagwarantować uczciwy i bezstronny proces, uległa w systemie wyspiarskiego sądownictwa wynaturzeniu i dziś służy przede wszystkim do zamykania ust. Ten wybieg jest np. stosowany nagminnie w sprawach o odebranie dziecka rodzicom i przekazanie go pod nadzór wszechwładnej opieki społecznej (dla „dobra dziecka” oczywiście) – co w tamtejszych realiach może się przydarzyć każdemu i pod byle pretekstem. Skrępowani sądowym nakazem milczenia rodzice nie mają prawa nawet nagłośnić swojej krzywdy – bo narażają się na sankcję karną. Innymi słowy, gag order jest po prostu rodzajem prewencyjnej (i represyjnej zarazem) cenzury, często skrywającej stronniczość sędziów. Zatem nie mamy tu konfliktu równorzędnych wartości, lecz starcie wolności z instytucjonalnym, nakładanym „po uważaniu” kagańcem. A to jest już cechą systemów totalitarnych.

Oczywiście, totalniactwo brytyjskie (podobnie, jak resztę zalewaczonego Zachodu) charakteryzuje „rozwodnienie” - nikt nie dekretuje nowego systemu oficjalnie, jest on zaprowadzany stopniowo i tylnymi drzwiami, metodą „gotowania żaby”. Jednak skutek – przy zachowaniu całego demokratycznego sztafażu – jest taki, że w kluczowych momentach wszystkie zainteresowane organy stają w zwartym szeregu i wykazują się ideologiczną dyscypliną godną kompartii – to zaś przekłada się na konkretną politykę państwa.


III. Ofiary multi-kulti

W interesującym nas tu przypadku, państwo brytyjskie, hołdujące lewackim urojeniom spod znaku wojującego tolerancjonizmu, multi-kulti, walki z „mową nienawiści” itp. wykazywało się absolutnie świadomą i celową indolencją w kwestii działających w poczuciu bezkarności imigranckich gangów sutenerów i gwałcicieli. Prym wiedli tutaj Pakistańczycy – ich grupy przestępcze funkcjonowały bez przeszkód całymi latami w Newcastle, Rotherham, Rochdale, Oxfordzie, Telford, Derby, Keighley, Peterborough... Liczba ofiar szła w tysiące. Nieletnie dziewczęta gwałcono i zmuszano do prostytucji przy całkowitej bierności lokalnych władz i policji bojących się panicznie oskarżeń o „islamofobię”. Policja niemal każdorazowo uznawała ofiary za „niewiarygodne” i odsyłała dziewczyny z kwitkiem – sprawę ułatwiał fakt, że często pochodziły z nizin społecznych, zatem stereotypowo uznawano je za zwykłe „puszczalskie”. Dopiero, gdy wzburzenia miejscowych społeczności nie dało się już dłużej ignorować, przystąpiono do działania – miejsce miały pierwsze procesy i wyroki (często brak o nich bliższych informacji ze względu na nagminnie stosowany gag order). Były to jednak akcje ewidentnie wymuszone, wokół których budowano medialną atmosferę niedomówień – np. określając sprawców jako „azjatyckich gangsterów” (jużci, Pakistan leży w Azji), bądź w ogóle nie informując o ich etnicznej przynależności, by nie szkodzić „jedności społeczeństwa”. Słów „islam” czy „muzułmanie” wystrzegano się jak ognia – co jest o tyle bulwersujące, że sami gwałciciele często nie kryli, że kierowały nimi pobudki religijne: w ich oczach nastolatki prowadzące się i ubierające „nieskromnie” nie zasługiwały na nic innego, niż na gwałt. Zazwyczaj zbiorowy.

Jednocześnie głównym „zagrożeniem” zdiagnozowanym przez brytyjskie władze stali się „prawicowi ekstremiści” - czyli ci, którzy ośmielali się głośno artykułować swój sprzeciw. W konsekwencji, w ostatnim czasie na wielomiesięczne kary więzienia skazani zostali m.in. przywódcy antyimigracyjnego ugrupowania Britain First - Paul Golding i Jayda Fransen. Ich skazano za „szerzenie nienawiści na tle religijnym i światopoglądowym”. Na Tommy'ego Robinsona, jak widać, udało się znaleźć inny paragraf – złamanie „świętego” gag order. Dodatkową sankcją „prywatną” było natychmiastowe skasowanie profili ww. „ekstremistów” przez media społecznościowe na których się udzielali. Partnerstwo publiczno-prywatne w pełnej krasie.


IV. Wyrok śmierci?

Jak można było się domyślać, przypadek Robinsona nie zainteresował różnych zawodowych obrońców praw człowieka w rodzaju Amnesty International (wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby w Polsce potraktowano w ten sposób jakiegoś kodziarza, albo „ubywatela RP”). Na szczęście, obudziło się (wreszcie!) brytyjskie społeczeństwo. Protest przeciw zakazowi informowania o skazaniu działacza zgromadził na ulicach Londynu w ostatni weekend maja wielotysięczne tłumy – w efekcie, gag order został cofnięty i o sprawie Robinsona można już mówić legalnie. Wciąż jednak pozostaje w więzieniu – i tu dochodzimy do kolejnego aspektu wydarzeń. Tommy Robinson jest postacią powszechnie znaną, a w angielskich więzieniach muzułmanie stanowią dominującą liczebnie i bardzo agresywną grupę – Paul Golding zdążył już przypłacić pobyt za kratkami ciężkim pobiciem. Oznacza to, że ponad rok w takim otoczeniu może dla Robinsona oznaczać tak naprawdę wyrok śmierci. Dlatego też trwa społeczna akcja zbierania podpisów pod petycją o jego uwolnienie. Czy brytyjskie władze wysłuchają? Czy też może liczą po cichu, że problem niepokornego aktywisty sam się „rozwiąże”?

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Wielka Brytania – lewackie imperium zła


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 23 (08-14.06.2018)

wtorek, 26 maja 2015

Braun jako monarcho-faszysta

Zwracam się do cadyków z „Wyborczej”: proszę o konsekwencję i nazywanie Brauna „monarcho-faszystą”. Wtedy historia chichocząc zatoczy piękne koło.

Grzegorz Braun wygrał proces z „Wyborczą”, ta zaś musiała opublikować na swych łamach przeprosiny. Poszło o pamiętną wizytę ówczesnego kandydata na prezydenta w radiu Tok FM, podczas której Braun, jak to się mówi, „zmasakrował” duet prowadzących, czyli Jana Wróbla razem z tą drugą. Efektem była fala publicystycznego hejtu, w ramach której błysnął m.in. prof. Marcin Król, twierdząc, że przeciwnicy ustroju demokratycznego powinni mieć zakaz startowania w demokratycznych wyborach. Owo polowanie na „wrogów ustroju” nie jest pierwszym tego typu wyskokiem pana profesora, u którego co i rusz spod uniwersytecko-liberalnej maski wyłazi ponura gęba totalniaka. On to bowiem publicznie wzywał do rozprawy z pisowską opozycją nawet jeżeli nie będzie ona zgodna z prawem”. Po maczugę polemiczną sięgnął również Maciej Stasiński, imputując Braunowi w redakcyjnym komentarzu „faszyzm”. I tu się pan redaktor z „GWiazdy śmierci” naciął, bowiem Grzegorz Braun od dłuższego już czasu może pochwalić się urzędowym glejtem, iż faszystą nie jest. Złożył mianowicie w 2013 roku do wrocławskiej prokuratury autodenuncjację w której wnioskował o zbadanie, czy faktycznie propaguje faszyzm, tj. popełnia przestępstwo z art.256 kodeksu karnego. Prokuratura koniec końców umorzyła postępowanie, zatem Braun wedle oficjalnego stanowiska właściwego państwowego organu nie jest faszystą.

Nie wiem, czy warszawski Sąd Okręgowy sugerował się opinią prokuratury z Wrocławia, niemniej podzielił jej stanowisko i procedując w trybie wyborczym nakazał „GW” przeproszenie kandydata. I tutaj dopiero zaczęła się prawdziwa jazda. „Wyborcza” w histerycznym tonie ogłosiła, że wprawdzie zastosuje się do wyroku, lecz Braun choćby nie wiadomo co faszystą jest i basta, zaś sąd knebluje wolność słowa. Ja rozumiem, że „GW” nie jest przyzwyczajona do przegrywania jakichkolwiek procesów, szczególnie z tzw. „oszołomami”, których notorycznie spotwarza, lecz erupcja wściekłości jaką uraczyła czytelników przy okazji tej porażki jest czymś ponadnormatywnym nawet jak standardy Czerskiej i pokazuje do jakiego stopnia Braun swą kampanijno-medialną aktywnością zalazł organowi „Agory” za skórę.

Warto przy tej okazji pochylić się nad opiniami dwóch historyków – prof. Włodzimierza Borodzieja i dr Piotra Osęki, twierdzącymi, iż poglądy Brauna wyczerpują znamiona faszyzmu, bowiem faszyści m.in. mówili o spiskach, zdradzie elit, byli antydemokratami oraz antysemitami. Mniejsza już o to, że obaj uczeni w piśmie mieszają faszyzm i niemiecki narodowy socjalizm, chociaż to też kompromitacja. Gorzej, że oba gazetowyborcze autorytety kompletnie mylą porządki – odnoszę wrażenie, że w pełni świadomie.

Otóż istotą faszyzmu nie jest to, że ktoś nie lubi, bądź wręcz nienawidzi Żydów, masonów, czy kogo tam jeszcze i wygłasza spiskowe tezy. Jest to jedynie pewien zestaw poglądów który może funkcjonować niezależnie od ustroju, jakiego dana osoba jest zwolennikiem. O globalnych spiskach oraz politycznych mackach Izraela perorują również zawzięci lewacy – zwłaszcza na zachodzie Europy. Istotą faszyzmu i szerzej – totalitarnego myślenia – jest gloryfikacja omnipotencji państwa, przede wszystkim w stosunku do obywateli, tudzież ich działalności. „Dla faszystów wszystko jest w Państwie i żadne indywiduum ani grupa nie może być poza państwem” - pisał Giovanni Gentile. „Wszystko w Państwie, nic poza Państwem, nic przeciw Państwu” - dodawał Mussolini. I tu jest sedno sprawy, nie w tropieniu Żydów. W tym ujęciu faszystowska jest współczesna „liberalna” demokracja przebierająca chłopców w sukienki w imię doktrynalnych szaleństw genderyzmu, państwo każące wbrew woli rodziców wysyłać do szkół sześciolatki, czy wspomniane wyżej opinie prof. Króla. Dołóżmy jeszcze połajankę prof. Mirosława Wyrzykowskiego, który nagle wbrew dotychczasowej linii „Wyborczej” objawił światu, że wyroki sądów jak najbardziej można – a wręcz należy – komentować i krytykować, zaś nieprawomyślnego sędziego powinien „spotkać intelektualny ostracyzm”. Co więcej - „trzeba na niego oddziaływać, by się więcej nie pomylił”. Ale to akurat „Wyborczej” się podoba...

Każdy kto zna wolnościowo-monarchistyczne poglądy Brauna, ostrzegającego, że jeśli nie wymodlimy sobie króla, to w końcu weźmie nas za twarze ordynarna junta, zdaje sobie sprawę, iż oskarżanie go o faszyzm jest absurdem. Ale przecież nie o to chodzi. „Faszyzm” w publicystyce salonowszczyzny ma funkcję stygmatyzującą i oznacza tyle, że „faszystą”, w zależności od potrzeb jest każdy, kto występuje przeciw porządkowi III RP oraz obozowi jej beneficjentów. Na podobnej zasadzie „faszystami” w stalinowskiej propagandzie byli wszyscy nie-stalinowcy - choćby socjaldemokraci określani mianem „socjalfaszystów”. Znać tu starą, dobrą szkołę KPP. Zatem - zwracam się do cadyków z „Wyborczej” - proszę o konsekwencję i nazywanie Brauna „monarcho-faszystą”. Wtedy historia chichocząc zatoczy piękne koło.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1702-pod-grzybki-4

Na podobny temat:

„Bezprawie w służbie demokracji

„Braun zebrał podpisy, Grzesik dostał piany”

„Grzegorz Braun – ulubieniec Temidy”

„Katofaszysta Grzegorz B.”

„List Otwarty w obronie Grzegorza Brauna”

„Prawicowi celebryci a sprawa Grzegorza Brauna”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (22-28.05.2015)

niedziela, 13 lipca 2014

Pełnomocnik Lucyfera na Polskę

By wizja prof. Hartmana zatriumfowała, należy wyrugować konkurencyjne systemy normatywne - z Dekalogiem na czele.

I. Zemsta Jasnogrodu

Nagonka na profesora Bogdana Chazana nie jest, jak próbują to przedstawiać niektórzy komentatorzy, zabiegiem socjotechnicznym Platformy mającym odwrócić uwagę publiki od problemów rządu Tuska i afery taśmowej. Owszem, PO się do polowania ochoczo podłączyła, wykorzystując do tego celu państwowe instytucje i licząc właśnie na efekt „tematu zastępczego”, jednak źródło tkwi moim zdaniem gdzie indziej. Jest to mianowicie zemsta ideologicznego establishmentu III RP za „deklarację jasnogórską”. Ówże establishment jak wiemy od ćwierćwiecza trudzi się nad wykorzenieniem Polaków, którzy by stać się europejczykami mają „wyrzec się swej polskości”. Aby tak się stało, należy przede wszystkim zniszczyć, lub przynajmniej zmarginalizować wpływ Kościoła i głoszony przezeń system wartości.

Nic więc dziwnego, że ogłoszenie „Deklaracji wiary lekarzy” podpisanej przez ok. trzy tysiące przedstawicieli zawodów medycznych wywołało zbiorowe wycie demonów ulokowanych w piekielnych kręgach mediodajni i uniwersyteckich katedr. Szczególną wściekłością zareagował profesor Jan Hartman, co do którego żywię silne podejrzenie, iż jest osobistym pełnomocnikiem Lucyfera na Polskę. Imię „Lucyfer” oznacza bowiem „Niosący Światło” (łac. lux – światło, ferre – nieść) i profesor Hartman niosąc pochodnię nieubłaganego Postępu niestrudzenie indoktrynuje nas właśnie w takim demonicznym duchu. Zwrócę przy tym uwagę, że czyni to ze wzmożoną zajadłością od kiedy został prominentnym członkiem-założycielem loży B'nai B'rith Polin i jej wiceprzewodniczącym, zupełnie jakby z tego tytułu otrzymał jakieś nadzwyczajne plenipotencje.

II. Anty-deklaracja Hartmana

Ponieważ rzeczą diabelską jest parodiowanie, wykoślawianie i negowanie dzieła Bożego, toteż i profesor Hartman nie uchylił się od tego szatańskiego obowiązku. W odpowiedzi na „Deklarację wiary lekarzy” spłodził on mianowicie „Deklarację obywatelską” w której otwartym tekstem zanegował prawo lekarzy, funkcjonariuszy publicznych i pozostałych przedstawicieli zawodów zaufania publicznego do posiadania własnego sumienia. To znaczy, teoretycznie sumienie każdy może posiadać, czemu nie, jednak wyciąganie z faktu posiadania sumienia jakichkolwiek konsekwencji podczas pełnienia obowiązków zawodowych ma być surowo zakazane pod groźbą sankcji karnych. Innymi słowy, sumienie ma być systemowo łamane, czyli w praktyce – unieważnione. Oznacza to, jak łatwo zauważyć, aborcję sumienia a w efekcie – także duszy, co miłośnikom Oświecenia musi być szczególnie miłe. Jako że utrzymują oni, iż duszy nie posiadają, zatem grzechem przeciw postępowej doktrynie równości i sprawiedliwości byłoby, gdyby jedni ludzie byli posiadaczami duszy i sumienia, a inni – nie. Profesor Hartman postanowił więc ową nierówność zapobiegliwie zlikwidować, tak by nikt nie mógł dostąpić zbawienia i koniec końców wszyscy ludzie w braterskim uścisku trafili do tego samego piekielnego kotła.

W preambule do swej anty-deklaracji prof. Hartman pisze: „Sygnatariuszom osławionej „Deklaracji Jasnogórskiej” polecam wzięcie do lewej ręki swojej żałosnej fanatycznej elukubracji, rodem z czasów inkwizycji i stosów, a do prawej tego, co tu przedstawiam. Oto miara waszego zacofania i waszej zdrady wobec obywatelskiej powinności.” Dalej jest już tylko lepiej i weselej („Życie stało się lepsze, towarzysze, życie stało się weselsze”). Spójrzmy: „Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej i wartości, na których opierają się zawarte w niej normy, jak również prawo RP i przepisy regulujące wykonywane przez nas zawody są podstawą naszej działalności zawodowej oraz etosu, który wypełnia tę działalność treścią moralną” - pisze w pierwszym punkcie nasz delegat piekieł. Radzę się dobrze wczytać w ten fragment oznacza on bowiem w tłumaczeniu z polskiego na nasze, że źródłem etosu a co za tym idzie – moralności („treść moralna”) są przepisy prawa – jakie by one nie były. Moralne jest to, co zgodne z prawem, cała reszta zaś to prywatne przekonania nie mające nic do rzeczy, albowiem potencjalni sygnatariusze w punkcie drugim deklarują, iż nie będą przedkładać „innych systemów normatywnych (np. prawa religijnego czy też prawa obcego państwa) ponad prawo polskie”. Punkt trzeci natomiast głosi, że „Jesteśmy świadomi faktu, że życie moralne społeczeństwa opiera się na publicznie obowiązujących normach, których wyrazem jest między innymi prawo, nie zaś na najsilniej nawet ugruntowanych przekonaniach jednostek”, dalej zaś jest o tym, że w przypadku konfliktu sumienia orzekać ma „zwierzchność” tudzież odpowiednie organy. Jak łatwo zauważyć, jeśli „zwierzchność” lub „organy” każą lekarzowi abortować dziecko, to lekarz ma schować mordę i sumienie w kubeł i ze śpiewem na ustach przystąpić do skrobanki. Potem jest jeszcze sporo rytualnych zaklęć o tolerancji, demokracji, równości, wolności i innych ślicznościach, jednak clou deklaracji zawarte jest właśnie w trzech pierwszych punktach, intentio legis zaś wyłożone mamy w cytowanym wyżej fragmencie preambuły.

III. Program cywilizacji śmierci

Co to oznacza? Otóż mamy dokument proklamujący rodzaj laickiego totalitaryzmu lekko tylko skryty za demokratycznymi pozorami, co zresztą przewidział papież Jan Paweł II mówiąc w proroczym natchnieniu, że „demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”. Profesor Hartman przedstawia nam zatem tekst programowy cywilizacji śmierci, której wyznawcy mają się wyrzec jednego z podstawowych darów Bożych, czyli wolnej woli, przedkładając nad nią posłuszeństwo wobec prawa stanowionego. Tego typu stanowisko wynika wprost z doktryny pozytywizmu prawniczego, głoszącej iż prawo funkcjonuje niezależnie od norm moralnych. Prawem jest to, co zostało uchwalone jako prawo, koniec kropka. Doktryna ta legła u podstaw dwudziestowiecznych systemów totalitarnych z narodowym socjalizmem i komunizmem na czele. Jak pamiętamy, hitlerowscy zbrodniarze przyjmowali linię obrony mówiącą, że jedynie stosowali się do obowiązującego prawa, względnie „tylko wykonywali rozkazy”. Rodzimi esbecy również twierdzą, że byli przecież legalnymi funkcjonariuszami legalnej państwowej służby. Dokładnie tego samego podejścia wymaga od nas profesor Hartman i wątpię, by jako filozof nie zdawał sobie z tego sprawy.

Jaką treścią ma zamiar nasz agent Lucyfera wypełnić projektowany Nowy Wspaniały Świat? Tu należy się odwołać do krążącego po sieci wywiadu, którego udzielił kiedyś Grzegorzowi Miecugowowi w programie „Inny punkt widzenia”. Oto cytaty:

„Jeśli człowiek może coś poddać regulacji i swojej władzy racjonalnej, to prędzej czy później tak się stanie. Będzie uważane za coś niemoralnego i niewłaściwego zdawać się na przypadek. W prokreacji prawdopodobnie ustali się etyczny standard, że prokreacja powinna być odpowiedzialna, a więc przebiegać pod kontrolą etyczną. (...) Nie ma żadnej oczywistości moralnej na rzecz przewagi moralnej którejkolwiek strony alternatywy: prokreacji całkowicie dowolnej, zdanej na przypadek i prokreacji ograniczonej i kierowanej. Nie ma tu żadnej oczywistej intuicji moralnej, że jedno jest lepsze od drugiego. Sądzę, że taka eugenika prewencyjna stanie się za jakiś czas standardem, a poza tym, ludzie mogąc wpływać na cechy swojego potomstwa, co najmniej na płeć, a pewnie na różne inne cechy, być może będą się na to decydować, chociaż może się to nam nie podobać.”

„To nam się wydaje próżne i paskudne, ale trzeba odróżnić swoje intuicje, czy jakieś odczucia, czy wrażenia od porządku przewidywania. Możemy przewidywać, że to przestanie być w wielu kręgach uważane za niewłaściwe, niestosowne, małoduszne, małostkowe i że ludzie się będą na to decydować, i że będzie przybywać ludzi udoskonalonych genetycznie. Nadal jeszcze ludzi. Może w przyszłości także istot, które będą bardziej zmanipulowane genetycznie, nie będą podpadały pod gatunek człowieka. Z tym też się musimy liczyć, w końcu gatunek ludzki istnieje niedługo”. (cytaty za redakcją Marzeny Nykiel)

***
Mamy więc założenia formalno-instytucjonalne, wyrażone w „Deklaracji obywatelskiej”, oraz treść, którą mają być wypełnione. Jednak, by wizja prof. Hartmana zatriumfowała, należy, zgodnie z totalniackim duchem, wyrugować konkurencyjne wobec państwa systemy normatywne, z Dekalogiem na czele. O to właśnie toczy się gra. Czy w świetle powyższego może zatem dziwić los profesora Chazana i retoryka oraz zestaw argumentacyjny które towarzyszą nagonce? Boże, chroń nas przed „państwem filozofów”...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/zgorszenie-dla-%C5%BCyd%C3%B3w-i-g%C5%82upstwo-dla-pogan#.U8FYeUDd7uB

http://niepoprawni.pl/blog/287/czarne-oceany-prof-hartmana