Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faszyzm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą faszyzm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

Guy Verhofstadt: liberalny bolszewik

Verhofstadt jest ucieleśnieniem systemu unijnej biurokracji – takim wyżywającym się na mównicy kieszonkowym, liberalnym Hitlerkiem.


I. Kieszonkowy Hitlerek

Mamy szczęśliwie za sobą kolejną odsłonę „grillowania Polski”. Podczas rytualnej pogaduchy w Parlamencie Europejskim premier Morawiecki opowiedział europosłom o istotnych problemach Europy (kryzys migracyjny, raje podatkowe okradające inne państwa, dominacja kapitału nad pracą przejawiająca się w malejącym udziale płac w PKB – i takie tam, pomniejsze sprawy). Rzecz jasna, eurodeputowanych to nie interesowało. Nie takie mieli zadanie. Ich zadaniem było wyrażać troskę o stan polskiej praworządności – więc uwijali się niczym dobrze odkarmione pszczółki. Warto przy okazji nadmienić, iż debata miała dotyczyć przyszłości Unii Europejskiej. Może eurodeputowani nie mieli na ten temat nic do powiedzenia? Może nie dostali instrukcji? Mieli za to wyraziste wytyczne co do polskiej praworządności. Najwyraźniej taki teraz rozkaz, by krytykować - więc krytykują, wykazując się przy tym heroiczną odpornością na wszelkie argumenty.

Nie mogło wśród nich zabraknąć niejakiego Guya Verhofstadta. Ów Guy raczył pouczyć naszego premiera, że „UE to nie jest bankomat”. Szkoda, że polski premier nie odwinął się tekstem, że to Polska od trzydziestu bez mała lat jest bankomatem zagranicznych firm, golących nas do gołej skóry poprzez wyprowadzanie z Polski „prawem i lewem” nieopodatkowanych zysków. Znamy zresztą naszego kolegę Guya, prawda? To przewodniczący frakcji liberałów w Parlamencie Europejskim. Do Polski i Polaków nic nie ma - pod warunkiem, że Polską rządzą ci, których ON akceptuje. Gdyby rządziła Platforma, siedziałby cicho i miałby głęboko w poważaniu polską praworządność. Ale PiS to dla zideologizowanej euro-szczujni ciało obce, więc Guy bredzi o „nazistach” i „suprematystach” na Marszu Niepodległości (przy czym, jakoś wcześniej go nie poruszały policyjne prowokacje i zatrzymania podczas Marszów za czasów PO, „rozgrzane sądy”, a nawet skandaliczne wybory samorządowe w 2014 i procesy protestujących w PKW).

Dzieje się tak dlatego, że Verhofstadt jest ucieleśnieniem systemu unijnej biurokracji – takim kieszonkowym, liberalnym Hitlerkiem wyżywającym się na mównicy. Uosabia kwintesencję brukselskiego liberalnego antydemokratyzmu: rządzić mamy my i ludzie przez nas akceptowani, a jeśli nie – to nauczymy buntowników moresu. A jeżeli Europa stoi przed jednymi z największych zagrożeń w historii? A co mnie to – odpowiada Guy – grunt, że wraz z koleżankami i kolegami w liczbie kilkudziesięciu płci porobimy się z radochy, że w Strasburgu i Brukseli obsobaczyliśmy „polskich faszystów”. Nikt nam nie wyskoczy tu z „reakcyjną kontrrewolucją”! (poważnie, takiego stalinowsko-bolszewickiego sformułowania odnośnie sytuacji w Polsce użył uchodzący za „konserwatywny” niemiecki „Die Welt”).


II. Demoliberalna dyktatura

Wglądając w otchłań swej duszy, muszę sam siebie szczerze zapytać: czemu ja tego gnoja jakoś tak aż do trzewi nie znoszę? Czy Verhofstadt jest niebezpieczny? Nie. Tak jak nie jest niebezpieczny upierdliwy pryszcz na tyłku. Po prostu jest w nim coś takiego, że na jego widok ma się ochotę dać mu w mordę. Ma w sobie ten specyficzny rodzaj oślizgłości i irytującej krzykliwości na widok których normalnemu człowiekowi zwierają się pięści. Drobny cwaniaczek zgrywający jakiegoś euro-Katona o moralności precyzyjnie utkanej z intelektualnego łajna. Odnosi się wrażenie, że zamiast mózgu, serca i duszy ma jedynie stertę śmierdzącego nawozu nad którym brzęczą muchy - i to brzęczenie wydobywa się przez jego usta pod postacią kolejnych antypolskich tyrad. Istny pomniejszy sługa Belzebuba, władcy much, jakich ten akurat demon ma w unijnych instytucjach wielu. Podobne odczucia miałem w przypadku Martina Schulza - kolejnego „nic” nadętego neo-marksitowskim gazem połączonym z poczuciem własnej ważności.

Ktoś im to wszystko zrobił. Ktoś im nakładł do łbów ten liberalny bolszewizm. I tutaj należy przywołać upiory Altiero Spinelliego i Antonio Gramsciego. Gramsci myślał kulturowo, zaś Spinelli - instytucjonalnie. Oba te prądy połączyły się w formie współczesnej Unii Europejskiej, z kastą niewybieralnych mandarynów „wiedzących lepiej” na czele. Zaś od zarania komunizmu nad swoimi podopiecznymi na Zachodzie czuwały kolejno: CzeKa-GPU-OGPU-NKWD-KGB-FSB (wraz z równoległymi mutacjami GRU) - troskliwie pielęgnując swych protegowanych i wszystko, co w przyszłości się wyrodzi z tego skrupulatnie nadzorowanego ideologicznego zamtuza. Punktem kulminacyjnym była „rewolucja” roku '68. Te stada zainfekowanych w latach 60' mózgową kiłą zombies, tudzież ich uczniowie oraz pobratymcy, rządzą dziś Europą. Ich produktem jest Verhofstadt - a że musi się odwdzięczyć za dokooptowanie do grona wybrańców, więc się wykazuje.

Istotę powyższej hodowli kadr doskonale oddał Wiktor Suworow w książce „GRU. Radziecki wywiad wojskowy”. Oddajmy mu na chwilę głos:

Omawiając rozmaite rodzaje agentów, czyli obywateli wolnego świata, którzy w ten, czy inny sposób sprzedali się GRU, nie można pominąć jeszcze jednej ich kategorii, najbardziej ze wszystkich obrzydliwej”. O kogo chodzi autorowi? Chodzi mu o niejakich „gawnojedów” („gównojadów”), czyli „członków wszelkiej maści Towarzystw Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, działaczy organizacji pacyfistycznych (z ruchem na rzecz jednostronnego rozbrojenia na czele), Zielonych i innych postępowych radykałów. (...)

Nikt ich nie werbował, bo i po co – i tak robili, co im się kazało. Zwykle chodziło o jakieś drobiazgi: informacje o sąsiadach, współpracownikach, czy znajomych, czasem o zorganizowanie przyjęcia z udziałem kogoś interesującego GRU. Po przyjęciu GRU oficjalnie takiemu dziękowało i kazało zapomnieć o wszystkim. Gównojad to dobrze wychowany osobnik – zapominał wszystko i to natychmiast, ale GRU nigdy nie zapomina…

Z czasem wielu gównojadów się ustatkowało. Osobnicy ci, zamieniwszy porwane dżinsy na garnitury od najlepszych krawców, zasiadają obecnie w gustownie urządzonych gabinetach, piastując często wysokie funkcje państwowe. Nie pamiętają już »szlachetnych« porywów młodości, lecz tylko do czasu…”.


III. Liberalny faszyzm

Oczywiście, pan Verhofstadt, by zachować towarzyszące mu nieustająco dobre samopoczucie, uporczywie nie dostrzega własnej nicości. Panu Verhofstadtowi wydaje się, że ma władzę zdolną ukorzyć jakichś polskich nie-liberalnych podludzi. Narzucić im swą wolę. To jest współczesna odmiana liberalnego faszyzmu. Trawestując Mussoliniego: „Wszystko w Unii, nic poza Unią, nic przeciwko Unii”. Zaś o tym, co jest w Unii, co poza nią, a co przeciwko - ma decydować Wielka Faszystowska Rada Euromandarynów uzupełniająca się przez kooptację (a za jej plecami rozliczne, powiązane ze sobą lobbies - i wypadkową ich interesów są unijne decyzje oznajmiane nam ustami kasty „oświeconych” pod postacią dyrektyw i zleceń).

Pan V. naprany podczas obróbki edukacyjno-politycznej postępackimi miazmatami kojarzy powyższe raczej mętnie - ale jest tak ukształtowany, że instynktownie wie z jakiej śpiewać partytury. A że za podążaniem zgodnie z bodźcami jest nagradzany odpowiednimi konfiturami i ślini się na ich widok, niczym jakaś demoliberalna ofiara eksperymentów akademika Pawłowa - to tym zajadlej szczeka, gdy czuje dla tychże konfitur zagrożenie. Po prostu, osobisty dobrobyt skojarzył mu się z liberalno-faszystowskim-neomarksizmem - i nawet pałą mu tego ze łba nie wybijesz. W postaci Verhofstadta otrzymujemy dialektyczne kuriozum syntetyzujące pozornie odmienne doktryny: liberał (obyczajowy), marksista rewolucjonizujący Europę na swą modłę i totalniacki faszysta nie tolerujący nawet cienia polityczno-światopoglądowego pluralizmu.

Zapytam więc manierą stalinowską: „co, towarzysze, wyłazi w sumie z tego ideologicznego napięcia połączonego z żądzą zysku i władzy? Otóż, towarzysze, z tego kuriozalnego połączenia wyłazi zawsze bolszewik. I dlatego lubimy towarzysza Verhof... mimo jego różnych słabości, albowiem towarzysz Verhof... jest nam elementem mentalnie bliskim. I dlatego właśnie, towarzysze, takich poputczików winniśmy pielęgnować”. Sądzę, że tak powiedziałby tow. Stalin na zjeździe kom-partii i otrzymałby szczere oklaski za wnikliwą diagnozę osobowości tow. Verhofstadta. Co nie znaczy, że w późniejszym etapie nie kazałby tow. Verhofstadta rozstrzelać - tak jak nie omieszkał rozwalić hurtowo swojej Międzynarodówki wraz z wypróbowanymi towarzyszami z KPP.

Ja mam skromniejsze marzenie - ot, takie, że jeżeli już w europarlamencie są jacyś nasi deputowani, to tak po staropolsku należałoby tę kanalię V. wypłazować... ewentualnie obić mordę szpicrutą. Nie, wróć, rozpędziłem się. O czym tu marzyć, żeby współczesny Polak władał szablą... i szpicrutę miał na podorędziu, by rozprawiać się z bolszewikami w swoim otoczeniu... No to, po chłopsku - jakiś dobrodziej mógłby przefasonować mu gębę, tak żeby przez jakiś czas zamiast pohukiwać z mównicy tylko bezsilnie się ślinił przez zdrutowaną szczękę. I spijał swoje tłuste euro-rosoły przez słomkę. Bez makaronu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 14 (18-31.07.2018)

wtorek, 26 maja 2015

Braun jako monarcho-faszysta

Zwracam się do cadyków z „Wyborczej”: proszę o konsekwencję i nazywanie Brauna „monarcho-faszystą”. Wtedy historia chichocząc zatoczy piękne koło.

Grzegorz Braun wygrał proces z „Wyborczą”, ta zaś musiała opublikować na swych łamach przeprosiny. Poszło o pamiętną wizytę ówczesnego kandydata na prezydenta w radiu Tok FM, podczas której Braun, jak to się mówi, „zmasakrował” duet prowadzących, czyli Jana Wróbla razem z tą drugą. Efektem była fala publicystycznego hejtu, w ramach której błysnął m.in. prof. Marcin Król, twierdząc, że przeciwnicy ustroju demokratycznego powinni mieć zakaz startowania w demokratycznych wyborach. Owo polowanie na „wrogów ustroju” nie jest pierwszym tego typu wyskokiem pana profesora, u którego co i rusz spod uniwersytecko-liberalnej maski wyłazi ponura gęba totalniaka. On to bowiem publicznie wzywał do rozprawy z pisowską opozycją nawet jeżeli nie będzie ona zgodna z prawem”. Po maczugę polemiczną sięgnął również Maciej Stasiński, imputując Braunowi w redakcyjnym komentarzu „faszyzm”. I tu się pan redaktor z „GWiazdy śmierci” naciął, bowiem Grzegorz Braun od dłuższego już czasu może pochwalić się urzędowym glejtem, iż faszystą nie jest. Złożył mianowicie w 2013 roku do wrocławskiej prokuratury autodenuncjację w której wnioskował o zbadanie, czy faktycznie propaguje faszyzm, tj. popełnia przestępstwo z art.256 kodeksu karnego. Prokuratura koniec końców umorzyła postępowanie, zatem Braun wedle oficjalnego stanowiska właściwego państwowego organu nie jest faszystą.

Nie wiem, czy warszawski Sąd Okręgowy sugerował się opinią prokuratury z Wrocławia, niemniej podzielił jej stanowisko i procedując w trybie wyborczym nakazał „GW” przeproszenie kandydata. I tutaj dopiero zaczęła się prawdziwa jazda. „Wyborcza” w histerycznym tonie ogłosiła, że wprawdzie zastosuje się do wyroku, lecz Braun choćby nie wiadomo co faszystą jest i basta, zaś sąd knebluje wolność słowa. Ja rozumiem, że „GW” nie jest przyzwyczajona do przegrywania jakichkolwiek procesów, szczególnie z tzw. „oszołomami”, których notorycznie spotwarza, lecz erupcja wściekłości jaką uraczyła czytelników przy okazji tej porażki jest czymś ponadnormatywnym nawet jak standardy Czerskiej i pokazuje do jakiego stopnia Braun swą kampanijno-medialną aktywnością zalazł organowi „Agory” za skórę.

Warto przy tej okazji pochylić się nad opiniami dwóch historyków – prof. Włodzimierza Borodzieja i dr Piotra Osęki, twierdzącymi, iż poglądy Brauna wyczerpują znamiona faszyzmu, bowiem faszyści m.in. mówili o spiskach, zdradzie elit, byli antydemokratami oraz antysemitami. Mniejsza już o to, że obaj uczeni w piśmie mieszają faszyzm i niemiecki narodowy socjalizm, chociaż to też kompromitacja. Gorzej, że oba gazetowyborcze autorytety kompletnie mylą porządki – odnoszę wrażenie, że w pełni świadomie.

Otóż istotą faszyzmu nie jest to, że ktoś nie lubi, bądź wręcz nienawidzi Żydów, masonów, czy kogo tam jeszcze i wygłasza spiskowe tezy. Jest to jedynie pewien zestaw poglądów który może funkcjonować niezależnie od ustroju, jakiego dana osoba jest zwolennikiem. O globalnych spiskach oraz politycznych mackach Izraela perorują również zawzięci lewacy – zwłaszcza na zachodzie Europy. Istotą faszyzmu i szerzej – totalitarnego myślenia – jest gloryfikacja omnipotencji państwa, przede wszystkim w stosunku do obywateli, tudzież ich działalności. „Dla faszystów wszystko jest w Państwie i żadne indywiduum ani grupa nie może być poza państwem” - pisał Giovanni Gentile. „Wszystko w Państwie, nic poza Państwem, nic przeciw Państwu” - dodawał Mussolini. I tu jest sedno sprawy, nie w tropieniu Żydów. W tym ujęciu faszystowska jest współczesna „liberalna” demokracja przebierająca chłopców w sukienki w imię doktrynalnych szaleństw genderyzmu, państwo każące wbrew woli rodziców wysyłać do szkół sześciolatki, czy wspomniane wyżej opinie prof. Króla. Dołóżmy jeszcze połajankę prof. Mirosława Wyrzykowskiego, który nagle wbrew dotychczasowej linii „Wyborczej” objawił światu, że wyroki sądów jak najbardziej można – a wręcz należy – komentować i krytykować, zaś nieprawomyślnego sędziego powinien „spotkać intelektualny ostracyzm”. Co więcej - „trzeba na niego oddziaływać, by się więcej nie pomylił”. Ale to akurat „Wyborczej” się podoba...

Każdy kto zna wolnościowo-monarchistyczne poglądy Brauna, ostrzegającego, że jeśli nie wymodlimy sobie króla, to w końcu weźmie nas za twarze ordynarna junta, zdaje sobie sprawę, iż oskarżanie go o faszyzm jest absurdem. Ale przecież nie o to chodzi. „Faszyzm” w publicystyce salonowszczyzny ma funkcję stygmatyzującą i oznacza tyle, że „faszystą”, w zależności od potrzeb jest każdy, kto występuje przeciw porządkowi III RP oraz obozowi jej beneficjentów. Na podobnej zasadzie „faszystami” w stalinowskiej propagandzie byli wszyscy nie-stalinowcy - choćby socjaldemokraci określani mianem „socjalfaszystów”. Znać tu starą, dobrą szkołę KPP. Zatem - zwracam się do cadyków z „Wyborczej” - proszę o konsekwencję i nazywanie Brauna „monarcho-faszystą”. Wtedy historia chichocząc zatoczy piękne koło.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” -------> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/1702-pod-grzybki-4

Na podobny temat:

„Bezprawie w służbie demokracji

„Braun zebrał podpisy, Grzesik dostał piany”

„Grzegorz Braun – ulubieniec Temidy”

„Katofaszysta Grzegorz B.”

„List Otwarty w obronie Grzegorza Brauna”

„Prawicowi celebryci a sprawa Grzegorza Brauna”

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 21 (22-28.05.2015)

czwartek, 27 czerwca 2013

Schoeps i Bauman kontra „zaplute karły reakcji”

W swym oglądzie Armii Krajowej prof. Schoeps w zasadzie powiela optykę ideową młodego kabewiaka Baumana.

Zadyma z wygwizdaniem Zygmunta Baumana przez członków NOP i kibiców przed jego wykładem na Uniwersytecie Wrocławskim nasunęła mi skojarzenia z pewnym epizodem dotyczącym sprawy serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”, którym w ramach postkolonialnego kulturkampfu uraczyła nas niedawno TVP. Konkretnie - mam na myśli wypowiedź jednego z konsultantów filmu, prof. Juliusa H. Schoepsa wygłoszoną podczas wywiadu udzielonego dziennikarzowi TVP. Jak pamiętamy, żydowsko-niemiecki profesor podkreślając rzekomy antysemityzm panoszący się w szeregach AK, przyznał zarazem łaskawie, iż „były też dobre ugrupowania, lewicowe, które pomagały Żydom”.

Zastanówmy się, jakież to „dobre” i „lewicowe” ugrupowania mógł mieć na myśli prof. Schoeps, przeciwstawiając je złym AK-owcom? Ani chybi, komunistyczną, pro-moskiewską partyzantkę z GL i AL, rzecz jasna przy optymistycznym założeniu, że pan konsultant jako tako orientuje się w zawiłościach polityczno-organizacyjnych polskiego podziemia w czasach II Wojny Światowej.

Tutaj należy dodać, że zachodnie ośrodki uniwersyteckie, jeśli w ogóle wykazywały zainteresowanie antyniemiecką partyzantką na ziemiach polskich, to przez kilkadziesiąt lat po wojnie skutecznie infekowane były odnośną literaturą sowiecką i peerelowską, operującą właśnie tą uroczą dychotomią, którą lapidarnie przedstawił nam prof. Schoeps - „faszyści” z AK, kontra „dobrzy komuniści” z AL. Wedle tego „czarnego pijaru” AK, to nie tylko „zaplute karły reakcji”, ale również antysemici, szmalcownicy i hitlerowscy kolaboranci. Inna sprawa, że te wszystkie grzechy, metodą przeniesienia zdjęto przede wszystkim właśnie z „bojców” komunistycznych, by przypisać je partyzantce niepodległościowej. Ale tego oczywiście prof. Schoeps, ani inni, podobni mu „konsultanci” wiedzieć nie muszą – bo i na cóż im taka reakcyjna wiedza?

No i w tym miejscu prof. Schoeps spotyka się z prof. Zygmuntem Baumanem, który za młodu w szeregach bezpieki (licznie rekrutującej się m.in. spośród „dobrej, lewicowej partyzantki” z AL) toczył sławetne boje z „reakcyjnymi bandami” (cyt.z raportu: „Przez 20 dni dowodził grupą, która wyróżniła się schwytaniem wielkiej ilości bandytów”), by na starość uwodzić zachodnie salony opowieściami o „ponowoczesności”. Obaj są wytworem tej samej, przeżerającej cywilizację Zachodu, a zaprojektowanej w Moskwie, formacji intelektualnej. Oczywiście z tą różnicą, że Bauman formację tę odebrał z pierwszej ręki, a następnie sam ją współtworzył, zaś Schoeps jest jej obiektem docelowym, produktem finalnym, jako oczadziały lewicowy liberał, nasączony po dziurki w nosie zasuflowaną mu propagandą wykoncypowaną pod kątem zachodnich „użytecznych idiotów” w murach Łubianki.

Zwróćmy uwagę: w swym oglądzie Armii Krajowej prof. Schoeps w zasadzie powiela optykę ideową młodego kabewiaka Baumana. Jestem pewien, że gdyby dane im było pogadać, to doskonale by się zrozumieli – i to nie tylko na gruncie, powiedzmy, wspólnoty etnicznej – ale przede wszystkim powinowactwa ideowego właśnie. Bauman do tej pory przyrównuje krwawą pacyfikację podziemia niepodległościowego przez KBW do „walki z terroryzmem” - i przypuszczam, że prof. Schoeps chętnie by się z nim zgodził. Wywiad udzielony TVP przy okazji filmu „Nasze matki...” dobitnie pokazuje, że człowiek ten organicznie nie jest zdolny do zweryfikowania wdrukowanej mu ponurej legendy AK, nawet w obliczu konfrontacji z niezaprzeczalnymi faktami. To co dobre może pochodzić jedynie od „lewicy”, zaś skoro podczas wojny wydarzyło się tyle zła, to zrozumiałe, że pochodzić może ono jedynie od zezwierzęconych „faszystów” - w tym polskich, antykomunistycznych partyzantów.

Na zakończenie warto dodać, że „faszyzm”, z którym „walka” ostatnio uległa takiemu wzmożeniu na skutek pamiętnego sabatu „Wyborczej”, definiowany jest tutaj w sposób stricte stalinowski - „faszystą” jest ten, kto zostanie wskazany jako faszysta. W stalinowskiej propagandzie w pewnym momencie wedle tego klucza nawet zachodnich socjaldemokratów określano jako „socjalfaszystów”. Tak oto walczący z AK-owskim „faszystowskim” „terroryzmem” pułkownik KBW Bauman i piętnujący współcześnie tychże „terrorystów” za „antysemityzm” na bazie wzorców komunistycznej propagandy Schoeps są żywymi dowodami na poparcie tezy, że komunizm ma nieskończoną zdolność do przepoczwarzania się i wyłażenia na powierzchnię w najmniej oczekiwanych okolicznościach.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/nasze-matki-nasi-ojcowie-jako-test-zderzeniowy

http://niepoprawni.pl/blog/287/postkolonialny-kulturkampf-ii

sobota, 11 czerwca 2011

Knowania prokuratora Pasionka


Knowania obywatela Pasionka, który nadużył zaufania jakim obdarzyły go organy i czynniki, są zbrodnicze na kilka sposobów.



I. Wielkie śledztwo – wielka afera.


Tak to już jest w naszym, jakby napisał Stanisław Michalkiewicz, „nieszczęśliwym kraju”, że żadne wielkie śledztwo nie może się obejść bez równie wielkiej afery. Spójrzmy – śledztwo w sprawie „moskiewskiej pożyczki” zostało bezczelnie utrącone przez Jerzego Jaskiernię, śledztwo w sprawie zabójstwa Marka Papały to m.in. wypuszczenie z Polski Edwarda Mazura, postępowanie w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika samo w sobie jest aferą z ginącymi aktami i epidemią samobójstw w więziennych celach...


Nie inaczej rzecz się ma ze „śledztwem smoleńskim”, a raczej tą ponurą groteską, która za „śledztwo” uchodzi. W chwili obecnej tragifarsa osiąga punkt kulminacyjny, albowiem naczelny prokurator wojskowy Krzysztof Parulski postanowił uczcić wigilię miesięcznicy chwili, kiedy to państwo polskie zdało egzamin, odwołując prokuratora Marka Pasionka nadzorującego śledztwo w sprawie owego egzaminu i wszcząć wobec niego postępowanie dyscyplinarne.


II. Pasionkowe knowania.


Przewiny pana Pasionka są w istocie niebagatelne: miał zamiar bowiem postawić zarzuty ministrom Klichowi i Arabskiemu a także innym osobom odpowiedzialnym za organizację (a raczej – brak organizacji) i zabezpieczenie (a raczej – brak takowego) lotu z 10.04.2010 roku. Ba, żeby tylko to! Otóż prokurator Pasionek jak się okazało, znosił się potajemnie z wrogim mocarstwem, mianowicie Stanami Zjednoczonymi, próbując uzyskać od imperialistów zdjęcia satelitarne z dnia katastrofy!


Knowania obywatela Pasionka, który nadużył zaufania jakim obdarzyły go organy i czynniki, są zbrodnicze na kilka sposobów.


Po pierwsze, nawiązując kontakty z przedstawicielami obcego mocarstwa i prosząc je o materiał dowodowy w postaci fotografii, naraził na szwank wizerunek mocarstwa zaprzyjaźnionego, opiekującego się tzw. „dowodami” w postaci wraku, czarnych skrzynek, służbowych laptopów itp. i gotowego się owymi „pamiątkami” opiekować do końca świata i jeden dzień dłużej.


Po drugie, proszę sobie wyobrazić w jak niezręcznej sytuacji znalazłby się nasz Sojusznik i jego przywódca Władimir Władimirowicz stojący swoją osobą na czele spec-zespołu d/s katastrofy, gdyby ni z tego ni z owego na zdjęciach było widać co innego niż oznajmił nam ustami przyjaciółki Anodiny? Toż to zakrawa na kaczystowsko-macierewiczowską prowokację. Bracia Rosjanie gotowi by jeszcze się obrazić i wstrzymać dostawy gazu z takim trudem wynegocjowane przez wice-przywódcę Waldemara Pawlaka, a może nawet – Boże uchowaj – wycofaliby ofertę kupna Lotosu i Polska poszła by z torbami...


Po trzecie wreszcie, śledczy Pasionek w skandaliczny sposób sprzeniewierzył się zasadzie apolityczności prokuratury nosząc się z zamiarem postawienia zarzutów politykom i to partii rządzącej, a wiadomo przecież, że apolityczność polega na niezajmowaniu się poczynaniami polityków, no chyba że są to faszyści wskazani przez równie apolityczne co prokuratura Autorytety...


III. Spisek kaczystowsko-faszystowski.


Innymi słowy, w sercu niezależnego i apolitycznego Ludowego Komisariatu Sprawiedliwości zalągł się kaczystowsko-faszystowski spisek mający podważyć przewodnią rolę Polskiej Zjednoczonej Platformy Obywatelsko-Instytucjonalnej, rzucić zatęchły cień na ekipę rządzącą i Umiłowanego Przywódcę osobiście oraz ugodzić w sojusz z bratnią Federacją Rosyjską. Zgniły swąd kaczystowskiego tropu jest tym bardziej wyraźny, że śledczy Pasionek Marek wszedł w buty zdradzieckiej misji macierewiczowsko-fotygowskiej, kiedy to pisowscy renegaci również domagali się od obcego mocarstwa tzw. „dowodów”, piekąc w ten sposób swoje tłuste polityczne półgęski na skompromitowanym rożnie imperializmu.


Na szczęście prokurator Parulski trzymał rękę na tym brudnym pulsie przeniewierczej zdrady we własnych szeregach i w porę obnażył, zdemaskował, odciął się i potępił. Uczynił to z podziwu godnym refleksem, nie zawracając sobie głowy zbędnym formalizmem – sytuacja wymagała natychmiastowej reakcji, nie było więc czasu na informowanie Prokuratora Generalnego, ani na sprawdzanie prawnego uzasadnienia odsunięcia Pasionka od sprawy. Zarzuty dostosuje się później, wszak nie ma człowieka, na którego nie znalazłby się jakiś paragraf.


Nie da się jednak ukryć, że sytuacja w niezależnej i apolitycznej prokuraturze wymaga ciągłej uwagi odpowiednich czynników. Manewr polegający na obsadzeniu kluczowych stanowisk lojalnymi ludźmi a następnie uczynieniu z prokuratury kolejnej korporacji ujawnił właśnie pewne mankamenty – okazało się, że czystka nie była dość gruntowna, że jeszcze tu i ówdzie czają się niedorżnięte watahy. Na szczęście, większość stanowią odpowiedzialni funkcjonariusze pokroju prokuratora Parulskiego. Nie znaczy to jednak, że nie należy troskliwie czuwać nad zachowaniem apolityczności tej instytucji – wszak wiadomo, że kontrola jest najwyższą formą zaufania, a walka klasowa zaostrza się w miarę postępów odpolityczniania kraju.


Gadający Grzyb