Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bogdan Klich. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bogdan Klich. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lipca 2019

Pod-Grzybki 168

Mamy wyjątkowo obrzydliwy początek lipca. Po pięknym, upalnym czerwcu nadeszła jesień – zimno, leje i wieje. Ma to jednak tę zaletę, że nagle jakby pochowali się gdzieś „bojownicy klimatyczni”, którzy wrzeszczeli nam nad uchem przez cały ubiegły miesiąc. I to jest dobry moment na mały wykład metodologii „klimatycznego dwójmyślenia”. Otóż, powiadają, należy odróżniać „klimat” od „pogody”. Jednak w praktyce oznacza to, że kiedy w czerwcu nad Europę nadciągnęło gorące powietrze znad Afryki, było to dowodem szalejącego klimatu i globalnego ocieplenia. Natomiast teraz, gdy nadszedł zimny front znad Arktyki – to już jest tylko „pogoda”. Wiedzą już Państwo, czego się trzymać? Ot i cała „logika klimatyczna” w pigułce.


*

Ale ekologiści nie dają za wygraną. Oto w Lublinie zieleni miejskiej nie będzie się już barbarzyńsko katować spalinowymi kosiarkami – zamiast tego, w ruch pójdą kosiarki naturalne i ekologiczne, zwane też owcami. Mają one tę zaletę, że równocześnie strzygą zieleń i ją hm, nawożą. Lublinianom już leci ślinka na jesienny wysyp pieczarek.


*

Buu.... rozpadła się Federacja panów Jakubiaka i Liroya. Poszło o współpracę z ludowcami z PSL-u – Jakubiak był „za”, natomiast Liroy wręcz przeciwnie. A szykowała się taka wesoła formacja – rzekłbym, Polska Partia Przyjaciół Piwa na sterydach. Bo któż inny mógłby zjednoczyć pod swymi sztandarami miłośników piwa i marihuany?


*

Aj! Z polityki odchodzi żywa legenda polskiego parlamentaryzmu – Stefan Niesiołowski. Jako przyczynę podał podeszły wiek, co jest o tyle dziwne, że całkiem niedawne wyczyny „jurnego Stefana” dowodzą, iż wciąż jest nad podziw dziarski i pełen wigoru. Chyba, że poszło o coś innego – nagrania z wiadomej afery dowodzą, że „jurny Stefan” z taką częstotliwością molestował biznesmenów, by organizowali mu kolejne schadzki, iż zachodzi obawa, że Stefan zwyczajnie nie pamiętał, że przed chwilą właśnie sobie poużywał. Woli się zatem z obawy o zdrowie odseparować od pokus cielesnych, bo inaczej, jak w znanym dowcipie, przez tego Alzheimera by się na śmierć za...ł.


*

Tylko co poczną te wszystkie panie nienajcięższej konduity na wieść, że tracą takiego klienta? Ech, przypomina się knajacka piosenka o tym, jak sczezł pewien koneser tego typu wrażeń – a rzeczone panienki „jak stały, tak wszystkie płakały”. Chlip, chlip.


*

Nie ma to jak autodemaskacja. Polityk PO Bogdan Klich opatrzył swój wpis na Twitterze hasztagiem #TwójSzwab – co podano dalej na oficjalnym koncie PO. Klich jest psychiatrą, więc zapewne mógłby wiele powiedzieć o tzw. freudowskich przejęzyczeniach – ale to podsuwa mi pewien pomysł. Jak wiadomo, platformersi ruszyli w polski interior, by straszyć autochtonów i przy okazji ponabijać się ze schwytanych znienacka za rękę pisowców. Proponuję więc, by ta rejza krajoznawcza odbywała się pod hasłem: „Poznaj swojego Szwaba!”. Przynajmniej uliczne łapanki organizowane na przypadkowych przechodniów nabiorą wiarygodności.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 28 (12-18.07.2019)

piątek, 29 lipca 2011

Pijarowiec w MON


Jak w każdym dobrym spektaklu, przy okazji prezentacji raportu MAK... tfu – chciałem rzec – raportu komisji Millera, nie mogło zabraknąć elementu buffo.



Nawiasem mówiąc, rzeczona komisja pozostała wierna poleceniu prezydenta Miedwiediewa z dnia 6 grudnia 2010 roku, kiedy to zapoczątkowując zdobywanie przez Bronisława Komorowskiego „korony Himalajów”, zapowiedział surowo: „Nie dopuszczam możliwości, by w sprawie katastrofy smoleńskiej śledczy polscy i rosyjscy doszli do różnych ustaleń”. Idąc za tym prikazem szanowna komisja postanowiła opowiedzieć raport MAK własnymi słowami, biorąc jedynie poprawkę na tzw. miejscową specyfikę, która kazała wycofać się z najbardziej bezczelnych kantów i „wrzutek” serwowanych miejscowej gawiedzi przez ostatnie półtora roku.


Jednak raport ten, a w zasadzie jego forma, mimo wszystko coś nam mówi. Mówi nam wiele o tym, co odbywało się wokół niego przez ostatnie miesiące. Krótko – zadanie polegało na tym, by raport skonstruować wedle złotej proporcji – 90% winy strony polskiej, 10% winy rosyjskiej oraz by za wszelką cenę znaleźć taką jego formułę, by nie obarczyć winą polityczną nikogo naprawdę istotnego.


I o to chodziło w tych pieczołowitych, wielomiesięcznych „pracach” i „tłumaczeniach”, bo zawartość merytoryczna, to nic innego jak ubrana w fachowy żargon, sumiennie przeprowadzona wedle MAK-owskich wskazań „prasówka”, z której dobrano sobie to, co miało pasować do z góry założonego efektu, mającego na publiczności sprawić wrażenie „wyważenia racji” i „obiektywizmu”.


Ostatecznie kozłem ofiarnym stał się minister Klich, który i tak nie miał w Platformie ani w rządzie zbyt wiele do gadania, ale by nie stała mu się krzywda i z poczucia tejże krzywdy nie zaczął chlapać ozorem, został na wszelki wypadek wystawiony w wyborach do Senatu. Drugim winnym stał się ogólny bardak w 36 pułku i – jasna sprawa – „niedoszkolona” załoga, która bronić się już nie może.


Oczywiście, nikt przytomny nie mógł spodziewać się niczego innego, choć przyznajmy, mogło być gorzej. Eksperci mogliby np. przepisać od MAK-u „protokół” z sekcji zwłok gen. Błasika i dywagować o pijaństwie na pokładzie Tupolewa.


***


Ale powróćmy do zapowiadanego na wstępie elementu buffo. Taką wstawką była wieść o desygnowaniu na ministra obrony narodowej pana Tomasza Siemoniaka, dotychczasowego sekretarza stanu w MSWiA. Chociaż z drugiej strony, nie sposób nie zauważyć swoistej konsekwencji obecnej ekipy w obsadzaniu stanowiska szefa MON – zarówno Klich, jak i Siemoniak mają mniej więcej tyle samo wspólnego z wojskowością. Tomasz Siemoniak (absolwent Wydziału Handlu Zagranicznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie – wtedy jeszcze SGPiS) w swej bogatej karierze był m.in. dyrektorem Biura Oddziałów Terenowych i dyrektorem Programu 1 TVP, wiceprzewodniczącym Rady Nadzorczej Polskiej Agencji Prasowej, radnym Gminy Warszawa Centrum i wiceprezydentem naszej umęczonej Stolicy, członkiem Zarządu Polskiego Radia SA...


Bogdan Klich jest pacyfistą i psychiatrą, Tomasz Siemoniak – handlowcem i dziennikarzem. No, jeden w drugiego - fachury od wojska jak się patrzy!


Chociaż, zaraz zaraz... Tak! W latach 1998-2000 sprawował funkcję dyrektora Biura Prasy i Informacji Ministerstwa Obrony Narodowej – innymi słowy gość był MON-owskim propagandystą. Czyli – chłop pewnie zna się na „pijarze”... I jesteśmy w domu, bowiem wiadomo, że dla Donalda Tuska nie ma większego priorytetu niż „pijar”, szczególnie w okresie przedwyborczym, a tenże „pijar” pod rządami Klicha ucierpiał w równym stopniu jak wszystko inne w resorcie.


Krótko mówiąc, pan Siemoniak dostał bojowe zadanie: poprawić wizerunek MON przed październikiem, a że kiedyś już w tej instytucji pracował, to jest przynajmniej nadzieja, że nie zabłądzi w ministerialnych korytarzach. Ponadto zapewne ma znajomości w środowisku dziennikarskim, szczególnie w mediach publicznych, gdzie szeroką ławą wraca do znaczenia stara gwardia, czyli tzw. „fachowcy”.


Ach, byłbym zapomniał. Jak donosi bloger Zagłoba, Tomasz Siemoniak był głównym architektem niedawnego polsko-niemieckiego porozumienia podpisanego przy okazji rocznicy traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy, za które to porozumienie zebrał od naszych niemieckich „mecenasów” wiele pochwał, czym nie omieszkał pochwalić się na Twitterze.


Jest zatem nadzieja, że w ciągu najbliższych kilku miesięcy nie napadną nas Niemcy. Zresztą, pewnie nie będzie takiej potrzeby, albowiem, jak donosi oficjalny biogram na stronie MSWiA w swej bogatej, jako się rzekło, biografii pan Siemoniak był stypendystą Uniwersytetu w Duisburgu, co nie musi ale może rzucać niejakie światło na to, kto faktycznie był architektem niedawnego porozumienia, za które pan Siemoniak zainkasował osobiście publiczną pochwałę ustną od samego niemieckiego ministra spraw zagranicznych Guido Westerwelle.


***


Największym politycznym wygranym tego całego zamieszania jest jednak niewątpliwie minister Jerzy Miller. Oto bowiem pan Miller, szef MSWiA, w bezprecedensowy sposób łącząc funkcje prokuratora, adwokata i sędziego we własnej sprawie, rzucił na żer Bogdana Klicha, który zapewne do końca nie bardzo kontaktował o co w tym wszystkim chodzi i usadowił swojego człowieka na stolcu szefa MON, łącząc w ten sposób pod swoim berłem dwa kluczowe dla bezpieczeństwa państwa resorty. Polityczny majstersztyk, brawo. Zresztą, wystarczyło zaobserwować minę, pozę i ton pana ministra Millera w wieczornych programach telewizyjnych, by nie mieć wątpliwości, że jest z siebie bardzo zadowolony.


Gadający Grzyb

sobota, 11 czerwca 2011

Knowania prokuratora Pasionka


Knowania obywatela Pasionka, który nadużył zaufania jakim obdarzyły go organy i czynniki, są zbrodnicze na kilka sposobów.



I. Wielkie śledztwo – wielka afera.


Tak to już jest w naszym, jakby napisał Stanisław Michalkiewicz, „nieszczęśliwym kraju”, że żadne wielkie śledztwo nie może się obejść bez równie wielkiej afery. Spójrzmy – śledztwo w sprawie „moskiewskiej pożyczki” zostało bezczelnie utrącone przez Jerzego Jaskiernię, śledztwo w sprawie zabójstwa Marka Papały to m.in. wypuszczenie z Polski Edwarda Mazura, postępowanie w sprawie zabójstwa Krzysztofa Olewnika samo w sobie jest aferą z ginącymi aktami i epidemią samobójstw w więziennych celach...


Nie inaczej rzecz się ma ze „śledztwem smoleńskim”, a raczej tą ponurą groteską, która za „śledztwo” uchodzi. W chwili obecnej tragifarsa osiąga punkt kulminacyjny, albowiem naczelny prokurator wojskowy Krzysztof Parulski postanowił uczcić wigilię miesięcznicy chwili, kiedy to państwo polskie zdało egzamin, odwołując prokuratora Marka Pasionka nadzorującego śledztwo w sprawie owego egzaminu i wszcząć wobec niego postępowanie dyscyplinarne.


II. Pasionkowe knowania.


Przewiny pana Pasionka są w istocie niebagatelne: miał zamiar bowiem postawić zarzuty ministrom Klichowi i Arabskiemu a także innym osobom odpowiedzialnym za organizację (a raczej – brak organizacji) i zabezpieczenie (a raczej – brak takowego) lotu z 10.04.2010 roku. Ba, żeby tylko to! Otóż prokurator Pasionek jak się okazało, znosił się potajemnie z wrogim mocarstwem, mianowicie Stanami Zjednoczonymi, próbując uzyskać od imperialistów zdjęcia satelitarne z dnia katastrofy!


Knowania obywatela Pasionka, który nadużył zaufania jakim obdarzyły go organy i czynniki, są zbrodnicze na kilka sposobów.


Po pierwsze, nawiązując kontakty z przedstawicielami obcego mocarstwa i prosząc je o materiał dowodowy w postaci fotografii, naraził na szwank wizerunek mocarstwa zaprzyjaźnionego, opiekującego się tzw. „dowodami” w postaci wraku, czarnych skrzynek, służbowych laptopów itp. i gotowego się owymi „pamiątkami” opiekować do końca świata i jeden dzień dłużej.


Po drugie, proszę sobie wyobrazić w jak niezręcznej sytuacji znalazłby się nasz Sojusznik i jego przywódca Władimir Władimirowicz stojący swoją osobą na czele spec-zespołu d/s katastrofy, gdyby ni z tego ni z owego na zdjęciach było widać co innego niż oznajmił nam ustami przyjaciółki Anodiny? Toż to zakrawa na kaczystowsko-macierewiczowską prowokację. Bracia Rosjanie gotowi by jeszcze się obrazić i wstrzymać dostawy gazu z takim trudem wynegocjowane przez wice-przywódcę Waldemara Pawlaka, a może nawet – Boże uchowaj – wycofaliby ofertę kupna Lotosu i Polska poszła by z torbami...


Po trzecie wreszcie, śledczy Pasionek w skandaliczny sposób sprzeniewierzył się zasadzie apolityczności prokuratury nosząc się z zamiarem postawienia zarzutów politykom i to partii rządzącej, a wiadomo przecież, że apolityczność polega na niezajmowaniu się poczynaniami polityków, no chyba że są to faszyści wskazani przez równie apolityczne co prokuratura Autorytety...


III. Spisek kaczystowsko-faszystowski.


Innymi słowy, w sercu niezależnego i apolitycznego Ludowego Komisariatu Sprawiedliwości zalągł się kaczystowsko-faszystowski spisek mający podważyć przewodnią rolę Polskiej Zjednoczonej Platformy Obywatelsko-Instytucjonalnej, rzucić zatęchły cień na ekipę rządzącą i Umiłowanego Przywódcę osobiście oraz ugodzić w sojusz z bratnią Federacją Rosyjską. Zgniły swąd kaczystowskiego tropu jest tym bardziej wyraźny, że śledczy Pasionek Marek wszedł w buty zdradzieckiej misji macierewiczowsko-fotygowskiej, kiedy to pisowscy renegaci również domagali się od obcego mocarstwa tzw. „dowodów”, piekąc w ten sposób swoje tłuste polityczne półgęski na skompromitowanym rożnie imperializmu.


Na szczęście prokurator Parulski trzymał rękę na tym brudnym pulsie przeniewierczej zdrady we własnych szeregach i w porę obnażył, zdemaskował, odciął się i potępił. Uczynił to z podziwu godnym refleksem, nie zawracając sobie głowy zbędnym formalizmem – sytuacja wymagała natychmiastowej reakcji, nie było więc czasu na informowanie Prokuratora Generalnego, ani na sprawdzanie prawnego uzasadnienia odsunięcia Pasionka od sprawy. Zarzuty dostosuje się później, wszak nie ma człowieka, na którego nie znalazłby się jakiś paragraf.


Nie da się jednak ukryć, że sytuacja w niezależnej i apolitycznej prokuraturze wymaga ciągłej uwagi odpowiednich czynników. Manewr polegający na obsadzeniu kluczowych stanowisk lojalnymi ludźmi a następnie uczynieniu z prokuratury kolejnej korporacji ujawnił właśnie pewne mankamenty – okazało się, że czystka nie była dość gruntowna, że jeszcze tu i ówdzie czają się niedorżnięte watahy. Na szczęście, większość stanowią odpowiedzialni funkcjonariusze pokroju prokuratora Parulskiego. Nie znaczy to jednak, że nie należy troskliwie czuwać nad zachowaniem apolityczności tej instytucji – wszak wiadomo, że kontrola jest najwyższą formą zaufania, a walka klasowa zaostrza się w miarę postępów odpolityczniania kraju.


Gadający Grzyb

niedziela, 2 maja 2010

Orgia chciejstwa…


…czyli „Futurologia według MON” - część trzecia, ostatnia.

Witam, po dłuższej przerwie powracam do analizy blaskomiotnego dokumentu „Wizja Sił Zbrojnych RP 2030”. Przypomnę, że w dwóch poprzednich częściach opisałem uwarunkowania kwestii bezpieczeństwa narodowego Polski w zakreślonej perspektywie czasowej (cz. I), a także „przyszłe środowisko operacyjne sił zbrojnych RP” (cz. II). Dziś natomiast zajmę się omówieniem jak nasze siły zbrojne mają według MON-owskich wizjonerów wyglądać za 20 lat. („Siły Zbrojne RP – 2030” – rozdz. 5).

I. Pięknie będzie…

Czego tam nie ma!

Nasze Siły Zbrojne będą liczącym się składnikiem systemu międzynarodowego bezpieczeństwa (p.53); będą hipernowoczesne, mobilne, usprzętowione, modułowe i odlotowe (p.54); będą strzegły pokoju światowego we wszystkich punktach globu (p.55).

Do tego szeroka współpraca międzynarodowa, wywiad elektroniczny i osobowy połączony ze zintegrowanym systemem przetwarzania danych i tworzenia jednolitego obrazu przeciwnika (p.56 i 57). A jeszcze superdowodzenie w „czasie rzeczywistym” niczym w grach typu RTS i szerokie spektrum najrozmaitszego uzbrojenia pozwalające na gradację używanych sił i precyzję podejmowanych akcji (p.58 i 59). Ta wyliczanka utrzymana w hurraoptymistycznym duchu ciągnie się przez większą część dokumentu. Jest tam i o przeciwdziałaniu broni masowego rażenia (p.61), i o perfekcyjnej logistyce (p.62). O „zestawach sił” (p.63) na jakich będzie się opierała nasza armia i o zintegrowanym systemie dowodzenia charakteryzującym się skróconym łańcuchem decyzyjnym, nasi wizjonerzy też pamiętają (p.66). Podobnie jak o szczegółowym opisie poszczególnych rodzajów Sił Zbrojnych wraz z mającymi powstać jako odrębna jakość Wojskami Informacyjnymi (p.67 – 74). Dowiadujemy się też wiele o siłach reagowania, siłach stabilizacyjnych i siłach zintegrowanego zabezpieczenia.(p. 75 – 77).

A co do powiedzenia na temat zasobów osobowych (rozdz. 5.4) mają światli stratedzy uniesieni falami generalskiej fantazji? Ano, m.in. to, że personel będzie jednym z kluczowych elementów S.Z. (proszę, kto by pomyślał) (p. 79). Na skutek nasycenia wysoką techniką będzie mniej liczny ale za to bardziej wykwalifikowany (p.80), oparty na służbie kontraktowej (szeregowcy) i zawodowej (podoficerowie i oficerowie) (p.82 – 83). Warunki zatrudnienia w armii mają być konkurencyjne w stosunku do innych sektorów rynku pracy (p.84), zwiększy się także rola kobiet (ach, ta polit – poprawność…) (p.85).

Nasi wojacy będą odpowiednio i ustawicznie edukowani (rozdz. 5.5) w centrach i ośrodkach szkoleniowych, a także na uczelni wyższej integrującej w swych strukturach obecne WAT, AON i AMW. Szkolenie będzie spełniało jednolite standardy panujące w obrębie międzynarodowych struktur sojuszniczych.

II. Futurologia do potęgi, czyli technikalia.

Wiem, że wyliczanka staje się już nieco nużąca, jak „przegadany” dowcip, albo zbyt długie życzenia, w sytuacji gdy wystarczy powiedzieć „wszystkiego najlepszego”, ale proszę jeszcze o chwilę cierpliwości, albowiem by nakreślić pełną skalę „horyzontu ambicji” wizjonerów z MON, wypada pochylić się jeszcze nad techniką wojskową która będzie na wyposażeniu naszej niezwyciężonej armii (rozdz. 5.6).

Jak łatwo się domyślić będzie porażająco wręcz nowocześnie. Będzie mikroelektronika i teleinformatyka. Będzie biologia, nanotechnologia i nowe źródła energii (p. 92). Wszystkie dostępne cudeńka zostaną wyprodukowane przez przemysł zbrojeniowy zintegrowany ze zbrojeniówką państw sojuszniczych (p.93). To pocieszająca wiadomość, że twórcy dokumentu dostrzegają potrzebę własnego przemysłu militarnego, milczeniem pomijają jednak fakt, że jeżeli obecne tendencje się utrzymają, to ów przemysł trzeba będzie tworzyć niemal od zera.

Systemy walki oraz sprzęt będą funkcjonowały w ramach sieci, której trzonem będzie platforma teleinformatyczna wielokierunkowego przekazywania informacji (p.95 – 96).

Nie można też pominąć perfekcyjnego systemu rozpoznania, który dzięki gamie „wielospektralnych” „sensorów rozpoznawczych” (ach, jak ja lubię tę terminologię) sprawi, że będziemy widzieć i wiedzieć wszystko, wszędzie, niezależnie od warunków i okoliczności (p.97). O zinformatyzowanym systemie dowodzenia również warto nadmienić (p.98).

No i jeszcze system rażenia (p. 99). Znów chciałoby się zakrzyknąć w podziwie: - Czego tam nie ma! Są bezzałogowe „platformy” lądowe, powietrzne i morskie. Są też precyzyjne systemy celownicze, napędy hybrydowe, nowoczesne pancerze, zwiększona i morderczo precyzyjna siła ognia… (Brzmi to rozbrajająco w kontekście np. obecnie używanych moździerzy, które walą „Panu Bogu w okno”). „Wizja…” obejmuje również siły powietrzne uniezależnione od warunków pogodowych, mobilne systemy rakietowe, marynarkę wojenną (czy muszę dodawać, że nowoczesną itd.?) a nawet mundur żołnierski o „cechach inteligentnych”, zwiększających ochronę i wyposażenie wspomagające wysoki poziom „świadomości sytuacyjnej” (p.100).

III. Pospolitość skrzeczy.

Uff… Wyliczanka, którą pozwoliłem sobie w tytule określić mianem „orgii chciejstwa”, a którą nasi wizjonerscy stratedzy wolą nazywać elegancko „horyzontem ambicji” dobiegła końca. Mnie osobiście kojarzy się to z rojeniami małego Jasia, który wyobraża sobie co też osiągnie jak już będzie duży. Życie z reguły dość bezlitośnie weryfikuje takie marzenia. Tyle tylko, że w Ministerstwie Obrony Narodowej nie zasiadają chłopcy w krótkich spodenkach, a dorośli, poważni wydawałoby się mężczyźni.

Wszystkie zasygnalizowane wyżej pomysły mają bowiem jedną, podstawową wadę - infantylne oderwanie od rzeczywistości. Zadajmy proste pytanie: jakie działania podejmowane są obecnie, by urzeczywistnić roztoczoną przed nami świetlaną wizję Sił Zbrojnych RP A.D. 2030? Póki co, mamy kadłubową armię bez szeregowych (1,94 szeregowca na jednego oficera i podoficera), po spojrzeniu zaś na dane dotyczące uzbrojenia widzimy jakieś koszmarne złomowisko. Chroniczne niedoinwestowanie skutkuje wstrzymaniem naboru, wyprzedażą zapasów żywności i przejściem na catering. Obiektów wojskowych nie ma komu pilnować, wynajmuje się więc firmy ochroniarskie, lotnictwa nie stać na loty ćwiczebne, więc polscy lotnicy, niegdyś światowa elita, dziś są rozpaczliwie niedoszkoleni, a te kilka tysięcy wojska, które do czegokolwiek się nadaje rozsiane jest po różnych punktach globu. Dodajmy jeszcze, że nie mamy nawet wystarczającej ilości lekarzy wojskowych, bo uciekają „za chlebem” do cywila i by obsadzić szpital polowy w Afganistanie, musieliśmy „wypożyczyć” lekarzy z Ukrainy. O aferze z szyfrantem Zielonką szkoda gadać. Gdzie nie spojrzeć – wyłazi dziadostwo i prowizoryczna łatanina.

Podejrzewam, że „Wizja…” miała na celu m.in. "zagadanie" postępującej degrengolady naszych sił zbrojnych. Bo kto w 2030 r. będzie rozliczał Tuska, Klicha i resztę towarzystwa? Dzisiejsza generalicja również będzie od dawna na emeryturze. Dym i piach w oczy, nic więcej.

IV. "Noteka 2015".


Mała dygresja. Wspomniałem na wstępie części pierwszej, że lubię fantastykę. Otóż, przez większość lektury towarzyszyło mi wspomnienie opowiadania Konrada T. Lewandowskiego „Noteka 2015”, opublikowanego gdzieś w połowie lat 90-tych w „Nowej Fantastyce”. W opowiadaniu tym odpieramy amerykańską agresję za pomocą różnych rodzimych wynalazków, m.in. wielonogich min samobieżnych, bazujących na wypreparowanych systemach nerwowych pająka korsarza . Miny te świetnie nadawały się do zwalczania czołgów typu „Abrams” :))

Odnoszę wrażenie, że spłodzona w pocie czoła przez naszych strategów „Wizja…” ma dokładnie tyle samo wspólnego z rzeczywistością.

V. Zakończenie.

Doprawdy, takie odrealnione brednie, jak omawiany dokument mógłbym, nie chwaląc się, sam wyprodukować. Zresztą zrobiłem to już kiedyś, proponując zestaw działań niezbędnych do dokonania rozbioru Obwodu Kaliningradzkiego między Polskę a Litwę, za co zostałem zganiony przez DoktoraNo, jako fantasta...

Nie skarżę się, tyle, że ja swe fantazje uskuteczniam na własną odpowiedzialność i nie biorę za to państwowych pieniędzy. Jedyna szkoda, jaką moja notka mogła przynieść, to zmarnowanie kilku minut życia Czytelników poświęconych na lekturę. A i tak, upieram się, że zawiera więcej konkretnych propozycji w o wiele krótszym tekście, niż ma to miejsce w przypadku gniota wypichconego przez Ministerstwo Obrony Narodowej, który to gniot może mieć realne przełożenie na stan naszego bezpieczeństwa narodowego.

I jeszcze jedno. Gorąco polecam pobranie „Wizji S.Z. RP 2030” ze stron MON-u zanim ktoś zdejmie ten wykwit orgii urzędniczego chciejstwa. Trawestując ks. Twardowskiego, śpieszmy się pobierać dokumenty – tak szybko znikają. Mam wrażenie, że opisywany tu tekst może po latach stanowić wspaniałą pamiątkę po myśli strategicznej ekipy Tuska, i jako archiwalne kuriozum dostarczy potomnym wielu chwil niewymuszonej radości.

Chyba, że okaże się, iż Polska A.D. 2030, wcale nie będzie „państwem nowoczesnym o wysokim poziomie jakości życia obywateli” (str. 6). Wtedy nikomu nie będzie do śmiechu.

Dziękuję, skończyłem. Odwaliłem kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty ;))

Gadający Grzyb

P.S. W końcówce przedmowy minister Klich wyraził nadzieję, że „Wizja sił zbrojnych RP 2030” zmobilizuje m.in. „opinię publiczną” do „szerokiej debaty nad wizją rozwoju Wojska Polskiego”(Str.3). Jako jeden z 38 milionowej rzeszy „opinii publicznej”, skorzystałem z zaproszenia ;)).

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 23 kwietnia 2010

Futurologia według MON.


…czyli „horyzont ambicji” wizjonerów z Ministerstwa Obrony Narodowej.

Ściągnąłem sobie ze stron MON-u dokument o wielce inspirującym tytule: „Wizja sił zbrojnych RP 2030” (Warszawa, maj 2008). Ponieważ od zawsze lubiłem zarówno fantastykę, jak i futurologię (odróżniam jedno od drugiego), nawet pod sieriozno – urzędową postacią, nie mieszkając zasiadłem z wypiekami na twarzy do lektury.

Od razu uprzedzam – dokument napisany jest tak koszmarnie drętwym i nudnym językiem, jakby specjalnie chciano odstraszyć potencjalnego czytelnika. Ja się odstraszyć nie dałem. Różne nudziarstwa się w życiu przeczytało, więc jedno więcej w tę, czy we wtę…

I. Wszystkiego najlepszego.

Już na wstępie pigułę urzędowego optymizmu zapodaje minister Bogdan Klich:

„Naszą ambicją jest, aby Wojsko Polskie dołączyło do najnowocześniejszych armii państw europejskich.” (…) „Perspektywa stabilnej sytuacji geopolitycznej Polski z jednej strony oraz dobrej koniunktury gospodarczej naszego kraju z drugiej strony, stwarzają wyjątkowe możliwości rozwoju sił zbrojnych w najbliższych dekadach”.(str.3).


Koresponduje z tym słowo wstępne dyrektora Departamentu Transformacji MON, gen. bryg. Marka Ojrzanowskiego:

„Opracowana przez Departament Transformacji „Wizja Sił Zbrojnych RP - 2030” stanowi punkt wyjściowy do perspektywicznego planowania rozwoju sił zbrojnych w wieloletnim horyzoncie czasowym.” (…) „Implementacja założeń zawartych w „Wizji…” pozwoli na stworzenie sił profesjonalnych o uniwersalnym i modułowym charakterze, zdolnych do prowadzenia działań wojskowych w warunkach sieciocentrycznego pola walki.”(str. 4 i 5)


Tej mowy – trawy jest zresztą więcej. Zapodam jeszcze cytacik z Wprowadzenia:

„Polska w perspektywie 2030 roku będzie państwem nowoczesnym o wysokim poziomie jakości życia obywateli.”(…) „Polska będzie również krajem bezpiecznym. Źródłem poczucia bezpieczeństwa obywateli będzie nowoczesny system obronny stanowiący integralną część systemu obronnego Unii Europejskiej oraz Sojuszu Północnoatlantyckiego.”(str.6)


Innymi słowy – „by Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”. Przygotowujemy swą „Wizję…” zakładając, że czekają nas wyłącznie dobre czasy.

No tak… Ja również życzę nam wszystkim wszystkiego najlepszego. Pytanie, co zrobimy, gdy czasy nie okażą się tak pomyślne, jak zakładają nasi stratedzy z MON-u.

Swoją drogą, nastrój strategów dość wyraźnie koresponduje ze społecznym błogostanem, opisanym przeze mnie niedawno w notce „Polski błogostan”. To urzędowe samozadowolenie marnie wróży.

II. „Horyzont ambicji”.

Dobra – kończę z dłuższymi cytatami, bo notka rozrosłaby mi się do poziomu niezłej broszurki. Prócz uciechy Czytelników, moją intencją było zaserwowanie próbek stylu autorów omawianego dokumentu. Nie mogę sobie jednak odmówić przytoczenia jeszcze jednego passusu ze Słowa Wstępnego, gdzie gen. bryg. Marek Ojrzanowski zastrzega m.in., iż „(…) nie jest ona (czyli „Wizja…” - przyp. G.G.) prognozą. Jej misją jest zarysowanie horyzontu ambicji.” (str.4)

Paradne! – wysmażyć elaborat na 34 strony, z dwudziestoletnią perspektywą czasową, zaznaczając mimochodem, że jest to jedynie… „horyzont ambicji”!

I jeszcze to: „(…) „Wizji…” nie można traktować jako recepty czy też zbioru gotowych rozwiązań (…).”

Pyszne, prawda? Skoro zatem oficjalnego dokumentu, wywieszonego na stronach MON-u nie sposób wedle słów autorów traktować inaczej, niż w kategoriach mrzonek, tudzież zbioru pobożnych życzeń, możemy bezstresowo przystąpić do dalszej analizy owej państwowotwórczej bajeczki.

Zerknijmy zatem na ów „horyzont ambicji” (bardzo przypadło mi do gustu to określenie) naszych strategów.

III. „Środowisko międzynarodowe”.


Ten rozdział jest istnym wysypem gazetowych mądrości, znanych każdemu, kto sięgnie do działu typu „Opinie” dowolnej pozycji prasowej. Podobne elukubracje można by zgromadzić po tygodniowej „prasówce” tytułów ukazujących się na naszych rynku. Otóż, dowiadujemy się, iż:

- Świat będzie ciążył ku wielobiegunowości (p.1);

- Wzrośnie rola Azji (p.2);

- USA pozostaną w globalnej grze (p.3);

- NATO pozostanie gwarantem bezpieczeństwa i czynnikiem łączącym USA i UE (p.4)…

No nie, nie mogę. To, że NATO trzeszczy w szwach, Unia Europejska zaś niemal otwarcie traktuje Stany Zjednoczone jako rywala, widzi każde dziecko. To, że UE pogrążała się w gospodarczym marazmie na długo przed światowym kryzysem, również. A nasi stratedzy, jak gdyby nic, radośnie stwierdzają, iż Unia dzięki „poszerzeniu” i „pogłębieniu integracji”, tudzież „stałemu wzrostowi gospodarczemu”, stanie się „globalnym aktorem w sferze polityki bezpieczeństwa”! (p. 5). Do tego wystawi „Euroarmię” zdolną do prowadzenia różnych i różnistych operacji (p. 6 i 7).

Wygląda na to, że Unia produkuje rozliczne biurokratyczne badziewia na wzór osławionej „Strategii Lizbońskiej”, zaś nasi biurokraci reagują produkowaniem równie świetlanych prognoz. Trudno traktować to inaczej, niż w kategoriach wiernopoddańczego hołdu. Bo co by było, gdyby nasi analitycy stwierdzili, że UE jednak nie będzie rozwijać się tak wspaniale? Wybuchłby skandal i z dnia na dzień przestano by poklepywać naszych przedstawicieli po ramieniu…

Doprawdy, Chruszczow, który prorokował, że ZSRR przegoni Stany Zjednoczone, mógłby jeździć do współczesnych urzędowych optymistów na korepetycje.

Jedźmy dalej. Gospodarcza globalizacja będzie minimalizować ryzyko ogólnoświatowego konfliktu zbrojnego (p. 8)...

IV. Zakłócenia globalnej idylli.

...Ale, o dziwo, ta globalna idylla może ulec zakłóceniom, zdiagnozowanym w punktach 9 – 15.

Jakież to zakłócenia przewidują nasi wieszczowie?

Wyliczę taśmowo, gdyż są to wnioski jakby przedrukowane z analizy działów zagranicznych i gospodarczych gazet. Mamy tu wszystko – od negatywnych skutków globalizacji, poprzez przeludnienie biednych regionów Ziemi, dysproporcje w poziomie bogactwa, zmiany klimatyczne (a jakże!), zróżnicowanie infrastrukturalne, polaryzację kultur i wyznań… aż po ekstremizmy, terroryzm, międzynarodową przestępczość, fale niekontrolowanej migracji, czystki etniczne…

Uff… odsapnę nieco. Jedźmy dalej: urbanizacja w Afryce i na Bliskim Wschodzie (a czemu nie na Dalekim?), skutkująca tworzeniem się dzielnic biedy i rozlicznymi patologiami. Do tego dochodzą „rozpadające się struktury państwowe” w Afryce (też mi nowina), tudzież niekontrolowany obrót bronią masowego rażenia i dążenie do jej wytwarzania (tzw. „proliferacja” p.13).

A jeszcze walka o „nieodnawialne źródła energii” (p. 14). A jeszcze groźba globalnego kryzysu, który, jak zauważają odkrywczo nasi analitycy, może „prowadzić do zachwiania stabilności gospodarczej świata oraz wywoływać kryzysy i konflikty”… (p.15).

Wszystkie te zagrożenia ogarniają orlim spojrzeniem nasi przenikliwi mężowie stanu. A co z Polską? I na to odpowiedź jest gotowa. Podróżujmy zatem dalej na wzburzonych falach zbiorowego intelektu. Oto bowiem na horyzoncie rysują się…

V. „Główne wyzwania dla bezpieczeństwa Polski”.

Przyznam się, że tytuł tego rozdziału mnie zaintrygował. A więc jednak nasze ministerialno - mundurowe orły – sokoły dostrzegają jakieś rysujące się w zakreślonej perspektywie czasowej niebezpieczeństwa…

Ale cóż, skoro naszym wizjonerom wychodzi, że będzie tak jak dzisiaj, tylko lepiej. Otóż, zasadniczy „kierunek rozwoju środowiska bezpieczeństwa międzynarodowego” zostanie „zachowany”, zaś postępująca integracja i rozszerzanie UE spowodują, że tylko nieznaczna część naszych granic będzie granicami zewnętrznymi Unii (czytaj – granica z Obwodem Kaliningradzkim). (p. 16 – 17).

A zagrożenia? Owszem, są: ataki ekstremistów i grup przestępczych, klęski żywiołowe, awarie i katastrofy przemysłowe i ekologiczne, cyberterroryzm, migracje z biednych krajów i związane z tym skutki społeczne i demograficzne…(p.18 – 20) Czyli, prosta, bezpieczna ekstrapolacja współczesności w przyszłość.

Ani jednego słowa o permanentnym zastoju UE. Nie wiadomo również na jakiej podstawie autorzy sądzą, że UE rozszerzy się na wschód, skoro już dziś struktury euroatlantyckie bronią się rękami i nogami przed aspiracjami Ukrainy, o Białorusi nie wspominając, zaś podrażnienie rosyjskiego niedźwiedzia jakim byłoby wkroczenie na terytoria, które Rosja uznaje za swoją strefę wpływów wywołuje zimny pot na czołach eurodecydentów. Milczeniem pomija się implikacje faktu, że główni gracze – Niemcy, Francja, USA wolą samodzielnie dogadywać się z Rosją z kompletnym pominięciem zarówno „struktur międzynarodowych”, jak i naszych interesów.

Rozbraja wręcz diagnoza z p.18, wykluczająca klasyczny konflikt militarny połączony z dążeniem do zajęcia terytorium kraju. Dlaczego taki konflikt nam nie grozi? Bo nie, i już.

Co znamienne, o bezpieczeństwie energetycznym wspomina się jedynie w kontekście cyberataku, który mógłby zakłócić działanie nadzorującej energetykę „infosfery”. (p.19).

Innych „wyzwań dla bezpieczeństwa Polski” w dokumencie nie stwierdzono. Co nam to mówi o przenikliwości i dalekowzroczności naszych wizjonerskich strategów?

VI. Pożal się Boże, „interes narodowy”.


Uwaga! Na dziesiątej stronie po raz pierwszy pada sformułowanie „interes narodowy”! Konkretnie, w tytule rozdziału „Zasadnicze interesy narodowe RP w sferze bezpieczeństwa”. Bardzo to pocieszające, że szanowni Autorzy raczyli w końcu zauważyć, iż Polska może mieć jakieś narodowe interesy, a nawet, kto wie – dążyć do ich realizacji.

Ale, gdy prześledziłem kolejne punkty (21 – 25) w których ów „interes” jest definiowany, rajtuzy opadły mi do kostek.

Otóż, dowiadujemy się, że powtarzana w omawianym dokumencie niczym mantra „pogłębiająca się integracja Unii Europejskiej” sprawić ma, że dotychczasowe rozumienie interesów narodowych ulegnie „przewartościowaniu” i „zmieni się ich hierarchia”. (p.21) Jak się „zmieni”? Ano tak, że zadanie ochrony nienaruszalności terytorialnej Polski wymieniane jest jednym tchem, na tym samym poziomie ważności co obrona granic UE i obszaru euroatlantyckiego. Rytualnie dołożono też frazę o zapewnieniu bezpieczeństwa obywateli w kraju i za granicą. (p.22)

Dalej następuje typowy dyplomatyczny „pacierz”: niezakłócony rozwój kraju, bezpieczeństwo energetyczne (ani słowa o Rosji), rozwijanie współpracy w ramach UE i ze Stanami Zjednoczonymi, a także z państwami południowej półkuli zasobnymi w surowce (od biedy można by to podciągnąć pod dywersyfikację) (p.23). Następnie czytamy o silnej pozycji międzynarodowej, dążeniu do poszerzania Unii i więziach z USA. Jak to się ma do aktualnej polityki zagranicznej gabinetu Tuska, pozostawiam bez komentarza.

Jeszcze napomknięcie o wzroście zaangażowania Polski w kwestie obronności zbiorowej (p.25) i uciążliwą sprawę interesów narodowych nasi wizjonerzy uznali za odfajkowaną.

VII. Podsumowanie części pierwszej.

1) Podczas lektury omawianego dokumentu poraża miałkość intelektualna. Sformułowania wyjęte żywcem z gazetowej publicystyki, okraszone fachową gwarą („sieciocentryczne pole walki”). „Wizja…” operuje urzędniczą, polit-poprawną, „euromową”. W całym dokumencie nie pojawia się ani razu w odniesieniu do Polski słowo „wojna”. „Wojny” toczyć się będą ewentualnie gdzieś w Azji Południowo – Wschodniej (p.12), ale nie u nas. Zdumiewające, zważywszy, iż mówimy o dokumencie wyprodukowanym w – teoretycznie – militarnym resorcie. Dodatkowo irytuje abstrahowanie od obecnych, opłakanych realiów naszej armii, na zasadzie „bo będzie lepiej”.

Jeśli to ma być płód naszej myśli geopolityczno – strategicznej, to… czekają nas ciekawe czasy.

2) Cała zarysowana strategia jest, mówiąc brutalnie, o kant dupy potłuc, albowiem wynika z niczym nieuzasadnionych, do bólu optymistycznych założeń globalnych. Unia i NATO będą rosły w siłę itd. – toż to czyste chciejstwo. Nigdzie, dosłownie nigdzie nie ma wzmianki o scenariuszu na wypadek niekorzystnego dla nas rozwoju sytuacji, gdy „struktury międzynarodowe” ostatecznie ugrzęzną w bezwładzie, a pod ich płaszczykiem rozgrywany będzie koncert mocarstw. Neoimperialne ambicje Rosji? O tym również cicho – sza.

3) Poraża wręcz milczące założenie, że nasza armia będzie funkcjonowała niemal wyłącznie jako komponent większej całości. Nie wyczytałem nawet między wierszami choćby cienia sugestii, że będziemy w stanie samodzielnie prowadzić jakiekolwiek znaczące operacje. Śmierdzi mi to niezdolnością do udźwignięcia kłopotliwego ciężaru o nazwie „polska racja stanu” i rozpaczliwym dążeniem do przerzucenia odpowiedzialności na ponadnarodowe organizacje. Umyka naszym strategom prosta prawidłowość, że takie podejście ma sens tylko wtedy, kiedy odgrywa się w takich organizacjach pierwsze skrzypce.

Doprawdy, strach pomyśleć, co będzie, gdy okaże się, że historia jednak się nie skończyła… A, jak uczy ponad tysiącletnie doświadczenie, historia dla Polski nie kończy się nigdy. Co i rusz mamy „ciekawe czasy”…

***

Tak, na marginesie - zastanawiam się, jak doszło do spłodzenia tego gniota. Stawiam na następującą wersję:

Każdego ranka po lekturze prasy codziennej nasi stratedzy wzbijają się w przestworza i widzą: w Afryce źle się dzieje. Na Bliskim Wschodzie również. W Południowo – Wschodniej Azji też nieciekawie. A i u nas, powiedzmy sobie szczerze, sytuacja jest nie za wesoła.

Wracają zatem wizjonerzy na ziemię, dopijają kawę, dogryzają bułkę z dżemem, następnie zapalają papierosa i skrobią się po zafrasowanych głowach. Co tu począć?

My tu drugą Irlandię, a świat i tendencje geopolityczne brużdżą.

I nagle pomysł – napiszmy dokument, z którego będzie wynikało, że w 2030 roku nasza armia będzie miała się świetnie, a międzynarodowe struktury bezpieczeństwa jeszcze lepiej!

Jak pomyśleli, tak zrobili.

Ciąg dalszy nastąpi. Zapewniam, że będzie równie nie – wesoło.

Gadający Grzyb

P.S. Jeszcze jedno. Niektórych Czytelników może razić przyjęta w niniejszej notce konwencja wymieszania poważnych zagadnień z krotochwilnymi komentarzami. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że nadęta miernota przemyśleń naszych strategów wręcz prowokuje, by „podrzeć łacha”. Niepoważne państwo + niepoważny dokument = niepoważne komentarze. Proste.

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl