Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modernizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą modernizm. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 października 2014

Czy Benedykt XVI żałuje abdykacji?

Głaskanie po główce nie zmienia Bożego osądu naszych uczynków, a modernistyczne opium dla sumienia może znieczulać tylko do czasu.

I. Pyrrusowe zwycięstwo

W lutym 2013, w tekście „Rezygnacja Benedykta XVI – echa i refleksje” tak dzieliłem się swymi obawami w związku z abdykacją obecnego papieża-emeryta: „Najgorzej byłoby, gdyby się okazało, że kardynał Ratzinger postanowił po prostu wrócić do pracy naukowej i pisania prac teologicznych gdzieś w klasztornych murach, gdyż – niezależnie od ich wartości – następca św Piotra nie jest panem samego siebie, bo to nie on się postawił na czele Kościoła, tylko został tam postawiony z inspiracji Ducha Świętego. Byłaby to Jonaszowa dezercja od odpowiedzialności. Mam nadzieję, że nie wchodzi to w rachubę. W innym miejscu wyrażałem nadzieję, że nie spełnią się oczekiwania medialnych „wujków dobra rada”, że nowy papież tym razem już na pewno będzie wielce postępowy w odróżnieniu od znienawidzonego przez lewactwo „pancernego kardynała”. Niestety, wieści z zakończonego niedawno Synodu dotyczącego rodziny nie napawają optymizmem.

Niby wszystko jest w porządku – ostateczna wersja dokumentu podsumowującego obrady nie zawiera najbardziej kontrowersyjnych zapisów odnośnie „otwarcia się” Kościoła na homoseksualistów, rozwodników i osoby żyjące w wolnych związkach. Wielka tu zasługa abp. Stanisława Gądeckiego, przewodniczącego KEP. Jeśli jednak przyjrzeć się bliżej, to okazuje się, że zwycięstwo tradycjonalistów jest cokolwiek problematyczne. Otóż to nie jest tak, że frakcja konserwatywna wygrała – część zapisów przepadła tylko dlatego, że nie uzyskała kwalifikowanej większości głosów. Innymi słowy, gdyby decydowano większością zwykłą, to kościelni progresiści odnieśli by zwycięstwo. Największym niepokojem napawa informacja, że passus o homoseksualistach został odrzucony również głosami liberałów, gdyż... był według nich zbyt „ograniczony” i „zachowawczy”. Oznacza to, że postępowcy czują się na tyle silni, by nie bawić się w półśrodki, metodę salami, drobne kroki rozmiękczające doktrynę Kościoła, tylko w stosownym momencie wziąć całość i dokonać rewolucji w kościelnym nauczaniu.

Ich postawa świadczy również o tym, że najprawdopodobniej czują poparcie papieża Franciszka. Nie ma co się oszukiwać – bez papieskiego wsparcia nie poczynaliby sobie tak śmiało i z takim przytupem. Kardynał Reinhard, nomen omen, Marx (swoją drogą – czegóż się można spodziewać po marxiście...) - jeden z filarów skrzydła postępowego już wyraża nadzieję, że do przyszłorocznego synodu (jesień 2015) problemy poruszone w tym roku doczekają się w krajowych episkopatach „pogłębienia”. Jak owo „pogłębienie” rozumieją tolerancjoniści możemy się domyślać.

II. Zgniłe tchnienie „ducha Soboru”

Cóż, z perspektywy czasu widać, że Sobór Watykański II poskutkował wypuszczeniem modernistycznego dżinna z butelki. Dżinnem tym jest tzw. „duch Soboru” - czyli luźne interpretacje katolickiej doktryny utrzymane w hiperliberalnym tonie, które – podkreślmy – zazwyczaj mają się nijak do dokumentów soborowych. U podwalin ekspansji owego „ducha” legło ideologiczne założenie, że dzieło Soboru „nie zostało zakończone” i że „Sobór zatrzymał się w pół drogi”, należy więc go niejako „dokończyć” posługując się jego „duchem”. A tak się składa, że to, co z owym „duchem” jest „zgodne” każdorazowo określają progresiści, którym Sobór uchylił drzwi. W te uchylone drzwi katolewica różnych krajów ochoczo włożyła nogę by w kolejnych dziesięcioleciach konsekwentnie tę szczelinę poszerzać, aż do stanu obecnego, kiedy to wrota praktycznie stanęły otworem.

Niebezpieczeństwo dostrzegł już papież Paweł VI diagnozując w 1972 roku, że przez szczelinę dostał się do Pańskiej świątyni „swąd szatana”. Wcześniej podobne ostrzeżenie sformułował Dietrich von Hildebrand publikując swe dzieło „Koń trojański w mieście Boga” w którym piętnował nadużycia modernistycznych teologów. Do tej publikacji nawiązał niedawno Tomasz Terlikowski w swej książce „Koń trojański w mieście Boga. Pół wieku po Soborze...” stanowiącej, jak stwierdziłem w swej recenzji, młot na „ducha Soboru”. Mamy do czynienia z pełzającą protestantyzacją katolickiej doktryny i teologii, a w konsekwencji – laicyzacją. Skutkiem jest kryzys tożsamościowy, spadek powołań i odejście wiernych od Kościoła, który – zwłaszcza na Zachodzie – przestał być „zimny albo gorący”, zatem został „przeżuty i wypluty”. A wszystko to odbywało się pod szyldem „odczytywania znaków czasu”, co de facto oznacza odejście od ewangelicznej spuścizny na rzecz nadskakiwania współczesnemu światu oraz jego intelektualnym i moralnym dewiacjom. Na tegorocznym Synodzie stanęliśmy w obliczu kolejnej odsłony tego procesu. Zgniłe tchnienie „ducha Soboru” po raz enty dało znać o sobie, a zatruci nim hierarchowie policzyli szable. Za rok czeka nas nowa batalia, najprawdopodobniej z konserwatystami zepchniętymi do narożnika przez siły postępu, które od czasu Soboru zdążyły uskutecznić „długi marsz” przez kościelne instytucje.

III. Opium dla sumienia

Czym się to może skończyć? W skrajnym przypadku nawet schizmą, powstaniem nowego „Bractwa św. Piusa X”, lub zasileniem jego szeregów przez część zmarginalizowanych i sekowanych tradycjonalistów. Obecna postawa frakcji liberałów nasuwa bowiem na myśl przestrogę św. Pawła z Listu do Tymoteusza: „(...) głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę, [w razie potrzeby] wykaż błąd, poucz, podnieś na duchu z całą cierpliwością, ilekroć nauczasz. Przyjdzie bowiem chwila, kiedy zdrowej nauki nie będą znosili, ale według własnych pożądań - ponieważ ich uszy świerzbią - będą sobie mnożyli nauczycieli. Będą się odwracali od słuchania prawdy, a obrócą się ku zmyślonym opowiadaniom. Ty zaś czuwaj we wszystkim, znoś trudy, wykonaj dzieło ewangelisty, spełnij swe posługiwanie!”. Obecne odczytywanie „znaków czasu” jest wszak wprost zaprzeczeniem „nastawania w porę i nie w porę” i zamienia się w puste schlebianie tym, których „uszy świerzbią” i pragną mnożyć sobie nauczycieli wedle „własnych pożądań”.

A co o tych pożądaniach – rozumianych dziś wręcz dosłownie - mówi Pismo? Spójrzmy: „Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!”; Czyż nie wiecie, że niesprawiedliwi nie posiądą królestwa Bożego? Nie łudźcie się! Ani rozpustnicy, ani bałwochwalcy, ani cudzołożnicy, ani rozwięźli, ani mężczyźni współżyjący z sobą”. Czyżby ojcowie synodalni zapomnieli o tym jednoznacznym przekazie, podobnie jak o przykazaniu, by mowa była „tak, tak – nie, nie”? Dlaczego z uporem podążają drogą, która doprowadziła już do ruiny wspólnoty protestanckie, które – tak na marginesie – były u swego zarania nawet bardziej restrykcyjne od katolicyzmu? Czy „swąd szatana” jest już aż tak silny, by sięgnąć nawet tronu Piotrowego?

W zasadzie, jako notoryczny grzesznik powinienem być zadowolony, że Kościół zacznie tolerancjonistycznie pobłażać ludzkim słabościom. Jednak jakoś nie jestem, bo głaskanie po główce nie zmienia Bożego osądu naszych uczynków, a modernistyczne opium dla sumienia może znieczulać tylko do czasu. Pocieszam się jedynie, że Kościół, którego „bramy piekielne nie przemogą” wychodził na przestrzeni dwóch tysiącleci z różnych kryzysów i upadków. Szkoda mi tylko, że w Stolicy Apostolskiej zabrakło „rottweilera Pana Boga”, który jako prefekt Kongregacji Nauki Wiary potrafił stanąć okoniem nawet św. Janowi Pawłowi II, gdy ten za bardzo zapędzał się w „dialogizm” i zastanawiam się, czy papież-senior Benedykt XVI obserwując co dzieje się za pontyfikatu jego następcy żałuje swej decyzji o abdykacji?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/m%C5%82ot-na-%E2%80%9Educha-soboru%E2%80%9D#.VEu6D1c_iGc

http://podgrzybem.blogspot.com/2013/02/rezygnacja-benedykta-xvi-echa-i.html

 

wtorek, 12 lutego 2013

Rezygnacja Benedykta XVI – echa i refleksje

Proszę sobie zrekonstruować listę zarzutów stawianych Benedyktowi XVI przez jego przeciwników. Będzie to zarazem lista jego największych osiągnięć.

I. Medialne echa

Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze ochłonąć po rezygnacji Benedykta XVI z godności Biskupa Rzymu, a już z różnych stron postanowiono nas ubogacić szeregiem cennych przemyśleń.

Po pierwsze, dowiedzieliśmy się, że była to bardzo dobra decyzja, bo oszczędziła wszystkim spektaklu publicznego dogorywania, jaki zafundował światu Jan Paweł II, budząc tym w hedonistyczno-nihilistycznych tzw. „ośrodkach opiniotwórczych” i pozostającej pod ich wpływem gawiedzi uczucie głębokiego dyskomfortu. Narracja ta pojawiła się m.in. w ściekach, czyli tzw. „forach” pod artykułami na gazeta.pl. Nie wiem, czy Państwo to pamiętają, ale oni nie mogli wprost zdzierżyć, że Papież poprzez swe pokorne cierpienie dawał światu ostatnią, potężną katechezę, idącą w poprzek eutanazyjnym trendom rozszalałej cywilizacji śmierci. Tym razem odetchnęli z ulgą – nie będzie powtórki.

Po drugie, oznajmiono nam, że był to papież „słaby i konserwatywny”, który postanowił odejść, bo nie był w stanie oczyścić stajni Augiasza, jaką jest watykański dwór, którą to mądrością uraczył nas prof. Jan Hartman na łamach „Rzeczpospolitej”. Swoją drogą, ciekawe, co skłoniło redaktora Chrabotę, by wpuszczać akurat przy tej okazji na łamy członka think tanku „Plan zmiany" 
Ruchu Palikota i rady polityczno-programowej SLD, czyli instytucji znanych ze swego żarliwego katolicyzmu. Może zresztą musiał, bo nie sposób nie zauważyć, iż medialna kariera prof. Hartmana niebywale przyśpieszyła po restytucji w 2007 roku loży B'nai B'rith Polin, on sam zaś jako jej członek-założyciel i wiceszef (od lutego 2012) jakoś tak dziwnie zhardział.

Po trzecie wreszcie, dzięki różnym „wujkom dobra rada” wiemy, jaki powinien być kolejny papież – postępowy, młody i najlepiej spoza Europy. Tu mamy do czynienia z klasycznym „wishful thinking” skupiającym jak w soczewce antyreligijne przesądy lewactwa, które będzie w stanie zaakceptować Kościół Rzymski dopiero wówczas, gdy ten wyprze się własnego nauczania na wzór choćby takich anglikanów. Na tym potencjalnym papieżu z Azji lub Afryki mogą się zresztą lewacy nieźle przejechać, bowiem tak się składa, że tamtejsze Kościoły lokalne są często bardziej zachowawcze od zliberalizowanych do bólu wspólnot europejskich, których hierarchowie posuwają się niekiedy wręcz do zanegowania katolicyzmu – tak w sferze nauczania moralnego, jak i dogmatyki. Polecam tu choćby książkę Terlikowskiego „Koń trojański w mieście Boga – pół wieku po Soborze”.

Ciekawe, tylko co powiedzą, gdy zdarzy się „papa negro” będący katolickim odpowiednikiem obyczajowych poglądów Johna Godsona. Zaczną wyzywać go od „czarnuchów”?

II. Refleksje

Nie ukrywam, że rezygnację Benedykta XVI przyjąłem z mieszanymi uczuciami. Trudno oczywiście oczekiwać heroizmu na miarę Jana Pawła II, nie ulega jednak wątpliwości, że Joseph Ratzinger papieżem być nie chciał. Wedle jego słów, modlił się wręcz, by kardynałowie wybrali na Stolicę Piotrową kogoś innego. Czy Benedykta XVI przygniotła odpowiedzialność, wiek, choroba, czy może kombinacja wszystkich tych czynników – pewnie nigdy się nie dowiemy. Najgorzej byłoby, gdyby się okazało, że kardynał Ratzinger postanowił po prostu wrócić do pracy naukowej i pisania prac teologicznych gdzieś w klasztornych murach, gdyż – niezależnie od ich wartości – następca św Piotra nie jest panem samego siebie, bo to nie on się postawił na czele Kościoła, tylko został tam postawiony z inspiracji Ducha Świętego. Byłaby to Jonaszowa dezercja od odpowiedzialności. Mam nadzieję, że nie wchodzi to w rachubę.

Co pozostanie po papieżu Benedykcie XVI? Sądzę, że wbrew medialnym kliszom, wcale nie „kontynuacja pontyfikatu Jana Pawła II”, tylko przede wszystkim kontynuacja jego własnego dzieła jako prefekta Kongregacji Nauki Wiary, kiedy to jako „pancerny kardynał” i „rottweiler Pana Boga” kładł tamę rozpanoszonemu „duchowi Soboru”. Będzie zapamiętany jako niezłomny obrońca doktryny i nauczania Kościoła, który walnie przyczynił się do powściągnięcia modernistycznego nowinkarstwa „postępowych” teologów, bicz Boży na odstępstwa „teologii wyzwolenia” (to jeszcze jako prefekt KNW), reanimator rytu trydenckiego Mszy Świętej oraz papież, który sprowadził dialog ekumeniczny do właściwych proporcji.

Zresztą, proszę zrekonstruować sobie listę zarzutów stawianych Benedyktowi XVI przez jego przeciwników. Będzie to zarazem lista jego największych osiągnięć.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Ilustracja z portalu wPolityce.pl