Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mowa nienawiści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mowa nienawiści. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2019

Tęczowa cenzura

Dziś cenzura została „sprywatyzowana” przez globalne koncerny, a kapitał ma nader wyraziste, lewackie „ideolo”. Warto mieć tego świadomość.

I. Tęczowa cenzura na You Tube

W minionych dniach prawicową część internetu obiegły dwie bulwersujące wiadomości dotyczące praktyk cenzorskich stosowanych przez należący do Google serwis You Tube. Pierwsza z nich to usunięcie przez władze portalu rozmowy przeprowadzonej na kanale wSensie.tv z redaktorem naczelnym tygodnika „Do Rzeczy” Pawłem Lisickim. Rozmowa została przeprowadzona w ramach cyklu audycji pt. „Wierzę”, w których red. Lisicki wspólnie z prowadzącym Markiem Miśko roztrząsali różne zagadnienia religijne. Dopóki zajmowali się np. sporami na linii „moderniści” - „konserwatyści” w Kościele Katolickim, kryzysem kapłaństwa czy kwestią „unowocześniania” liturgii Mszy Św., You Tube nie widział powodów do ingerencji. Reakcję wywołał dopiero program poświęcony ideologii LGBT omówionej w kontekście nauczania Kościoła oraz Pisma Św. Jak łatwo się domyślić, analiza ideologii LGBT dokonana z perspektywy katolickiej wypadła miażdżąco – i to obudziło samozwańczych cenzorów z polskiego oddziału Googla, którzy usunęli program oraz zablokowali kanałowi wSensie.tv możliwość dodawania nowych filmów – wszystko, ma się rozumieć, pod zarzutem szerzenia „mowy nienawiści”. Jest to o tyle zabawne, że każdy kto miał okazję zapoznać się z jakimikolwiek publikacjami Pawła Lisickiego wie, że jest on wprawdzie konserwatystą jednoznacznie i zdecydowanie broniącym katolickiej Tradycji oraz zwalczającym „nowinkarstwo” - lecz zarazem trudno o publicystę bardziej merytorycznego, kulturalnego i wyważonego w słowach, przedstawiającego swe poglądy bez uciekania się do werbalnej agresji czy pogardy dla adwersarzy. To jednak w oczach cenzorów nie miało znaczenia – wystarczyło zacytowanie odnoszących się do homoseksualizmu fragmentów Biblii i kościelnego nauczania, by zasłużyć na „bana”. Co więcej, w przypadku dalszego ignorowania tego typu „ostrzeżeń”, kanałowi grozi całkowite usunięcie z serwisu. Zachowanie władz You Tube jest tym bardziej skandaliczne, że w uzasadnieniu decyzji standardowo powołują się jedynie na zapis regulaminu dotyczący zakazu szerzenia „mowy nienawiści” bez wskazania jakie konkretnie treści czy fragmenty programu ów zakaz naruszały. Sytuacja rodem z „Procesu” Kafki lub bardziej swojsko - „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”.

Dodajmy, że sprawa jest rozwojowa, bowiem twórcy programu przy wsparciu Ordo Iuris zamierzają wystąpić przeciw polskiemu oddziałowi Google na drogę sądową (wysłano już pismo przedprocesowe), gdyż blokada zastosowana przez You Tube i zarzut stosowania „mowy nienawiści” narusza wolność słowa oraz dobra osobiste zarówno dziennikarzy, jak i podmiotów tworzących program.

Drugi przypadek, jeszcze bardziej bulwersujący, to całkowite usunięcie przez You Tube kanału popularnej telewizji internetowej wRealu24.pl (ponad 250 tys. subskrybentów). Tu również zaczęło się od „ostrzegawczych” blokad programów (i to podczas nadawania na żywo) omawiających białostocką gej-paradę m.in. z udziałem Marcina Roli, Piotra Szlachtowicza i Marcina Dybowskiego. Co ciekawe, serwis chwilowo odblokował konto telewizji 1 sierpnia, dzięki czemu mogła ona wyemitować na żywo relację z Marszu Powstania Warszawskiego – jednak tylko po to, by 3 sierpnia całkowicie usunąć kanał pod pozorem... szerzenia „treści gloryfikujących przemoc lub podżegających do przemocy wobec drugiego człowieka lub grupy ludzi”. Rozumieją Państwo? Relacja z obywatelskich obchodów rocznicy Powstania wg You Tube rzekomo „szerzy nienawiść” (screeny z komunikatów You Tube dostępne są na stronie wRealu24.tv). Również i w tym przypadku nie podano żadnych konkretnych wypowiedzi czy treści, które miałyby naruszać regulamin. Po prostu: szerzycie nienawiść – a konkretnie? - a, bo tak! Istny „paragraf 22”. Twórcy portalu zapowiadają m.in. pikiety pod polską siedzibą Google oraz interwencję u wiceministra cyfryzacji Adama Andruszkiewicza, który w ministerstwie odpowiada m.in. za media społecznościowe.


II. Liberalny zamordyzm

W tym miejscu należy się Czytelnikom wyjaśnienie, aby uniknąć podejrzeń, że uprawiam tu jakąś prywatę: oświadczam, że nie jestem w żaden sposób związany z którąkolwiek z wymienionych wyżej telewizji (no chyba, że jako jeden z setek tysięcy widzów). Jestem natomiast głęboko przekonany, że tej sprawy nie można ot, tak zostawić - w imię dobrze pojętego publicznego interesu. Widać bowiem jak na dłoni, że światowi giganci usług internetowych, wykorzystując swą monopolistyczną pozycję rynkową, przystąpili do systematycznego „wycinania” niewygodnych z ich punktu widzenia prawicowych, konserwatywnych treści. Nie dotyczy to bynajmniej jedynie Googla i naszego kraju – jest to trend ogólnoświatowy, w którym uczestniczy m.in. także inny globalny monopolista – Facebook, słynący z banowania prawicowych kont i stron, „obcinania” zasięgów czy ukrywania postów pod różnymi pretekstami. Tu osobisty wtręt – na swoim profilu FB mam zwyczaj wrzucać zapowiedzi kolejnych numerów „Warszawskiej Gazety” oraz zajawki swoich artykułów i notorycznie spotykam się z sytuacją „ukrywania” ich pod pozorem... szerzenia spamu. Ot, cenzurka w białych rękawiczkach... Odwoływać można się na Berdyczów.

Podkreślam – opisane na wstępie przypadki wymagają solidarnej postawy nas wszystkich, odbiorców prawicowego przekazu, inaczej korporacyjne lewactwo „zniknie” nas jednym pstryknięciem. Dziś cenzorzy przyszli po wSensie czy wRealu – jutro mogą przyjść po każdego z nas, skutecznie uniemożliwiając publikowanie i popularyzację naszych poglądów. „Mowa nienawiści” jest tu perfidnym wytrychem, bowiem umożliwia podciągnięcie pod ten celowo nieprecyzyjny, płynny termin każdej niewygodnej krytyki. Tak to już jest z „wolnością słowa” w liberalizmie – oznacza ona wolność propagowania wyłącznie treści lewicowo-liberalnych. Wszystko co znajduje się na prawo od tego wąskiego spektrum, kwalifikowane jest jako „nienawiść”. Wystarczy zresztą spojrzeć na „lewą” stronę internetu, gdzie fala prymitywnego hejtu pod adresem Kościoła, księży i osób wyznających tradycyjny system wartości nie spotyka się z żadną reakcją.

To wszystko, rzecz jasna, wpisuje się w ofensywę ideologii LGBT, której monopoliści w rodzaju Googla i Facebooka otwarcie sprzyjają – w Polsce są obecni chociażby na kolejnych gej-paradach, afiszują się z okolicznościowymi „tęczowymi” logami, promują treści propagujące „nieheteronormatywne” zachowania... „Tolerancja” w ich wydaniu oznacza jednostronną, lewacką propagandę afirmującą rozmaite „mniejszości” przy jednoczesnym kneblowaniu „zacofanej” większości. To nic innego, jak inżynieria społeczna. Globalne korporacje wykorzystując (nigdy dość powtarzania) monopolistyczną pozycję, usiłują urządzać nam życie, meblować głowy i narzucać określony światopogląd. Tyczy się to zresztą nie tylko internetu – dość przypomnieć sprawę zwolnionego za poglądy pracownika IKEA czy ostentacyjną obecność światowych korporacji na warszawskim Marszu Równości.


III. Prywatyzacja cenzury

Trzeba sobie powiedzieć jasno – żyjemy w świecie, do którego powróciła cenzura. Tyle, że zamiast jawnej cenzury państwowej, mamy obecnie do czynienia z o wiele groźniejszą, ukrytą mutacją. Dziś cenzura została „sprywatyzowana” przez globalne koncerny wykorzystujące w tym celu swobodę prowadzenia działalności gospodarczej i wewnętrzne, firmowe regulaminy. Osobiście sądzę, że ta nagła akcja You Tube przeciw prawicowym kanałom wynika z tego, że korporacyjni macherzy zorientowali się w ich rosnącej popularności oraz co równie ważne – profesjonalizacji. To już nie są chałupniczo robione filmiki typu „laptop i komórka”, lecz programy realizowane na prawdziwie „telewizyjnym” poziomie. Należało zatem odebrać im „tlen”.

Podsumowując, kiedyś nam wmawiano, że kapitał jest „przeźroczysty” - nie ma ojczyzny ani poglądów. Kryzys finansowy pokazał, że kapitał jak najbardziej ma „narodowość”. Teraz natomiast przekonujemy się, że ma również nader wyraziste, lewackie „ideolo”. Warto mieć tego świadomość.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cele i strategia ruchów LGBT

Czy LGBT podpali Polskę?

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa

Mowa nienawiści – knebel na prawicę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (09-15.08.2019)

niedziela, 27 stycznia 2019

„Mowa nienawiści” - knebel na prawicę

Mowa nienawiści” to lewacki konstrukt ideologiczny służący wyrugowaniu z przestrzeni publicznej prawicowych i konserwatywnych poglądów.

I. Tolerancjonizm w natarciu

Pierwszą ofiarą każdej wojny jest prawda – głosi popularna maksyma. W naszych obecnych realiach natomiast pierwszą ofiarą rozpętanej po zabójstwie Pawła Adamowicza wojny politycznej może paść jeden z niezbędnych warunków głoszenia prawdy, jakim jest wolność słowa. Wszystko pod pozorem zainicjowanej właśnie walki z „mową nienawiści” (określenie to nie bez przyczyny należy brać w cudzysłów, bądź poprzedzać sformułowaniem „tak zwana...” - o czym szerzej za chwilę). Czym jest owa „mowa nienawiści” (ang. „hate speech”)? Jest to wymyślony przez zachodnie lewactwo konstrukt ideologiczny służący wyrugowaniu z przestrzeni publicznej prawicowych i konserwatywnych poglądów. Innymi słowy, jest to forma cenzury, knebel na prawicę. W tym ujęciu tzw. mową nienawiści staje się każda opinia, a nawet przywołanie oczywistych faktów, niemiłych lewicowo-liberalnemu establishmentowi. Dla ścisłości - „mowa nienawiści” nie oznacza takich czynów jak np. zniesławienie, podżeganie do przestępstwa czy groźby karalne, które już dzisiaj są penalizowane odpowiednimi przepisami prawa karnego. To pojęcie o wiele szersze, a jego podstawową cechą jest dalece posunięta uznaniowość co do tego, jakie wypowiedzi i zachowania zostaną zakwalifikowane jako „nienawistne”. „Mowa nienawiści” stanowi zatem część składową ideologii tolerancjonizmu (czyli afirmacji wszelkich odmienności od tradycyjnych norm kulturowych) i szerzej – marksizmu kulturowego oraz politycznej poprawności, mającej na celu zafałszowanie podstawowych pojęć cywilizacyjnych, a co za tym idzie – przewartościowanie zbiorowej świadomości poprzez kontrolę myśli i języka (bo nie będziemy w stanie „pomyśleć” niczego, czego nie potrafimy prawidłowo nazwać).

W Polsce batalia przeciw „mowie nienawiści” dopiero raczkuje i w porównaniu z krajami Zachodu cieszymy się jeszcze stosunkowo dużym zakresem wolności słowa. Póki co, nie szaleje u nas masowy terror „political correctness”, w którym osoba głosząca nieprawomyślne poglądy skazuje się co najmniej na ostracyzm i swoistą „śmierć cywilną” - a nierzadko na odpowiedzialność karną. Również organy ścigania na ogół wykazują wstrzemięźliwość co do karania za słowa. Wolno jeszcze głosić, że rodzina to związek kobiety i mężczyzny, homoseksualizm jest dewiacją, aborcja morderstwem, islamizm zagrożeniem dla Europy, a wartości chrześcijańskie są podstawą naszej cywilizacji – w większości krajów zachodniej Europy za podobne „herezje” można nawet stanąć przed sądem. To jednak może się zmienić za sprawą histerii rozpętanej po tragicznej śmierci prezydenta Gdańska. Temu służyć ma rozpowszechniana od pierwszych chwil po morderstwie narracja, jakoby Pawła Adamowicza nie zabił konkretny człowiek pragnący się zemścić za odsiadkę w więzieniu, lecz wszechogarniająca nienawiść, której źródłem (i to jedynym) ma być rzekomo prawica, a konkretnie PiS i Jarosław Kaczyński.


II. Szkolne pranie mózgów

Na reakcję sił postępu nie trzeba było długo czekać. Prezydenci kilku miast (Warszawa, Wrocław, Kraków, Łódź, Toruń, Bydgoszcz, Poznań, Białystok) zapowiedzieli, że w miejscowych szkołach odbędą się specjalne lekcje poświęcone „mowie nienawiści” z użyciem m.in. materiałów przygotowanych przez sorosowską Fundację Batorego czy skolonizowaną ideologicznie przez lewicę Radę Europy. Są to np. raport Fundacji Batorego i Centrum Badań nad Uprzedzeniami „Mowa nienawiści, mowa pogardy”, a także podręcznik Kampanii Rady Europy Bez Nienawiści „Zakładki. Przeciwdziałanie mowie nienawiści w sieci poprzez edukację o prawach człowieka”. Czego się z nich dowiadujemy? Wg raportu Fundacji Batorego ofiarami „mowy nienawiści” padają „osoby nieheteronormatywne”, uchodźcy i muzułmanie oraz feministki. Kropka. Z kolei w podręczniku Rady Europy główny nacisk położony jest na „ksenofobię”, „rasizm” i „dyskryminację” - oczywiście w odniesieniu do imigrantów i mniejszości etnicznych. Również kropka.

Już tylko na tym krótkim przykładzie widać, że mamy tu do czynienia ze skrajnie zaburzoną i motywowaną ideologicznie optyką, wedle której obiektami nienawiści są jedynie ściśle wyselekcjonowane grupy – migranci, muzułmanie, homoseksualiści czy feministki (zwróćmy uwagę - nawet nie kobiety jako takie, lecz jedynie ich wąska „reprezentacja”). Rzecz jasna, ani słowa nie poświęcono nienawistnemu językowi skrajnej lewicy czy przedstawicieli środowisk muzułmańskich. To ma zniknąć z pola widzenia i wrażliwości odbiorców – otrzymujemy zatem pod pozorem „edukacji” ładunek indoktrynacji i pranie mózgów. Dobrze więc się stało, że zareagował instytut „Ordo Iuris”, podnosząc, że to rodzice powinni decydować o przeprowadzaniu takich zajęć i uczestnictwie w nich swoich dzieci. „Ordo Iuris” opublikowało na swych stronach wzór „Oświadczenia Rodzicielskiego” dzięki któremu będzie można zwolnić swoje dziecko z niepożądanych i potencjalnie demoralizujących zajęć – za co, nawiasem, tygodnik „Polityka” nazwał członków instytutu „fundamentalistami”.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że ofiarami słownej agresji w Polsce padają przede wszystkim niezamożni mieszkańcy prowincji - „Janusze”, „Grażyny”, „hołota pobierająca 500+”, do tego rodziny wielodzietne określane jako „patologia, która się mnoży i żyje za nasze pieniądze”. Wystarczy zerknąć do internetu czy przypomnieć niesławny artykuł „Newsweeka” o „najeździe Hunów” zanieczyszczających bałtyckie plaże. Ludzi tych łączy jedno: stereotypowo uznawani są za gorszych – słabiej wykształconych, zacofanych, nieporadnych życiowo, prymitywnych, a na domiar złego głosujących na PiS. Podobnie fala zmasowanego hejtu dotyka Kościół przedstawiany jako instytucja pazerna i skorumpowana oraz księży, którym przyklejono łatkę zdemoralizowanych pedofili. Ale to pozostaje poza obszarem zainteresowania badaczy „mowy nienawiści”.


III. Zionąc miłością

Kampania przeciw „mowie nienawiści” ma jasno określony cel polityczny. Chodzi o zagonienie prawicy do kąta, tak by nie śmiała się odezwać – co w oczywisty sposób wpłynąć ma na przebieg zbliżających się kampanii wyborczych. A jeżeli jakikolwiek polityk bądź inna osoba publiczna odważy się zaprotestować, będzie piętnowana jako nienawistnik, który ma na rękach krew Pawła Adamowicza. Jak napisałem tydzień temu – w ciągu zaledwie doby od morderstwa ukształtował się przekaz jaki będzie towarzyszył tegorocznym wyborom. Stąd te chóralne jęki potępiające „nienawiść” - owo zbiorowe bicie się w cudze piersi, te diapazony hipokryzji podszyte szantażem moralnym. Schemat jest oczywisty – z jednej strony „my”, czyli siły dobra, broniące zgodnie ze słowami Donalda Tuska „Gdańska, Polski i Europy przed nienawiścią” utożsamianą z PiS, z drugiej zaś „oni” - dysząca nienawiścią prawica. Mamy tu zatem powtórkę z pamiętnej „polityki miłości” okresu rządów PO. Ten sam ton towarzyszył przemówieniu (bo trudno nazwać to homilią) o. Ludwika Wiśniewskiego podczas politycznego spektaklu, jaki zrobiono z pogrzebu prezydenta Adamowicza w gdańskiej Bazylice Mariackiej. Ta narracja, aby odnieść skutek, musi być wszechogarniająca, ma przytłaczać, tak by nikomu nie przyszło do głowy przypominać nie tylko „zionących miłością” wypowiedzi polityków i zwolenników „totalnej opozycji”, ale też chociażby okładek springerowskiego „Newsweeka” z Jarosławem Kaczyńskim na tle płomieni i podpisem „Dzień świra”, albo Macierewiczem ucharakteryzowanym na taliba. Nienawiść ma być przypisana jednej stronie.

Nie można się temu poddawać. Tym bardziej, że zaczęły się już podchody pod przyjęcie specjalnej ustawy przeciw „mowie nienawiści”, którą szybko ochrzczono „lex Adamowicz”. Ale rzecz nie tylko w doraźnej polityce – inicjatorom kampanii chodzi również o trwałe wyłączenie spod krytyki lewicowej agendy ideologicznej oraz wykluczenie z publicznego dyskursu tradycyjnych wartości. Wszystko po to, aby zapanowała miłość – ma się rozumieć, pod czujną opieką samozwańczej „policji myśli” bezlitośnie tępiącej „nienawistników”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Polityczna nekrofilia „totalnej opozycji”


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 04 (25-31.01.2019)

niedziela, 10 września 2017

Ideologiczna tresura za norweską kasę

Fundusze norweskie to bezwstydne futrowanie publicznymi środkami lewicy kulturowej, otwarcie dążącej do zniszczenia obecnego porządku społecznego.

Kontynuując wątek sprzed tygodnia – czyli raport „Ordo Iuris” unaoczniający, co z tzw. „funduszami norweskimi” wyprawia Fundacja Batorego – warto na wstępie przypomnieć rzecz podstawową. Otóż środki otrzymywane w ramach mechanizmu EOG nie są prywatnymi pieniędzmi darowanymi polskim NGO-som przez jakiegoś „filantropa” pokroju George'a Sorosa, który tym samym może dowolnie decydować jakie jego szajby i fiksacje będą z nich sponsorowane i kto w poszczególnych krajach ma tymi funduszami zawiadywać. Nawiasem, nawet w takim przypadku coś do powiedzenia powinno mieć państwo, bo jeśli pieniądze te są wykorzystywane w celach dywersyjnych – godzących w porządek konstytucyjny danego kraju, służących wewnętrznej destabilizacji, obaleniu legalnych władz – wówczas takiego sponsora wraz z jego pieniędzmi należy wziąć za kołnierz i wystawić za drzwi, zaś futrowane przez niego instytucje poddać ścisłemu nadzorowi, w sytuacjach skrajnych zaś – zdelegalizować, jako obcą agenturę. Coś podobnego właśnie usiłuje na Węgrzech zrobić Viktor Orban, ponieważ Soros nawet nie ukrywa wrogich celów, jakie mu przyświecają. Niemniej, w przypadku „funduszy norweskich” mamy do czynienia – podkreślmy to – z środkami publicznymi, przekazywanymi Polsce i innym krajom zgodnie ze stosownymi porozumieniami międzynarodowymi. To nie jest, jak zauważa „Ordo Iuris”, charytatywna darowizna, lecz ekwiwalent za otwarcie naszych rynków na towary, usługi i kapitał.

W tym kontekście skandalem jest, że Norwegia usiłuje dyktować nam, jakie podmioty powinny być operatorami przekazywanych pieniędzy – tym bardziej, że formalne wymogi określają jedynie, że dana organizacja ma dochować „najwyższego stopnia przejrzystości, odpowiedzialności i gospodarności, a także zasady dobrego rządzenia, zrównoważonego rozwoju, równouprawnienia płci i równych szans” oraz zasady „zerowej tolerancji dla korupcji”. Innymi słowy – nigdzie nie jest napisane, że musi być to Fundacja Batorego, na co uporczywie naciska norweski rząd, a i sama Fundacja sprawia wrażenie, jakby miliony przeznaczane na „społeczeństwo obywatelskie” należały się jej w ramach zapisanego w niebiesiech przyrodzonego porządku świata.

Tymczasem fundusze te wydatkowane są przez Fundację Batorego na sponsorowanie lewicowej agendy w przestrzeni publicznej, co kłóci się z obiektywizmem i równouprawnieniem - o „zrównoważonym rozwoju” nie wspominając. Jak podnoszą autorzy raportu, tendencyjna alokacja środków jest efektem fragmentarycznej reinterpretacji takich pojęć jak „dyskryminacja”, czy „wykluczenie”, co skutkuje faworyzowaniem pewnych grup społecznych dobranych arbitralnie, wedle lewicowego klucza ideologicznego, kosztem innych – a więc, paradoksalnie, dyskryminacją i wykluczaniem z którym ponoć Fundacja ma walczyć. Mamy zatem wśród beneficjentów wiele inicjatyw środowisk LGBTQ, proaborcyjnych, feministycznych, pro-imigranckich – lecz żadnej „pro life”, na rzecz rodzin wielodzietnych, czy promujących chrześcijański system wartości. Łącznie w ramach przeciwdziałaniu dyskryminacji i wykluczeniu (rozumianych w sposób lewicowy) wydano 49,1 mln. zł. (237 projektów).

Przykłady? Fundacja Przestrzeń Kobiet – 154 tys. zł. na „kobiety LGBTQ”; Stowarzyszenie Interwencji Prawnej – 344 876 zł. na „osoby LGBT”; Fundacja „Klamra” - 314 988 zł. na „walkę z tzw. »mową nienawiści«”; Lambda Warszawa – 183 328 zł. na „uczniów LGBT”; Fundacja na Rzecz Różnorodności Polistrefa – 221 586 zł. na walkę z nauczaniem religii w szkołach publicznych; Stowarzyszenie Kofe(m)ina – 225 tys. zł. na walkę z „opresyjnym konstruowaniem tożsamości płciowej” w szkole; Stowarzyszenie Edukacji Krytycznej – 145 136 zł. na działania na rzecz sprowadzenia uchodźców do Wrocławia... i tak dalej w tym guście – w sumie wymienione są 64 tego typu projekty. Autorzy zwracają uwagę, że wiele z nich wymierzonych jest w konstytucyjny i prawny porządek państwa – czyli małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, wolność wyrażania przekonań religijnych, czy wreszcie wolność słowa, bo do tego sprowadza się klasyfikowanie krytyki zachowań nieheteronormatywnych jako „mowy nienawiści”. Niektóre z dofinansowanych inicjatyw przekraczają przy tym granice groteski, jak 62 516 zł. przeznaczonych na „walkę z dyskryminacją osób z zaburzeniami identyfikacji płciowej w środowiskach… aktywistów LGBT”. Za tę skromną kwotę, jak napisano w sprawozdaniu „wzmocniono 26 osób transpłciowych” - co oznacza 2 404 zł. na jedną „wzmocnioną” osobę.

Mamy zatem jawne (by nie rzec bezwstydne) futrowanie publicznymi środkami lewicy kulturowej, otwarcie dążącej do zniszczenia obecnego porządku społecznego. Norwegowie grożą nam przy tym zamrożeniem funduszy, jeśli Polska nie pozwoli Fundacji Batorego w dalszym ciągu wydawać pieniędzy na ideologiczną tresurę. Cóż, niech w takim razie zabierają się do wszystkich diabłów – przynajmniej różni „inżynierowie dusz” nie będą mieli za co uprawiać swych chorych eksperymentów na żywej tkance społeczeństwa.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Norweski okup

Fundusze norweskie pod lupą


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 36 (08-14.09.2017)

piątek, 30 czerwca 2017

Media w Niemczech – na służbie władzy

W Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma.


I. Policją w niemieckich „antykomorów”

Co robi niemiecka policja, gdy przez Europę przetacza się fala zamachów (tj. pardon - „incydentów”), ludzie są rozjeżdżani samochodami, szlachtowani nożami przy wtórze zawołań „Allahu Akbar”, a w Belgii w ostatniej chwili zlikwidowano (znów pardon - „zneutralizowano”) terrorystę oplecionego pasem szahida? Tak, zgadli Państwo – policja rusza do energicznej walki z „mową nienawiści”. Czyżby służby zawiesiły czujne oko na meczetach i szkołach koranicznych, sprawdzając czy nie dochodzi w nich do werbunku kolejnych zamachowców, a imamowie nie propagują wizji europejskiego kalifatu oraz ideologii dżihadyzmu? Ależ skąd – są inne problemy, znacznie poważniejsze. I tak oto Federalny Urząd Kryminalny (BKA) przystąpił do zwalczania „prawicowego ekstremizmu” na portalach społecznościowych. Jak się dowiadujemy, 23 jednostki policyjne przeprowadziły w 14 landach akcję polegającą na wparowaniu do domów namierzonych uprzednio internetowych „hejterów”, rewizjach, zatrzymaniach i przesłuchaniach – w sumie potraktowano w ten sposób 36 „podejrzanych”.

Nam może się to kojarzyć z pamiętną historią najazdu ABW na mieszkanie „Antykomora”, jednak Niemcy jako europejski lider przodujący we wszystkich dziedzinach musiały rzecz jasna przedsięwzięcie zorganizować z o wiele większym rozmachem. Różnica jest taka, że u nas przynajmniej gazety i portale opozycyjne wzięły „Antykomora” w obronę. W Niemczech natomiast działania funkcjonariuszy spotkały się ze zgodnym aplauzem całego frontu medialnego, zjednoczonego w nieubłaganej walce przeciw „mowie nienawiści”. Ta „mowa nienawiści” to w ogóle szczególny wynalazek, polegający na twórczej interpretacji porzekadła „od słów do czynów”. Ponieważ nie chcemy, żeby dochodziło do nienawistnych „czynów”, to należy prewencyjnie zakazać potencjalnie prowadzących do nich „słów” - i tym sposobem zdusić hydrę nienawiści w zarodku. A że przy okazji w przestrzeni publicznej zapanuje duszący spokój knebla? Znakomicie, bo dzięki temu tym bujniej rozkwitnie wszechogarniająca miłość.

A zatem, tamtejsi „antykomorzy” nie mogli liczyć na żadnych obrońców – a to z tego względu, że w Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma. Jedne tytuły wprawdzie nieco bardziej sympatyzują z socjaldemokracją, inne zaś z chadecją, lecz de facto wszystkie stanowią wielką rodzinę na usługach politycznego mainstreamu, idealnie zgodną co do tego, że żaden antysystemowy głos nie ma prawa pojawić się w oficjalnym obiegu.


II. Kampania wyborcza w pruskim stylu

Jednak od pewnego momentu pojawiło się coś wymykającego się kontroli – to internet. Istne horrendum – ludzie zaczęli komunikować się ze sobą bez odgórnej kurateli, obok tradycyjnych środków przekazu. W ten sposób doszło do oddolnego przełamania monopolu i np. obywatele poinformowali się nawzajem o zajściach podczas Sylwestra 2015 w Kolonii – o czym dowiedzieć się nie mieli prawa. W efekcie tego (a także wymieniania się informacjami o innych „ekscesach” imigrantów przemilczanych w głównym obiegu) w połowie 2015 r. zaufanie do mediów zjechało do 40 proc., a określenie „Lügenpresse” („kłamliwa prasa”) weszło do powszechnego użycia. Do tego internet w naturalny sposób stał się trybuną wszelkich ruchów „populistycznych” (to zresztą ogólnoświatowy trend, bez internetowego wsparcia alt-prawicy Trump nie wygrałby wyborów), które dzięki temu miast wegetować na marginesie zyskują kolejnych zwolenników i coraz śmielej rozpychają się na politycznej scenie – ze znamiennym przypadkiem Alternatywy dla Niemiec (AfD) na czele.

Nie dziwi więc, że polityczny establishment postanowił dać słuszny odpór – prócz opisanej akcji policyjnej (która wedle ministra sprawiedliwości Heiko Maas'a z SPD stanowić ma „ważny sygnał”), lada dzień w Bundestagu ma być głosowany rządowy projekt ustawy nakładającej drakońskie kary finansowe na portale społecznościowe (nawet do 50 mln. euro) tolerujące na swych stronach „fałszywe informacje” i „mowę nienawiści”. Operatorzy reagować mają w ciągu 24 godzin na „uzasadnione zgłoszenia”. A jak poznać, czy zgłoszenie jest „uzasadnione”? Aaaa – o tym już zapewne zadecydują odpowiednie organy, choćby te, które właśnie tak dziarsko pogoniły niemieckich „antykomorów”. Dodajmy, że ustawę również przygotował wspomniany wyżej minister Heiko Maas, a całkiem niedawno (22 czerwca) z inicjatywy MSW przyjęto przepisy umożliwiające BND śledzenie treści przesyłanych za pomocą komunikatorów internetowych typu popularnego WhatsApp.

Jest to kolejny etap brania za twarz sieciowych platform komunikacji i generalnie pacyfikacji wolności wypowiedzi w internecie. A tak się przypadkiem składa, że następuje on tuż przed wejściem w decydującą fazę kampanii przed jesiennymi wyborami do Bundestagu. Intencja jest jasna i nikt nawet specjalnie jej nie ukrywa – chodzi o zablokowanie zagrażających establishmentowi sił politycznych. Jak widać, lekcja amerykańskiej wygranej Trumpa została pilnie przestudiowana i dokłada się odpowiednich starań, by podobny scenariusz nie powtórzył się między Odrą a Renem. W ten oto sposób otrzymujemy demokrację w iście pruskim stylu – wybory w cieniu cenzury.


III. Media w służbie władzy

Rozpisuję się o tym nie tylko dlatego, że to ponoć w Polsce „łamane są standardy” wolności mediów i prawa obywatelskie o czym z lubością grzmią niemieccy i brukselscy politycy, odwracając uwagę Europy od własnego podwórka. Rzecz w tym, że wszystkie te działania spotykają się z dość zgodnym poparciem tamtejszych mediów, które w gruncie rzeczy jawnie już pokazują, że są częścią systemu władzy przeznaczoną do roli nadzorców społeczeństwa, by temu nie strzeliło do głowy zagłosować na jakąś AfD, czy inną PEGIDĘ. Mamy więc specyficzny przykład „demokracji sterowanej” - póki co, wprawdzie „miękkimi” środkami, ale opisana na wstępie demonstracja siły pokazuje, że w razie czego demokratyczny niemiecki rząd nie zawaha się (przy medialnym poklasku) przy...ć komu trzeba – w obronie wolności, demokracji i wartości europejskich, ma się rozumieć.

Jakiś czas temu na portalu wPolityce.pl Aleksandra Rybińska przedstawiła ciekawą analizę rozmaitych współzależności między niemieckim (pół)światkiem dziennikarskim i politycznym – coś w stylu pamiętnego obrazka Moniki Olejnik wsiadającej do samochodu Urbana. Otóż funkcjonują tam tzw. „kręgi” składające się z przedstawicieli mainstreamowych opcji politycznych i „zaprzyjaźnionych” dziennikarzy. Owych „kręgów” działających na zasadzie elitarnych klubów uzupełniających się przez kooptację jest obecnie ok. dwunastu, a ich członków obowiązuje bezwzględna omerta. To właśnie tam politycy w przyjacielskiej atmosferze, podczas luźnych kolacyjek, przedstawiają starannie wyselekcjonowanym i zaufanym dziennikarzom swój punkt widzenia na różne sprawy, który następnie jest przekuwany na odpowiedni medialny przekaz urabiający opinię publiczną. Dla dziennikarza przynależność do takiego klubu oznacza zawodową nobilitację, zatem naturalnie stara się on zaspokoić oczekiwania zapraszających go kolegów i polityków. Reprezentują oni wszystkie najważniejsze tytuły i koncerny medialne, co oczywiście stawia ich w roli jednego z elementów aparatu władzy – już Konrad Adenauer nazwał „kręgi” „jednym z najważniejszych instrumentów sterowania państwem” i można się domyślać, że od tamtego czasu ta zażyłość na styku media-polityka jedynie się pogłębiła.

Jednakże, prócz zarządzania wewnętrznego, niemieckie koncerny medialne spełniają również istotną funkcję w polityce zagranicznej – i to w prawdziwie kolonialnym stylu. Podbijając rynki krajów Mitteleuropy mają za zadanie, mówiąc wprost, trzymać w ryzach tubylców, żeby się nie zbiesili i utwierdzać ich w permanentnym poczuciu niższości względem „metropolii” - oraz stawiać za wzór sukcesu i europejskości rozmaitych jurgieltników, którzy dzięki gorliwej wysłudze dochrapali się z łaski Berlina jakichś intratnych synekur. Wiadomy list dyrektora wiadomego koncernu do polskich podwładnych jest tu wymownym przykładem - aczkolwiek, jeśli tylko nazwać rzeczy po imieniu, koncern ten bardzo się denerwuje i grozi pozwami. Ostatnio zaś inny szef tego samego koncernu w wywiadzie dla szwajcarskiej gazety przyznał, że jego polskie interesy znacznie ucierpiały („milionowe straty”) wskutek wycofania reklam przez państwowe spółki, lecz mimo to nie zamierza wychodzić z Polski. I tym właśnie różni się projekt polityczny od projektu biznesowego. Gdy biznes przynosi straty wdraża się plan naprawczy albo po prostu zamyka interes. W przypadku projektu polityczno-ideologicznego straty finansowe są „wliczone w koszta” i utrzymuje się biznes niezależnie od słabych wyników finansowych. Władze koncernu liczą zapewne na ponowne przejęcie rządów przez opcję proniemiecką, dzięki której pieniądze znów popłyną szeroką rzeką, wynagradzając obecne chude lata – i na rzecz tego będą pracować ile sił. Oby się przeliczyli.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (28.06-04.07.2017)

czwartek, 24 września 2015

Postępowi donosiciele

Wygląda na to, że prawdziwa tolerancja rozkwitać może jedynie w warunkach państwa policyjnego.

Ponieważ okazało się, że rozliczne zagrożenia związane z inwazją muzułmańskich przybyszów na Europę są dla większości Polaków tak oczywiste, że nie da się ich ogłupić proimigrancką propagandą, ani selektywną cenzurą, w rodzaju tej wprowadzonej na internetowych stronach „Wyborczej”, postanowiono koniec końców sięgnąć po aparat przemocy. Oto, jak donoszą mediodajnie, prokuratura będzie z całą bezwzględnością ścigać przejawy tzw. „mowy nienawiści” - czyli przestępstw ujętych w art. 119, 256 i 257 Kodeksu Karnego, dotyczących m.in. gróźb karalnych, nawoływania do nienawiści, bądź znieważania ze względu na przynależność narodową, etniczną, rasową, wyznaniową albo z powodu bezwyznaniowości – co, w zależności od przestępstwa, zagrożone jest karami do 2, 3 i 5 lat pozbawienia wolności. Jak widać, spektrum penalizowanych w ten sposób zachowań może być bardzo szerokie, a motywacja ścigania – czysto ideologiczna i podyktowana jakimiś doraźnymi potrzebami, toteż prokuratura bez stosownych poleceń sama z siebie nie pali się zazwyczaj do działania. Potrzebny jest zatem odpowiedni bodziec – np. w postaci zachęcających pomruków rządu, chcącego wykazać się poprawnością na użytek wewnętrzny, lub – częściej – zewnętrzny, przed „europejskimi partnerami”.

No dobrze, ale skąd pobudzona do działania prokuratura ma wiedzieć, gdzie szukać różnych nienawistników i kiedy wszczynać „z urzędu” śledztwa? Potrzebny byłby cały pion do śledzenia mediów, internetu, napisów na murach, w szaletach publicznych itd. I tu z pomocą przychodzi stara, sprawdzona, instytucja delatorstwa. Osobliwą predylekcję do donosicielstwa wykazują różne lewackie organizacje, które z denuncjacji uczyniły wręcz swoją rację istnienia i źródło utrzymania, będąc za swe konfidenckie usługi wynagradzane strumieniem grantów. Tak oto rozproszone, amatorskie „strzelanie z ucha” zyskało nowe, sprofesjonalizowane oblicze. Weźmy takie Stowarzyszenie przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii „Otwarta Rzeczpospolita”. Wydało ono mianowicie broszurę, będącą swoistym vademecum kapusia, zatytułowaną „Poradnik obywatela. Co możemy zrobić, gdy zetkniemy się z mową nienawiści?”. Jak poucza nas stosowna adnotacja na okładce, owa broszurka licząca sobie 12 stron została sfinansowana przez „Islandię, Liechtenstein i Norwegię ze środków Mechanizmu Finansowego Europejskiego Obszaru Gospodarczego oraz Norweskiego Mechanizmu Finansowego oraz budżetu Rzeczypospolitej Polskiej w ramach Funduszu dla Organizacji Pozarządowych, a także dzięki wsparciu Fundacji im. Stefana Batorego w ramach programu »Przeciwdziałanie nietolerancji«. Czyż to nie miłe, że tyle państw i instytucji pragnie nas wyleczyć z nietolerancji? Publikacja już w pierwszych słowach poucza czytelnika, że wg art. 304 § 1 KPK Każdy, dowiedziawszy się o popełnieniu przestępstwa ściganego z urzędu, ma społeczny obowiązek zawiadomić o tym prokuratora lub Policję”; kończy się zaś komsomolskim wezwaniem: „nie bądźmy bierni! Mamy wiele możliwości reakcji na to, co nam się nie podoba i co nas oburza. Korzystajmy z nich! Nie bójmy się działać!”.

Aby dodatkowo ulżyć potencjalnym denuncjatorom, „Otwarta Rzeczpospolita” stworzyła specjalną stronę internetową, której nazwy celowo tu nie przytaczam, by nie propagować donosicielstwa, na której wygodnie, kilkoma kliknięciami można dokonywać stosownych zgłoszeń, zaś „Otwarta Rzeczpospolita” bierze już na siebie ciężar zawiadomienia organów ścigania. Oto przykład. Szpicel melduje: „Pod filmem pokazującym imigrantów na Węgrzech internauta zamieścił komentarz, który nawołuje do nienawiści i przemocy ze względu na pochodzenie, wzywa do fizycznej eksterminacji uchodźców”. Stowarzyszenie odpisuje: „Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita zawiadamia prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa ściganego z urzędu”. I tak ta maszynka się kręci: jak chwalą się przed jednym z organów „Agory” organizatorzy tego delatorskiego procederu – napłynęło już ponad 600 zgłoszeń, z czego 323 uznano za przestępstwa.

Dodatkowo, lewackie organizacje zadbały zawczasu, by stosowne organy odpowiednio „uwrażliwić”, organizując kilka lat temu cykl szkoleń dla prokuratury i policji, podczas których politrucy z „Otwartej Rzeczpospolitej” kładli śledczym do głów potrzebę rewolucyjnej czujności, by żadna reakcyjna świnia nie była pewna dnia ani godziny.

Podsumowując, najpewniej uznano, że polski wstręt do denuncjacji, będący jednym z nielicznych społecznych pozytywów po epoce rozbiorów, okupacji i komuny, jest szkodliwym, burżuazyjnym przesądem, który należy wyplenić, by zapanowała u nas tolerancja jakiej świat nie widział. Jak pisał mistrz Szpotański: „Wszędzie mięsiste węszą nosy, w powietrzu kłębią się donosy”, w innym miejscu zaś: „by człowiek był człowieka bratem, trzeba go wpierw przećwiczyć batem”. Powtórzę więc refleksję z „Pod-Grzybków”: wygląda na to, że prawdziwa tolerancja rozkwitać może jedynie w warunkach państwa policyjnego.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2461-pod-grzybki-21

Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr38 (18-24.09.2015)

czwartek, 29 listopada 2012

Katofaszysta Grzegorz B.

Walka z „faszyzmem” zaostrza się w miarę postępów Postępu.

I. Walka klasowa...

Kiedy wreszcie odwiedzę siedziby TVN-u i „Wyborczej” ze spluwą w garści, różańcem na szyi i plecakiem trotylu, jak na porządnego katofaszystę przystało, to wtedy dopiero pozatrudniana tam dziennikarska swołocz będzie miała realny powód do spazmów i histerii. Prokuratura i jej Ślepokura dopiero wtedy otrzyma przesłanki do „wzmożeniowego” śledztwa i stawiania zarzutów, zaś „abewiaki” od Bondaryka powody do porannych nalotów. Obie służby natomiast - do konferencji prasowych z materiałami filmowymi świeższymi niż 12 lat.

Póki co natomiast, zgodnie z myślą Stalina, że walka klasowa zaostrza się w miarę postępów w budowie komunizmu, mamy do czynienia z sytuacją w której walka z faszyzmem zaostrza się w miarę postępów Postępu. To zaś naturalną koleją rzeczy powoduje wzmożone zapotrzebowanie na „faszystów”, których należy wytropić, zdemaskować, przykładnie napiętnować i wsadzić za kraty. Rzecz jasna, powyższe komponuje się idealnie z procederem pełzającej represjonizacji wdrażanej systematycznie przez Dyktaturę Matołów, która umiejętnie podsyca społeczny strach przed „prawicowym ekstremizmem” - wypisz wymaluj w identyczny sposób, w jaki władze PRL siały propagandę o „ekstremie” z „Solidarności”.

II. Na tropie „ekstremy”

Prowokacje podczas Marszu Niepodległości to już klasyka. Tylko przytomności umysłu rzecznika ONR, Mariana Kowalskiego, który zapanował nad wielotysięcznym tłumem zawdzięczamy, że „hodowanie zamieszek” się nie powiodło, ale było blisko. Do tego nagabywanie przez policję organizatorów wyjazdów zbiorowych, „profilaktyczne rozmowy” na komendach, najścia na domy członków ONR... Ale to jeszcze wypadło blado, trzeba było czegoś mocniejszego, by wokół „faszyzmu” rozpętać histerię.

Owym mocniejszym akcentem był finał groteskowej operacji ABW w sprawie „brunobombera”. Funkcjonariusze wychwycili w internecie narwańca, by następnie go hodować, podsuwając mu agenturalnych „współkonspiratorów”, a rzecz całą zakończyć prokuratorską pokazuchą z filmami sprzed 10-12 lat i „arsenałem” złożonym z jakichś rupieci oraz militarnych gadżetów z Allegro – akurat wtedy, gdy było potrzebne to Dyktaturze Matołów i jej medialnej ekspozyturze. Mamy tu do czynienia z istnym powrotem do czasów urbanowo-jaruzelskich. Telewizja stanu wojennego również pokazywała „arsenały” rzekomo gromadzone przez solidarnościowych „terrorystów”.

Tego było trzeba, by rozpętać histerię antyfaszystowskiego wzmożenia. Zaraz „Wyborcza” znalazła wpis Artura M. Nicponia, w którym pytał się o możliwość hipotetycznego referendum w sprawie zastrzelenia Tuska. Nicpoń sprawę postawił w kontekście głosowania w kwestii aborcji, ale tego już „Wyborcza” nie podała, bo taka wiedza jej czytelnikom jest niepotrzebna. Ponieważ strona http://www.nicek.info/ wyleciała w powietrze, to zacytuję dla porządku, za blogiem MarkaD: „No ale weź mi, jako prawnik, taką rzecz powiedz - mamy tę całą demokrację i liberalizm. Czy można w Polsce zrobić referendum na projektem zastrzelenia Tuska i zbierać pod takim projektem podpisy? Żeby zastrzelenie go jak psa było legalne. Kumasz, jeśli można majdrować przy dzieciach w fazie prenatalnej i można sobie głosować, czy je zabić czy nie, to czy tak samo można z Tuskiem? (wytłuszczenie moje - GG) .

No i wreszcie wypowiedź Grzegorza Brauna – z gatunku takich, które wygłasza w zasadzie na niemal każdym publicznym spotkaniu. Zdrajców należy rozstrzeliwać, bo jeśli nie wisi nad nimi widmo kary, to tworzy się popyt na zdradę i zaprzaństwo – taki z grubsza był jej sens. Oczywista oczywistość, również w odniesieniu do funkcjonariuszy reżimowych mediodajni z TVN-u i „Wyborczej” (odpowiednio – dwa tuziny i tuzin do rozwałki). Oni doskonale wiedzą, że Braun ze swoją atletyczną posturą notorycznie doprowadza do płaczu całe plutony policji, więc nie dziwię się, że mogło im powiać nieprzyjemnym chłodkiem po krzyżu. No, ale katofaszystą Grzegorzem B. zajęła się już niezależna prokuratura, a wkrótce może i rozgrzane sądy, zatem pewnie trochę odetchnęli.

III. Pełzająca represjonizacja

Aż żal bierze gdy się spojrzy, jakie to wszystko dęte, jak nieudolnie fastrygowane. „Terrorysta”, którego musi czynnie podżegać do przestępstwa komando „abewiaków”, jakieś sensacje z d...y wzięte w rodzaju internetowego wpisu z niszowej strony, jakaś wyrwana z kilkugodzinnej dyskusji wypowiedź sprzed niemal trzech miesięcy. No, ale skoro poszedł prikaz, by walczyć z „faszyzmem” i „ekstremą”, to nie ma rady. Należy pryncypialnie stać na nieubłaganym gruncie niczym czekiści o chłodnych głowach i gorących sercach, bo – powtórzmy - walka z faszyzmem zaostrza się w miarę postępów Postępu. Nie to, co taki Cezary Michalski ze swymi życzeniami uśmiercenia kilku byłych kolegów – publicystów, czy Krzysztofa Rybińskiego, który wedle Michalskiego skończyć miał jak Aldo Moro. Walczyć z lewacką ekstremą „nie lzia”.

A tak na poważnie – właśnie okazało się, po co to budowane od tygodni napięcie, to całe antyfaszystowskie wzmożenie i medialna histeria. Otóż wszystko to miało zbudować atmosferę przyzwolenia na nowelizację kodeksu karnego, a konkretnie – poszerzenie penalizacji tzw. „mowy nienawiści”. Tak się bowiem pięknie zorkiestrowała „podgatowka” mediów z zamysłami władzy, że PO w odpowiedzi na „społeczne zapotrzebowanie” złożyła w Sejmie projekt zmiany art.256 KK, który ma otrzymać brzmienie: „kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści wobec grupy osób lub osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, społecznej, naturalnych lub nabytych cech osobistych lub przekonań podlega karze grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2".

Obecnie art. 256 brzmi: „Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.” Jak łatwo zauważyć, do katalogu dodano kategorię polityczną oraz „naturalne lub nabyte cechy osobiste” (zapewne chodzi o homosiów), usunięto zaś kategorię wyznania – czyli wyjęto spod ochrony prawa „katoli”, wzięto zaś pod opiekę Dyktaturę Matołów i jej poputczików, bo chyba nie ma wątpliwości, w którą stronę rozgrzane sądy będą interpretowały „nawoływanie do nienawiści wobec osoby lub grupy osób z powodu jej przynależności politycznej”.

Mamy zatem do czynienia z kolejną odsłoną pełzającej represjonizacji – tym razem pod płaszczykiem walki z „mową nienawiści”. Knebel z sankcją karną, którego jedną z glównych ofiar będzie internet, w tym blogosfera oraz inne media niezależne. Oczywiście, nie da się kontrolować wszystkiego i karać wszystkich – stosowane będą uderzenia punktowe, wybiórcze, obliczone na efekt zastraszenia – przypuszczam zresztą, że rolę delatorów ochoczo wezmą na siebie reżimowe mediodajnie z „Wyborczą” (przypomnę – tuzin do „czapy”) i TVN (dwa tuziny...), jak uczyniły to z Braunem i Nicponiem. Jest to zresztą ciąg dalszy kampanii zapoczątkowanej kilka miesięcy temu przez prokuratora Seremeta, który zalecił ściganie „mowy nienawiści” w sieci, po tym jak „Tygodnikowi Powszechnemu” zrobiło się przykro, że nie ma kary na tych nienawistników (pisałem o tym w notce „Młot na pisowców”).

IV. Marzenia mediodajni i „antystemowcy” pod presją szantażu

Tak sobie myślę, że Dyktaturze Matołów i jej medialnej ekspozyturze bardzo odpowiadałoby, gdyby pojawił się jakiś prawicowy, „faszystowski” Cyba. Oni wręcz tego wyczekują, co widać po ich okrzykach na temat „brejwików”, że teraz, po tej wypowiedzi Brauna to już na pewno jakiś maniak zacznie ich mordować („zbliżamy się do jakiegoś krytycznego punktu, po którym zdarzy się nieszczęście” - prof. Jan Hartman), co pozwoli im pozbyć się uciążliwego moralnego garba po mordzie łódzkim, bowiem „prawicowi publicyści i politycy od razu przypominają, że to oni są obiektem ataków - przecież w Łodzi zamordowany został działacz PiS. I to ma zamknąć wszystkim usta” („Reagujmy na brednie” - GW). Wreszcie można by pograć na propagandzie męczeństwa i pod tym pretekstem zdelegalizować, zamknąć... a ileż nowych „surowych ustaw” można by wprowadzić! („Gdy tylko w Polsce obejmę władzę, szereg surowych ustaw wprowadzę” - jak marzył Gnom w „Rozmowie w kartoflarni”)

Stąd też mój wstęp o rozwałce w siedzibach „GW” i TVN-u. Oby ktoś się przypadkiem nie zabrał za spełnianie tych waszych marzeń, bo wtedy nigdy nie wiadomo na kogo trafi...

Na zakończenie pozwolę sobie jeszcze skonstatować ze smutkiem, że prawa strona tzw. „dyskursu publicznego” dała się niemal kompletnie sterroryzować tym nędznym, prymitywnym szantażem kleconym na zasadzie – wybieramy czyjąś wypowiedź i co wy na to: odcinacie się? PiS pozwolił, by „Wyborcza” korygowała mu politykę kadrową (zawieszenie Nicponia i sąd partyjny). Natomiast prawicowi gwiazdorzy – za wyjątkiem Ewy Stankiewicz - w sprawie Brauna albo nabrali wody w usta, albo wręcz uznali za stosowne na wyprzódki się od niego dystansować. Do tej pory im nie przeszkadzał: zapraszali go, dyskutowali na spotkaniach, robili z nim wywiady, fetowali filmy i zacierali ręce z radochy słysząc jego co bardziej ostre wypowiedzi. Tak to wygląda - koledzy, taka ich mać. Grunt, żeby żaden „wariat” nie popsuł im wizerunku i całego tego patriotyczno-opozycyjnego biznesu w którym wyrobili sobie pozycję celebrytów swoją starannie skalkulowaną „antysystemowością”. Obrzydliwe.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

sobota, 11 sierpnia 2012

Młot na „pisowców”

Ściganie w sieci tzw. „mowy nienawiści” to kolejny młot na „pisowców”. Przedstawiciele przemysłu pogardy mogą spać spokojnie.

I. Ściąga dla Seremeta

Czytam, że stojący na czele jak najbardziej niezależnej prokuratury pan Andrzej Seremet zarządził ściganie w sieci tzw. „mowy nienawiści”. Zarządził tak, gdyż „Tygodnikowi Powszechnemu” zrobiło się przykro, iż niecywilizowany tubylczy motłoch się brzydko wyraża. Doskonały pomysł. Nienawiść werbalna prowadzi bowiem często do nienawiści fizycznej w jej najskrajniejszych odmianach, o czym cała Polska miała okazję przekonać się przy okazji mordu łódzkiego. To wyrobnicy i zawiadowcy przemysłu pogardy włożyli Ryszardowi Cybie pistolet do ręki i popchnęli do zabójstwa. Treść jego „manifestu”, który przyniósł na salę sądową nie pozostawia tu cienia wątpliwości, dokument ten bowiem składał się niemal w całości z nienawistnych, antypisowskich medialnych zbitek, sączących się z przekaziorów dzień w dzień od rana do nocy – również w internecie. Na dobrą sprawę, należałoby takich „morderców zza biurek” jak Lis, Kuczyński, Kuźniar i reszta ferajny sądzić za podżeganie do zabójstwa.

Oto fragment pisma Cyby: „Na początku chciałbym przeprosić pokrzywdzonych za to co zrobiłem, ale winę ponosi PiS. Jarosław Kaczyński i Lech Kaczyński, który spóźnił się na samolot i nie chciał się spóźnić się na uroczystości, doprowadził do katastrofy smoleńskiej przez zmuszenie załogi samolotu do lądowania w bardzo trudnych warunkach atmosferycznych i słabo wyposażonym lotnisku. Według mnie to Lech Kaczyński jest największym mordercą Polskim od czasu II wojny światowej. (…)” (http://niezalezna.pl/19439-znamy-tresc-listu-ryszarda-cyby)

W związku z powyższym, ponieważ w Prokuraturze Generalnej powstaje właśnie jakaś instrukcja z wytycznymi, co i w jaki sposób będzie ścigane z całą surowością prawa, to mam dla pana Andrzeja Seremeta ściągę z przykładami nienawistnej mowy rozpanoszonej na największych polskich portalach, dyskryminującej innych ze względu na przekonania polityczne, religijne itd. (pisownia oryginalna):

„Prawicowe parchy uażający się za wielkie dziennikarstwo wybielają prawicowe bydło ze stada Yaro Zbawcy.” (gazeta.pl)

„Kobito droga !!!!! Zajmij się wnukami. Jak nie masz swoich to cudze przygarnij. Ale nie mieszaj się do polityki bo to Cię przerosło !!!!! Jka prezio, który żyje z kotem po pochówku przyjaciela broni małżeństw " hetero " a minister, który skrobał na potęgę broni życia poczętego to gdzie się wcinasz kobito ze swymi skrobankami??? Toż to wszystko udawane jest :( A że sobie spieprzyłaś życie to nie musisz się odgrywać na innych !!!!” (wp.pl, pod felietonem Jadwigi Staniszkis)

„Kłamczyński to naczelna hiena cmentarna 4rp - każdą śmierć da się wykorzystać, tym bardziej,że martwi nie mogą zaprotestować.....” (interia.pl, pod felietonem Ziemkiewicza)

„MNIE WAS PISDZIELCY ANI TROCHĘ NIE ŻAL, BO DAJECIE SIĘ TRÓŻNEJ MAŚCI PSYCHOLOM (MACIEREWICZ, JAREK0 POLITRUKOM PZPR (LIPIŃSKI, KRYŻE, JASIŃSKI) OBSŁUDZE ZMYWAKA (CZARNECKI), ZŁODZIEJOM (RYDZYK, WOJCIECHOWSKI, KUŹMIUK, BRUDZIŃSKI) ULICZNYM CHULIGANOM (BRUDZIŃSKI) PROWADZIĆ NA RZEŹ , JAK B A R A N Y ! MASZ JEDEN Z DRUGIM TROCHĘ WYKSZTAŁCENIA A TAK SIĘ UPADLASZ!” (onet.pl)

II. Podgotowka „TP”

Nie będę przytaczał więcej, bo tu nie rynsztok, a i to co zacytowałem, to w zasadzie tylko tak dla żartu. Taki smutny dowcip, nie mam bowiem, rzecz jasna, złudzeń co do tego, że przygotowywane wytyczne służyć będą wyłącznie Obozowi Beneficjentów i Utrwalaczy III RP oraz, ewentualnie, różnym postępowcom, jako kolejny młot na „pisowców”, „moherów” i choćbyśmy zapchali prokuratorskie skrzynki podobnymi doniesieniami, to możemy mieć pewność, że sauronowe oko niezależnego wymiaru sprawiedliwości i organów ścigania znajdzie akurat ciekawsze obiekty do skupienia swej uwagi. Tak, jak w przypadku malwersanta od „Amber Gold”, czy Zbigniewa S. ps. „Niemiec” - sutenera i szantażysty Krzysztofa Piesiewicza, którego proces wciąż jakoś nie może się rozpocząć, zaś sam alfons bez przeszkód ze strony policji był jednym z czynniejszych prowodyrów napaści na obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu.

Swoją drogą, „Tygodnik Powszechny” wykazał się rewolucyjną czujnością i gorliwością w robieniu „waadzy” dobrze. Udając „troskę” (zwróćcie uwagę – oni zawsze się „troszczą” – nie, że chcą wprowadzenia tylnymi drzwiami cenzury i knebla, gdzieżby!) dostarczył Dyktaturze Matołów idealnej podkładki do nałożenia na internet kagańca. Kaganiec ów Dyktatura Matołów próbowała już założyć sieci kilkukrotnie – zawsze chyłkiem, boczkiem, przemycając zapisy przy okazji jakichś nowelizacji dotyczących zasadniczo czegoś innego i wygląda na to, że tym razem może się udać. I nawet nie trzeba będzie zmieniać prawa. Wystarczy istniejące przepisy poddać twórczej interpretacji za pomocą instrukcji z wytycznymi dla prokuratorów. Genialne. Ciekawe, czy prokuratura skorzysta z odkrycia dziennikarki TVN, która przy okazji Marszu Niepodległości za podżegające do nienawiści uznała hasło „Bóg – Honor – Ojczyzna”.

Na marginesie, przypomniał mi się stary dowcip: „- Tate, w szkole kazali napisać wierszyk ze słowem 'podżegacze'. - Ty, Icek, nic się nie martw. Ty siadaj i pisz: 'na balkonie wiszą gacze / pod balkonem piesek skacze / jak doskoczy – podże gacze!' ”

III. Mordercy zza biurek mogą spać spokojnie

Interesujący jest jeszcze jeden aspekt sprawy, mianowicie wysoka, hm, reaktywność pana Prokuratora Generalnego. Wystarczył jeden tekst niszowego tygodnika o śladowym nakładzie, by uruchomić prokuratorską machinę i to od razu na szczeblu centralnym. Wow, strach pomyśleć, co by się stało, gdyby zawracaniem głowy prokuratorowi zajęła się na serio, dajmy na to, „Gazeta Polska” rozchodząca się w wielokrotnie wyższym nakładzie. Ani chybi, Polska zmieniła by się w kraj szalejącego prawackiego terroru z prokuratorskimi komandami krążącymi po ulicach.

Żartuję oczywiście – w naszym pięknym kraju nie liczy się bowiem zasięg, bo wówczas TV Trwam już dawno miałaby miejsce na multipleksie, tylko fakt przynależności do odpowiedniego towarzystwa – to jest czynnik „opiniotwórczy” i nic innego. „Tygodnik Powszechny” może sobie być ledwie wegetującym pisemkiem doprowadzonym do ruiny przez kolejne zastępy „otwartych katolików”, którzy uczynili z niego wpierw religijny dodatek do „Gazety Wyborczej”, zaś obecnie listek figowy dla ITI, które z jakichś powodów potrzebowało takiego listka w swym ogródku, tak jak potrzebuje tego kanału od bezkoloratkowego księdza Sowy i Szymona Hołowni – czołowych specjalistów od „katolicyzmu bezobjawowego” - ale z jakichś tajemniczych względów, sygnał wysłany właśnie z redakcji „Tygodnika” uruchomił jakieś niewidoczne sznurki, które sprawiły, iż niezależny Prokurator Generalny zaczyna nagle gorliwie śpiewać z podsuniętej mu partytury.

A tak poza tym – wiadomo, że ścigania za wpisy na forach internetowych nie będzie, bo niezwisłe sądy nie nadążyłyby ze wsadzaniem do paki. W praktyce, to od subiektywnej oceny pana prokuratora zależeć będzie, czy daną wypowiedź uzna za pospolitą pyskówkę, czy za złowrogą „mowę nienawiści”. W ramach „ekonomiki” działania zadawane będą więc uderzenia punktowe – gdy ukaże się jakiś wpis wyjątkowo drażniący przedstawicieli Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP, gdy jakiś publicysta zanadto się wychyli, gdy pojawi się jakiś nowy „Antykomor”, gdy „talib” Terlikowski rozdrażni gejów i feministki przypomnieniem nauczania Kościoła w kwestiach moralnych itp.

Wiadomo przecież, że nie ścigną Lisa, Cezarego Michalskiego (co to chciał byłych kolegów załatwić, jak załatwiono Aldo Moro), Wojciecha Maziarskiego, Kuczyńskich czy palikociarni, mimo, że to właśnie ich nienawistna propaganda skłoniła Ryszarda Cybę do sięgnięcia po broń i doprowadziła do łódzkiej tragedii. Przedstawiciele przemysłu pogardy i nienawiści – ci współcześni mordercy zza biurek – mogą spać spokojnie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na zbliżony temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/mordercy-zza-biurek

http://niepoprawni.pl/blog/287/ryszard-cyba-i-system-klamstwa

A oto "manifest" Cyby - kliniczny przykład skutków "przemysłu pogardy", którego nie będzie ścigał pan Seremet:

https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgQnJQ7qiixNz6jsAVovWQG7EsMQ5Uq-bXUJG4kjSUfWwrUCNaTmIg8wn85OEOBZ2tzlEJa-XlYQLyFa2s7KOVbOtOJnRej2TwjpsMleRTbRjPVMDGMz6rOnLfuiqg4y7xAB8VRWfFWdhHA/s512/cyba-list_pap.jpg