Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cenzura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cenzura. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 sierpnia 2019

Tęczowa cenzura

Dziś cenzura została „sprywatyzowana” przez globalne koncerny, a kapitał ma nader wyraziste, lewackie „ideolo”. Warto mieć tego świadomość.

I. Tęczowa cenzura na You Tube

W minionych dniach prawicową część internetu obiegły dwie bulwersujące wiadomości dotyczące praktyk cenzorskich stosowanych przez należący do Google serwis You Tube. Pierwsza z nich to usunięcie przez władze portalu rozmowy przeprowadzonej na kanale wSensie.tv z redaktorem naczelnym tygodnika „Do Rzeczy” Pawłem Lisickim. Rozmowa została przeprowadzona w ramach cyklu audycji pt. „Wierzę”, w których red. Lisicki wspólnie z prowadzącym Markiem Miśko roztrząsali różne zagadnienia religijne. Dopóki zajmowali się np. sporami na linii „moderniści” - „konserwatyści” w Kościele Katolickim, kryzysem kapłaństwa czy kwestią „unowocześniania” liturgii Mszy Św., You Tube nie widział powodów do ingerencji. Reakcję wywołał dopiero program poświęcony ideologii LGBT omówionej w kontekście nauczania Kościoła oraz Pisma Św. Jak łatwo się domyślić, analiza ideologii LGBT dokonana z perspektywy katolickiej wypadła miażdżąco – i to obudziło samozwańczych cenzorów z polskiego oddziału Googla, którzy usunęli program oraz zablokowali kanałowi wSensie.tv możliwość dodawania nowych filmów – wszystko, ma się rozumieć, pod zarzutem szerzenia „mowy nienawiści”. Jest to o tyle zabawne, że każdy kto miał okazję zapoznać się z jakimikolwiek publikacjami Pawła Lisickiego wie, że jest on wprawdzie konserwatystą jednoznacznie i zdecydowanie broniącym katolickiej Tradycji oraz zwalczającym „nowinkarstwo” - lecz zarazem trudno o publicystę bardziej merytorycznego, kulturalnego i wyważonego w słowach, przedstawiającego swe poglądy bez uciekania się do werbalnej agresji czy pogardy dla adwersarzy. To jednak w oczach cenzorów nie miało znaczenia – wystarczyło zacytowanie odnoszących się do homoseksualizmu fragmentów Biblii i kościelnego nauczania, by zasłużyć na „bana”. Co więcej, w przypadku dalszego ignorowania tego typu „ostrzeżeń”, kanałowi grozi całkowite usunięcie z serwisu. Zachowanie władz You Tube jest tym bardziej skandaliczne, że w uzasadnieniu decyzji standardowo powołują się jedynie na zapis regulaminu dotyczący zakazu szerzenia „mowy nienawiści” bez wskazania jakie konkretnie treści czy fragmenty programu ów zakaz naruszały. Sytuacja rodem z „Procesu” Kafki lub bardziej swojsko - „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”.

Dodajmy, że sprawa jest rozwojowa, bowiem twórcy programu przy wsparciu Ordo Iuris zamierzają wystąpić przeciw polskiemu oddziałowi Google na drogę sądową (wysłano już pismo przedprocesowe), gdyż blokada zastosowana przez You Tube i zarzut stosowania „mowy nienawiści” narusza wolność słowa oraz dobra osobiste zarówno dziennikarzy, jak i podmiotów tworzących program.

Drugi przypadek, jeszcze bardziej bulwersujący, to całkowite usunięcie przez You Tube kanału popularnej telewizji internetowej wRealu24.pl (ponad 250 tys. subskrybentów). Tu również zaczęło się od „ostrzegawczych” blokad programów (i to podczas nadawania na żywo) omawiających białostocką gej-paradę m.in. z udziałem Marcina Roli, Piotra Szlachtowicza i Marcina Dybowskiego. Co ciekawe, serwis chwilowo odblokował konto telewizji 1 sierpnia, dzięki czemu mogła ona wyemitować na żywo relację z Marszu Powstania Warszawskiego – jednak tylko po to, by 3 sierpnia całkowicie usunąć kanał pod pozorem... szerzenia „treści gloryfikujących przemoc lub podżegających do przemocy wobec drugiego człowieka lub grupy ludzi”. Rozumieją Państwo? Relacja z obywatelskich obchodów rocznicy Powstania wg You Tube rzekomo „szerzy nienawiść” (screeny z komunikatów You Tube dostępne są na stronie wRealu24.tv). Również i w tym przypadku nie podano żadnych konkretnych wypowiedzi czy treści, które miałyby naruszać regulamin. Po prostu: szerzycie nienawiść – a konkretnie? - a, bo tak! Istny „paragraf 22”. Twórcy portalu zapowiadają m.in. pikiety pod polską siedzibą Google oraz interwencję u wiceministra cyfryzacji Adama Andruszkiewicza, który w ministerstwie odpowiada m.in. za media społecznościowe.


II. Liberalny zamordyzm

W tym miejscu należy się Czytelnikom wyjaśnienie, aby uniknąć podejrzeń, że uprawiam tu jakąś prywatę: oświadczam, że nie jestem w żaden sposób związany z którąkolwiek z wymienionych wyżej telewizji (no chyba, że jako jeden z setek tysięcy widzów). Jestem natomiast głęboko przekonany, że tej sprawy nie można ot, tak zostawić - w imię dobrze pojętego publicznego interesu. Widać bowiem jak na dłoni, że światowi giganci usług internetowych, wykorzystując swą monopolistyczną pozycję rynkową, przystąpili do systematycznego „wycinania” niewygodnych z ich punktu widzenia prawicowych, konserwatywnych treści. Nie dotyczy to bynajmniej jedynie Googla i naszego kraju – jest to trend ogólnoświatowy, w którym uczestniczy m.in. także inny globalny monopolista – Facebook, słynący z banowania prawicowych kont i stron, „obcinania” zasięgów czy ukrywania postów pod różnymi pretekstami. Tu osobisty wtręt – na swoim profilu FB mam zwyczaj wrzucać zapowiedzi kolejnych numerów „Warszawskiej Gazety” oraz zajawki swoich artykułów i notorycznie spotykam się z sytuacją „ukrywania” ich pod pozorem... szerzenia spamu. Ot, cenzurka w białych rękawiczkach... Odwoływać można się na Berdyczów.

Podkreślam – opisane na wstępie przypadki wymagają solidarnej postawy nas wszystkich, odbiorców prawicowego przekazu, inaczej korporacyjne lewactwo „zniknie” nas jednym pstryknięciem. Dziś cenzorzy przyszli po wSensie czy wRealu – jutro mogą przyjść po każdego z nas, skutecznie uniemożliwiając publikowanie i popularyzację naszych poglądów. „Mowa nienawiści” jest tu perfidnym wytrychem, bowiem umożliwia podciągnięcie pod ten celowo nieprecyzyjny, płynny termin każdej niewygodnej krytyki. Tak to już jest z „wolnością słowa” w liberalizmie – oznacza ona wolność propagowania wyłącznie treści lewicowo-liberalnych. Wszystko co znajduje się na prawo od tego wąskiego spektrum, kwalifikowane jest jako „nienawiść”. Wystarczy zresztą spojrzeć na „lewą” stronę internetu, gdzie fala prymitywnego hejtu pod adresem Kościoła, księży i osób wyznających tradycyjny system wartości nie spotyka się z żadną reakcją.

To wszystko, rzecz jasna, wpisuje się w ofensywę ideologii LGBT, której monopoliści w rodzaju Googla i Facebooka otwarcie sprzyjają – w Polsce są obecni chociażby na kolejnych gej-paradach, afiszują się z okolicznościowymi „tęczowymi” logami, promują treści propagujące „nieheteronormatywne” zachowania... „Tolerancja” w ich wydaniu oznacza jednostronną, lewacką propagandę afirmującą rozmaite „mniejszości” przy jednoczesnym kneblowaniu „zacofanej” większości. To nic innego, jak inżynieria społeczna. Globalne korporacje wykorzystując (nigdy dość powtarzania) monopolistyczną pozycję, usiłują urządzać nam życie, meblować głowy i narzucać określony światopogląd. Tyczy się to zresztą nie tylko internetu – dość przypomnieć sprawę zwolnionego za poglądy pracownika IKEA czy ostentacyjną obecność światowych korporacji na warszawskim Marszu Równości.


III. Prywatyzacja cenzury

Trzeba sobie powiedzieć jasno – żyjemy w świecie, do którego powróciła cenzura. Tyle, że zamiast jawnej cenzury państwowej, mamy obecnie do czynienia z o wiele groźniejszą, ukrytą mutacją. Dziś cenzura została „sprywatyzowana” przez globalne koncerny wykorzystujące w tym celu swobodę prowadzenia działalności gospodarczej i wewnętrzne, firmowe regulaminy. Osobiście sądzę, że ta nagła akcja You Tube przeciw prawicowym kanałom wynika z tego, że korporacyjni macherzy zorientowali się w ich rosnącej popularności oraz co równie ważne – profesjonalizacji. To już nie są chałupniczo robione filmiki typu „laptop i komórka”, lecz programy realizowane na prawdziwie „telewizyjnym” poziomie. Należało zatem odebrać im „tlen”.

Podsumowując, kiedyś nam wmawiano, że kapitał jest „przeźroczysty” - nie ma ojczyzny ani poglądów. Kryzys finansowy pokazał, że kapitał jak najbardziej ma „narodowość”. Teraz natomiast przekonujemy się, że ma również nader wyraziste, lewackie „ideolo”. Warto mieć tego świadomość.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cele i strategia ruchów LGBT

Czy LGBT podpali Polskę?

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa

Mowa nienawiści – knebel na prawicę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (09-15.08.2019)

niedziela, 26 maja 2019

Art. 212 – zaciskanie knebla

Z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Na posiedzeniu Sejmu z 16 maja br. uchwalono obszerną nowelizację Kodeksu Karnego. Obrady upłynęły w typowo „kampanijnej” atmosferze, a partyjne przepychanki i zainteresowanie mediów skupiły się głównie na zaostrzeniu odpowiedzialności za pedofilię – tymczasem, w gąszczu szczegółowych przepisów przemycono rzecz tyleż skandaliczną, co potencjalnie bardzo niebezpieczną dla wolności słowa. Rozszerzono mianowicie odpowiedzialność karną za zniesławienie – czyli wciąż pokutujący w naszym systemie prawnym haniebny art. 212 KK. Ten relikt komuny od lat jest przedmiotem krytyki organizacji pozarządowych, środowisk dziennikarskich oraz międzynarodowych organizacji, takich jak OBWE, która już w 2005 r. wezwała polskie władze do dekryminalizacji przestępstw zniewagi i zniesławienia. Na podobnym stanowisku stanęło w 2007 r. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Również orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (np. sprawa Handyside przeciwko Wlk. Brytanii) wskazuje, iż groźba odpowiedzialności karnej za zniesławienie może prowadzić m.in. do stosowania przez dziennikarzy autocenzury i skutkować tzw. efektem mrożącym („chilling effect”).

Wszystko to jak dotąd nie skłoniło kolejnych ekip rządzących do wykreślenia art. 212 z Kodeksu Karnego – słyszymy, że przepis ten ma umożliwić obronę dobrego imienia osobom, których nie stać na wytoczenie procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych. Jest to tłumaczenie o tyle obłudne, że praktyka jasno pokazuje, iż art. 212 stał się w znacznej mierze narzędziem tłumienia medialnej krytyki przez osoby publiczne, ze szczególnym uwzględnieniem polityków. Kolejną grupą chętnie posługującą się art. 212 są podmioty instytucjonalne, o czym niżej podpisany przekonał się za sprawą dwuletniego procesu ze Związkiem Banków Polskich. Dotyczy to w szczególności typu kwalifikowanego przestępstwa opisanego w §2, penalizującego zniesławienie za pomocą „środków masowego komunikowania” (czyli z założenia wymierzonego w dziennikarzy), gdzie prócz grzywny czy ograniczenia wolności mamy możliwość zasądzenia kary do roku pozbawienia wolności. Co więcej, w przeszłości zdarzało się, że kara ta faktycznie była orzekana przez sądy – w ostatnich latach wprawdzie linia orzecznictwa odeszła od tej praktyki, lecz potencjalne zagrożenia odsiadką „za słowo” wciąż istnieje.

Jeśli chodzi o polityków, niezmiennie obserwujemy podejście zdeterminowane zasadą „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Każda opcja polityczna znajdująca się w danej chwili w opozycji solennie zapowiada zniesienie art. 212, by błyskawicznie zapomnieć o złożonej obietnicy w chwili objęcia rządów – bo też art. 212 jest nader poręcznym kneblem: niezależnie od finalnego rozstrzygnięcia, proces sam w sobie jest dolegliwością dla dziennikarza i redakcji, generując przy okazji koszty związane z obsługą prawną. Obecnie rządzące PiS niestety nie jest wyjątkiem – jako opozycja przygotowało nawet w 2008 r. projekt odpowiedniej nowelizacji, by teraz pójść w dokładnie odwrotnym kierunku.

Co konkretnie uchwalono? Otóż do wspomnianego wyżej §2 dopisano §2a w brzmieniu: „Tej samej karze (czyli grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do roku – przyp. PL) podlega, kto w celu popełnienia przestępstwa określonego w § 1 albo po jego popełnieniu tworzy fałszywe dowody na potwierdzenie nieprawdziwego zarzutu lub nakłania inne osoby do potwierdzenia okoliczności objętych jego treścią”. Jak się zdaje, intencją ustawodawcy było uderzenie w zniesławiające fake newsy i fałszywe zeznania – tyle, że w prawie karnym już mamy zarówno karalność składania fałszywych zeznań, jak i podżegania do takowych. Zniesławiający fake news natomiast sam w sobie wyczerpuje znamiona czynu zabronionego z art. 212 – otrzymaliśmy więc legislacyjnego potworka dublującego odpowiedzialność karną.

Najgorsze jednak jest to, że o ile na mocy art.212 §4 zniesławienie z paragrafów 1 i 2 ścigane jest z oskarżenia prywatnego, o tyle „zapomniano” o tym w przypadku dodanego §2a! A to oznacza, że przestępstwo z paragrafu 2a ścigane będzie Z URZĘDU. Krótko mówiąc, do akcji wkroczy policja i prokuratura, nawet bez wiedzy poszkodowanego – a sąd będzie mógł zasolić nawet rok odsiadki.

Ten drakoński przepis poraża tym bardziej, że jeszcze w lutym min. Ziobro deklarował możliwość depenalizacji zniesławienia (było to po głośnym wyroku w sprawie dziennikarza Wojciecha Biedronia, którego sąd uznał winnym, bo w artykule o sędzim Łączewskim mylnie podał, że w jego sprawie toczy się postępowanie dyscyplinarne, podczas gdy toczyło się postępowanie wyjaśniające) - a w tym samym czasie w jego resorcie trwały prace nad omawianą nowelizacją.

Według dostępnych statystyk, z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Między 2006 a 2016 r. liczba wszczętych postępowań zwiększyła się ze 168 do 904, a wyroków skazujących – z 236 do 540. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Art. 212 – knebel na dziennikarzy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (24-30.05.2019)

niedziela, 7 kwietnia 2019

ACTA2 – do kosza!

ACTA2 to efekt intensywnego lobbyingu potentatów rynku medialnego mający na celu wykoszenie internetowej konkurencji, na co nakłada się polityczny interes dotychczasowego liberalno-lewicowego establishmentu.

I. Jurgieltniczy instynkt

Trudno o lepszy prezent dla PiS w kontekście tegorocznych wyborów od tego, który sprawiła siódemka eurodeputowanych PO, głosując za dyrektywą określaną potocznie jako ACTA2. Przypomnijmy te nazwiska, by nie przepadły w mroku zapomnienia: Danuta Hubner, Agnieszka Kozłowska-Rajewicz, Barbara Kudrycka, Julia Pitera, Marek Plura, Bogdan Zdrojewski i Tadeusz Zwiefka – do tego, jako ósmy, swój głos dołożył „niezrzeszony” Michał Ujazdowski. Siedmioro innych europosłów Platformy wybrało natomiast taktyczny unik i nie wzięło udziału w głosowaniu, zaś czwórka pozostałych zagłosowała przeciw. Słowem, pełna schizofrenia, a warto nadmienić, że ta sama PO jeszcze w marcu zarzekała się, że jest absolutnie przeciwna dyrektywie. Co więcej, głosowanie całościowe zostało poprzedzone głosowaniami proceduralnymi dotyczącymi najbardziej kontrowersyjnych i mogących potencjalnie skutkować cenzurą internetu artykułów – 11. i 13. do których miały zostać naniesione poprawki, łagodzące ich treść. Tutaj do wprowadzenia poprawek zabrakło zaledwie pięciu głosów – zgadnijcie dzięki komu? Otóż 4 posłów Platformy głosowało przeciw poprawkom, a pięcioro nie wzięło udziału. Do tego dochodzi jeszcze dokonana w międzyczasie tajemnicza zmiana numeracji spornych artykułów – art. 11 i 13 zmieniono na art. 15 i 17, co mogło dodatkowo wprowadzić w błąd innych deputowanych. Widać, że komuś bardzo zależało na tym, by dyrektywę przepchnąć bez istotnych zmian.

Całej sprawie dodatkowego smaczku nadaje ujawniona przez niemieckie media kwestia politycznego dealu zawartego pomiędzy Francją a Niemcami. Na przeforsowaniu ACTA2 najbardziej zależało bowiem Francji, gdzie już obecnie obowiązują restrykcyjne przepisy dotyczące praw autorskich. Stanowisko Paryża nie dziwi – tamtejszy establishment chwieje się w posadach, a tradycyjne media są jego emanacją i jako takie pozostają w ogniu krytyki, m.in. za tendencyjne opisywanie protestów „żółtych kamizelek”, przedstawianych jako banda warchołów i zadymiarzy. W naturalnym interesie zarówno mainstreamowej prasy, jak i prezydenta Macrona jest więc przyblokowanie internetowej „samowolki” obnażającej medialne manipulacje. Ochrona praw autorskich jest do tego wymarzonym pretekstem, bo nie sposób udowodnić nierzetelności bez przytoczenia oryginalnego materiału – a ten będzie chroniony, jako intelektualna własność wydawcy. Niemcy od czasu kryzysu migracyjnego mają zresztą podobny problem, który z całą mocą ujawnił się po pamiętnym sylwestrze w Kolonii, kiedy to głównonurtowe media zgodnie przemilczały przypadki gwałtów i molestowania, jakich dopuściły się zorganizowane gangi muzułmańskich migrantów. Od tamtej pory w niemieckim społeczeństwie upowszechnił się termin „Lügenpresse” („kłamliwa prasa”), a wiodące tytuły zanotowały w sondażach znaczący spadek zaufania. Niemcy jednak dotąd nieco się krygowały w jednoznacznym poparciu ACTA2 – i tu pomocną dłoń podała właśnie Francja, składając propozycję nie do odrzucenia: wy poprzecie ACTA2, a my przestaniemy zgłaszać obiekcje do gazociągu Nord Stream2. Propozycja została przyjęta i niemieccy deputowani zagłosowali za dyrektywą.

Pozostaje pytanie, czy europosłowie PO dostali otwarte polecenie, czy też wyczuwszy zmianę nastrojów u niemieckich kolegów postanowili się na wszelki wypadek dostosować do oczekiwań swych protektorów, powodowani swoistym jurgieltniczym instynktem. Tak czy inaczej, po raz kolejny postanowili zagłosować przeciw oficjalnemu stanowisku Polski. W efekcie, to czego nie udało się przeprowadzić za rządów Tuska i polskiej europrezydencji, zostało „klepnięte” obecnie – za panowania tegoż Tuska w charakterze „króla Europy”.


II. Internet pod kontrolą

Jakie konkretnie zagrożenia wiążą się z ACTA2? Dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym wprowadza m.in. wymóg uzyskania licencji na rozpowszechniane treści od właścicieli praw autorskich i pokrewnych. Niby oczywistość, rzecz jednak w tym, że w praktyce będzie to dotyczyć głównie serwisów społecznościowych typu You Tube czy Facebook, które bazują na treściach zamieszczanych przez użytkowników. Jeżeli zatem np. You Tube nie zawrze stosownych umów z innymi wydawcami (telewizjami, koncernami muzycznymi itp.), to będzie zmuszony usuwać takie materiały. Więcej – zostanie zobligowany do zastosowania prewencyjnego filtru zawczasu wyłapującego treści łamiące prawa autorskie. Wyjaśnię konsekwencje takiego mechanizmu na przykładzie. Otóż jedna z wiodących stacji komercyjnych znana jest z tego, że wyjątkowo skrupulatnie ściga w sieci „nieautoryzowane” materiały – dziwnym trafem takie, w których jej dziennikarze bądź zaproszeni goście z którymi sympatyzuje wykazali się niekompetencją, stronniczością, nierzetelnością lub zaliczyli inne kompromitujące wpadki. Do tej pory uderzała „punktowo”, interweniując w poszczególnych przypadkach. Teraz natomiast zyska narzędzie „ramowe”, pozwalające en bloc ścigać niewygodne treści pod pretekstem naruszenia praw autorskich. W naturalny sposób zatem, media społecznościowe by się chronić zastosują wzmożoną prewencję. To zaś oznacza, że użytkownicy, którym chodzi o coś więcej niż wrzucanie filmików ze śmiesznymi kotkami stracą poważny kanał komunikacji.

Jednak internetowi giganci dadzą sobie radę – najwyżej trochę mniej zarobią, zmuszeni do opracowania algorytmów i sztabu ludzi rozpatrujących wnioski i odwołania. Gorzej będzie w przypadku małych, niezależnych portali, które zwyczajnie nie będą w stanie udźwignąć kosztów tak rozbudowanej kontroli i opłat licencyjnych. Do tego dochodzi również obowiązek monitorowania komentarzy czytelników – jeśli ktoś w komentarzu wrzuci materiał objęty prawami autorskimi (fragment artykułu, film, zdjęcie itp.), konsekwencje poniesie właściciel portalu. W skrajnych przypadkach może się to skończyć wyłączeniem możliwości dodawania komentarzy – a więc dojdzie do zachwiania swobody wymiany informacji, opinii oraz interaktywności, która jest esencją funkcjonowania internetu. Wrócimy do epoki mediów „jednokierunkowych”, w których odbiorca był jedynie biernym konsumentem tego, co serwuje mu prasa, radio, telewizja. Dla niewielkiego portalu oznacza to po prostu śmierć. Podsumowując – ACTA2 to efekt intensywnego lobbyingu potentatów rynku medialnego (koncernów wydawniczych, muzycznych, filmowych) mający na celu wykoszenie internetowej konkurencji, na co nakłada się polityczny interes dotychczasowego liberalno-lewicowego establishmentu żyjącego z medialnym mainstreamem w symbiozie.

Nie jest tajemnicą, że do tej pory wolny internet działał przede wszystkim na korzyść prawicy – również w Polsce. Ponieważ przekaz mediów tradycyjnych był skutecznie zabetonowany przez jedną, liberalno-lewicową opcję, to właśnie w internecie prawica znalazła swoją niszę, skutecznie promując alternatywny punkt widzenia i poddając krytyce przekaz głównego nurtu – również poprzez utrwalanie treści o których ich twórcy woleliby zapomnieć. Bez tego nie byłoby możliwe podwójne zwycięstwo PiS w 2015 r., a obecnie nie doszłoby do ofensywy antysystemowych ugrupowań w Europie. Z punktu widzenia słabnących elit, taka sytuacja jest niedopuszczalna, stąd kolejne zakusy na poddawanie internetu coraz dalej idącej kontroli.


III. ACTA2 – do kosza!

W konfrontacji z powyższym, wyjątkowo groteskowo brzmią dziś histeryczne wrzaski o tym, że to PiS i Jarosław Kaczyński mieliby „wyłączać internet”. Jak wspomniałem na wstępie, PO dała właśnie PiS-owi niezastąpiony prezent – PiS już teraz zapowiedział, że korzystając z marginesu swobody, jaki ACTA2 daje państwom członkowskim, będzie implementował dyrektywę w maksymalnie złagodzonej wersji, na co zresztą ma dwa lata. Dla wolnościowego elektoratu zaś pojawia się kolejny argument, by nie lekceważyć majowych wyborów do PE. W przypadku korzystnego wyniku pojawia się bowiem szansa, by w kolejnej kadencji nowe unijne władze odesłały tę poronioną dyrektywę tam, gdzie jest jej miejsce – do kosza.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 14 (05-11.04.2019)

poniedziałek, 4 lipca 2016

Art. 212 – knebel na dziennikarzy

Po co nam wolność słowa? A nuż ktoś potraktuje ten frazes serio i skorzysta...

Wśród wielu reliktów komuny jakie wciąż funkcjonują w polskim prawodawstwie warto zwrócić uwagę na artykuł 212 Kodeksu Karnego penalizujący przestępstwo zniesławienia. Przepis ów, jak niekiedy się uzasadnia jego istnienie, ma np. służyć osobom, których nie stać na wytoczenie procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych. W praktyce jednak, ze względu na szeroki zakres (pomówić można nie tylko osobę prywatną, ale też organizację, instytucję, osobę prawną itp.), jak i wykładnię mówiącą, że wystarczy potencjalnie narazić na szwank czyjąś reputację, by ponieść odpowiedzialność karną – niezależnie od rzeczywistych skutków inkryminowanej wypowiedzi - regulacja ta stała się poręcznym narzędziem dla różnych pieniaczy chcących zakneblować niepożądaną krytykę pod swoim adresem. Szczególnie restrykcyjny jest par. 2 art. 212 definiujący kwalifikowany typ zniesławienia – czyli dokonanie go „za pomocą środków masowego komunikowania”, co skutkować może nie tylko grzywną czy ograniczeniem wolności, lecz nawet karą bezwzględnego pozbawienia wolności do roku.

Właśnie ów kwalifikowany typ przestępstwa jest ze szczególną lubością wykorzystywany do tłumienia medialnej krytyki oraz ciągania po sądach dziennikarzy i publicystów. W oczywisty sposób ma to budować efekt zastraszenia - zarówno dziennikarz jak i redakcja mają pomyśleć dwa razy zanim zaczepią jakąś wpływową osobę lub organizację działającą w przestrzeni publicznej, bo bez względu na finał takiej sprawy, proces karny i występowanie w charakterze oskarżonego jest już dolegliwością samą w sobie. Zwraca uwagę „nierównomierność ryzyka”: oskarżyciel zawsze może potencjalnie wygrać, oskarżony – co najwyżej nie przegrać. Taka konstrukcja sprawia, że art. 212 KK stanowi znakomite pole do szykanowania dziennikarzy za upublicznianie różnych niewygodnych treści.

Rzecz jasna nawiązuję tutaj do wytoczonego mi przez Związek Banków Polskich procesu – właśnie z art. 212 – za moje dwa felietony do „Gazety Finansowej”: „Wytarzać banksterów w smole i pierzu” oraz „Kurs sprawiedliwy – dla wszystkich”. Trzeba podkreślić, że ZBP nie skorzystał z możliwości sprostowania, polemiki, czy wszczęcia procedury cywilnoprawnej, wytaczając od razu najcięższe działa – intencja jest więc jasna: o bankach pisać można tylko dobrze, albo wcale. Niemniej, pozostawiając na boku moją sądową utarczkę z bankami (też swoją drogą ciekawe, czy aby na pewno wszystkie banki działające w Polsce są zachwycone działalnością obecnego kierownictwa ZBP, bo w kredyty frankowe, które były tematem obu felietonów, umoczone jest zaledwie kilka najbardziej „toksycznych” podmiotów) – zaznaczyć należy, że problem z art. 212 KK istnieje od dawna i od dawna przepis ten jest obiektem krytyki organizacji pozarządowych, dziennikarskich oraz instytucji międzynarodowych – od lewa do prawa.

Sięgnijmy dla przykładu po opublikowany jeszcze w 2009 r. wspólny raport Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i Izby Wydawców Prasy „Paragraf 212. Karanie dziennikarzy za zniesławienie w polskiej praktyce”. Mamy tam m.in. odniesienia do orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wskazującego na efekt zbliżony do cenzury prewencyjnej obowiązywania art. 212 KK, czy stanowisko OBWE wzywające Polskę do usunięcia przepisów godzących w wolność słowa. Nade wszystko jednak – opis szeregu spraw, w których dziennikarzy (często z niewielkich, lokalnych mediów) skazano, bo nieopatrznie zadarli z przedstawicielami urzędniczego establishmentu. W momencie publikacji raportu na mocy art. 212 KK skazano 1069 osób, w tym 241 na karę pozbawienia wolności. Nierzadko stosowano również środki zabezpieczające w postaci aresztu tymczasowego.

Jak do tej pory, apele środowisk dziennikarskich, wydawców, czy krytyczne wobec polskiego ustawodawstwa konkluzje Trybunału w Strasburgu trafiały w próżnię. ETPC podnosił niejednokrotnie, że prawnokarna penalizacja zniesławienia jest nie do pogodzenia z Europejską Konwencją Praw Człowieka, prowadzi bowiem do zjawiska „zamrożenia” („chilling effect”) i stosowania autocenzury: „Swoboda wypowiedzi jest jednym z filarów społeczeństwa demokratycznego (...) Nie może ona ograniczać się do informacji i poglądów, które są odbierane przychylnie albo postrzegane jako nieszkodliwe lub obojętne, lecz odnosi się w równym stopniu do takich, które obrażają, oburzają lub wprowadzają niepokój”.

Co ciekawe, różne siły polityczne, dopóki znajdują się w opozycji, podzielają pogląd o nadmiernej represyjności przepisów dotyczących zniesławienia i zagrożeń jakie się z tym wiążą dla zagwarantowanej konstytucyjnie wolności słowa oraz interesu publicznego. Jednak po dojściu do władzy ich punkt widzenia dostosowuje się błyskawicznie do punktu siedzenia (na zasadzie: a może ten „bat na pismaków” kiedyś nam posłuży) i zapominają o deklarowanych chwilę wcześniej poglądach. Póki co, kodeksowy „knebel” funkcjonuje w najlepsze – w końcu, po co nam wolność słowa? A nuż ktoś potraktuje ten frazes serio i skorzysta...

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->https://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3942-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr nr 26 (24-30.06.2016)

sobota, 21 maja 2011

Dyktatura matołów


Ukryte przesłanie akcji przeciw właścicielowi strony AntyKomor.pl jest jasne: czujne oko Saurona widzi wszystko, więc lepiej nie szurać.

Stefan Kisielewski podsumował niegdyś gomułkowszczyznę dosadnym określeniem „dyktatura ciemniaków”. Jak wiadomo, odwdzięczono mu się za to łomotem spuszczonym przez tzw. „nieznanych sprawców”. A przecież Kisiel, choć popularny, nie był w stanie Gomułce realnie zagrozić. Dzisiaj wprawdzie metody anonimowych pobić się nie stosuje (na razie?), ale sam mechanizm wybiórczych, punktowych szykan wydaje się jakby znajomy.

I. Pełzająca represjonizacja.

Przyznam się, że kiedy premier Tusk ogłosił rządową wojenkę z „kibolami”, do której pretekstu dostarczyła tzw. prowokacja bydgoska zastanawiałem się, czy to nie jest aby poligon doświadczalny, swoiste testowanie wariantu siłowego w planowanej rozprawie z opozycją. Po ostatnich wydarzeniach doszedłem jednak do wniosku, że „waadza” postawiła na inne rozwiązanie. Zamiast wprowadzać coś w rodzaju stanu wyjątkowego i delegalizować PiS, co wywołałoby fatalne wrażenie w Europie (i to w trakcie polskiej prezydencji), zdecydowała się na „pełzającą represjonizację” życia publicznego, do której ideologicznego uzasadnienia dostarczył oszalały z nienawiści do „Kaczora” i „moherów” Salon, wrzeszcząc o groźbie faszyzacji Polski. Owa „pełzająca represjonizacja” ma na celu wytworzenie wrażenia, że lepiej trzymać gębę na kłódkę i nie gardłować przeciw „waadzy”, bo „waadza” ma długie łapy i może nimi przydusić każdego niekonstruktywnego krytykanta.

Taki to „edukacyjny” wymiar ma niedawna akcja ABW przeciw administratorowi strony AntyKomor.pl, o której do niedawna mało kto słyszał. I śmiem twierdzić, że padło na niego właśnie z powodu tej niszowości - ukryte przesłanie jest jasne: czujne oko Saurona widzi wszystko, więc lepiej nie szurać. Podkreślam jeszcze raz – cel ataku został wybrany z absolutną premedytacją. Na podobnej zasadzie, z zachowaniem wszelkich proporcji, uderzono np. w Stanisława Pyjasa, który wszak nie był pierwszoplanowym opozycjonistą. Tamto zabójstwo miało na celu pacyfikację krakowskich środowisk studenckich, podobnie jak obecne szykany wymierzone są w poszczególne grupy – póki co w kibiców i coraz śmielej wkraczających do „realu” prawicowych internautów.

II. Sfrustrowane matoły.

Trudno nie zadumać się nad tym, jak rządzące nami nieudaczne matoły stają się przewrażliwione na punkcie jakiejkolwiek krytyki pod swoim adresem – zwłaszcza, jeśli ta krytyka podszyta jest sarkazmem czy ironią. Zupełnie jak Kisielowi „ciemniacy” - mają niespotykaną dotychczas medialną ochronę, sondaże niezmiennie pokazują wyraźną przewagę nad konkurencją, sprawują niepodzielne rządy do spółki z wyjątkowo spolegliwym koalicjantem, a mimo to każda formułowana publicznie krytyka działa na nich jak płachta na rozjuszonego buhaja. Co więcej, odnoszę wrażenie, że boli ich samo istnienie środowisk wobec których oficjalnie okazują lekceważącą pogardę: jacyś „kibole”, jakieś „mohery”, jacyś internetowi „opluwacze”...

Śmiem twierdzić, że wiem, co za tymi nerwowymi reakcjami stoi: poczucie, że ich rządy to pasmo klęsk, że spieprzono wszystko, co tylko można było spieprzyć, na wszystkich polach. I strach, że ta świadomość dotrze w końcu także do podtruwanych propagandowym czadem wyborców. Życie w takim napięciu, z majaczącym na horyzoncie widmem Trybunału Stanu, musi bardzo frustrować naszych matołów.


III. Walka z „faszyzacją”.


Stąd te wszystkie podchody: dwukrotna próba wprowadzenia do internetu tylnymi drzwiami cenzury, notoryczne problemy z wynajmem sal na pokazy „drugoobiegowych” filmów, akcja Radosława Sikorskiego przeciw listom dyskusyjnym na portalach gazet, nasilenie działań przeciw Presspublice (dziwnym trafem akurat wtedy, gdy tygodnik „Uważam Rze” trafił na czoło rankingów sprzedaży), represje wobec namiotu Solidarnych 2010, delegalizacja zniczy i tulipanów, czy słynne już mandaty po 500 zł dla kibiców za anty-donaldowy transparent wystawione z wykorzystaniem artykułu Kodeksu Karnego będącego spadkiem po PRL-u. To ostatnie stanowi zresztą ostateczne potwierdzenie, że tzw. „chuligani” zaczęli Tuskowi przeszkadzać dopiero w momencie, gdy na trybunach pojawiły się antyrządowe treści, bo wszak na stadionach od lat nie było tak spokojnie jak ohttp://www.blogger.com/img/blank.gifbecnie.

Dowiedzieliśmy się przy okazji, że „Donald” jest konstytucyjnym organem państwa, ale co tam – nie takich rzeczy jeszcze pewnie się dowiemy. Na przykład tego, że jeśli punktowa „pełzająca represjonizacja” uzupełniona najwyższą w UE liczbą podsłuchów i orzecznictwem rozgrzanych sądów okaże się niewystarczająca, to godne, słuszne i zbawienne stanie się odwołanie do „nieznanych sprawców”, którzy wszak w przeszłości niejednemu gardłującemu „faszyście” dali już radę.


Gadający Grzyb


Ilustracja jest screenem ze strony AntyKomor.pl opublikowanym na portalu Niezalezna.pl.

sobota, 27 marca 2010

Trzecia władza z ulicy Mysiej.


Nadchodzi czas wielkiego kneblowania?

Gwoli przypomnienia – „trzecia władza”, to w klasycznym monteskiuszowskim systemie trójpodziału, władza sądownicza. Ulica Mysia w Warszawie zaś, to takie sympatyczne miejsce, w którym mieścił się Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, czyli cenzura.

Przypomnienie jest niezbędne, albowiem bez cenzury, jak się okazuje, nie jest możliwe utrzymanie społecznej jedności moralno – polityczno – światopoglądowej. Ale słowo „cenzura” nie brzmi dobrze. Słowo „cenzura” nie mieści się w poprawnościowym wolapiku, to jest, chciałem rzec, w siatce pojęciowej „demokratycznego dyskursu”, którego ramy zakreślone zostały u zarania III RP. A hamować zapędy nieodpowiedzialnych, samozwańczych inkwizytorów, którzy naruszają, knują i generalnie, godzą w podstawy, jakoś trzeba.

Cóż zatem robić? (Lenin: „Szto diełat’?”)

Zaprząc do cenzorskiej roboty niezawisłe sądy.

I. Procesujemy…

Trudno o inne wnioski odnośnie poczynań naszego wymiaru sprawiedliwości, gdy spojrzy się na niedawny wyrok w sprawie książki Pawła Zyzaka, który, prócz nakazu ocenzurowania pracy młodego autora, może postawić w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej wydawnictwo „Arcana” zmuszając je do wykupienia całostronicowych przeprosin w „Gazecie Wyborczej”. Dodajmy niezliczone procesy wytaczane za pośrednictwem „Agory” przez Adama Michnika, lub chociażby sprawę Lech Wałęsa kontra Grzegorz Braun. Do tego dochodzą pozwy o charakterze światopoglądowym, czego najgłośniejszym przykładem jest sprawa Alicja Tysiąc vs „Gość Niedzielny” i niedawny pozew Wandy Nowickiej przeciw Joannie Najfeld.

Oklaski. Wszystkim, którzy w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej przewodniczyli składom orzekającym, wróżę owocne kariery.

II. Co orzeka?

Celowo nie piszę „kto”, ale „co” orzeka.

Sformułuję tu tezę, że orzekają nie tyle sędziowie, ile wpojone im na odpowiednich etapach ścieżki edukacyjno – zawodowej odpowiednie, „właściwe” przekonania. W ten sposób sędzia, czy też sędzina może orzekać w pełnym komforcie psychicznym – jako niezawisła jednostka, nie poddająca się „naciskom”, gdyż racje miłej swemu sercu strony postępowania mimowolnie odczytuje, jako naturalne, jedynie rozsądne.

Spójrzmy raz jeszcze: biorąc z osobna, każdy ze wspomnianych wyżej procesowych przypadków można by potraktować jako wyrywkowy, ideologiczny odlot składu orzekającego. Patrząc zbiorowo, można odczytywać powyższe procesy jako sądowy odcinek „dożynania watah”. Prezesi poszczególnych sądów oddelegowali tych a nie innych podwładnych do orzekania.

Pozwolę sobie na supozycję, że prezesi doskonale wiedzieli o poglądach swych podopiecznych.

Uznano najwyraźniej, że w trakcie edukacyjno – zawodowej obróbki, sędziowski narybek został nasączony jedynie słusznym światopoglądem na tyle, że można go bez strachu wypuścić na odpowiedni przyczółek. Innymi słowy - narybek dojrzał do historycznych zadań.

Młody wiek sędziów jest dodatkowym atutem z punktu widzenia ich uniwersytecko – zawodowych preceptorów. Nie sposób trzydziestoparolatków powiązać personalnie z komuną. A to, że ich światopogląd w kluczowych kwestiach został ukształtowany wedle jedynie słusznej linii… Któżby śmiał wpływać na opinię niezawisłego sądu?

Niezawiśli od wszystkiego sędziowie, którzy tak wspaniale sprawdzają się na sądowniczym odcinku walki o jedność historyczno - światopoglądową, zostali przez kogoś wykształceni, by nie rzec - ukształtowani, wprowadzeni do zawodu i tak dalej. Wyszli spod czyjejś ręki.

Czyjej? Bandy zafajdanych hipokrytów w prawniczych togach i uniwersyteckich biretach, uważających się za pępek świata.

No dobrze, niech no się wysapię…

III. Wiatr przemian… czyli „wraca nowe”.

Mdli mnie od wewnętrznego przekonania, iż środowisko sędziowskie poczuło, in corpore, „wiatr przemian”, który to „wiatr”, zgodnie z dialektyczno – darwinistyczną praktyką przetrwania, odczytano jako: „wraca nowe”, czyli – zatęchły, ale jakże swojski klimacik, rodem z lat 90-tych, kiedy to było tak bezstresowo, nikt liczący się nie próbował nikogo lustrować… a wyroki niezawisłych sądów były wyjęte spod oszołomskiej krytyki.

Grunt, to wypracować właściwą linię orzecznictwa – taką na czasie i dostosowaną do klimatu aktualnego odcinka dziejów. Modnie jest wspierać krzykliwych, skrajnych lewaków? To wspieramy. Modnie jest zemścić się i dać popalić „samozwańczym lustratorom”? To im damy. Za nasze lęki, za duszne bóle, że watahy chciały naruszyć naszą kastę… Oooch, damy popalić, by żadne zyzaki i inne najfeldy nie burzyły nam ugruntowanego światopoglądu…

A jak kto sobie nie pozwoli założyć kagańca na tępy, reakcjonistyczny ryj, to odpowie za obrazę sądu. Albo za cokolwiek. Odpowiednio zinterpretowany artykuł, w takim czy innym kodeksie, zawsze się znajdzie.

I, co najgorsze, nie ma w tym żadnego, wszechogarniającego „układu”, w który można by uderzyć jednym celnym strzałem i rozbić. Jest coś znacznie gorszego, trudniejszego do nazwania i obezwładnienia: korelacja środowiskowych interesów, połączona z ideologicznym zacietrzewieniem i zwykłym oportunizmem.

IV. Czas kneblowania.


Joanna Najfeld na stronie mamproces.pl/ podaje, że na spotkaniu w redakcji „GW”, przedstawiciele środowisk, nazwę to, „antycywilizacyjnego postępu” wzywali do procesowania się „aż po sądy zagraniczne”. Tak oto, zdeterminowana, agresywna i dobrze zorganizowana mniejszość, nakłada pomału knebel „milczącej większości”. Schemat jak z bolszewickiej rewolucji, tylko przeprowadzony w prawniczych szatach. Według demokratycznych procedur państwa prawa.

Myślę sobie, iż owi postępowi pieniacze nie byliby tak zdeterminowani w swych nawoływaniach, gdyby nie poczuli, iż stopień nasycenia sądownictwa bliskim ideowo „materiałem ludzkim” jest wystarczający. I że mają zaplecze finansowe odpowiednie do długich i kosztownych procedur. Trawestując Kaczmarskiego, „poczuli siłę i czas”. Czas kneblowania. W imię dialektycznie pojmowanej wolności. Sądokracja jest po naszej stronie, więc któż przeciw nam?

I tak, niepostrzeżenie, rodzi się sądowa „trzecia władza” z ulicy Mysiej. Na szczęście jest internet. Tylko, jak długo jeszcze to medium będzie w stanie wymykać się cenzurze?

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl