Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność słowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wolność słowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 maja 2019

Art. 212 – zaciskanie knebla

Z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Na posiedzeniu Sejmu z 16 maja br. uchwalono obszerną nowelizację Kodeksu Karnego. Obrady upłynęły w typowo „kampanijnej” atmosferze, a partyjne przepychanki i zainteresowanie mediów skupiły się głównie na zaostrzeniu odpowiedzialności za pedofilię – tymczasem, w gąszczu szczegółowych przepisów przemycono rzecz tyleż skandaliczną, co potencjalnie bardzo niebezpieczną dla wolności słowa. Rozszerzono mianowicie odpowiedzialność karną za zniesławienie – czyli wciąż pokutujący w naszym systemie prawnym haniebny art. 212 KK. Ten relikt komuny od lat jest przedmiotem krytyki organizacji pozarządowych, środowisk dziennikarskich oraz międzynarodowych organizacji, takich jak OBWE, która już w 2005 r. wezwała polskie władze do dekryminalizacji przestępstw zniewagi i zniesławienia. Na podobnym stanowisku stanęło w 2007 r. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Również orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (np. sprawa Handyside przeciwko Wlk. Brytanii) wskazuje, iż groźba odpowiedzialności karnej za zniesławienie może prowadzić m.in. do stosowania przez dziennikarzy autocenzury i skutkować tzw. efektem mrożącym („chilling effect”).

Wszystko to jak dotąd nie skłoniło kolejnych ekip rządzących do wykreślenia art. 212 z Kodeksu Karnego – słyszymy, że przepis ten ma umożliwić obronę dobrego imienia osobom, których nie stać na wytoczenie procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych. Jest to tłumaczenie o tyle obłudne, że praktyka jasno pokazuje, iż art. 212 stał się w znacznej mierze narzędziem tłumienia medialnej krytyki przez osoby publiczne, ze szczególnym uwzględnieniem polityków. Kolejną grupą chętnie posługującą się art. 212 są podmioty instytucjonalne, o czym niżej podpisany przekonał się za sprawą dwuletniego procesu ze Związkiem Banków Polskich. Dotyczy to w szczególności typu kwalifikowanego przestępstwa opisanego w §2, penalizującego zniesławienie za pomocą „środków masowego komunikowania” (czyli z założenia wymierzonego w dziennikarzy), gdzie prócz grzywny czy ograniczenia wolności mamy możliwość zasądzenia kary do roku pozbawienia wolności. Co więcej, w przeszłości zdarzało się, że kara ta faktycznie była orzekana przez sądy – w ostatnich latach wprawdzie linia orzecznictwa odeszła od tej praktyki, lecz potencjalne zagrożenia odsiadką „za słowo” wciąż istnieje.

Jeśli chodzi o polityków, niezmiennie obserwujemy podejście zdeterminowane zasadą „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Każda opcja polityczna znajdująca się w danej chwili w opozycji solennie zapowiada zniesienie art. 212, by błyskawicznie zapomnieć o złożonej obietnicy w chwili objęcia rządów – bo też art. 212 jest nader poręcznym kneblem: niezależnie od finalnego rozstrzygnięcia, proces sam w sobie jest dolegliwością dla dziennikarza i redakcji, generując przy okazji koszty związane z obsługą prawną. Obecnie rządzące PiS niestety nie jest wyjątkiem – jako opozycja przygotowało nawet w 2008 r. projekt odpowiedniej nowelizacji, by teraz pójść w dokładnie odwrotnym kierunku.

Co konkretnie uchwalono? Otóż do wspomnianego wyżej §2 dopisano §2a w brzmieniu: „Tej samej karze (czyli grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do roku – przyp. PL) podlega, kto w celu popełnienia przestępstwa określonego w § 1 albo po jego popełnieniu tworzy fałszywe dowody na potwierdzenie nieprawdziwego zarzutu lub nakłania inne osoby do potwierdzenia okoliczności objętych jego treścią”. Jak się zdaje, intencją ustawodawcy było uderzenie w zniesławiające fake newsy i fałszywe zeznania – tyle, że w prawie karnym już mamy zarówno karalność składania fałszywych zeznań, jak i podżegania do takowych. Zniesławiający fake news natomiast sam w sobie wyczerpuje znamiona czynu zabronionego z art. 212 – otrzymaliśmy więc legislacyjnego potworka dublującego odpowiedzialność karną.

Najgorsze jednak jest to, że o ile na mocy art.212 §4 zniesławienie z paragrafów 1 i 2 ścigane jest z oskarżenia prywatnego, o tyle „zapomniano” o tym w przypadku dodanego §2a! A to oznacza, że przestępstwo z paragrafu 2a ścigane będzie Z URZĘDU. Krótko mówiąc, do akcji wkroczy policja i prokuratura, nawet bez wiedzy poszkodowanego – a sąd będzie mógł zasolić nawet rok odsiadki.

Ten drakoński przepis poraża tym bardziej, że jeszcze w lutym min. Ziobro deklarował możliwość depenalizacji zniesławienia (było to po głośnym wyroku w sprawie dziennikarza Wojciecha Biedronia, którego sąd uznał winnym, bo w artykule o sędzim Łączewskim mylnie podał, że w jego sprawie toczy się postępowanie dyscyplinarne, podczas gdy toczyło się postępowanie wyjaśniające) - a w tym samym czasie w jego resorcie trwały prace nad omawianą nowelizacją.

Według dostępnych statystyk, z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Między 2006 a 2016 r. liczba wszczętych postępowań zwiększyła się ze 168 do 904, a wyroków skazujących – z 236 do 540. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Art. 212 – knebel na dziennikarzy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (24-30.05.2019)

niedziela, 29 lipca 2018

Opozycyjne deja vu

Drodzy „totalni”, wbrew temu, co wam się roi w głowach – nie jesteście ofiarami reżimu. Jesteście ofiarami losu.

I. Mroczne czasy

Nie wiem jak Państwo, ale ja obserwując konwulsje szeroko rozumianej „totalnej opozycji” (od polityków, poprzez media, a skończywszy na społecznym zapleczu) odnoszę wrażenie swoistego deja vu. Wszystko to już było, wszystko już widziałem i słyszałem – i niemoc polityczną, i histeryczną publicystykę, i radykalizację nastrojów przeciwników władzy. Więcej – po części sam w tych paroksyzmach brałem udział i podpisywałem się pod alarmistycznymi tezami, formułując w różnych miejscach kasandryczne wizje przyszłości. Było to raptem kilka lat temu, za czasów potęgi PO, kiedy mogło się wydawać, że „znikąd nadziei”, a system zafundowany Polsce przez ekipę Tuska przeżre nasz kraj do tego stopnia, że odwrócenie go stanie się zwyczajnie niemożliwe. Na dodatek można było odnieść wrażenie, że stanie się tak przy poparciu lub w najlepszym razie obojętności przytłaczającej większości Polaków. Ba, był czas, gdy z różnych miejsc podnosiły się głosy, że bez „kryterium ulicznego” i jakiejś rewolty się nie obejdzie, jeśli chcemy ocalić Ojczyznę przed ostatecznym upadkiem. Pod tym względem szczególnie przygnębiający był okres po Tragedii Smoleńskiej.

Pamiętamy to, prawda? Herr Tusk jako folksdojcz na pasku Angeli Merkel, Sikorski oddający hołdowniczo w Berlinie Polskę i Europę pod niemiecką kuratelę, prezydent „Komoruski” jako gwarant zachowania wpływów Kremla i komunistycznej wojskowej bezpieki, posmoleński „reset” stosunków z Rosją na życzenie Berlina i Waszyngtonu rządzonego przez tandem Obama – Hillary Clinton, NATO dogadujące się z Putinem i wizje „wspólnej przestrzeni bezpieczeństwa od Lizbony do Władywostoku” (to znów Sikorski)... Przecież nawet Kościół brał w tym wówczas udział za sprawą przewodniczącego KEP abp. Józefa Michalika podpisującego na Zamku Królewskim w Warszawie wraz z agentem KGB patriarchą Cyrylem deklarację o „pojednaniu” między narodami polskim i rosyjskim. Swoją drogą, w wywiadzie dla KAI abp. Michalik wyznał, iż „na obecnym etapie nie możemy tego kroku nie uczynić” - co także rzuca snop światła na ówczesne uwarunkowania i chciałbym tylko wiedzieć, kto dostojnemu hierarsze uświadomił jaki to wówczas mieliśmy „etap” wymagający takiego „kroku”.

W tle mieliśmy natomiast niewyjaśnioną po dziś dzień aktywność „seryjnego samobójcy” likwidującego niewygodnych świadków i ekspertów zaangażowanych w wyjaśnianie Smoleńska, mord polityczny dokonany w Łodzi przez Ryszarda Cybę na Marku Rosiaku, arogancję władzy przekonanej że PiS wraz ze swymi zwolennikami „wymrze jak dinozaury” (Tusk), aranżowane pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu rozróby i ekscesy pijanej tłuszczy z udziałem prowokatorów pokroju Andrzeja Hadacza czy sutenera Zbigniewa S. ps. „Niemiec” (z przyzwalającą biernością policji), prowokacje podczas kolejnych Marszy Niepodległości wraz z pałowaniem demonstrantów i całą resztą repertuaru aparatu przemocy, aresztowaniami i procesami, no i wreszcie – rozkradanie państwa, afery, wyprowadzanie z Polski za milczącą zgodą fiskusa miliardów dolarów rocznie... Nawiasem, niemal nic z wymienionych nieprawości nie doczekało się rozliczenia.


II. Farsa, czyli powtórka z historii

Na powyższe nakładało się nieustające samozadowolenie beneficjentów III RP przekonanych, że tak już będzie zawsze i otępiający, propagandowy łoskot mediów. Pamiętam towarzyszące nam wówczas poczucie bezsilności – PiS w kolejnych wyborach nie mogło przebić szklanego sufitu i jego poparcie oscylowało wokół tego, co ma dziś Platforma. Naszą reakcją było żmudne tworzenie oddolnych inicjatyw - „partyzanckich”, bez zaplecza instytucjonalnego, bez pieniędzy. Odtrutką na oficjalne przekaziory był rozkwit niezależnej blogosfery i próby odwojowania opinii publicznej za pomocą internetu. Z czasem wreszcie zaczęły powstawać opozycyjne tytuły prasowe (w tym „Warszawska Gazeta”) borykające się z problemami w obliczu których uprzywilejowane media III RP z miejsca padłyby na twarz. Równolegle podejmowały aktywność rozliczne, często lokalne, ruchy i stowarzyszenia. W sumie, to wszystko złożyło się na swoisty rój – konglomerat inicjatyw, który paradoksalnie dzięki swojemu rozproszeniu okazał się dla ówczesnej władzy trudny do spacyfikowania i odegrał niebagatelną rolę przy podwójnych wyborach w 2015 roku.

Wspominam obszernie te „kombatanckie” zaszłości dlatego, że zwolennicy obecnej „totalnej opozycji” usiłują powtórzyć tę drogę. Tyle, że jak to często bywa, w ich wydaniu historia powtarza się jako farsa. Weźmy sferę diagnoz – rzekomo to obecnie mamy „demontaż państwa prawa”, zagrożenie dla swobód obywatelskich i groźbę „putinizacji”. A w realu? Odbywają się bez przeszkód demonstracje podczas których policja wręcz z matczyną troską dba o komfort i bezpieczeństwo uczestników – porównajmy to chociażby ze sposobem w jaki zbiry Hanny Gronkiewicz-Waltz ze Straży Miejskiej traktowały pikietę Solidarnych 2010 na Krakowskim Przedmieściu. Dopiero ostatnia zadyma pod Sejmem spotkała się z bardziej zdecydowaną reakcją – nieporównywalną jednak do policyjnej akcji przeciw protestującym w PKW po skandalicznych wyborach samorządowych w 2014 r. Przy okazji – „totalni” alarmują, że PiS z pewnością sfałszuje kolejne wybory i nawołują do społecznej kontroli w komisjach, co jest karykaturalną powtórką z akcji Ruchu Kontroli Wyborów. Fałszerstwo ma rzekomo umożliwić „pisowski” Sąd Najwyższy – jakoś nie przeszkadzało im dotąd hurtowe oddalania protestów nieśmiertelną formułką, że ewentualne nieprawidłowości „nie miały wpływu na końcowy wynik”.

Idźmy dalej – zagrożona jest jakoby „wolność mediów”. Owo zagrożenie, jak rozumiem, polega na tym, że opcja III RP straciła medialny monopol i zmuszona jest funkcjonować w warunkach pluralizmu – nader ułomnego dodajmy, bo jeśli spojrzeć na dominujące tytuły, stacje i portale to niemal wszystkie są zajęte jawnym zwalczaniem obecnego rządu, często na zlecenie zagranicznych, głównie niemieckich właścicieli, nie cofających się przed terroryzowaniem konkurencji rujnującymi pozwami. I znów – porównajmy to np. z historią przejęcia „Presspubliki” przez „zaprzyjaźnionego biznesmena” i śmietnikowych konsultacji tegoż z Pawłem Grasiem. Dodajmy, że politycy PiS zapowiadają, że sprawa repolonizacji zostaje odłożona do następnej kadencji – takie to i „zagrożenie”. Przykłady tego typu paranoicznego oglądu rzeczywistości można mnożyć – generalnie, ponoć zapanował już stalinizm, stan wojenny i III Rzesza w jednym. Najzabawniejsze jest chyba posądzanie PiS (bodaj najbardziej antyrosyjskiej partii w Europie) o działanie w interesie Rosji.


III. Ofiary reżimu, czy ofiary losu?

Mimo to, „totalni” czują się ofiarami permanentnej opresji. Zakładają więc stowarzyszenia opozycyjne, a nawet namiastki solidarnościowej konspiracji. Zważywszy, że poczesną rolę odgrywają tam persony pokroju płk. Mazguły czy „Farmazona” trudno nie docenić tu talentu parodystycznego. Dziś KOD czy Obywatele RP działają w warunkach wręcz cieplarnianych – wystarczy skonfrontować obecne realia z opisem czasów PO z pierwszej części artykułu. Na dodatek, opozycja ma do swej dyspozycji aktywa zgromadzone przez cały okres III RP, poparcie zagranicy o jakim polscy patrioci mogli tylko pomarzyć czy sponsorowane bez przeszkód z zewnątrz organizacje pozarządowe. Trochę (ale tylko trochę) urwały się im dotacje z publicznej kasy – co daje im asumpt do kładzenia się na pluszowych krzyżach w charakterze „ofiar reżimu”.

Drodzy „totalni”, jeśli mimo wszystkich pozostających w waszej dyspozycji zasobów jesteście wciąż tak bezsilni, to możecie winić jedynie własną nieudolność, arogancję każącą wam mieszać z błotem „motłoch kupiony za pińćset” (który powinniście do siebie przekonywać) i chroniczną bezradność w formułowaniu jakichkolwiek alternatywnych ofert dla wyborców. Wbrew temu, co wam się roi w głowach i czemu dajecie wyraz w wylewanych notorycznie potokach słownej agresji, frustracji i histerii – nie jesteście ofiarami reżimu. Jesteście ofiarami losu.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 30 (27.07-02.08.2018)

niedziela, 29 kwietnia 2018

Ago(r)alne jęki Michnika

Wszystko wskazuje na to, że zbliża się chwila, gdy Adam Michnik będzie musiał zgasić w swej redakcji światło.

I. Jęk z „Agory”

Adam Michnik wydał z siebie jęk rozpaczy – bo tylko tak można sensownie zinterpretować jego esej opublikowany w „Die Welt”, cytowany obszernie przez polskojęzyczną mutację „Deutsche Welle”. Cóż tak zabolało byłego oberredaktora III RP, że uznał za palącą konieczność podzielić się swymi przemyśleniami z niemieckim czytelnikiem? Z grubsza, to samo co zwykle – mianowicie, że świat i Polska nie chcą dostosować się do jego oczekiwań. Oczywiście, Michnik nie byłby sobą, gdyby swoich frustracji nie ubrał w moralizatorski kostium troski o pluralizm i wolność słowa. Być może uznał, że ta zwietrzała, kabotyńska poza wciąż jeszcze ma siłę oddziaływania na niezorientowanego, zachodniego odbiorcę - toteż uderza w swoje stare, zgrane tony. Spójrzmy. Upiory totalitaryzmu powróciły, z całą pogardą dla pluralizmu, państwa prawa, równości, dialogu i gotowości do kompromisu. Powróciło lekceważące traktowanie innych ludzi - wyznających inne religie, mających inną narodowość czy inny kolor skóry. Widzimy, jak w naszym świecie rozprzestrzeniają się ksenofobia i homofobia. W innych miejscach obserwujemy wzrost znaczenia islamskiego fundamentalizmu, który sięga po zbrodniczą broń terroryzmu” - czytamy. Mamy tu typowe dla Michnika nadużycie emocjonalne polegające na zestawianiu kwestii nieporównywalnych – ustawienie w jednym szeregu ludzi, którym nie podoba się lewackie zdziczenie obyczajów i sprzeciwiających się islamizacji Europy z jakimś wydumanym „totalitaryzmem” i terrorystami. A że jest to absurdalna kreacja jakiegoś fikcyjnego świata istniejącego jedynie w głowie redaktora „Wyborczej”? Nie szkodzi, za chwilę zresztą przekonamy się, do czego owa kreacja była Michnikowi potrzebna.

Idźmy więc dalej. „Wolna prasa, prześladowana w Turcji i Rosji, w Budapeszcie i innych częściach Europy Środkowej, stanowi często ostatni bastion obrony konstytucji i demokratycznego ładu” - ciepło, ciepło... „Gdy umierają wolne media, państwo oparte na konstytucji staje się bezbronne. Gdy łamana jest konstytucja, dni wolnych mediów są policzone” - gorąco... No i wreszcie pada uwaga o „niszczeniu uznanych autorytetów” na wzór nazistowski i sowiecki: „W Polsce tak się postępuje z Miłoszem i Szymborską, Andrzejem Wajdą i Bronisławem Geremkiem, Autorytety życia publicznego obrzucane są błotem i szkalowane jako »pozbawieni ojczyzny kosmopolici« oraz reprezentanci »wynaturzonej sztuki«” - auć! parzy... Całość wieńczy apel do dziennikarzy, by w obliczu populizmu, ksenofobii i szowinizmu „pozostali wierni swoim przekonaniom” - ponieważ, jak głosi nieco wcześniej, ów „populizm” jest „wyrazem pogardy dla chrześcijańskiego systemu wartości, a także dla ducha oświecenia”.

Zanim przejdziemy dalej, odnotujmy, iż na temat tego, czy „duch oświecenia” jest zbieżny z chrześcijańskim systemem wartości, można by napisać osobny artykuł - ale obawiam się, że większość Czytelników umarłaby przy lekturze z nudów. Tu tylko zatem podam konkluzję - otóż tzw. „oświecenie” było z gruntu antychrześcijańskie (a w szczególności antykatolickie) i ma na swoim koncie cały szereg zbrodni motywowanych ideologicznie. W swoim rewolucyjnym, francuskim wydaniu, stanowiło wręcz prefigurację bolszewizmu i było źródłem natchnienia dla Lenina, tudzież reszty komunistycznych ludobójców. Jak napisał jeden z oświeceniowych świątków, Denis Diderot, „naród odradza się tylko w kąpieli krwi” - gdzie tu jest pokrewieństwo z chrześcijaństwem, tylko jeden Michnik raczy wiedzieć.

II. SOS z „Titanica”

Ale sedno cytowanego wyżej nabzdyczonego pustosłowia i wytartych frazesów leży gdzie indziej. Cały ten esej, to po prostu wołanie o ratunek – SOS nadawane z tonącego „Titanica”, jakim stała się redakcja „Gazety Wyborczej”. Taki jest prawdziwy sens załamywania rąk nad „prześladowaniem wolnej prasy” i zgubie grożącej „wolnym mediom”. Demagogiczne zrównanie Turcji, Rosji oraz krajów Europy Środkowej w połączeniu z miejscem opublikowania tekstu („Die Welt” to jeden z najbardziej opiniotwórczych tytułów w Niemczech), ma jeden cel – jest nim ukryte pod warstwą górnolotnych sloganów wezwanie do zachodnich elit: „pomóżcie nam, bo gdy padniemy, już nigdy nie odzyskacie Polski” - i to zarówno w sensie „rządu dusz”, jak i w kontekście jak najbardziej przyziemnym, politycznym. Michnikowi nie bardzo wypadało napisać to wprost, ale intencja przytoczonej gadaniny o rzekomym represjonowaniu prasy jest jednoznaczna – jesteśmy ostatnim bastionem, jeśli nas zabraknie, Polska na zawsze wymknie wam się z rąk. Nawiasem, Michnik jako obrońca medialnego pluralizmu to obraz cokolwiek groteskowy, jeśli przypomnieć jego słynne zdanie z rozmowy z Krzysztofem Leskim (1990 r.): „K-k-krzysiu, jeśli ty-ty-ty chcesz tu robić wo-wolną gazetę, to-to-to-to po moim trupie”.

Czy ten zawoalowany apel o wsparcie ma szanse powodzenia? Wątpię – Niemcy mają nad Wisłą potężny konglomerat własnych mediów i tak naprawdę „Wyborcza” ze swą malejącą sprzedażą i niknącym w oczach zasięgiem oddziaływania przestaje im być potrzebna. Co innego, gdyby doszło do repolonizacji – ale PiS czegoś się „w tym temacie” przestraszyło, więc gadzinowa prasa dla mentalnych folksdojczów pozostaje niezmiennie butna i zuchwała. Zresztą, podobny wniosek o „zapomogę” został ze strony Czerskiej wystosowany już wcześniej. Na początku 2017 r. redaktor naczelny internetowego serwisu „Wyborczej”, Roman Imielski, narzekał w wywiadzie dla Euractiv.pl: „Pierwszy dotyczy pieniędzy, ponieważ rząd przestał zamieszczać reklamy w naszej gazecie. Drugi dotyczy dostępu, ponieważ nowy rząd i partia rządząca nie rozmawiają już z naszymi dziennikarzami”. I dalej: „Niestety UE nie ma wielu narzędzi, by zmusić polski rząd, by traktował wszystkie gazety sprawiedliwie. Mimo to możemy oczekiwać, że Unia o nas nie zapomni, że nie zapomni o Polsce”. No i konkluzja: „Chciałbym zasugerować, że pora już zacząć myśleć o mediach jako bardzo ważnej części życia publicznego i demokracji w Unii Europejskiej. Nie rozumiem, dlaczego UE wspierała inne sektory będące w kryzysie takie jak kopalnie czy fabryki, a nie pomaga mediom”. „Myślę że istnienie pewnego typu europejskiego funduszu dla mediów jest bardzo dobrym pomysłem (…) Moim zdaniem takie wsparcie powinno być czymś między dotacją a grantem”. Sam Adam Michnik w listopadzie 2016 r. alarmował na spotkaniu KOD w kontekście wstrzymania ogłoszeń rządowych i reklam spółek Skarbu Państwa w „GW”: „To nas straszliwie walnęło po kieszeni. Oni chcą nas zniszczyć metodą najprostszą: jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Dziś najwyraźniej potwierdziło się, że wsparcie Sorosa i przyjaciół, takich jak Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, który wykupił w październiku 2017 r. cyfrową prenumeratę „Wyborczej” dla wszystkich pracowników i studentów (ok. 25 tys.) już nie wystarczy.


III. Cień dawnej potęgi

A jeszcze niedawno było tak pięknie – organ z Czerskiej traktował finansowanie ze strony instytucji publicznych jako oczywistość i mógł spokojnie z góry uznawać rządowe reklamy za część biznesplanu, nie martwiąc się spadającą sprzedażą. Ba, czuł się władny ze swej uprzywilejowanej pozycji pouczać mentorskim tonem inne media na okoliczność radzenia sobie na „wolnym rynku” - a ów „wolny rynek” wyglądał tak, że za poprzedniej władzy, jak ustalił Parlamentarny Zespół ds. Obrony Wolności Słowa, do „Wyborczej” płynęło ponad 51 proc. budżetu reklamowego ministerstw i Kancelarii Premiera. Dziś po dawnej potędze nie został nawet ślad. Codziennością w „Wyborczej” stały się zwolnienia grupowe, redukowanie dodatków lokalnych, wyprzedawanie bądź zastawianie siedzib, a sprzedaż po raz pierwszy w historii zanurkowała poniżej 100 tys. egzemplarzy. Jednym słowem - z okrętu flagowego, „GW” stała się balastem ciągnącym „Agorę” na dno. Nie dziwi więc desperacja przebijająca z omówionego tu tekstu Michnika – wszystko bowiem wskazuje na to, że zbliża się chwila, gdy będzie musiał zgasić w swej redakcji światło.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (27.04-03.05.2018)

piątek, 30 czerwca 2017

Media w Niemczech – na służbie władzy

W Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma.


I. Policją w niemieckich „antykomorów”

Co robi niemiecka policja, gdy przez Europę przetacza się fala zamachów (tj. pardon - „incydentów”), ludzie są rozjeżdżani samochodami, szlachtowani nożami przy wtórze zawołań „Allahu Akbar”, a w Belgii w ostatniej chwili zlikwidowano (znów pardon - „zneutralizowano”) terrorystę oplecionego pasem szahida? Tak, zgadli Państwo – policja rusza do energicznej walki z „mową nienawiści”. Czyżby służby zawiesiły czujne oko na meczetach i szkołach koranicznych, sprawdzając czy nie dochodzi w nich do werbunku kolejnych zamachowców, a imamowie nie propagują wizji europejskiego kalifatu oraz ideologii dżihadyzmu? Ależ skąd – są inne problemy, znacznie poważniejsze. I tak oto Federalny Urząd Kryminalny (BKA) przystąpił do zwalczania „prawicowego ekstremizmu” na portalach społecznościowych. Jak się dowiadujemy, 23 jednostki policyjne przeprowadziły w 14 landach akcję polegającą na wparowaniu do domów namierzonych uprzednio internetowych „hejterów”, rewizjach, zatrzymaniach i przesłuchaniach – w sumie potraktowano w ten sposób 36 „podejrzanych”.

Nam może się to kojarzyć z pamiętną historią najazdu ABW na mieszkanie „Antykomora”, jednak Niemcy jako europejski lider przodujący we wszystkich dziedzinach musiały rzecz jasna przedsięwzięcie zorganizować z o wiele większym rozmachem. Różnica jest taka, że u nas przynajmniej gazety i portale opozycyjne wzięły „Antykomora” w obronę. W Niemczech natomiast działania funkcjonariuszy spotkały się ze zgodnym aplauzem całego frontu medialnego, zjednoczonego w nieubłaganej walce przeciw „mowie nienawiści”. Ta „mowa nienawiści” to w ogóle szczególny wynalazek, polegający na twórczej interpretacji porzekadła „od słów do czynów”. Ponieważ nie chcemy, żeby dochodziło do nienawistnych „czynów”, to należy prewencyjnie zakazać potencjalnie prowadzących do nich „słów” - i tym sposobem zdusić hydrę nienawiści w zarodku. A że przy okazji w przestrzeni publicznej zapanuje duszący spokój knebla? Znakomicie, bo dzięki temu tym bujniej rozkwitnie wszechogarniająca miłość.

A zatem, tamtejsi „antykomorzy” nie mogli liczyć na żadnych obrońców – a to z tego względu, że w Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma. Jedne tytuły wprawdzie nieco bardziej sympatyzują z socjaldemokracją, inne zaś z chadecją, lecz de facto wszystkie stanowią wielką rodzinę na usługach politycznego mainstreamu, idealnie zgodną co do tego, że żaden antysystemowy głos nie ma prawa pojawić się w oficjalnym obiegu.


II. Kampania wyborcza w pruskim stylu

Jednak od pewnego momentu pojawiło się coś wymykającego się kontroli – to internet. Istne horrendum – ludzie zaczęli komunikować się ze sobą bez odgórnej kurateli, obok tradycyjnych środków przekazu. W ten sposób doszło do oddolnego przełamania monopolu i np. obywatele poinformowali się nawzajem o zajściach podczas Sylwestra 2015 w Kolonii – o czym dowiedzieć się nie mieli prawa. W efekcie tego (a także wymieniania się informacjami o innych „ekscesach” imigrantów przemilczanych w głównym obiegu) w połowie 2015 r. zaufanie do mediów zjechało do 40 proc., a określenie „Lügenpresse” („kłamliwa prasa”) weszło do powszechnego użycia. Do tego internet w naturalny sposób stał się trybuną wszelkich ruchów „populistycznych” (to zresztą ogólnoświatowy trend, bez internetowego wsparcia alt-prawicy Trump nie wygrałby wyborów), które dzięki temu miast wegetować na marginesie zyskują kolejnych zwolenników i coraz śmielej rozpychają się na politycznej scenie – ze znamiennym przypadkiem Alternatywy dla Niemiec (AfD) na czele.

Nie dziwi więc, że polityczny establishment postanowił dać słuszny odpór – prócz opisanej akcji policyjnej (która wedle ministra sprawiedliwości Heiko Maas'a z SPD stanowić ma „ważny sygnał”), lada dzień w Bundestagu ma być głosowany rządowy projekt ustawy nakładającej drakońskie kary finansowe na portale społecznościowe (nawet do 50 mln. euro) tolerujące na swych stronach „fałszywe informacje” i „mowę nienawiści”. Operatorzy reagować mają w ciągu 24 godzin na „uzasadnione zgłoszenia”. A jak poznać, czy zgłoszenie jest „uzasadnione”? Aaaa – o tym już zapewne zadecydują odpowiednie organy, choćby te, które właśnie tak dziarsko pogoniły niemieckich „antykomorów”. Dodajmy, że ustawę również przygotował wspomniany wyżej minister Heiko Maas, a całkiem niedawno (22 czerwca) z inicjatywy MSW przyjęto przepisy umożliwiające BND śledzenie treści przesyłanych za pomocą komunikatorów internetowych typu popularnego WhatsApp.

Jest to kolejny etap brania za twarz sieciowych platform komunikacji i generalnie pacyfikacji wolności wypowiedzi w internecie. A tak się przypadkiem składa, że następuje on tuż przed wejściem w decydującą fazę kampanii przed jesiennymi wyborami do Bundestagu. Intencja jest jasna i nikt nawet specjalnie jej nie ukrywa – chodzi o zablokowanie zagrażających establishmentowi sił politycznych. Jak widać, lekcja amerykańskiej wygranej Trumpa została pilnie przestudiowana i dokłada się odpowiednich starań, by podobny scenariusz nie powtórzył się między Odrą a Renem. W ten oto sposób otrzymujemy demokrację w iście pruskim stylu – wybory w cieniu cenzury.


III. Media w służbie władzy

Rozpisuję się o tym nie tylko dlatego, że to ponoć w Polsce „łamane są standardy” wolności mediów i prawa obywatelskie o czym z lubością grzmią niemieccy i brukselscy politycy, odwracając uwagę Europy od własnego podwórka. Rzecz w tym, że wszystkie te działania spotykają się z dość zgodnym poparciem tamtejszych mediów, które w gruncie rzeczy jawnie już pokazują, że są częścią systemu władzy przeznaczoną do roli nadzorców społeczeństwa, by temu nie strzeliło do głowy zagłosować na jakąś AfD, czy inną PEGIDĘ. Mamy więc specyficzny przykład „demokracji sterowanej” - póki co, wprawdzie „miękkimi” środkami, ale opisana na wstępie demonstracja siły pokazuje, że w razie czego demokratyczny niemiecki rząd nie zawaha się (przy medialnym poklasku) przy...ć komu trzeba – w obronie wolności, demokracji i wartości europejskich, ma się rozumieć.

Jakiś czas temu na portalu wPolityce.pl Aleksandra Rybińska przedstawiła ciekawą analizę rozmaitych współzależności między niemieckim (pół)światkiem dziennikarskim i politycznym – coś w stylu pamiętnego obrazka Moniki Olejnik wsiadającej do samochodu Urbana. Otóż funkcjonują tam tzw. „kręgi” składające się z przedstawicieli mainstreamowych opcji politycznych i „zaprzyjaźnionych” dziennikarzy. Owych „kręgów” działających na zasadzie elitarnych klubów uzupełniających się przez kooptację jest obecnie ok. dwunastu, a ich członków obowiązuje bezwzględna omerta. To właśnie tam politycy w przyjacielskiej atmosferze, podczas luźnych kolacyjek, przedstawiają starannie wyselekcjonowanym i zaufanym dziennikarzom swój punkt widzenia na różne sprawy, który następnie jest przekuwany na odpowiedni medialny przekaz urabiający opinię publiczną. Dla dziennikarza przynależność do takiego klubu oznacza zawodową nobilitację, zatem naturalnie stara się on zaspokoić oczekiwania zapraszających go kolegów i polityków. Reprezentują oni wszystkie najważniejsze tytuły i koncerny medialne, co oczywiście stawia ich w roli jednego z elementów aparatu władzy – już Konrad Adenauer nazwał „kręgi” „jednym z najważniejszych instrumentów sterowania państwem” i można się domyślać, że od tamtego czasu ta zażyłość na styku media-polityka jedynie się pogłębiła.

Jednakże, prócz zarządzania wewnętrznego, niemieckie koncerny medialne spełniają również istotną funkcję w polityce zagranicznej – i to w prawdziwie kolonialnym stylu. Podbijając rynki krajów Mitteleuropy mają za zadanie, mówiąc wprost, trzymać w ryzach tubylców, żeby się nie zbiesili i utwierdzać ich w permanentnym poczuciu niższości względem „metropolii” - oraz stawiać za wzór sukcesu i europejskości rozmaitych jurgieltników, którzy dzięki gorliwej wysłudze dochrapali się z łaski Berlina jakichś intratnych synekur. Wiadomy list dyrektora wiadomego koncernu do polskich podwładnych jest tu wymownym przykładem - aczkolwiek, jeśli tylko nazwać rzeczy po imieniu, koncern ten bardzo się denerwuje i grozi pozwami. Ostatnio zaś inny szef tego samego koncernu w wywiadzie dla szwajcarskiej gazety przyznał, że jego polskie interesy znacznie ucierpiały („milionowe straty”) wskutek wycofania reklam przez państwowe spółki, lecz mimo to nie zamierza wychodzić z Polski. I tym właśnie różni się projekt polityczny od projektu biznesowego. Gdy biznes przynosi straty wdraża się plan naprawczy albo po prostu zamyka interes. W przypadku projektu polityczno-ideologicznego straty finansowe są „wliczone w koszta” i utrzymuje się biznes niezależnie od słabych wyników finansowych. Władze koncernu liczą zapewne na ponowne przejęcie rządów przez opcję proniemiecką, dzięki której pieniądze znów popłyną szeroką rzeką, wynagradzając obecne chude lata – i na rzecz tego będą pracować ile sił. Oby się przeliczyli.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (28.06-04.07.2017)

wtorek, 25 września 2012

Hiena daje głos

Hiena złożyła pozew w którym domaga się przeprosin za nazwanie jej ścierwojadem, gdyż obawia się, że ugodzi to w jej reputację na sawannie.

I. Cierpienia Hienodego Łazarewicza

Hiena złożyła pozew w którym domaga się przeprosin i wpłaty 20 tys zł na cele społeczne za nazwanie jej ścierwojadem, gdyż obawia się, że taka łatka już do niej przylgnie, co narazi na szwank jej dobre imię i ugodzi w jej reputację na sawannie.

Tak można by scharakteryzować pozew, który złożył przeciw Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich pan redaktor Cezary Łazarewicz za przyznanie mu nominacji do tytułu „Hieny Roku”. Przypomnijmy, iż wspomniane wyróżnienie redaktor Łazarewicz otrzymał za brukowy artykuł o Rajmundzie Kaczyńskim w którym opierając się na plotkach dywagował o życiu intymnym ojca braci Kaczyńskich, stosunkach rodzinnych i temu podobnych ślicznościach. Pan Łazarewicz nie był nawet w stanie przedstawić dokumentów potwierdzających rzekomą przynależność Rajmunda Kaczyńskiego do PZPR. Słowem, była to ewidentna „mokra robótka” na polityczne zamówienie, wypełniająca propagandowe zapotrzebowanie Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP. Obozu, dodajmy, którego prominentnym i oddanym przedstawicielem na odcinku reżimowych mediodajni jest naczelny „Newsweeka”, a zwierzchnik Cezarego Łazarewicza – Tomasz Lis. Innymi słowy, pan Łazarewicz dostał lipcową nominację za dyspozycyjność godną najbardziej oślizgłych postaci PRL-owskiej żurnalistyki, choć po prawdzie tę zapowiedź anty-nagrody powinien otrzymać jego pryncypał.

Cóż jednak twierdzi poszkodowana Hyaena? Ano, pan Hienody Łazarewicz w wywiadzie dla „GW” troska się, iż: „- Napisano, że mój tekst został stworzony z powołaniem na anonimowe źródła, i podkreślono, że rozpowszechniam plotki. Uderzono w fundament mojej pozycji dziennikarskiej. Obawiałem się, że ta "hiena" do mnie przylgnie. A to spowoduje, że w przyszłości nikt nie będzie mówił o tym, co napisałem, tylko będzie stwierdzał: "To napisała ta hiena". Takie stygmatyzowanie przez środowisko, dość mocno politycznie zaangażowane, uważam za niesprawiedliwe.”

Zwróćmy uwagę – pan Hienody nie jest w stanie wskazać żadnego odstępstwa od faktów w werdykcie SDP, boć to, że „tekst został stworzony z powołaniem na anonimowe źródła” i „rozpowszechnia plotki” to najszczersza prawda. Clou wywodu pana Hienodego Ł. sprowadza się do subiektywnego poczucia doznanej „niesprawiedliwości” i obawy o swą pozycję dziennikarską, gdyby łatka „hieny” doń „przylgnęła”. No cóż – trzeba było się nie k***ć dla paru groszy i śmierdzącej posady w Lisowym „Newsweeku”, to i nie byłoby żadnej „łatki”. A raczej – hieniej cętki.

Tak nawiasem – wyobrażacie sobie Państwo, by którykolwiek z hollywoodzkich gwiazdorów pozywał jury za „Złotą Malinę”? I to w rozprocesowanej Ameryce!

II. „Hiena” sprzeczna z „zasadami współżycia społecznego”

Najgorsze, że ten kuriozalny pozew ma sporą szansę na wygraną. Nasze prawo skonstruowane jest bowiem w ten sposób, że wystarczy by „niezawisły sąd” uznał, iż pozwany naruszył dobra osobiste powoda, godząc w jego „cześć” i „dobre imię”, tudzież podważył publiczne zaufanie wymagane do pełnienia określonego zawodu, by uznać powództwo i zasądzić co tam do zasądzenia zostało przewidziane. Niezależnie od tego, czy SDP przyznało nominację do „Hieny” zasłużenie, czy niezasłużenie.

Kto wie, być może nawet doczekamy stwierdzenia, iż „przyznawanie wyróżnienia Hieny Roku, jako godzące w dobre imię nagrodzonych, jest sprzeczne z zasadami współżycia społecznego” - na wzór wiekopomnego orzeczenia sędzi Agnieszki Matlak, iż „negatywne treści na temat Adama Michnika redaktora naczelnego Gazety Wyborczej oraz wydawcy tej gazety Agory S.A. są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego” (wyrok z dnia 26 września 2005; sygn. III C 1225).

Ten ostatni cytat zaczerpnąłem z listu Jana Krzysztofa Kelusa do Adama Michnika, w którym legendarny pieśniarz pisze:

„podobnie jak p. Rafał Ziemkiewicz, uważam, że pozywając swych krytyków, zastraszasz potencjalnych polemistów, działasz przeciwko wolności słowa i ograniczasz swobodę debaty publicznej.

Po tym stwierdzeniu, oczekując na pozew, apeluję do wszystkich tych, którzy inwestowali lub są skłonni zainwestować w obronę wolności słowa, by podpisali się pod niniejszym oświadczeniem, lub sformułowali oświadczenia podobne.”

Sądzę, że sprawa pozwu Hienodego Łazarewicza przeciw SDP jest dobrą okazją, by odpowiedzieć na ten apel. Zatem, ja również uważam, że Adam Michnik poprzez swe pieniactwo trafiające na podatny grunt „rozgrzanych sędziów” w rodzaju przywołanej tu Agnieszki Matlak działa przeciwko wolności słowa, zastraszając potencjalnych polemistów i tym samym ograniczając swobodę debaty publicznej.

Okazja do wyrażenia solidarności ze stanowiskiem Jana Krzysztofa Kelusa jest tym bardziej uzasadniona, gdyż bez pieniackiej sraczki Ober-redaktora III RP takie pozwy jak ten pana Hienodego byłyby nie do pomyślenia, zaś strony sporu, jak na dziennikarzy przystało, wyżywałyby się w barwnych i kąśliwych polemikach – ku uciesze i pożytkowi czytelników. Dziś natomiast – dzięki „pozwo-twórczej” (określenie J.K.K.) działalności Michnika - taki Łazarewicz z miedzianym czołem ucieka się do sądowego knebla. Swoją drogą, ciekawe czy sam na to wpadł, czy ktoś udzielił mu życzliwej rady i dodał otuchy... Trop z wywiadem udzielonym akurat „GW” może to i owo sugerować.

III. Manipulancik

No dobrze, a teraz przypomnę, dlaczego ja również uważam redaktora Łazarewicza za przedstawiciela „Hyaenidae”. Ano dlatego, że pośrednio zetknąłem się z jego „warsztatem” płodzenia dziennikarskich szmatławców przy okazji artykułu „Sieć sprzeciwu”, traktującym o Kongresie Mediów Niezależnych, którego członkami są m.in. Niepoprawni.pl oraz Niepoprawne Radio PL. Poziom manipulacji opisałem szczegółowo w tekście „Newsweek na tropie Kongresu Mediów Niezależnych” - polecam zwłaszcza lekturę części II - „Kłamstwa i manipulacje Łazarewicza”. Generalnie rzecz ujmując, pan Hienody Łazarewicz wykorzystał udzielane mu w dobrej wierze wypowiedzi do stworzenia karykaturalnej narracji uszytej pod założoną z góry tezę, mającą przedstawić „Kongres Mediów Niezależnych” jako zgraję oszołomów maszerujących w zwartym ordynku pod przewodem PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Ba, nawet brak czyjejś wypowiedzi nie przeszkadzał panu Hienodemu wkładać w usta rzekomego interlokutora urojonych kwestii.

Tak się jednak składa, że mając kontakt mailowy z częścią rozmówców Łazarewicza mogłem sobie wyrobić opinię na temat tego, co rzeczywiście zostało powiedziane (bądź NIE powiedziane), a co i w jakiej postaci znalazło się w tekście.

I tak, MarkowiD przypisał stworzenie jakiegoś „matematycznego modelu platfoafery”, czego Marek, jako żywo nie zrobił, ba – nie używa nawet pojęcia „platfoafera”, poprzestając na skrupulatnym katalogowaniu afer PO (http://markd.pl/afery-po-0-748-i-kadencja-rzadow/ i http://markd.pl/afery-po/ ). Zabiegi te, jak wynika z kontekstu, mają panu Hienodemu służyć do ośmieszenia działalności MarkaD. Co ciekawe, MarkD stanowczo odmówił Łazarewiczowi jakichkolwiek wypowiedzi! Co nie przeszkodziło panu Hienodemu napisać tego, co napisał. Jest zlecenie – to wierszówka też musi być.

Z kolei Budyniowi78 pan Łazarewicz zadał pytania po których nie ma śladu w tekście, by następnie wyrwane z kontekstu fragmenty odpowiedzi podrasować, tworząc jakiś groteskowy obraz „Niepoprawnych” jako niszowej przybudówki PiS, leczącej poprzez przynależność do Kongresu Mediów Niezależnych kompleksy wobec dziennikarskiego mainstreamu, na dodatek zaludnionej przez oderwanych od rzeczywistości maniaków. Pozwolę sobie zacytować fragment tekstu „Newsweek na tropie Kongresu Mediów Niezależnych”:

(…) Łazarewicz wkłada w usta Budynia słowa, iż „to duże wyróżnienie, że były prezes Polskiego Radia zwrócił się z ofertą współpracy właśnie do niego, prawicowego blogera.” Co naprawdę powiedział Budyń? Ano rzekł, że dla niego jest nową jakością, że ktoś związany ze światem mediów tradycyjnych dostrzega i chce coś budować razem z ludźmi, tworzącymi nowe media, bo dotąd te światy się raczej rzadko spotykały. Tu już mamy do czynienia z ordynarnym sfałszowaniem udzielonej w dobrej wierze wypowiedzi, na dodatek wpisującym blogosferę w jakąś „służebną” rolę wobec mediów tradycyjnych.

W innym miejscu Łazarewicz przypisuje Budyniowi słowa: „Jak mówi Krzysztof Karnkowski, wtedy właśnie, podczas pierwszego Kongresu Mediów Niezależnych w Warszawie, na dobre rozpocznie się tworzenie struktur wolnych Polaków.” Jakież to protekcjonalne... Tymczasem, Budyń powiedział tylko tyle, że w panelu wezmą udział osoby, które „państwo określacie ironicznie mianem wolnych Polaków". Jest różnica?

„Jak ktoś chce, niech z nimi rozmawia, ale trzeba się liczyć, że nie tylko każde wypowiedziane słowo będzie użyte przeciwko Tobie, ale i słowa, które nie padły również się pojawią. (...) Jednego życzliwego sobie rozmówcę na pewno pan Cezary stracił” - konkluduje Budyń78.

Jest tego znacznie więcej. Jeśli ktoś ciekaw tajników „warsztatu” pana Ł., odsyłam do całości cytowanego tekstu.

Prawda, że zgrabny manipulancik z tego naszego Hienodego?

***

Na koniec, mając na uwadze wszystko co powyższe, musimy jednak zdać sobie sprawę, że tego steku kalumnii z artykułu o Rajmundzie Kaczyńskim i tych manipulanckich, oślizgłych kłamstewek z tekstu o Kongresie Mediów Niezależnych nie byłoby bez zwierzchnika pana redaktora Hienodego Łazarewicza – czyli Tomasza Lisa. To jemu – Lisowi - należy się wyróżnienie „Hieny Roku” za całokształt redaktorowania w kolejnych przedsięwzięciach medialnych z „Newsweekiem” na czele, a nie jakiemuś podrzędnemu wykonawcy poleceń.

A zatem, stwierdzam, że jesteś pan wprawdzie, panie Łazarewicz, hieną - ale z tych pomniejszych, od jakich roi się w reżimowych mediodajniach pozostających ekspozyturą Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy IIII RP. Po prawdzie, „w panu jest tyle demona, co trucizny w zapałce”. Co nie zmienia faktu, że hieną pan jesteś i to gorliwą.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat: http://niepoprawni.pl/blog/287/newsweek-na-tropie-kongresu-mediow-niezaleznych

sobota, 23 czerwca 2012

Dwa światy

Prawicowi dziennikarze, a prawicowa blogosfera.

I. Zamilczanie blogosfery

MarkD w swej notce „Niezależna przegrała z prawicowym Onetem!” pokazując przemilczenie w artykule na niezalezna.pl portali stworzonych przez blogerów i konfrontowanie się „Niezależnej” z tworami w rodzaju Salonu24 czy Nowego Ekranu, nazwanych tam na dodatek „konkurentami po prawej stronie” (sic!), wskazał na istotny problem, jakim są relacje między prawicowymi dziennikarzami, a prawicową blogosferą. Otóż relacje te, mimo inicjatywy jaką jest Federacja Mediów Niezależnych, można streścić jednym słowem – zamilczanie. Ponieważ dotykałem już tej tematyki – przede wszystkim w tekście „Spór o drugi obieg z blogerskiego punktu widzenia”, oraz fragmentarycznie w „Terapia Czterech Kroków – kontynuacja” (ostatni akapit podrozdziału II - „Wyniosłe milczenie”), to i ja pozwolę sobie na kilka uwag.

Mianowicie, zamilczanie prawicowej blogosfery jest elementem szerszej choroby „wsobności”, która dotyka tzw. „naszych" dziennikarzy. Konkurencja (a rynek wąski) - to raz. Dwa - myślę, że wchodzą również w grę kwestie ambicjonalne: jakoś nie mogą przełknąć perspektywy, że oni, profesjonaliści, mogliby być konfrontowani, porównywani z jakimiś tam amatorami. Mają do nas stosunek w najlepszym razie protekcjonalny, pobłażliwy. Po trzecie wreszcie - oni utrzymują się z tego, co my robimy za darmo. Psujemy im po prostu rynek.

Na razie więc sytuacja wygląda tak, że niby „działamy” wspólnie w Federacji Mediów Niezależnych, z czego na co dzień kompletnie nic nie wynika. Tymczasem, wzajemna promocja powinna być standardem, gdyż w ostatecznym rozrachunku działa to na korzyść nas wszystkich. Póki co jednak wygrywa ze strony świata dziennikarskiego inne podejście – traktowanie blogosfery jak niedorobionych gówniarzy i konsekwentne odwracanie wzroku – mimo że nas czytają, tylko jakoś niesporo im się do tego publicznie przyznać.

II. Nierównorzędność relacji

Podam przykład, jak pewna część konserwatywnego, prawicowego mainstreamu widzi model stosunków z „amatorami” – oto do Niepoprawnego Radia PL zgłosiła się agencja reklamowa, która od czasu do czasu podsuwa nam książki różnych wydawnictw z prośbą o wsparcie medialne. Współpraca rozwija się owocnie, z obopólną korzyścią – wydawnictwa mają promocję, za co odwdzięczają się umieszczając u siebie logo Radia i przesyłając nam egzemplarze książek, które my z kolei rozdajemy słuchaczom w konkursach i wszyscy są zadowoleni.

Tym razem jednak, prośba o promocję była wyjątkowo jednostronna: mieliśmy oto zareklamować książkę „za darmo”, bo nawet nie za „dziękuję” ze strony zainteresowanego podmiotu. Przedstawicielka agencji obiecywała, że postara się wpłynąć na wydawnictwo, by zamieściło na swojej stronie internetowej nasze logo (o egzemplarzach promocyjnych z góry mogliśmy zapomnieć), ale jak do tej pory chyba nic z tego. Nadmienię, iż wydawnictwo jest szacowne i konserwatywne, wydaje szacowny i konserwatywny dwumiesięcznik, którego naczelnym jest wielce szacowny i konserwatywny profesor. Zresztą, relacje ze spotkań z jego udziałem wielokrotnie gościły na antenie Radia.

I tak to w wielu przypadkach wygląda – blogerzy mają w sieci nagłośnić inicjatywy „starszych i mądrzejszych”, naganiać ludzi na spotkania, promować ich książki, filmy, czy co tam urodzą – i cieszyć się, że dane im było otrzeć się o znakomitości. Blogerzy mają też linkować do ich profesjonalnych portali (niemal nigdy nie spotykając się ze wzajemnością), komentować to co napisali w swoich gazetach (co również jest formą reklamy), no i oczywiście, kupować te gazety (najlepiej całymi stertami) pielęgnując w sobie poczucie, że oto przyczyniają się do ratowania Wolnego Słowa, co samo w sobie powinno być dla szarej masy wystarczającą nagrodą.

I jakoś nikomu nie przyjdzie do głowy wymagać od Państwa Dziennikarzy – niezależnych, niepokornych, prawicowych, niepodległościowych... (i te de, i te pe), by oni również raczyli wspomóc Wolne Słowo, na którym rzekomo tak im zależy, choćby przez linkowanie do blogerskich portali, czy ciekawych notek - niejednokrotnie lepiej napisanych i staranniej zredagowanych od tego, co można przeczytać na stronach „profesjonalnych”.

Minimum wzajemności w relacjach – tego należy bezwzględnie wymagać od światka „naszych” żurnalistów, jeśli faktycznie ciągniemy w tym samym kierunku.

III. Spadochroniarze walczą o monopol na opiniotwórczość

Na razie jednak sytuacja przedstawia się tak, jakby trwała jakaś podskórna batalia o monopolizację „niezależnego” przekazu – i to bynajmniej nie ze strony blogosfery. Przeciwnie, to raczej w odniesieniu do profesjonalnych dziennikarzy i tworzonych przez nich mediów można mieć wrażenie, iż programowo ignorując blogosferę dążą, by za wszelką cenę wypchnąć ją z szerszej świadomości, zanim jeszcze się na dobre w niej zagnieździła. Robią miejsce dla siebie: jedynych uprawnionych przedstawicieli - ust, piór, kamer i mikrofonów - „wolnego słowa”, tudzież „opcji niepodległościowej”. Trafili do „drugiego obiegu” wyrzuceni z głównonurtowych mediodajni, przychodząc niejako „na gotowe”, gdyż podglebie stworzyła przed nimi właśnie blogosfera – i zawłaszczają przekaz, bezwzględnie grając na siebie.

„Ba, momentami dają wręcz do zrozumienia, iż to właśnie ONI – medialni wyjadacze - są drugim obiegiem! Oczywiście nie wątpię, że czują się do pełnienia podobnych funkcji wobec „Wolnych Polaków” predestynowani. Każdy, kto zna tyleż głęboko ugruntowane, co kompletnie bezzasadne poczucie wyższości przepajające dziennikarski światek z pewnością to potwierdzi.” - Przepraszam za ten autocytat z mojej wcześniejszej notki „Spór o 'drugi obieg'...”, ale niestety od stycznia, gdy ją pisałem, nic się nie zmieniło.

My zaś, niczym jacyś prostaczkowie, rozdziawiamy gęby ilekroć któraś z gwiazd „prawicowego” dziennikarstwa roztoczy przed nami swój pawi ogon. A tu, okazuje się, trwa walka o to, kto będzie głosem „wolnych Polaków”, czerpiąc z tej pozycji gdy już karta się odwróci odpowiednie profity i robiąc za nową elitę „IV RP”.

Notkę pozwolę sobie podsumować jeszcze jednym autocytatem z tego samego tekstu (polecam zresztą całość):

„Teraz zmuszeni są od czasu do czasu poocierać się o nas, a nawet wydusić okazjonalnie kilka zdawkowych słów pochwały i pokokietować, bo przecież ktoś musi oglądać te filmy, kupić „Uważam Rze”, zapełnić salę na spotkaniu, nagłośnić w sieci jakąś inicjatywę, czy kliknąć na portal braci Karnowszczaków, ale nie łudźmy się. Dla spadochroniarzy z głównego nurtu stanowimy mierzwę, niczym – uczciwszy proporcje - „Solidarność” dla KOR-owskich „doradców”. Nie mówiąc już o tym, że patrzą na nas jak na frajerów, bo piszemy i działamy za darmo, a swe inicjatywy finansujemy ze zrzutek „co łaska”.

Jak to mówił Jacek Kuroń? 'Rozpędzonego stada mustangów nie da się powstrzymać. Trzeba wskoczyć na grzbiet pierwszego, mocno trzymać się grzywy, a kiedy pęd osłabnie, powoli wykręcać'. No właśnie.”

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: Niepoprawne RadioPL

sobota, 21 maja 2011

Dyktatura matołów


Ukryte przesłanie akcji przeciw właścicielowi strony AntyKomor.pl jest jasne: czujne oko Saurona widzi wszystko, więc lepiej nie szurać.

Stefan Kisielewski podsumował niegdyś gomułkowszczyznę dosadnym określeniem „dyktatura ciemniaków”. Jak wiadomo, odwdzięczono mu się za to łomotem spuszczonym przez tzw. „nieznanych sprawców”. A przecież Kisiel, choć popularny, nie był w stanie Gomułce realnie zagrozić. Dzisiaj wprawdzie metody anonimowych pobić się nie stosuje (na razie?), ale sam mechanizm wybiórczych, punktowych szykan wydaje się jakby znajomy.

I. Pełzająca represjonizacja.

Przyznam się, że kiedy premier Tusk ogłosił rządową wojenkę z „kibolami”, do której pretekstu dostarczyła tzw. prowokacja bydgoska zastanawiałem się, czy to nie jest aby poligon doświadczalny, swoiste testowanie wariantu siłowego w planowanej rozprawie z opozycją. Po ostatnich wydarzeniach doszedłem jednak do wniosku, że „waadza” postawiła na inne rozwiązanie. Zamiast wprowadzać coś w rodzaju stanu wyjątkowego i delegalizować PiS, co wywołałoby fatalne wrażenie w Europie (i to w trakcie polskiej prezydencji), zdecydowała się na „pełzającą represjonizację” życia publicznego, do której ideologicznego uzasadnienia dostarczył oszalały z nienawiści do „Kaczora” i „moherów” Salon, wrzeszcząc o groźbie faszyzacji Polski. Owa „pełzająca represjonizacja” ma na celu wytworzenie wrażenia, że lepiej trzymać gębę na kłódkę i nie gardłować przeciw „waadzy”, bo „waadza” ma długie łapy i może nimi przydusić każdego niekonstruktywnego krytykanta.

Taki to „edukacyjny” wymiar ma niedawna akcja ABW przeciw administratorowi strony AntyKomor.pl, o której do niedawna mało kto słyszał. I śmiem twierdzić, że padło na niego właśnie z powodu tej niszowości - ukryte przesłanie jest jasne: czujne oko Saurona widzi wszystko, więc lepiej nie szurać. Podkreślam jeszcze raz – cel ataku został wybrany z absolutną premedytacją. Na podobnej zasadzie, z zachowaniem wszelkich proporcji, uderzono np. w Stanisława Pyjasa, który wszak nie był pierwszoplanowym opozycjonistą. Tamto zabójstwo miało na celu pacyfikację krakowskich środowisk studenckich, podobnie jak obecne szykany wymierzone są w poszczególne grupy – póki co w kibiców i coraz śmielej wkraczających do „realu” prawicowych internautów.

II. Sfrustrowane matoły.

Trudno nie zadumać się nad tym, jak rządzące nami nieudaczne matoły stają się przewrażliwione na punkcie jakiejkolwiek krytyki pod swoim adresem – zwłaszcza, jeśli ta krytyka podszyta jest sarkazmem czy ironią. Zupełnie jak Kisielowi „ciemniacy” - mają niespotykaną dotychczas medialną ochronę, sondaże niezmiennie pokazują wyraźną przewagę nad konkurencją, sprawują niepodzielne rządy do spółki z wyjątkowo spolegliwym koalicjantem, a mimo to każda formułowana publicznie krytyka działa na nich jak płachta na rozjuszonego buhaja. Co więcej, odnoszę wrażenie, że boli ich samo istnienie środowisk wobec których oficjalnie okazują lekceważącą pogardę: jacyś „kibole”, jakieś „mohery”, jacyś internetowi „opluwacze”...

Śmiem twierdzić, że wiem, co za tymi nerwowymi reakcjami stoi: poczucie, że ich rządy to pasmo klęsk, że spieprzono wszystko, co tylko można było spieprzyć, na wszystkich polach. I strach, że ta świadomość dotrze w końcu także do podtruwanych propagandowym czadem wyborców. Życie w takim napięciu, z majaczącym na horyzoncie widmem Trybunału Stanu, musi bardzo frustrować naszych matołów.


III. Walka z „faszyzacją”.


Stąd te wszystkie podchody: dwukrotna próba wprowadzenia do internetu tylnymi drzwiami cenzury, notoryczne problemy z wynajmem sal na pokazy „drugoobiegowych” filmów, akcja Radosława Sikorskiego przeciw listom dyskusyjnym na portalach gazet, nasilenie działań przeciw Presspublice (dziwnym trafem akurat wtedy, gdy tygodnik „Uważam Rze” trafił na czoło rankingów sprzedaży), represje wobec namiotu Solidarnych 2010, delegalizacja zniczy i tulipanów, czy słynne już mandaty po 500 zł dla kibiców za anty-donaldowy transparent wystawione z wykorzystaniem artykułu Kodeksu Karnego będącego spadkiem po PRL-u. To ostatnie stanowi zresztą ostateczne potwierdzenie, że tzw. „chuligani” zaczęli Tuskowi przeszkadzać dopiero w momencie, gdy na trybunach pojawiły się antyrządowe treści, bo wszak na stadionach od lat nie było tak spokojnie jak ohttp://www.blogger.com/img/blank.gifbecnie.

Dowiedzieliśmy się przy okazji, że „Donald” jest konstytucyjnym organem państwa, ale co tam – nie takich rzeczy jeszcze pewnie się dowiemy. Na przykład tego, że jeśli punktowa „pełzająca represjonizacja” uzupełniona najwyższą w UE liczbą podsłuchów i orzecznictwem rozgrzanych sądów okaże się niewystarczająca, to godne, słuszne i zbawienne stanie się odwołanie do „nieznanych sprawców”, którzy wszak w przeszłości niejednemu gardłującemu „faszyście” dali już radę.


Gadający Grzyb


Ilustracja jest screenem ze strony AntyKomor.pl opublikowanym na portalu Niezalezna.pl.

sobota, 27 marca 2010

Trzecia władza z ulicy Mysiej.


Nadchodzi czas wielkiego kneblowania?

Gwoli przypomnienia – „trzecia władza”, to w klasycznym monteskiuszowskim systemie trójpodziału, władza sądownicza. Ulica Mysia w Warszawie zaś, to takie sympatyczne miejsce, w którym mieścił się Główny Urząd Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk, czyli cenzura.

Przypomnienie jest niezbędne, albowiem bez cenzury, jak się okazuje, nie jest możliwe utrzymanie społecznej jedności moralno – polityczno – światopoglądowej. Ale słowo „cenzura” nie brzmi dobrze. Słowo „cenzura” nie mieści się w poprawnościowym wolapiku, to jest, chciałem rzec, w siatce pojęciowej „demokratycznego dyskursu”, którego ramy zakreślone zostały u zarania III RP. A hamować zapędy nieodpowiedzialnych, samozwańczych inkwizytorów, którzy naruszają, knują i generalnie, godzą w podstawy, jakoś trzeba.

Cóż zatem robić? (Lenin: „Szto diełat’?”)

Zaprząc do cenzorskiej roboty niezawisłe sądy.

I. Procesujemy…

Trudno o inne wnioski odnośnie poczynań naszego wymiaru sprawiedliwości, gdy spojrzy się na niedawny wyrok w sprawie książki Pawła Zyzaka, który, prócz nakazu ocenzurowania pracy młodego autora, może postawić w bardzo ciężkiej sytuacji materialnej wydawnictwo „Arcana” zmuszając je do wykupienia całostronicowych przeprosin w „Gazecie Wyborczej”. Dodajmy niezliczone procesy wytaczane za pośrednictwem „Agory” przez Adama Michnika, lub chociażby sprawę Lech Wałęsa kontra Grzegorz Braun. Do tego dochodzą pozwy o charakterze światopoglądowym, czego najgłośniejszym przykładem jest sprawa Alicja Tysiąc vs „Gość Niedzielny” i niedawny pozew Wandy Nowickiej przeciw Joannie Najfeld.

Oklaski. Wszystkim, którzy w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej przewodniczyli składom orzekającym, wróżę owocne kariery.

II. Co orzeka?

Celowo nie piszę „kto”, ale „co” orzeka.

Sformułuję tu tezę, że orzekają nie tyle sędziowie, ile wpojone im na odpowiednich etapach ścieżki edukacyjno – zawodowej odpowiednie, „właściwe” przekonania. W ten sposób sędzia, czy też sędzina może orzekać w pełnym komforcie psychicznym – jako niezawisła jednostka, nie poddająca się „naciskom”, gdyż racje miłej swemu sercu strony postępowania mimowolnie odczytuje, jako naturalne, jedynie rozsądne.

Spójrzmy raz jeszcze: biorąc z osobna, każdy ze wspomnianych wyżej procesowych przypadków można by potraktować jako wyrywkowy, ideologiczny odlot składu orzekającego. Patrząc zbiorowo, można odczytywać powyższe procesy jako sądowy odcinek „dożynania watah”. Prezesi poszczególnych sądów oddelegowali tych a nie innych podwładnych do orzekania.

Pozwolę sobie na supozycję, że prezesi doskonale wiedzieli o poglądach swych podopiecznych.

Uznano najwyraźniej, że w trakcie edukacyjno – zawodowej obróbki, sędziowski narybek został nasączony jedynie słusznym światopoglądem na tyle, że można go bez strachu wypuścić na odpowiedni przyczółek. Innymi słowy - narybek dojrzał do historycznych zadań.

Młody wiek sędziów jest dodatkowym atutem z punktu widzenia ich uniwersytecko – zawodowych preceptorów. Nie sposób trzydziestoparolatków powiązać personalnie z komuną. A to, że ich światopogląd w kluczowych kwestiach został ukształtowany wedle jedynie słusznej linii… Któżby śmiał wpływać na opinię niezawisłego sądu?

Niezawiśli od wszystkiego sędziowie, którzy tak wspaniale sprawdzają się na sądowniczym odcinku walki o jedność historyczno - światopoglądową, zostali przez kogoś wykształceni, by nie rzec - ukształtowani, wprowadzeni do zawodu i tak dalej. Wyszli spod czyjejś ręki.

Czyjej? Bandy zafajdanych hipokrytów w prawniczych togach i uniwersyteckich biretach, uważających się za pępek świata.

No dobrze, niech no się wysapię…

III. Wiatr przemian… czyli „wraca nowe”.

Mdli mnie od wewnętrznego przekonania, iż środowisko sędziowskie poczuło, in corpore, „wiatr przemian”, który to „wiatr”, zgodnie z dialektyczno – darwinistyczną praktyką przetrwania, odczytano jako: „wraca nowe”, czyli – zatęchły, ale jakże swojski klimacik, rodem z lat 90-tych, kiedy to było tak bezstresowo, nikt liczący się nie próbował nikogo lustrować… a wyroki niezawisłych sądów były wyjęte spod oszołomskiej krytyki.

Grunt, to wypracować właściwą linię orzecznictwa – taką na czasie i dostosowaną do klimatu aktualnego odcinka dziejów. Modnie jest wspierać krzykliwych, skrajnych lewaków? To wspieramy. Modnie jest zemścić się i dać popalić „samozwańczym lustratorom”? To im damy. Za nasze lęki, za duszne bóle, że watahy chciały naruszyć naszą kastę… Oooch, damy popalić, by żadne zyzaki i inne najfeldy nie burzyły nam ugruntowanego światopoglądu…

A jak kto sobie nie pozwoli założyć kagańca na tępy, reakcjonistyczny ryj, to odpowie za obrazę sądu. Albo za cokolwiek. Odpowiednio zinterpretowany artykuł, w takim czy innym kodeksie, zawsze się znajdzie.

I, co najgorsze, nie ma w tym żadnego, wszechogarniającego „układu”, w który można by uderzyć jednym celnym strzałem i rozbić. Jest coś znacznie gorszego, trudniejszego do nazwania i obezwładnienia: korelacja środowiskowych interesów, połączona z ideologicznym zacietrzewieniem i zwykłym oportunizmem.

IV. Czas kneblowania.


Joanna Najfeld na stronie mamproces.pl/ podaje, że na spotkaniu w redakcji „GW”, przedstawiciele środowisk, nazwę to, „antycywilizacyjnego postępu” wzywali do procesowania się „aż po sądy zagraniczne”. Tak oto, zdeterminowana, agresywna i dobrze zorganizowana mniejszość, nakłada pomału knebel „milczącej większości”. Schemat jak z bolszewickiej rewolucji, tylko przeprowadzony w prawniczych szatach. Według demokratycznych procedur państwa prawa.

Myślę sobie, iż owi postępowi pieniacze nie byliby tak zdeterminowani w swych nawoływaniach, gdyby nie poczuli, iż stopień nasycenia sądownictwa bliskim ideowo „materiałem ludzkim” jest wystarczający. I że mają zaplecze finansowe odpowiednie do długich i kosztownych procedur. Trawestując Kaczmarskiego, „poczuli siłę i czas”. Czas kneblowania. W imię dialektycznie pojmowanej wolności. Sądokracja jest po naszej stronie, więc któż przeciw nam?

I tak, niepostrzeżenie, rodzi się sądowa „trzecia władza” z ulicy Mysiej. Na szczęście jest internet. Tylko, jak długo jeszcze to medium będzie w stanie wymykać się cenzurze?

Gadający Grzyb


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

piątek, 6 listopada 2009

Nie kijem go, to pałką.


Biurofaszyści pochylają się nad internetem…

Inwencja Ministerstwa Kultury w regulowaniu internetu zdaje się być niewyczerpana. Nie tak dawno, przygotowywana nowelizacja prawa prasowego zakładała obowiązek rejestracji wszystkich, również prywatnych, stron internetowych. Sprawa się rypła m.in. ze względu na absurdalność, nieprecyzyjność i ogólną bublowatość prawną postulowanych rozwiązań. Ale nic to. Nowy projekt nowelizacji, pozornie wychodzący na przeciw internautom, ma postać kolejnego bubla, m. in. w kwestiach dotyczących blogosfery.

Prasa, nie-prasa?

Na początek trzy kwestie: prasa, nie-prasa, redakcja (cytaty z projektu ustawy za prawo.vagla.pl/ . Całość w PDF www.mkidn.gov.pl/docs/prawo_prasowe-010609.pdf ).

Co jest prasą?

„1) prasa oznacza publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą, a w szczególności: dzienniki, czasopisma, serwisy agencyjne, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne; prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, o ile upowszechniają publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania.”,

Co zatem nie jest prasą?

„3. Za prasę nie uważa się przekazów niepodlegających procesom przygotowywania redakcyjnego w rozumieniu ust. 2 pkt 8, w szczególności: blogów, korespondencji elektronicznej, serwisów społecznościowych służących do wymiany treści tworzonej przez użytkowników, przekazów prywatnych użytkowników w celu udostępnienia lub wymiany informacji w ramach wspólnoty zainteresowań, stron internetowych prywatnych użytkowników.”;

A co jest redakcją?

„8) redakcją jest jednostka, w której organizowany jest proces przygotowywania materiałów do publikacji w prasie, w tym zbieranie, ocenianie i opracowywanie materiałów.”,


Pomieszanie z poplątaniem..

Niby wszystko jest w porządku, blogosfera w myśl ustawy nie będzie podlegała rygorom prawa prasowego, w tym obowiązkowi rejestracji, ale…

Wątpliwości instytucjonalne.

No właśnie – i tu następuje lista wątpliwości:

1) Po pierwsze - nie ma definicji ustawowej bloga, czy serwisu społecznościowego. Czy portale zrzeszające blogerów, typu Niepoprawni.pl, Salon24 i wiele innych, są blogami, „serwisami społecznościowymi służącymi do wymiany treści tworzonej przez użytkowników”, czy jeszcze czymś innym?

2)
Czy można stwierdzić, iż wzmiankowane portale rozpowszechniają przekazy „niepodlegające procesom przygotowywania redakcyjnego w rozumieniu ust. 2 pkt 8,”, skoro każdy z nich prowadzi jakąś politykę redakcyjną np. umieszczając niektóre teksty na stronie głównej, bądź w tzw. „czołówkach”, albo zamieszczając u siebie blogi zewnętrznych autorów?

3) Czy administracja portali jest, czy nie jest „redakcją w której organizowany jest proces przygotowywania materiałów do publikacji w prasie, w tym zbieranie, ocenianie i opracowywanie materiałów.”? Przecież redakcja ocenia materiały blogerów (choćby co do selekcji na „czołówki”), wkleja ilustracje, czasami poddaje teksty formatowaniu… (tak było w początkach mojego blogowania, za co jestem redakcji „Niepoprawnych” głęboko wdzięczny).

4) Co z inicjatywami typu Niepoprawne Radio.pl, które jak raz pasuje do definicji mówiącej, iż „prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, o ile upowszechniają publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania”. To samo tyczy się np. „Polis” FYM-a.

5) Czy to wszystko oznacza, że prawu prasowemu nie będą podlegały jedynie „indywidualne” blogi na portalach typu blogspot?

Dowolność interpretacyjna jeży włosy w nozdrzach…

Wątpliwości indywidualne.


Poza tym, nawet jeśli przyjąć, iż blogosfera zostanie wyłączona spod władzy prawa prasowego, implikuje to kolejne konsekwencje, zasygnalizowane m.in. w „Rzepie” (link poniżej). Otóż:

1) Bloger nie będzie się mógł powołać na tajemnicę dziennikarską, by chronić informatora.

2)
Powstaje też pytanie, czy będzie mógł np. korzystać w swej twórczości z tzw. „dozwolonego użytku”, zamieszczając cytaty z prasy i innych mediów.

Ad.1)
Pierwsza wątpliwość dotyczy (na razie) wąskiej grupy blogerów. No bo, ilu ma „dojścia” porównywalne z dziennikarzami śledczymi? Niemniej, patrząc długofalowo, może stanowić istotny hamulec w rozwoju blogosfery.

Ad.2) Druga wątpliwość ma istotne znaczenie w kontekście wolności słowa tu i teraz, bowiem znacząca część politycznej blogosfery polega na, powiedzmy, „redefiniowaniu” komunikatów docierających do odbiorcy za pomocą głównonurtowych mediodajni.

Obywatelska kontrola nad „czwartą władzą” – garść refleksji.

Więc co, mógłby ktoś zapytać, wy, blogerzy, chcecie mieć dziennikarskie przywileje, bez podlegania rygorom, jakie muszą spełniać „oficjalne” media? I do tego swobodnie korzystać z dorobku „etatowych” dziennikarzy?

Ano, właśnie tak – podobnie jak do tego typu „przywilejów” powinien mieć prawo każdy obywatel. Porzucając eufemizmy, blogerzy często odkłamują zmanipulowany przekaz medialny, destylując z bełkotu fakty i poddając je interpretacji zgoła innej, niż ta która w zamyśle medialnych bonzów miała zagnieździć się w zwojach mózgowych mediotrawców.

Jak pełnić tę demaskatorską funkcję bez sięgania do cytatów? Ograniczenie „dozwolonego użytku” utrudni patrzenie na ręce zarówno rządzącym (a gdy rządzący są „słuszni”, to większość mediów się do „misji” nie kwapi), jak i dziennikarzom, których obiektywizm jest nierzadko bardzo podejrzanej próby, niektórzy zaś wprost deklarują, iż czują się bardziej funkcjonariuszami na polityczno – ideowym froncie, niż dostarczycielami informacji.

Obecnie mamy do czynienia z chorą sytuacją pozwalającą pod różnymi pretekstami zatajać dostęp do informacji publicznej (np. urzędy uwielbiają zasłaniać się ochroną danych osobowych). Dopóki wspomniany stan ma miejsce, dopóty będzie istniała potrzeba sięgania do dorobku tych, którzy dzięki instytucjonalno – prawnemu wsparciu (legitymacja dziennikarska plus praca we wpływowym medium), docierają do informacji… a następnie poddają je specyficznej obróbce, w wyniku której do odbiorcy trafia pulpa ulepiona pod gusta i zapotrzebowania współczesnych „zawodowych macherów od losu, specjalistów od śpiewu i mas”.

Bloger zaś sięga po tę pulpę, rozgrzebuje, konfrontuje… i w efekcie, często – gęsto okazuje się, iż dziennikarz łgał jak bura suka, bowiem z faktów wynika coś zupełnie innego.

Blogosfera ma wszelkie dane po temu by, mówiąc górnolotnie, stać się elementem społecznej kontroli nad „czwartą władzą”. Społeczna kontrola jest tym bardziej potrzebna, iż owa władza nie jest umocowana konstytucyjnie. Kłamliwego redaktora nie można postawić przed Trybunałem Stanu – co najwyżej pozwać cywilnie, gdy kogoś fałszywie obsobaczy.

A kto dopilnuje blogerów? Proste – inni blogerzy, którzy, nierzadko nie przebierając w słowach, z lubością wypominają sobie nawzajem potknięcia, niekonsekwencje, mielizny intelektualne itd. Tak właśnie powinno być. Wolny rynek faktów, interpretacji, idei (i ambicji…). Wiecznie gorący tygiel.

A zatem: biurofaszyści – ręce precz od internetu!

Zakończenie.

Na zakończenie ogólna uwaga co do projektu nowelizacji. Wyraźnie widać, iż nasi ustawodawcy wzięli się za regulację czegoś, o czym nie mają pojęcia. Dla nich „prasopodobny” internet to elektroniczne mutacje „tradycyjnych” mediów, tudzież wielkie biznesowe "onetoidalne" przedsięwzięcia. Skala rzeczywistości, którą uparli się regulować, przerosła ich kompetencje i wyobraźnię.

Sam już nie wiem, głupota czy zła wola?

Gadający Grzyb

P.S. To coś, co zamieściłem w charakterze ilustracji, to nie jest moja żałosna twórczość, tylko oficjalne logo Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Kto i ile wziął za ten „projekt”? www.mk.gov.pl/dziennikarze/logo_ministerstwa.html

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.mkidn.gov.pl/docs/prawo_prasowe-010609.pdf

prawo.vagla.pl/node/8731

prawo.vagla.pl/node/8715

www.rp.pl/artykul/4,387697_Bloger_nie_zasloni_sie_tajemnica_dziennikarska.html