Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą blogi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 stycznia 2014

Podeptane ego Emerytki

Skoro Pani Emerytka tak lubi dywagacje na temat „podeptanego ego”, to zabawmy się w tę konwencję.


I. Taka sytuacja...

Jestem trochę zły na siebie, że skrobię tę notkę, zamiast pisać obiecaną „Frondzie” recenzję „Resortowych dzieci”, ale co począć, skoro Elig – emerytka skutecznie podniosła mi ciśnienie. Oto raczyła bowiem popełnić i zmultiplikować w chyba wszystkich miejscach, gdzie publikuje (czyli praktycznie wszędzie, gdzie da się zalogować) tekst „Szczyt zacietrzewienia w wojnie między portalami”. Bezpośrednim powodem był fakt, że redakcja Blog-n-rolla nie wykazała się należytym entuzjazmem na widok kolejnej notki Elig, opublikowanej m.in. również na „Niepoprawnych”. Pani Emerytka postanowiła więc dać upust swemu rozżaleniu rozgłaszając ten skandaliczny wybryk redakcji Blog-n-rolla po wszystkich kątach prawicowego internetu. Swój tekst zwieńczyła zaś żenującą statystyką porównując „kliki” swych notek na Blog-n-rollu i Niepoprawnych – czyli portalu istniejącego kilka dni z portalem kilkuletnim o ugruntowanej renomie. Innymi słowy, pani, która jak się zdaje, uważa się za „dziennikarkę obywatelską” dopuściła się manipulacji rodem z „Wyborczej”.

Cóż tu można powiedzieć? Sam publikuję w kilku miejscach i sądzę, że ta dość rozpowszechniona w blogosferze praktyka nie jest niczym złym, bo pozwala dotrzeć do większej liczby czytelników. Problem pojawia się wtedy, gdy „klikalność” staje się celem samym w sobie, a zliczanie odsłon wywołuje parowanie pod beretem. Wtedy efektem może być taka sytuacja, jak ta z Elig. Gdyby np. redakcja któregoś z portali na których goszczę oznajmiła mi, że nie życzy sobie być kolejnym słupem ogłoszeniowym, tym bardziej, że moje notki ukazują się również w miejscu z którym dany portal jest skonfliktowany, to pożegnałbym się grzecznie i ze zrozumieniem – i sądzę, że podobnie zachowałby się każdy normalny, nie cierpiący na przerost ego człowiek. Na pewno zaś nie pisałbym ociekającego obłudą tekstu w którym osobista uraza prezentowana jest w sosie „obiektywnego” zatroskania konfliktem między blogowiskami.

 

II. Elig, czyli magiel

Tak przy okazji – Elig przedstawia redakcyjny konflikt w Niepoprawnych, którego efektem było odejście redakcji jako spór ambicjonalny. W komentarzu na „NP” pisze:

(...) Podejrzewam, że panowie podeptali sobie nawzajem ego, a potem ich osobiste urazy przeniosły się na resztę blogerów. Siedmiu redaktorów odeszło z hukiem z Niepoprawnych.pl zostawiając Gawriona samego z portalem na głowie i praktycznie bez serwera. Istnieje możliwość, iż liczyli na to, że Gawrion się wyłoży i Niepoprawni.pl znikną z sieci. Tak się jednak nie stało. Gawrion zorganizował serwer i przeniósł na niego portal. Koledzy siódemki redaktorów umilali mu pracę atakami DDos i nieustannym trollowaniem w stylu dyskusji linkowanej przeze mnie w odpowiedzi Honicowi /bardzo pouczająca/. Gdy stało się jasne, że Niepoprawni.pl przetrwają - zaczęto oskarżać Gawriona o kradzież portalu. (...)”

Otóż, gdyby „obywatelska dziennikarka” miała kaprys wykazać się obiektywizmem, wystosowałaby zapytania do redakcji Blog-n-rolla oraz obecnych Niepoprawnych – to dziennikarski elementarz. Jeśli odpowiedzi by nie otrzymała, to mogłaby snuć dywagacje, na zasadzie „wydaje mi się, że...”. Gdybyśmy jednak zechcieli odpowiedzieć, to Pani Emerytka dowiedziałaby się od nas, że obecny Blog-n-roll przygotowywany był od dawna i pierwotnie miał być zapowiadaną od dłuższego czasu nową odsłoną Niepoprawnych, jego start był planowany na termin późniejszy i stąd obecne niedoróbki z którymi muszą się chwilowo borykać użytkownicy – po prostu nie wszystko zdążyliśmy dopracować, a przyśpieszona ewakuacja była efektem zawłaszczenia domeny przez Gawriona, który wykorzystał fakt, że Niepoprawni zostali zarejestrowani na jego nazwisko. Mogłaby się również dowiedzieć, że Gawrion, gdy wrócił do redakcji dawnych Niepoprawnych po półrocznej nieobecności nie był w stanie zaakceptować faktu, że w międzyczasie zaszły zmiany i nie jest już traktowany jako Alfa i Omega, zaś większość pierwotnych założycieli portalu postanowiło zmodyfikować pierwotną „gentelmen's agreement” na którą obecnie lubi powoływać się Gawrion i obecny szef Niepoprawnych nie potrafił tego zaakceptować. Owa „umowa” nie została bowiem zawarta na zasadzie „Gawrion kontra reszta świata (czyli pozostali członkowie Grupy Inicjatywnej), tylko na równorzędnych warunkach „wszyscy ze wszystkimi” i jeśli większość chce ją zmienić, to reszta może się tylko podporządkować albo odejść. Tymczasem Gawrion wybrał wyjście trzecie – ordynarnie zajumał domenę, której był depozytariuszem po tym, jak reszta Redakcji zażądała od niego wydania „kluczy” do portalu. Portalu, którego serwer, nawiasem mówiąc, opłacany był przez jednego z członków.

Tego by się mniej więcej Elig dowiedziała od nas, a od Gawriona zapewne otrzymałaby wersję skrajnie odmienną – mogłaby je porównać i wyciągnąć wnioski. Zamiast tego woli jednak prezentować swoje domysły na poziomie magla i pleść bzdury o „zostawieniu portalu na głowie”, czy „atakach DDos”.

 

III. Ego...

Skoro jednak Pani Emerytka tak lubi dywagacje na temat „podeptanego ego”, to zabawmy się w tę konwencję. Oto fragment, który rzuca ciekawe światło na osobowość autorki (całość tekstu TUTAJ, wytłuszczenia moje):

„(...) W przedsionku okazało się jednak, że wpuszczają tylko tych, którzy zarejestrowali się wcześniej w Internecie. Ja tego nie zrobiłam i zrozumiałam, że tylko bezczelność może mnie uratować.

Siadłam więc na pobliskiej kanapce i postanowiłam poczekać na właściwy moment. Podeszła do mnie pani w typie "blond Wenus", na oko trzy razy młodsza ode mnie i chciała mnie wyrzucić na ulicę. Oświadczyłam twardo, że nigdzie się nie ruszę i może mnie ona co najwyżej wynieść. Ważę ponad 90 kilo, więc pani odeszła zmieszana a ja szybko zbiegłam schodkami na dół i znalazłam się w "strefie zakazanej".

Tam okazało się, że są tylko trzy rzędy krzesełek i trochę więcej z boku. Dostępu do bocznych bronił jednak jakiś facet, twierdząc, że wstęp tam jest tylko za zaproszeniami. Usiadłam więc na jednym z krzesełek z napisem "rezerwacja". Oczywiście natychmiast spróbował mnie ktoś stamtąd wygonić, ale zastosowałam drugi raz tę samą taktykę i wywalczyłam miejsce siedzące. Znalazłam się w dobrym towarzystwie, bo niedaleko mnie siedziała red. Teresa Bochwic, a zaraz za mną sam Antoni Macierewicz. (...)”

Urocze, prawda? Nie ma to jak wepchnąć się na imprezę bez zaproszenia i jeszcze zająć krzesło zarezerwowane dla kogoś innego. Jak się zdaje, Pani Emerytka w podobny sposób postanowiła potraktować redakcję i czytelników Blog-n-rolla i podniosła krzyk, gdy jej owego „zaproszenia” i „krzesełka” jednak odmówiono. Tak, zaiste wielka to strata, że akurat u nas nie ukażą się wiekopomne relacje słynnej blogerki Elig – bo do tego w gruncie rzeczy sprowadza się jej publicystyka - „gdzie byłam, co robiłam”. Ale na pocieszenie zawsze zostaje wszędobylskiej Emerytce świadomość, że słupów ogłoszeniowych w internecie jest dostatek.

 

Gadający Grzyb

 

P.S. Tekst ten ukaże się wyłącznie na Blog-n-rollu i w moim prywatnym „archiwum” na blogspocie. Nie będę powielał go we wszystkich miejscach gdzie publikuję, bo w przeciwieństwie do niektórych wiem co to umiar :)

środa, 8 stycznia 2014

Socjolog na „Dzikich Polach” blogosfery

Blogosfera polityczna w Polsce” jest przedsięwzięciem pionierskim, nie mającym do tej pory precedensu w literaturze naukowej.


I. Pionierskie przedsięwzięcie Budynia78

Do lektury pracy doktorskiej Krzysztofa Karnkowskiego znanego w blogosferze jako Budyń78 przystępowałem z „taką pewną nieśmiałością”, licząc się z koniecznością żmudnego przedzierania przez setki stron wypełnionych hermetycznym, naukowym żargonem. I tu, zaraz po otwarciu PDF-a ściągniętego ze strony Repozytorium UW, spotkało mnie miłe zaskoczenie – praca bowiem napisana jest w wyjątkowo przystępny sposób – na tyle, że sięgnąć po nią może każdy, nawet bez uniwersyteckiego przygotowania. Dzieło ówczesnego magistra, a obecnie już doktora Karnkowskiego (gratulacje ;) ) czyta się niczym barwny, napisany żywym językiem esej prowadzący Czytelnika przez „Dzikie Pola” polskiej blogosfery politycznej – i jest to atut, który miejmy nadzieję sprawi, że praca ta ukaże się również w formie książkowej.

Przede wszystkim jednak „Blogosfera polityczna w Polsce” jest przedsięwzięciem pionierskim, nie mającym do tej pory precedensu w literaturze naukowej. Dla porządku przypomnijmy podstawowe dane. Autor jest socjologiem, swą rozprawę zaś napisał pod kierunkiem prof. Krzysztofa Kicińskiego (wcześniej – pod kierunkiem śp. prof. Aldony Jawłowskiej, której pamięci dedykowana jest praca). Praca powstawała głównie w latach 2007-2011, światło dzienne zaś ujrzała ostatecznie w roku 2012 i obejmuje w swym zasadniczym zrębie lata 2003-2011, czyli okres narodzin i rozkwitu polskiej blogosfery politycznej.

Zawartość doktoratu to wszechstronne ujęcie zagadnień związanych z blogosferą polityczną, pogrupowanych w przejrzysty układ kolejnych rozdziałów. Mamy więc rys historyczny, począwszy od zapomnianych już dziś list dyskusyjnych, forów i pierwszych blogowisk aż po czasy współczesne; relacje blogosfery z mediami tradycyjnymi; blogosferę jako część nowych mediów; reakcję blogosfery na Tragedię Smoleńską; wychodzenie blogerów w „real” w ramach różnych akcji; opis blogosfery lewicowej; dylematy etyczne i problemy z którymi blogosfera się boryka; rzut oka na polityczną blogosferę w USA i Rosji; wreszcie – omówienie wyników ankiety przeprowadzonej przez Budynia wśród użytkowników blogosfery, a w której zapewne wielu Czytelników wzięło udział.

Uff... Już pierwszy rzut oka pokazuje nam, że mamy do czynienia z kompendium wiedzy, po które powinien sięgnąć każdy – zarówno doświadczony bloger, jak i ktoś, kto swą przygodę z blogowaniem dopiero zaczyna. Przyznam, że choć funkcjonuję w necie już od ponad pięciu lat (od jesieni 2008) o wielu sprawach, szczególnie związanych z historią blogowisk, nie miałem pojęcia. Zaletą pracy Budynia jest również – siłą rzeczy, bo to dzieło naukowe - obiektywizm, który pozwala uniknąć tendencyjności w analizie badanego zjawiska społecznego, co sprawia, że pracę powinni bez bólu przyswoić Czytelnicy z różnych stron polityczno-ideowej barykady, choć sam Autor jako bloger nie jest przecież osobą politycznie i środowiskowo zdystansowaną.

 

II. Refleksje na marginesie

Co jako pierwsze narzuca się podczas lektury? Choćby to, że blogosfera jest przede wszystkim zjawiskiem społecznym. Jej dynamiczny rozwój związany z pojawieniem się nowych technologii jest bowiem efektem tłumienia dyskursu publicznego przez medialny mainstream III RP. Pochodną tego „knebla” jest również widoczna na pierwszy rzut oka dominacja różnych nurtów prawicy w blogosferze i rachityczna na jej tle blogosfera lewicowa. Skoro prawicowa część opinii publicznej została „systemowo” zepchnięta na margines politycznej i światopoglądowej debaty w mediach tradycyjnych, czego dojmującym przejawem przez lata była słabość prawicowych inicjatyw medialnych ze szczególnym uwzględnieniem mediów elektronicznych (tu po dziś dzień, w przeciwieństwie do prasy, sytuacja jest niewesoła), to tym mocniej prawa strona wkroczyła w nowe medium, jakim jest internet, nie poddający się tak łatwo tradycyjnym formom kontroli. Swojego czasu próbowałem to opisać w tekście „Drugi Obieg 2.0” i innych notkach, ale oczywiście doktorat Budynia czyni to w sposób dalece bardziej pełny i nade wszystko kompetentny. Lewica, czy też po prostu, ta część społeczeństwa, która w zasadniczej części akceptuje porządek III RP miała o wiele mniejsze „ciśnienie” na zagospodarowywanie niezależnego przekazu w internecie, jako że ma wystarczająco wielu swych rzeczników w mediach oficjalnych.

Owo „odreagowanie” skutkuje również „wspólnototwórczym” charakterem polskiej blogosfery politycznej. Coś, co rozpoczęło się – i nadal w znacznej części pozostaje – jako głos sprzeciwu, kontestacji, czy wreszcie niezależnej kontroli polityczno-medialnego mainstreamu III RP z jego sztucznymi hierarchiami, narzucanymi odgórnie tematami i sposobami interpretacji rzeczywistości, dość szybko przekształciło się w nieco może amorficzny, lecz znaczący ciężarem swej „masy” ruch obywatelski z rozmaitymi oddolnymi inicjatywami i budujący nowe, poziome relacje między uczestnikami. Można żartem powiedzieć, że w jakiejś mierze spełniła się tu leninowska maksyma, że „ilość to też jakość”. Jak niegdyś napisałem: Drugi Obieg 2.0 - te wszystkie pozornie słabe i rozproszone inicjatywy - są jak rój. Można utłuc jedną czy drugą pszczołę, ale koniec końców rój zawsze wygrywa.”

Tu uwaga - trochę w swych dywagacjach wykraczam poza to, co opisał w swej rozprawie Budyń78, ale uważny Czytelnik bez trudu wychwyci w jego doktoracie analogiczne akcenty. Tu warto wspomnieć przywołane przez Budynia78 pojęcie „spirali milczenia” Elisabeth Noelle-Neumann. Oznacza ono w skrócie, że jednostki w obawie przed społecznym ostracyzmem gotowe są nie wyrażać publicznie swych prawdziwych poglądów, co skutkuje powstaniem wrażenia, jakoby dominujący pogląd był jedynie „uprawniony”, zaś odmienne zdanie prezentowane jest jedynie przez nieliczący się margines. Blogosfera walnie przyczyniła się i wciąż przyczynia do przełamywania owej „spirali milczenia” w Polsce. W tym kontekście można odnaleźć w blogosferze potencjalnie znakomite narzędzie „polityzacji mas”, jak ujmowali to w czasach zaborów endecy.

Ciekawie z tej „oddolnej” perspektywy wyglądają relacje między blogosferą, a mediami głównonurtowymi, które miotają się między ignorowaniem lub lekceważeniem różnych „psychiatryków 24” (jak określił Salon24 Wojciech Orliński), a budowaniem w manipulancki sposób poczucia zagrożenia „internetową agresją” - najczęściej za pomocą topornego zabiegu wrzucania do jednego worka blogerów i pospolitych trolli rodem z przysłowiowego Onetu. Natomiast blogerskie próby zawodowych dziennikarzy na ogół wyglądają dość żałośnie, choćby z tego względu, że zawodowcy jakoś dziwnie słabo czują interaktywną specyfikę blogosfery i dość trudno jest im zejść z medialnej „kazalnicy” do komentujących „pod kreską” internautów. Wyraźnie nie mają na nas pomysłu – i dobrze.

 

III. Blogosfera zatrzymana w czasie

Kolejną cechą charakterystyczną blogosfery jest jej ogromna dynamika – sytuacja potrafi zmieniać się z roku na rok, co przyznaje również sam Budyń, stwierdzając w początkowych fragmentach swej pracy, że gdy w 2007 roku tworzył listę zjawisk, których opisanie miało stanowić wiodącą oś doktoratu, to już po dwóch latach musiał zrewidować swe założenia, gdyż część tychże zjawisk stała się marginalna, część zaś przekształciła się, nabierając nowego znaczenia. I tu jest chyba jedyna wada pracy Budynia78 – opisuje ona bowiem blogosferę taką, jaka ona była mniej więcej do roku 2011 i Czytelnik z pewnością dostrzeże zmiany które nastąpiły po oddaniu pracy. Mamy więc do czynienia z obrazem blogosfery zatrzymanej w czasie i z upływem lat praca ta będzie miała w coraz większym stopniu wymiar historyczny. Ta słabość jest jednak nie do uniknięcia zważywszy na wspomnianą dynamikę badanej tematyki.

Zresztą, owa „słabość” może się przekształcić w walor pracy, jako jednego z głównych źródeł dla przyszłych historyków, którym przyjdzie kiedyś zmierzyć się z tym specyficznym wycinkiem polskiej społecznej rzeczywistości początku XXI stulecia. Badając żywy i wciąż ewoluujący organizm doktor Krzysztof Karnkowski staje się bowiem swoistym „kronikarzem” polskiej blogosfery, która mimo prób „usystematyzowania” i „instytucjonalizacji” wciąż w znacznej mierze pozostaje „Dzikimi Polami internetu”, jak niegdyś ujął to bodajże Jacek Jarecki. Sądzę przy tym, że Autor nie poprzestanie jedynie na swym doktoracie, jako że sam stwierdza, iż „Blogosfera, jak zresztą praktycznie cały internet, jest wdzięcznym obiektem badań (...)”. Pozostaje nam więc czekać na kolejne prace, postulowaną na wstępie książkową (może zaktualizowaną?) wersję doktoratu – i tak aż do szczęśliwej habilitacji...

 

Gadający Grzyb

 

Praca doktorska Budynia78 w PDF:

http://depotuw.ceon.pl/bitstream/handle/item/242/Blogosfera%20polityczna%20w%20Polsce.pdf?sequence=1

 

Audiobook (aktualizowany) na podstawie pracy „Blogosfera polityczna w Polsce”: http://blogosfera-polityczna.4shared.com/

 

Notek w wersji audio oraz audiobooka na podstawie doktoratu Budynia78 posłuchać można na:

http://niepoprawneradio.pl/

 

środa, 23 stycznia 2013

Blogosfera - „światło odbite”?

Czy blogosfera świeci „światłem odbitym”? Czy jest zbiorowiskiem internetowych „kanap”?

I. „Światło odbite”?

Nawiązując do poprzedniej notki „Wrocławski coming-out niezależnej blogosfery” chciałbym dziś zająć uwagę Czytelników pewnym aspektem blogerskiej działalności, na którego podjęcie podczas samej wrocławskiej konferencji z braku czasu nie było miejsca, a który został poruszony w „kuluarach”. Mianowicie, muszę odnieść się do wygłoszonej „poza kadrem” lekko sceptycznej uwagi jednego z organizatorów dotyczącej rzekomej ułomności blogosfery: jakoby świeciła ona „światłem odbitym” od mediów tradycyjnych – szczególnie jeśli chodzi o dostarczanie newsów. Inna uwaga dotyczyła rozdrobnienia i „kanapowości” blogerskich inicjatyw.

Otóż, to nie do końca tak i sądzę, że tego typu podejście wynika z niezrozumienia specyfiki blogosfery i jej relacji ze światem medialnego mainstreamu oraz światem polityki. Blogosfera nie jest bowiem od tego by w 100% zastępować tradycyjne media, lecz od tego, by te media kontrolować i uzupełniać. To na dzień dzisiejszy, bo przyszłość zapewne przyniesie poszerzenie oddziaływania blogosfery również w roli dostarczyciela informacji. Proszę zwrócić uwagę, że dynamiczny rozwój niezależnego przekazu w internecie to historia zaledwie kilku ostatnich lat – a i tak polska blogosfera jest ewenementem na co najmniej europejską skalę, co zresztą pośrednio dowodzi opłakanego stanu wolności słowa i pluralizmu debaty w przekazie głównonurtowym.

Zresztą, jeśli spojrzymy na dominujące mediodajnie – szczególnie te, będące emanacją Obozu Beneficjentów i Utrwalaczy III RP - to zobaczymy, że konsekwentnie wycofują się z roli przekaźnika rzetelnej informacji w kluczowych społeczno-politycznych kwestiach, preferując miast tego tzw. „szum informacyjny”, czyli trzeciorzędne bzdury, do zapomnienia po pięciu minutach, bądź też uciekając w tzw. „infotainment” - czyli produkcje „newsów” o charakterze na poły rozrywkowym, lub skandalizującym („mama Madzi”). W warstwie publicystycznej natomiast króluje nachalna, toporna i łopatologiczna propaganda. O dziennikarstwie śledczym z prawdziwego zdarzenia można w ogóle zapomnieć.

Lepiej przedstawia się sytuacja w mediach kojarzonych z prawicą, ale i tu można zaobserwować wahania poziomu (ostatnio, infantylne przyrównanie Polaków do hobbitów przez tygodnik „wSieci”), braki w zniuansowaniu przekazu, czy niekiedy nawet dziwną spolegliwość wobec narracji reżimowych mediodajni (sprawa Grzegorza Brauna).

II. Blogosfera jako uczestnik debaty publicznej

W jaki sposób odnosi się do powyższej sytuacji blogosfera? Otóż coraz częściej pełni ona rolę „filtra” odsączając istotne informacje, ginące w medialnym zgiełku i nie podejmowane szerzej w mediach tradycyjnych. W dobie zmasowanego ataku medialnej papki na percepcję odbiorców jest to rola równie ważna, co sama „produkcja” newsów – bo co nam po informacji, która przemknie gdzieś bokiem bez echa?

Podam przykład z własnej blogerskiej praktyki – o negocjowanym przez ekipę Pawlaka kontrakcie gazowym pisałem na długo przed tym, zanim sprawa ta stała się tematem pierwszoplanowym w mediach (również tych prawicowych), czy obiektem zainteresowania opozycji. Nie korzystałem z żadnej tajemnej wiedzy – wystarczyło poklikać po notkach zakopanych w działach ekonomicznych gazet i portali. Innym przykładem może być mój tekst o Pawle Grasiu („Berliński łącznik?”), w którym również zebrałem rozproszone po internecie informacje, by stworzyć z nich w miarę kompletny portret tej postaci, na który zresztą powołał się z kolei pan Marek Pyza w swym tekście „Nieodwoływalny” opublikowanym w „Uważam Rze”. Czyli – czasem to media tradycyjne „odbijają światło” od blogosfery i sądzę, że z czasem te proporcje będą się wyrównywać.

Poza tym, jeśli chodzi o newsy i podejmowaną tematykę, również i tu blogi stają się coraz częściej źródłem inspiracji dla mediów tradycyjnych. To blogerzy jako pierwsi alarmowali o nocnych atakach pijanej dziczy na obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu, to na blogach pojawiło się po raz pierwszy słowo „zamach” po smoleńskiej tragedii. To portale blogerskie, dzięki swym materiałom i relacjom świadków odegrały kluczową rolę w odkłamywaniu rzeczywistego oblicza zajść podczas dwóch ostatnich Marszów Niepodległości.

Warto również zwrócić uwagę na opiniotwórcze dojrzewanie blogosfery. Prócz prostych komentarzy konstruowanych na zasadzie „dziennikarz iksiński coś napisał a ja się z tym zgadzam/nie zgadzam”, coraz więcej pojawia się pogłębionych analiz czy sążnistej publicystyki – i to często podejmującej dany temat z perspektywy zupełnie innej niż czynią to media głównego nurtu, zarówno reżimowego, jak i opozycyjnego. Jeśli chodzi o dziennikarstwo śledcze, nie sposób nie wspomnieć o dochodzeniowo-analitycznych tekstach Aleksandra Ściosa, czy wielowątkowym śledztwie smoleńskim, nie ograniczającym się bynajmniej do „maskirowki”. Poważną funkcją blogów jest również patrzenie mediom tradycyjnym na ręce i wychwytywanie rozlicznych manipulacji.

Biorąc pod uwagę wszystko co powyżej wyłuszczyłem, należy stwierdzić, iż protekcjonalne traktowanie blogosfery, jako „światła odbitego” jest nieuprawnionym uproszczeniem, wynikającym, jak sądzę, z nieznajomości tematu. Blogosfera staje się pełnoprawnym uczestnikiem publicznej debaty, można powiedzieć, że „wybija się na niepodległość” w stosunku do mediów mainstreamowych i jej rola oraz zasięg oddziaływania będzie się nieuchronnie zwiększać wraz z rozwojem nowoczesnych technologii. Zresztą, polecam ciekawy i pouczający tekst Budynia78 opublikowany na „Rebelyi” - „Blogerzy przejmują misję porzuconą przez media”, którym się tu częściowo inspirowałem. Naprawdę warto.

III. Niech kwitnie tysiąc... kanap!

Na koniec pragnąłbym się jeszcze odnieść do zarzutu rozdrobnienia i „kanapowości” blogerskich inicjatyw. Myślę, że takie podejście wynika z politycznego skrzywienia perspektywy z jakiej przywoływany na wstępie Rozmówca spogląda na społeczną rzeczywistość. Rzecz w tym, iż w przypadku oddolnej działalności składającej się na Drugi Obieg 2.0, którego niezwykle ważną częścią jest blogosfera, reguły rządzące naszym „zabetonowanym” systemem politycznym niekoniecznie muszą znajdować zastosowanie. Coś, co w realiach stricte politycznych może być szkodliwe (np. rozdrobnienie prawicy w latach '90), w przypadku blogosfery wcale takowe być nie musi. O ile w świecie polityki można zrozumieć postulat, że „jednoczenie prawicy powinno się odbywać nie poprzez integrowanie kanap, tylko przez ich eliminację”, co z powodzeniem czyni Jarosław Kaczyński, a co może mieć swe źródło w smutnej lekcji AWS-u, który był właśnie takim skazanym na porażkę „integratorem”, o tyle w niezależnej blogosferze znajduje raczej zastosowanie hasło Krzysztofa Czabańskiego „niech kwitnie tysiąc kwiatów”, które rzucił inicjując Kongres Mediów Niezależnych.

W wystąpieniu podczas panelu mediów niezależnych zwróciłem uwagę, iż z moich obserwacji wynika, że rozmaite blogerskie inicjatywy poprzez wzajemne linkowanie, ale również poprzez zdrową konkurencję nie tyle odbierają sobie czytelników i sympatyków, ile wręcz ich sobie wzajemnie napędzają, tworząc wartość dodaną. Dzieje się tak dlatego, że czytelnik – w przeciwieństwie do wyborów, gdzie ma do dyspozycji tylko jeden głos o który rywalizują partie – może „głosować” wielokrotnie: z Niepoprawnych przejdzie sobie na Blogpress, z Blogpressu na Blogmedia24, w międzyczasie włączy Niepoprawne Radio PL...

Warto zwrócić uwagę, iż samorzutnie ukształtowała się specjalizacja poszczególnych portali: Niepoprawni to przede wszystkim publicystyka, Blogmedia24 to działalność społeczna zastępująca – jak trafnie zauważyła pani Teresa Tokarska – rzecznika praw obywatelskich, z kolei bardzo mocną stroną Blogpressu są relacje wideo z różnych wydarzeń po prawej stronie, zaś Niepoprawne Radio PL wypełniło lukę jaką był brak niezależnej prawicowej rozgłośni w internecie. A przecież są jeszcze inni. Na dodatek, współistnienie różnych inicjatyw zwiększa, paradoksalnie, bezpieczeństwo niezależnego przekazu. Jedno, duże medium, łatwiej spacyfikować, może spotkać go bankructwo, może stać się obiektem manipulacji, lub wrogich działań służb. Natomiast rozdrobnione inicjatywy są jak rój: można zabić jedną czy drugą pszczołę, ale z rojem zwyciężyć nie sposób.

Słowem, analogia między niezależną blogosferą a światem polityki jest fałszywa, zaś hołdowanie podejściu, wedle którego należy „grać tylko z dużymi”, szczególnie gdy połączyć je z lekceważeniem rozproszonych części składowych Drugiego Obiegu 2.0, może kiedyś skończyć się niemiłą niespodzianką.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Na podobny temat:

http://niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-i

http://niepoprawni.pl/blog/287/drugi-obieg-20-%E2%80%93-cz-ii

wtorek, 29 marca 2011

Dziennikarstwo kontr-faktyczne po raz kolejny


Gwarancją przetrwania w dziennikarskim zawodzie jest przede wszystkim wiedza o tym, czego mówić się nie powinno.



I. O blogerskich pożytkach z mediodajni.


Do pewnego momentu powielałem dość popularny w blogosferze błąd polegający na śledzeniu z zapartym tchem wrażych mediodajni i punktowaniu na pełnym oburzenia przydechu jaką tam nową podłość wymyślili, jaką manipulacją uraczyli poddawane praniu mózgów tubylcze bydełko, jakież to nowe diapazony skurwienia osiągnięto i tak dalej. Od czasu do czasu śpieszyłem podzielić się swymi spostrzeżeniami na blogu. Po pewnym czasie jednak oświeciło mnie, że jest to czynność, delikatnie mówiąc, mało twórcza i konstruktywna. Manipulacje są bowiem tak toporne, tak przejrzyste dla każdego średnio kumatego odbiorcy i ograniczają się do na tyle wąskiego repertuaru zagrywek, że jedynie funkcjonujący na naszym rynku ściśle reglamentowany oligopol opinii sprawia, że wiadome mediodajnie mogą w swej propagandowej działalności pochwalić się jako taką skutecznością.


No, chyba że już zupełnie nie ma się o czym pisać – wtedy pobieżny nawet przegląd mediów, zarówno tych pisanych i utwierdzających ćwierćinteligentów w przekonaniu że są elitą, jak i tych obrazkowych, nie skrywających, że swą ofertę adresują do gawiedzi, może dostarczyć blogerskiego samograja ku ukontentowaniu autora i czytelników.


Nie ukrywam, że ostatnio jakoś mi „wychłódło”, ale cóż – trzeba coś tam skrobnąć od czasu do czasu, by klawiatura nie zarosła kurzem a człowiek na starość nie skonstatował z przerażeniem, że nie wie jak wyrazić swój „bul” i „nadziejię”, sięgnąłem zatem po ostatnią blogerską deskę ratunku i odpaliłem WSI24. Nie minął kwadrans i już znalazłem swój temat, którym zaprzątnę uwagę tych straceńców, którzy zerkają na moje wypociny.


II. Dziennikarz kontr-faktyczny pochyla się nad człowieczym losem.


Niegdyś pozwoliłem sobie zdiagnozować obowiązujący model nadwiślańskiej żurnalistyki, jako „dziennikarstwo kontr-faktyczne”, czyli jako formę propagandy uprawianej obok faktów, a gdy trzeba – wbrew faktom. Spektrum technik obejmuje chwyty od ordynarnego kłamstwa począwszy a na dyskretnych przemilczeniach skończywszy. I na takie przemilczenia właśnie natknąłem się w materiale, który zaatakował moje zmysły. Oto mamy doniesienie „z terenu”, mające u telewidza wytworzyć wrażenie, że dana stacja, walterownia znaczy się, to nie tylko jak zarzucają moherowi nienawistnicy „warszawka” z przyległościami. Nie! Dana stacja, moi mili, nie waha się pochylić z troską nad losem zwykłego człowieka, wysłać dzielną ekipę na eksplorację interioru i przedstawić w efekcie problemy z którymi borykają się szarzy obywatele – z troską, zrozumieniem i empatią.


Materiał dotyczył blokady trasy K-11. Otóż zdesperowani mieszkańcy Ujścia wyszli na drogę, by domagać się budowy obiecywanej im od lat obwodnicy. Rozumiem ich ból, jako że jestem szczęśliwym mieszkańcem miejscowości od kilku lat cieszącej się obwodnicą zbudowaną na bazie gierkowskich (!!!) jeszcze planów i mogę porównać sytuację „sprzed” i „po”. Z sączącej się z offu narracji wynikało podobne uwrażliwienie walterowców, tym bardziej, że protestujący przynieśli transparenty z nazwiskami posłów z regionu, którzy obiecywali obwodnicę i nie dotrzymali słowa. Jedynym posłem, który pojawił się na miejscu i rozmawiał z ludźmi był ktoś z PSL-u. Zapewnił, że „zrobi wszystko”, by obwodnica wróciła do planów po 2013 roku...


III. Dyskretne przemilczenia.


Wrróć! I tu właśnie dotykamy sedna sprawy, owych dziadowskich „dyskretnych przemilczeń”, które odróżniają dziennikarstwo dworskie, kontr-faktyczne, od dziennikarstwa bezprzymiotnikowego. Czego bowiem nie dowiedzieliśmy się z „informacji”, a co widz wiedzieć powinien, by poznać pełen kontekst wydarzeń? Ano, nie dowiedzieliśmy się, że pod koniec ubiegłego roku resort infrastruktury nadzorowany przez szefa platformerskiej „spółdzielni”, Cezarego „Kolejarza” Grabarczyka, wykreślił z planów budowy ileś tam drogowych projektów, bo raz że nie ma kasy, a dwa – bo ich realizacja napotyka na jakieś „nieprzezwyciężone trudności”. W efekcie pozostawiono inwestycje mniej skomplikowane by premier Donald mógł wykazać się mimo wszystko odpowiednim „kilometrażem”, a te trudniejsze odłożono ad calendas graecas. Ofiarą owej picownej „polityki infrastrukturalnej” padły m.in. liczne obwodnice.


Jak napisałem, tego z materiału się nie dowiedzieliśmy, było za to o mieście zajeżdżonym przez kawalkady samochodów i bliżej niesprecyzowanych „politykach”, którzy oszukali „człowieka prostego”. Proszę jak pięknie. Jaśnie państwo z TVN-u pochyliło się nad ludzką krzywdą? Pochyliło. Politycy to świnie? Świnie, panie kochany, każdy to powie. Widz został poinformowany? A gówno, nie został i o to w tej zabawie chodzi. O stworzenie wrażenia informacji.


W całym kilkuminutowym doniesieniu ani razu nie pada nazwa Platformy Obywatelskiej, ani słowem nie zatrącono o Cezarego „Czarusia” Grabarczyka i jego planie budowy dróg przez kasowanie, o Umiłowanym Przywódcy Donaldzie Tusku nie wspominając. Jest za to bliżej niesprecyzowana, łajdacka „klasa polityczna”, która okłamuje wyborców. No to ja może doprecyzuję i powiem czyje nazwiska wypisano na transparencie: Adam Szejnfeld – PO, Jakub Rutnicki – PO, Stanisław Chmielewski – PO, Piotr Waśko – PO, Tomasz Górski – PiS, Maks Kraczkowski – PiS, Romuald Ajchler – SLD, Stanisław Stec – LiD (klub – SLD), Stanisław Kalemba – PSL (on jako jedyny przybył na protest), Mieczysław Augustyn (senator) – PO i Piotr Głowski (senator) – PO. Na 11 nazwisk 6 to politycy rządzącej Platformy (w tym taka szycha jak Szejnfeld) plus 1 z PSL-u. Ale, jak widać, o tym „nie trzeba głośno mówić”, a jak wiadomo gwarancją przetrwania w dziennikarskim zawodzie jest przede wszystkim wiedza o tym, czego mówić się nie powinno.


IV. Standardy manipulacji.


Przepraszam, że truję o marginalnym w sumie zdarzeniu, ale obrazuje ono w modelowy sposób to, czego możemy ze strony wiodących mediodajni doświadczyć w kwestiach poważniejszych. Tak jak łódzkie zabójstwo ś.p. Marka Rosiaka dokonane przez byłego członka PO i byłego milicyjnego kapusia stało się nagle „zamachem na całą klasę polityczną” (bo ofiara była z PiS-u), tak za protest-blokadę trasy K-11 w Ujściu też nie wiedzieć czemu odpowiada cała „klasa polityczna” (bo winni tego stanu rzeczy są z rządzącej PO). Jednego nie można funkcjonariuszom walterowni odmówić – skrupulatnie czuwają nad standardami manipulacji tak w dużych sprawach jak i w małych.


Zapewne pamiętacie, jak świeżo po ogłoszeniu grabarczykowskich cięć niektóre media donosiły zdawkowo, że do Warszawy ruszają pielgrzymki samorządowców, by błagać aby „ich” inwestycji jednak nie blokowano. Jak łatwo się domyślić, jakieś tam szanse mieli ci, którzy dobrze żyli z partyjną „górą”. Warto, by jakiś dziennikarz prześledził efekty owych peregrynacji... no tak, jasne, już to widzę, rozmarzyłem się, przepraszam.


Nie wiem, czy jest to efekt niedawnej gospodarskiej wizyty premiera Donalda Tuska, kiedy to na antenie WSI24 pogawędził sobie łaskawie, jak człowiek, z kilkoma muzykami, czym każdy każdy władca od niepamiętnych czasów lubi pokokietować publikę, ale jeśli legendarna „wajcha” była kiedykolwiek wychylona nie w tę stronę co trzeba, to po emisji omówionego wyżej materiału nie mam wątpliwości, że powróciła do prawidłowego położenia.


No, widzę, że objętość tekstu podchodzi pod siedem tysięcy znaków, zatem będę kończył, bo jeszcze się zmęczę i dopadnie mnie „syndrom wypalenia”, a dla takich jak ja premier Tusk nie przewiduje dwuletnich wakacji.


Gadający Grzyb


ilustracja: http://www.zycie.pila.pl/duze-zdjecia/20110328-blokada-k11-w-ujsciu/protest-blokada-k11-ujscie-10.php

piątek, 6 listopada 2009

Nie kijem go, to pałką.


Biurofaszyści pochylają się nad internetem…

Inwencja Ministerstwa Kultury w regulowaniu internetu zdaje się być niewyczerpana. Nie tak dawno, przygotowywana nowelizacja prawa prasowego zakładała obowiązek rejestracji wszystkich, również prywatnych, stron internetowych. Sprawa się rypła m.in. ze względu na absurdalność, nieprecyzyjność i ogólną bublowatość prawną postulowanych rozwiązań. Ale nic to. Nowy projekt nowelizacji, pozornie wychodzący na przeciw internautom, ma postać kolejnego bubla, m. in. w kwestiach dotyczących blogosfery.

Prasa, nie-prasa?

Na początek trzy kwestie: prasa, nie-prasa, redakcja (cytaty z projektu ustawy za prawo.vagla.pl/ . Całość w PDF www.mkidn.gov.pl/docs/prawo_prasowe-010609.pdf ).

Co jest prasą?

„1) prasa oznacza publikacje periodyczne, które nie tworzą zamkniętej, jednorodnej całości, ukazujące się nie rzadziej niż raz do roku, opatrzone stałym tytułem albo nazwą, numerem bieżącym i datą, a w szczególności: dzienniki, czasopisma, serwisy agencyjne, biuletyny, programy radiowe i telewizyjne; prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, o ile upowszechniają publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania.”,

Co zatem nie jest prasą?

„3. Za prasę nie uważa się przekazów niepodlegających procesom przygotowywania redakcyjnego w rozumieniu ust. 2 pkt 8, w szczególności: blogów, korespondencji elektronicznej, serwisów społecznościowych służących do wymiany treści tworzonej przez użytkowników, przekazów prywatnych użytkowników w celu udostępnienia lub wymiany informacji w ramach wspólnoty zainteresowań, stron internetowych prywatnych użytkowników.”;

A co jest redakcją?

„8) redakcją jest jednostka, w której organizowany jest proces przygotowywania materiałów do publikacji w prasie, w tym zbieranie, ocenianie i opracowywanie materiałów.”,


Pomieszanie z poplątaniem..

Niby wszystko jest w porządku, blogosfera w myśl ustawy nie będzie podlegała rygorom prawa prasowego, w tym obowiązkowi rejestracji, ale…

Wątpliwości instytucjonalne.

No właśnie – i tu następuje lista wątpliwości:

1) Po pierwsze - nie ma definicji ustawowej bloga, czy serwisu społecznościowego. Czy portale zrzeszające blogerów, typu Niepoprawni.pl, Salon24 i wiele innych, są blogami, „serwisami społecznościowymi służącymi do wymiany treści tworzonej przez użytkowników”, czy jeszcze czymś innym?

2)
Czy można stwierdzić, iż wzmiankowane portale rozpowszechniają przekazy „niepodlegające procesom przygotowywania redakcyjnego w rozumieniu ust. 2 pkt 8,”, skoro każdy z nich prowadzi jakąś politykę redakcyjną np. umieszczając niektóre teksty na stronie głównej, bądź w tzw. „czołówkach”, albo zamieszczając u siebie blogi zewnętrznych autorów?

3) Czy administracja portali jest, czy nie jest „redakcją w której organizowany jest proces przygotowywania materiałów do publikacji w prasie, w tym zbieranie, ocenianie i opracowywanie materiałów.”? Przecież redakcja ocenia materiały blogerów (choćby co do selekcji na „czołówki”), wkleja ilustracje, czasami poddaje teksty formatowaniu… (tak było w początkach mojego blogowania, za co jestem redakcji „Niepoprawnych” głęboko wdzięczny).

4) Co z inicjatywami typu Niepoprawne Radio.pl, które jak raz pasuje do definicji mówiącej, iż „prasą są także wszelkie istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego środki masowego przekazywania, o ile upowszechniają publikacje periodyczne za pomocą druku, wizji, fonii lub innej techniki rozpowszechniania”. To samo tyczy się np. „Polis” FYM-a.

5) Czy to wszystko oznacza, że prawu prasowemu nie będą podlegały jedynie „indywidualne” blogi na portalach typu blogspot?

Dowolność interpretacyjna jeży włosy w nozdrzach…

Wątpliwości indywidualne.


Poza tym, nawet jeśli przyjąć, iż blogosfera zostanie wyłączona spod władzy prawa prasowego, implikuje to kolejne konsekwencje, zasygnalizowane m.in. w „Rzepie” (link poniżej). Otóż:

1) Bloger nie będzie się mógł powołać na tajemnicę dziennikarską, by chronić informatora.

2)
Powstaje też pytanie, czy będzie mógł np. korzystać w swej twórczości z tzw. „dozwolonego użytku”, zamieszczając cytaty z prasy i innych mediów.

Ad.1)
Pierwsza wątpliwość dotyczy (na razie) wąskiej grupy blogerów. No bo, ilu ma „dojścia” porównywalne z dziennikarzami śledczymi? Niemniej, patrząc długofalowo, może stanowić istotny hamulec w rozwoju blogosfery.

Ad.2) Druga wątpliwość ma istotne znaczenie w kontekście wolności słowa tu i teraz, bowiem znacząca część politycznej blogosfery polega na, powiedzmy, „redefiniowaniu” komunikatów docierających do odbiorcy za pomocą głównonurtowych mediodajni.

Obywatelska kontrola nad „czwartą władzą” – garść refleksji.

Więc co, mógłby ktoś zapytać, wy, blogerzy, chcecie mieć dziennikarskie przywileje, bez podlegania rygorom, jakie muszą spełniać „oficjalne” media? I do tego swobodnie korzystać z dorobku „etatowych” dziennikarzy?

Ano, właśnie tak – podobnie jak do tego typu „przywilejów” powinien mieć prawo każdy obywatel. Porzucając eufemizmy, blogerzy często odkłamują zmanipulowany przekaz medialny, destylując z bełkotu fakty i poddając je interpretacji zgoła innej, niż ta która w zamyśle medialnych bonzów miała zagnieździć się w zwojach mózgowych mediotrawców.

Jak pełnić tę demaskatorską funkcję bez sięgania do cytatów? Ograniczenie „dozwolonego użytku” utrudni patrzenie na ręce zarówno rządzącym (a gdy rządzący są „słuszni”, to większość mediów się do „misji” nie kwapi), jak i dziennikarzom, których obiektywizm jest nierzadko bardzo podejrzanej próby, niektórzy zaś wprost deklarują, iż czują się bardziej funkcjonariuszami na polityczno – ideowym froncie, niż dostarczycielami informacji.

Obecnie mamy do czynienia z chorą sytuacją pozwalającą pod różnymi pretekstami zatajać dostęp do informacji publicznej (np. urzędy uwielbiają zasłaniać się ochroną danych osobowych). Dopóki wspomniany stan ma miejsce, dopóty będzie istniała potrzeba sięgania do dorobku tych, którzy dzięki instytucjonalno – prawnemu wsparciu (legitymacja dziennikarska plus praca we wpływowym medium), docierają do informacji… a następnie poddają je specyficznej obróbce, w wyniku której do odbiorcy trafia pulpa ulepiona pod gusta i zapotrzebowania współczesnych „zawodowych macherów od losu, specjalistów od śpiewu i mas”.

Bloger zaś sięga po tę pulpę, rozgrzebuje, konfrontuje… i w efekcie, często – gęsto okazuje się, iż dziennikarz łgał jak bura suka, bowiem z faktów wynika coś zupełnie innego.

Blogosfera ma wszelkie dane po temu by, mówiąc górnolotnie, stać się elementem społecznej kontroli nad „czwartą władzą”. Społeczna kontrola jest tym bardziej potrzebna, iż owa władza nie jest umocowana konstytucyjnie. Kłamliwego redaktora nie można postawić przed Trybunałem Stanu – co najwyżej pozwać cywilnie, gdy kogoś fałszywie obsobaczy.

A kto dopilnuje blogerów? Proste – inni blogerzy, którzy, nierzadko nie przebierając w słowach, z lubością wypominają sobie nawzajem potknięcia, niekonsekwencje, mielizny intelektualne itd. Tak właśnie powinno być. Wolny rynek faktów, interpretacji, idei (i ambicji…). Wiecznie gorący tygiel.

A zatem: biurofaszyści – ręce precz od internetu!

Zakończenie.

Na zakończenie ogólna uwaga co do projektu nowelizacji. Wyraźnie widać, iż nasi ustawodawcy wzięli się za regulację czegoś, o czym nie mają pojęcia. Dla nich „prasopodobny” internet to elektroniczne mutacje „tradycyjnych” mediów, tudzież wielkie biznesowe "onetoidalne" przedsięwzięcia. Skala rzeczywistości, którą uparli się regulować, przerosła ich kompetencje i wyobraźnię.

Sam już nie wiem, głupota czy zła wola?

Gadający Grzyb

P.S. To coś, co zamieściłem w charakterze ilustracji, to nie jest moja żałosna twórczość, tylko oficjalne logo Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Kto i ile wziął za ten „projekt”? www.mk.gov.pl/dziennikarze/logo_ministerstwa.html

pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

www.mkidn.gov.pl/docs/prawo_prasowe-010609.pdf

prawo.vagla.pl/node/8731

prawo.vagla.pl/node/8715

www.rp.pl/artykul/4,387697_Bloger_nie_zasloni_sie_tajemnica_dziennikarska.html