Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo kontr-faktyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennikarstwo kontr-faktyczne. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 września 2011

Czy PiS rozbroi przedwyborczą bombę?


Dyktatura matołów szykuje przedwyborczą prowokację, bo jest pod ścianą – ma świadomość, że tym razem „grubej kreski” już nie będzie.


I. Prowokacja na ciszę wyborczą

O sprawie przedwyborczej „bomby” robi się coraz głośniej – i dobrze. Zastanawiająca jednak i dla mnie niezrozumiała jest wstrzemięźliwość PiS-u, który póki co jakoś nie kwapi się do jej rozbrojenia. Dla tych, którzy przeoczyli, streszczenie sytuacji:

Tuż przed ciszą wyborczą zagraniczne media sprzyjające aktualnej władzy mają opublikować spreparowany zapis rozmowy Jarosława Kaczyńskiego ze śp. prezydentem Lechem Kaczyńskim, która miała miejsce za pośrednictwem telefonu satelitarnego podczas tragicznego lotu do Smoleńska 10.04.2010. Z rzekomego „zapisu” ma wynikać, że Jarosław Kaczyński nalegał, by lądować mimo złej pogody. Wrzutkę podchwytują polskie proreżimowe mediodajnie i robią z tego temat nr 1 podczas ciszy wyborczej – bo sprawa formalnie wyborów nie dotyczy. Rozpętuje się jazgot i histeria, jakie tylko nasi luminarze „dziennikarstwa kontr-faktycznego” potrafią uskutecznić, zaś Jarosław Kaczyński nie może się bronić, bo złamałby ciszę. Przy założeniu, że PiS i PO idą łeb w łeb, taka prowokacja mogłaby przechylić szalę na korzyść Platformy, tak jak w 2007 roku szalę przechyliły fotogeniczne gluty posłanki Sawickiej.

II. Dyktatura matołów pod ścianą

To oczywiście jedynie pogłoski, ale jak stwierdził portal wPolityce.pl, który sprawę ujawnił, są to pogłoski „mocne”. Krążą uporczywie w dziennikarsko-politycznych kuluarach, zaś rządząca nami dyktatura matołów będąca ekspozyturą obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP pokazała już niejednokrotnie do czego jest zdolna, zwłaszcza że teraz musi wygrać wybory – bo wisi nad nimi Trybunał Stanu i widmo odsiadki. Słynny esemes o „pilotach, którzy zeszli poniżej 100 metrów” i że „do ustalenia pozostaje, kto ich do tego skłonił", to tylko jedna z próbek możliwości tej ekipy. Wiodące mediodajnie, które niczym za Lenina świadome są „organizatorskiej roli prasy” również nieustająco dostarczają dowodów swego zaangażowania w zarządzanie opinią publiczną. Pamiętamy histerię naciskową, pamiętamy „debeściaków” („tak lądują debeściaki”), pamiętamy przemysł pogardy. Co ich powstrzyma przed rozkręceniem draki na podstawie kolejnej wrzutki?

Nic ich nie powstrzyma, bo kwestie wiarygodności ta zadaniowana mętownia ma od zawsze w głębokim poważaniu, szczególnie gdy wchodzą w grę priorytety obozu beneficjentów i utrwalaczy III RP, zaś ludność tubylcza jest na tyle skołowana, że w znacznej części łyknie wrzutę, jak łyknęła poprzednie. Kiedy zaś okaże się, że to wszystko było ordynarnym kłamstwem, to po pierwsze - zwyczajnie przestanie się o tym mówić i pisać, tak jak przestało się pisać o „debeściakach”, bez cienia wstydu i słowa przeprosin, po drugie zaś – będzie już po wyborach i w redakcjach na Czerskiej, Wiertniczej i pozostałych propagandowych komórkach dyktatury matołów zapanuje błogie poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

A przede wszystkim zrobią to dlatego, że są pod ścianą – mają świadomość, że tym razem „grubej kreski” już nie będzie.

Swoją drogą, jestem ciekaw, kto odpali ten ładunek: Czuchnowski? Kublik? Kuźniar? Miecugow?

III. Schetyna i „mocne pogłoski”

Jak donosi „Rzeczpospolita” Grzegorz Schetyna w Radiu Zet na pytanie Stokrotki o szykowaną prowokację zareagował śmiechem: „- Nie słyszałem o tym, ale to na pewno nieprawda”. Popatrzmy na szczery uśmiech krokodyla, z którego słynie „żelazny Grzegorz” i pospekulujmy. Niewykluczone, że Schetyna pozostający na bocznym torze faktycznie do pewnego momentu nie wiedział, bo jego wierny Protasiewicz stojący formalnie na czele kampanii nie wydaje się być człowiekiem do organizowania takich zadań. Pomysłem na jego miarę są „tuskobusy”, zaś sprawa prowokacji bardziej pasuje mi do Ostachowicza lub chłopców od Bondaryka. Ale Schetyna mógł się dowiedzieć, bo nie jest przecież tak całkiem bez wpływów, a że z różnych względów nie musi być zainteresowany zwycięstwem które umocniłoby Tuska, więc może to z jego otoczenia wyszedł przeciek - owe „mocne pogłoski”?

Pozostaje pytanie: czy pójdzie sygnał, że akcja jest „spalona”, czy też mimo wszystko bomba zostanie zdetonowana? Wiodące mediodajnie poza jednym pytaniem Stokrotki sprawą się nie interesują – nie było rozkazu – więc sytuacja pozostaje w zawieszeniu. O całej kwestii wiedzą w tej chwili właściwie jedynie czytelnicy kilku prawicowych portali, ale nie wiadomo jak sytuacja będzie przedstawiała się za tydzień.

Jest jeszcze inna możliwość – niewykluczone, że PO ma jakiś plan awaryjny i podczas ciszy wyborczej uraczy nas innym numerem, albo że cała awanturka była wypuszczonym balonem mającym odwrócić uwagę od prawdziwej prowokacji.

IV. Rozbroić brudną bombę

Na dzień dzisiejszy istotniejszy jest jednak problem: jak PiS rozbroi tę brudną bombę? Wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla „Uważam Rze” w którym przytacza treść i okoliczności rozmowy z bratem to mało – to wręcz dramatycznie mało, jeśli Platforma jest zdeterminowana by jednak wystartować z akcją. Tu trzeba – i to szybko - na początek zrobić konferencję prasową, jako podbudowę przekazu, następnie zaś przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości – skoro już łażą po reżimowych mediodajniach – powinni przy każdej okazji poruszać temat prowokacji. Dlaczego? Ano dlatego, że po kilku dniach, gdy komunikat dotrze już do opinii publicznej, będzie można temat wyciszyć, neutralizując w ten sposób z kolei nieuchronną medialną kontrakcję, która niewątpliwie utrzymana będzie w duchu „pisowskich paranoików od Smoleńska”.

Posunięcie takie zaburzy wprawdzie nieco kampanijny, uładzony wizerunek partii, ale dobrze rozegrane może przedstawić Jarosława Kaczyńskiego w roli ofiary bezwzględnych przeciwników i wręcz przysporzyć głosów wahających się wyborców. Na pewno zaś ewentualne straty będą mniejsze niż zostawienie sprawy samej sobie. Trzeba podjąć to ryzyko zanim będzie za późno.

Gadający Grzyb

wtorek, 29 marca 2011

Dziennikarstwo kontr-faktyczne po raz kolejny


Gwarancją przetrwania w dziennikarskim zawodzie jest przede wszystkim wiedza o tym, czego mówić się nie powinno.



I. O blogerskich pożytkach z mediodajni.


Do pewnego momentu powielałem dość popularny w blogosferze błąd polegający na śledzeniu z zapartym tchem wrażych mediodajni i punktowaniu na pełnym oburzenia przydechu jaką tam nową podłość wymyślili, jaką manipulacją uraczyli poddawane praniu mózgów tubylcze bydełko, jakież to nowe diapazony skurwienia osiągnięto i tak dalej. Od czasu do czasu śpieszyłem podzielić się swymi spostrzeżeniami na blogu. Po pewnym czasie jednak oświeciło mnie, że jest to czynność, delikatnie mówiąc, mało twórcza i konstruktywna. Manipulacje są bowiem tak toporne, tak przejrzyste dla każdego średnio kumatego odbiorcy i ograniczają się do na tyle wąskiego repertuaru zagrywek, że jedynie funkcjonujący na naszym rynku ściśle reglamentowany oligopol opinii sprawia, że wiadome mediodajnie mogą w swej propagandowej działalności pochwalić się jako taką skutecznością.


No, chyba że już zupełnie nie ma się o czym pisać – wtedy pobieżny nawet przegląd mediów, zarówno tych pisanych i utwierdzających ćwierćinteligentów w przekonaniu że są elitą, jak i tych obrazkowych, nie skrywających, że swą ofertę adresują do gawiedzi, może dostarczyć blogerskiego samograja ku ukontentowaniu autora i czytelników.


Nie ukrywam, że ostatnio jakoś mi „wychłódło”, ale cóż – trzeba coś tam skrobnąć od czasu do czasu, by klawiatura nie zarosła kurzem a człowiek na starość nie skonstatował z przerażeniem, że nie wie jak wyrazić swój „bul” i „nadziejię”, sięgnąłem zatem po ostatnią blogerską deskę ratunku i odpaliłem WSI24. Nie minął kwadrans i już znalazłem swój temat, którym zaprzątnę uwagę tych straceńców, którzy zerkają na moje wypociny.


II. Dziennikarz kontr-faktyczny pochyla się nad człowieczym losem.


Niegdyś pozwoliłem sobie zdiagnozować obowiązujący model nadwiślańskiej żurnalistyki, jako „dziennikarstwo kontr-faktyczne”, czyli jako formę propagandy uprawianej obok faktów, a gdy trzeba – wbrew faktom. Spektrum technik obejmuje chwyty od ordynarnego kłamstwa począwszy a na dyskretnych przemilczeniach skończywszy. I na takie przemilczenia właśnie natknąłem się w materiale, który zaatakował moje zmysły. Oto mamy doniesienie „z terenu”, mające u telewidza wytworzyć wrażenie, że dana stacja, walterownia znaczy się, to nie tylko jak zarzucają moherowi nienawistnicy „warszawka” z przyległościami. Nie! Dana stacja, moi mili, nie waha się pochylić z troską nad losem zwykłego człowieka, wysłać dzielną ekipę na eksplorację interioru i przedstawić w efekcie problemy z którymi borykają się szarzy obywatele – z troską, zrozumieniem i empatią.


Materiał dotyczył blokady trasy K-11. Otóż zdesperowani mieszkańcy Ujścia wyszli na drogę, by domagać się budowy obiecywanej im od lat obwodnicy. Rozumiem ich ból, jako że jestem szczęśliwym mieszkańcem miejscowości od kilku lat cieszącej się obwodnicą zbudowaną na bazie gierkowskich (!!!) jeszcze planów i mogę porównać sytuację „sprzed” i „po”. Z sączącej się z offu narracji wynikało podobne uwrażliwienie walterowców, tym bardziej, że protestujący przynieśli transparenty z nazwiskami posłów z regionu, którzy obiecywali obwodnicę i nie dotrzymali słowa. Jedynym posłem, który pojawił się na miejscu i rozmawiał z ludźmi był ktoś z PSL-u. Zapewnił, że „zrobi wszystko”, by obwodnica wróciła do planów po 2013 roku...


III. Dyskretne przemilczenia.


Wrróć! I tu właśnie dotykamy sedna sprawy, owych dziadowskich „dyskretnych przemilczeń”, które odróżniają dziennikarstwo dworskie, kontr-faktyczne, od dziennikarstwa bezprzymiotnikowego. Czego bowiem nie dowiedzieliśmy się z „informacji”, a co widz wiedzieć powinien, by poznać pełen kontekst wydarzeń? Ano, nie dowiedzieliśmy się, że pod koniec ubiegłego roku resort infrastruktury nadzorowany przez szefa platformerskiej „spółdzielni”, Cezarego „Kolejarza” Grabarczyka, wykreślił z planów budowy ileś tam drogowych projektów, bo raz że nie ma kasy, a dwa – bo ich realizacja napotyka na jakieś „nieprzezwyciężone trudności”. W efekcie pozostawiono inwestycje mniej skomplikowane by premier Donald mógł wykazać się mimo wszystko odpowiednim „kilometrażem”, a te trudniejsze odłożono ad calendas graecas. Ofiarą owej picownej „polityki infrastrukturalnej” padły m.in. liczne obwodnice.


Jak napisałem, tego z materiału się nie dowiedzieliśmy, było za to o mieście zajeżdżonym przez kawalkady samochodów i bliżej niesprecyzowanych „politykach”, którzy oszukali „człowieka prostego”. Proszę jak pięknie. Jaśnie państwo z TVN-u pochyliło się nad ludzką krzywdą? Pochyliło. Politycy to świnie? Świnie, panie kochany, każdy to powie. Widz został poinformowany? A gówno, nie został i o to w tej zabawie chodzi. O stworzenie wrażenia informacji.


W całym kilkuminutowym doniesieniu ani razu nie pada nazwa Platformy Obywatelskiej, ani słowem nie zatrącono o Cezarego „Czarusia” Grabarczyka i jego planie budowy dróg przez kasowanie, o Umiłowanym Przywódcy Donaldzie Tusku nie wspominając. Jest za to bliżej niesprecyzowana, łajdacka „klasa polityczna”, która okłamuje wyborców. No to ja może doprecyzuję i powiem czyje nazwiska wypisano na transparencie: Adam Szejnfeld – PO, Jakub Rutnicki – PO, Stanisław Chmielewski – PO, Piotr Waśko – PO, Tomasz Górski – PiS, Maks Kraczkowski – PiS, Romuald Ajchler – SLD, Stanisław Stec – LiD (klub – SLD), Stanisław Kalemba – PSL (on jako jedyny przybył na protest), Mieczysław Augustyn (senator) – PO i Piotr Głowski (senator) – PO. Na 11 nazwisk 6 to politycy rządzącej Platformy (w tym taka szycha jak Szejnfeld) plus 1 z PSL-u. Ale, jak widać, o tym „nie trzeba głośno mówić”, a jak wiadomo gwarancją przetrwania w dziennikarskim zawodzie jest przede wszystkim wiedza o tym, czego mówić się nie powinno.


IV. Standardy manipulacji.


Przepraszam, że truję o marginalnym w sumie zdarzeniu, ale obrazuje ono w modelowy sposób to, czego możemy ze strony wiodących mediodajni doświadczyć w kwestiach poważniejszych. Tak jak łódzkie zabójstwo ś.p. Marka Rosiaka dokonane przez byłego członka PO i byłego milicyjnego kapusia stało się nagle „zamachem na całą klasę polityczną” (bo ofiara była z PiS-u), tak za protest-blokadę trasy K-11 w Ujściu też nie wiedzieć czemu odpowiada cała „klasa polityczna” (bo winni tego stanu rzeczy są z rządzącej PO). Jednego nie można funkcjonariuszom walterowni odmówić – skrupulatnie czuwają nad standardami manipulacji tak w dużych sprawach jak i w małych.


Zapewne pamiętacie, jak świeżo po ogłoszeniu grabarczykowskich cięć niektóre media donosiły zdawkowo, że do Warszawy ruszają pielgrzymki samorządowców, by błagać aby „ich” inwestycji jednak nie blokowano. Jak łatwo się domyślić, jakieś tam szanse mieli ci, którzy dobrze żyli z partyjną „górą”. Warto, by jakiś dziennikarz prześledził efekty owych peregrynacji... no tak, jasne, już to widzę, rozmarzyłem się, przepraszam.


Nie wiem, czy jest to efekt niedawnej gospodarskiej wizyty premiera Donalda Tuska, kiedy to na antenie WSI24 pogawędził sobie łaskawie, jak człowiek, z kilkoma muzykami, czym każdy każdy władca od niepamiętnych czasów lubi pokokietować publikę, ale jeśli legendarna „wajcha” była kiedykolwiek wychylona nie w tę stronę co trzeba, to po emisji omówionego wyżej materiału nie mam wątpliwości, że powróciła do prawidłowego położenia.


No, widzę, że objętość tekstu podchodzi pod siedem tysięcy znaków, zatem będę kończył, bo jeszcze się zmęczę i dopadnie mnie „syndrom wypalenia”, a dla takich jak ja premier Tusk nie przewiduje dwuletnich wakacji.


Gadający Grzyb


ilustracja: http://www.zycie.pila.pl/duze-zdjecia/20110328-blokada-k11-w-ujsciu/protest-blokada-k11-ujscie-10.php

sobota, 19 lutego 2011

„Odwilż” w mediodajniach


...czyli anatomia wajchy.



I. „Odwilż” jak przed laty.


Jak słusznie zauważył premier Donald Tusk, ktoś ostatnio wiodącym mediodajniom „przekręcił wajchę”, co w praktyce oznacza, że głównonurtowe dziennikarstwo z hardcore’owo kontr-faktycznego, stało się kontr-faktyczne w wersji soft.


Najpełniejszy przegląd tej korekty kursu daje tytuł pozostający w samym centrum reżimowej żurnalistyki, czyli niezawodna „Gazeta Wyborcza”, przez łamy której przetaczają się od jakiegoś czasu solenne rozważania czy Partię i Rząd można krytykować, jeżeli tak to za co, w jakiej skali, natężeniu i z jakich pozycji, by przypadkiem konstruktywna krytyka wypaczeń nie zamieniła się niepostrzeżenie w jałowe krytykanctwo mogące prowadzić do zanegowania generalnie słusznej linii, a wszak wiadomo, komu i czemu taka negacja mogłaby służyć.


Istne jaja. Czytam te intelektualne łamańce – a to listy do redakcji „młodych wykształconych” wypłakujących „Gazecie” w mankiet swoje miłosne zawody; a to Obłąkanego Waldemara Kuczyńskiego pryncypialnie wzywającego do autocenzury; to znów Witolda Gadomskiego, który nagle zorientował się, że z tym gospodarczym liberalizmem to u Platformy jednak nie bardzo; wreszcie - Wojciecha Mazowieckiego wzywającego Partię i Rząd do boju o zniechęconych wyborców... Tak na marginesie, Mazowiecki-junior już ponad rok temu przestrzegał przed nawrotem „wzmożenia moralnego” i dyscyplinował przy okazji afery hazardowej, co to jej nie było, wzburzonych kolegów po fachu, zaś Obłąkany Waldemar przy tej samej okazji wzywał do „detoksykacji CBA”, co też uczyniono. Słowem – zasłużeni utrwalacze i obrońcy III RP na odcinku zaklinania mediorzeczywistości, tacy zawsze słusznie prawią - dać im wódki! No, krótko mówiąc, czytam to wszystko, zagryzam chipsami i zapijam colą, niczym w jakimś multipleksie, a na ekranie psychodrama połączona z thrillerem politycznym i to w 3D.


***


Poważniejąc – to, że na łamach czołowej, opiniotwórczej gazety pragnącej uchodzić za wzorzec z Sevres rzetelności i tak przez większość środowiska odbieranej, w ogóle toczy się tego typu dyskurs - czy rządzącą partię można krytykować i jak ewentualnie to robić, by broń Boże nie pomóc w ten sposób niechcący „antysystemowej” opozycji - jest najlepszą miarą degrengolady naszego dziennikarstwa. „Wiodący Tytuł Prasowy” (© Brixen) przyznaje w ten sposób niemal wprost, że jest propagandową gadzinówką dla naiwnych, jednostronnie zaangażowaną politycznie, zaś wszelkie dyrdymały o bezstronności i obiektywizmie czytelnik może sobie wsadzić, bo nie czas na takie tam, gdy za węgłem wciąż czai się niedorżnięty wróg klasowy.


Zresztą, nihil novi sub soletego typu rozterki aktywu dziennikarskiego towarzyszyły bowiem również gomułkowskiej „odwilży” roku 1956, co miałem okazję niedawno sobie odświeżyć przy okazji lektury „Kapuściński non-fiction”, gdzie opisane zostało jak to w „Sztandarze Młodych” niedawny „pryszczaty” stalinista Rysio mógł wytykać poszczególne niedociągnięcia ale tak, by nie zanegować pryncypiów i nie ugodzić w podstawy, bo wprawdzie „odwilż” i „odnowa” to jedno, ale socjalizm jest kierunkiem bezalternatywnym, gdyż inaczej polityczni bankruci z Londynu powrócą ciemiężyć lud pracujący.


Najbardziej zaawansowani stażem przedstawiciele „Salonu” mogą jeszcze całkiem nieźle kojarzyć tamten klimat i swe bezcenne doświadczenia przekazywać kolejnym pokoleniom adeptów trudnej sztuki dziennikarstwa kontr-faktycznego, jak nie przymierzając Mazowiecki-senior swej jakże pojętnej latorośli.


II. Anatomia wajchy.


No dobrze, ale skąd wzięła się opisana wyżej „odwilż” powodująca, że co bardziej uważny konsument mediodajni jest w stanie od czasu do czasu wyłowić z serwowanej mu „zielonej pożywki” jakieś fragmenty prawdy? Za Gomułki było jasne: to Partia, tymczasowo i dla picu w ramach „odnowy” poluzowała śrubę, teraz jednak medialna krytyka, choć niemal równie cząstkowa jak wówczas, następuje wbrew woli Partii i Rządu. Co zburzyło tę słodką symbiozę, która jeszcze tak niedawno wydawała się niewzruszona niczym sojusz robotniczo-chłopski?


Oto kilka hipotez:


Po pierwsze. Do mediodajni zaczęła pomału docierać społeczna frustracja nieudolnymi rządami PO, szerząca się również wśród „betonowego” targetu / elektoratu „młodych wykształconych”. Trzeba było zatem nieco zmodyfikować śpiewkę, żeby nie rozjechać się zupełnie z odczuciami lemingów i nie stracić wpływu na masy. Może robiono jakieś badania, może do redakcji napływało coraz więcej sygnałów (telefonów, maili), może coraz trudniej było wyselekcjonować odpowiednie esemesy i osoby do wpuszczenia na antenę w „Szkle kontaktowym” i medialni bonzowie doszli do wniosku, że prócz walenia w PiS nie zaszkodzi się uwiarygodnić stonowaną krytyką rządu.


Po drugie. Donald Tusk, co zauważył Rafał Ziemkiewicz, jako grabarz Mumii Wolności nigdy nie cieszył się sympatią Salonu, który popierał go przede wszystkim ze sklerotycznego strachu przed Kaczorem. Teraz zaś otworzyła się przed Salonem alternatywa w postaci ośrodka prezydenckiego, reanimującego udeckie trupy (gra pod „Wyborczą”) i „liberałów” z PZPR (gra pod „Walterownię”), czyli LiD i kolejny „historyczny kompromis”. Można zatem Tuskowi pogrozić paluszkiem, dając do zrozumienia, że poparcie nie zostało mu dane bezwarunkowo i na zawsze – ale póki co ostrożnie, bo ten Kaczor ciągle mocny, choroba, trzeba z wyczuciem, żeby nie przesadzić jak z Millerem przy okazji Rywina...


Po trzecie. Tusk nieopatrznie pozbawił swe medialne zaplecze dwóch źródełek dochodów. Pierwsze, to reklamy polityczne, których zakaz przeforsował w roku wyborczym (!) - mediodajnie z pewnością liczyły na tę kasiorkę. Drugie źródełko natomiast znacząco podeschło na skutek obcięcia pieniędzy płynących do OFE, to zaś oznacza mniejsze budżety reklamowe. I to wszystko w czasie kryzysu. Doprawdy, Tusk musiał czuć się bardzo pewnie, albo stracił kontakt z rzeczywistością, albo chęć dorżnięcia watach zaćmiła mu umysł, albo finanse państwa bez przesunięcia pieniędzy z II filaru nie wytrzymałyby do wyborów, albo... W każdym razie niewykluczone, że stojące za OFE instytucje finansowe (i zblatowana z nimi rodzima oligarchia), które są jednymi z najpoważniejszych reklamodawców zawarły z mediami układ, by przypomnieć Donkowi skąd mu nogi wyrastają. Na dodatek jeden z funduszy wchodzi w skład biznesowego imperium Zygmunta „Polsat” Solorza.


***


No, chyba że przyjmiemy jeszcze jedną możliwość. Taką mianowicie, że przywołany na wstępie premier Tusk, wypowiadając słynną kwestię „- Kuhhwa, ktoś tam przekręcił wajchę”, nie palnął tego co palnął, ot tak sobie, tylko rzeczywiście wiedział co mówi. Czyli, że faktycznie istnieje jakiś ośrodek niezależny od rządu, jakaś grupa interesu (aż chciałby się napisać - „grupa trzymająca władzę”) na tyle potężna i wpływowa, że mogąca z dnia na dzień zmienić kierunek i cel „wbijania milionów gwoździ w miliony desek”, jak onegdaj ujął spiżową frazą zadania Radiokomitetu tow. Maciej Szczepański. I ta grupa postanowiła dać zadufanemu premierzynie pstryczka w nos, lub zgoła postawić na kogoś innego.


Ale to byłoby bredzenie sfrustrowanego oszołoma, rodem z pisowskiej jaskini, opętanego demonami kaczyzmu-macierewizmu.


Nieprawdaż?


Gadający Grzyb



pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl

środa, 20 października 2010

Mordercy zza biurek.


Patrząc z perspektywy czasu nie sposób nie dostrzec gradacji: przepychanki – fekalia – „granat” – zabójstwo.

I. „PiSowska martyrologia”.

A więc wszystko jasne. Zgodnie z przewidywaniami, obowiązującą linią reżimowych mediodajni i nakręcanego przez nie „dyskursu publicznego” jest stanowisko, że odpowiedzialność za akt politycznego terroru do jakiego doszło w łódzkim biurze Prawa i Sprawiedliwości ponosi osobiście Jarosław Kaczyński, albowiem „posiał wiatr” (W. Kuczyński). Jakoś nie dziwi mnie, że w chórze potępieńczych głosów prym wiodą ci, których należałoby zgodnie ze słynnym wierszem Tuwima trzymać przy oknie za karki.

W dniu zabójstwa, gdy krew była jeszcze niezakrzepła i świeża, „narrację” jeszcze nieco mitygowano, aczkolwiek już trwało usilne poszukiwanie cytatów, dzięki którym odpowiedzialność za zbrodnię można by przykleić PiSowi. Zdołano odszukać nieśmiertelne „ZOMO”, „dziadka z Wehrmachtu” i wypowiedź Adama Hoffmana o gałęzi dla Palikota, będącą wszak zaledwie emocjonalną reakcją na rozpętany przez tego osobnika „przemysł pogardy”. Tyle, z grubsza znaleziono. A że marne to i niewspółmierne do skali nieustannego medialnego łomotu ze strony sojuszu rządowego „tronu” z medialnym „ołtarzem”? Więc należy wrzeszczeć tym głośniej, z tym większą zajadłością, by broń Boże nie dopuścić do „odnowienia martyrologicznego mitu PiS, jak raczył określić reakcję polityków tej partii na łódzkie morderstwo Aleksander Smolar. Na kilometr czuć tu strach przed powtórką wydarzeń po 10 kwietnia, gdy żałoba narodowa wybuchła establishmentowi w twarze. Na to nakłada się tradycyjne bredzenie starego nienawistnika Waldemara Kuczyńskiego, któremu widmo czyhającego za rogiem kaczyzmu do reszty pomieszało rozum (cyt.- „ktoś [J. Kaczyński – G.G.] sieje wiatr, ale burzę zbierają wszyscy”).

Zatem, metaforycznie, to Jarosław Kaczyński wetknął Ryszardowi C. broń do ręki. Zero autorefleksji, zażenowania, ani cienia skruchy... Jest napędzający agresję strach przed „PiSowską martyrologią” - ot, dziennikarstwo kontr-faktyczne w pełnej obrzydliwości.

II. Społeczna eugenika w działaniu.

Gdy ledwie kilka dni temu pisałem notkę o „oświeconym (neo)totalitaryzmie”, który rozpełza się po wszystkich dziedzinach życia publicznego nie spodziewałem się, że rzeczywistość tak dramatycznie potwierdzi diagnozę. Ten mord jest bowiem, poza ewidentną rolą świata medio-polityki, potwierdzeniem trendu, który pozwoliłem sobie opisać jako społeczną eugenikę - wykluczenie poza nawias całych grup społecznych nieprzydatnych z punktu widzenia establishmentu, określanych wspólnym mianem „pisowców”. Przemysł pogardy przejawiający się programową dehumanizacją przeciwnika musiał przynieść taki skutek. Dixi w swym tekście „Ludojady” przyrównał sytuację zwolenników PiS do Żydów przed „nocą kryształową” i, faktycznie, trudno nie dostrzec tu pewnych analogii z nakręcaniem spirali odczłowieczającej histerii na czele.

Mało komu zapalały się alarmowe światełka podczas nocnych zajść pod Krzyżem na Krakowskim Przedmieściu (w tym aktów fizycznej agresji i przedziwnej krzątaniny Zbigniewa S. „Niemca” a ponoć i innych przedstawicieli warszawskiego półświatka). Później był słoik z fekaliami na tablicy pamiątkowej i nieuzbrojony (jeszcze?) granat. Zwróćmy uwagę, że osobnik z owym granatem zachowywał się podobnie do Ryszarda C. - naładowany agresją frustrat, nafaszerowany po gardło medialną socjotechniką pełną precyzyjnie ukierunkowanej nienawiści.

Patrząc z perspektywy czasu nie sposób nie dostrzec gradacji: przepychanki – fekalia – granat – zabójstwo.

III. Mordercy zza biurek.

Zapewne to, co tu napiszę wyda się niektórym grubą przesadą, ale cóż, podzielę się podejrzeniem, które zaświtało mi w pewnym momencie w głowie: może ten „przemysł nienawiści" był rozkręcany właśnie z taką intencją - żeby znalazł się wreszcie jakiś uwarunkowany medialnym przekazem szaleniec i wyręczył PO w „dożynaniu watah" i „ustrzeleniu" Kaczyńskiego? Owszem, uważam, że Ryszard C. to wariat, tyle że oni... na takich wariatów być może po cichu liczyli rozpętując i nieustannie podgrzewając antypisowską nagonkę?

Kończąc, nie mam złudzeń, że łódzki mord polityczny to jeszcze nie koniec. Jeżeli perfidne szczucie rozpętało się z całą mocą na nowo zaledwie dzień po tragedii, to oznacza, że będzie trwało tak długo, aż kolejny szaleniec faktycznie porwie się na Kaczyńskiego. A wtedy mordercy zza dziennikarskich i politycznych biurek powiedzą jak czynią to dziś: to nie my, nie możemy odpowiadać za wariata, a poza tym Kaczyński sam był sobie winien, bo „podzielił ludzi”, „posiał wiatr”, przemawiał poza Sejmem, a nawet gdy milczał, to milczał prowokująco i nienawistnie.

Gadający Grzyb

Pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl