Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fake news. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fake news. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Wirusowy test stabilności

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej chwili najgorsza pandemia jaka nam grozi, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach.

I. Suwerenność żywnościowa!

Epidemia koronawirusa zamienia się pomału w wielki, globalny test stabilności obecnego porządku świata. Żeby była jasność – to wciąż nie jest jakaś plaga na skalę przerabianą wielokrotnie przez ludzkość, jak epidemia „czarnej śmierci”, grypy „hiszpanki” po I wojnie światowej czy ospy, która zdziesiątkowała amerykańskich Indian po zetknięciu się z białym człowiekiem. Nie ten zasięg, nie ta śmiertelność, wreszcie – żyjemy w zupełnie innych medycznych realiach, niż przed stu laty, kiedy to wspomniana „hiszpanka” wykosiła 50 mln. ludzi. Standardem jest powszechna opieka zdrowotna, państwa mają szereg sposobów reagowania na sytuacje kryzysowe, a ludzie są co do zasady znacznie lepiej odżywieni, niż jeszcze dwa-trzy pokolenia temu – co również ma niebagatelne znaczenie dla odporności. Bakcyle atakują przede wszystkim organizmy w ten czy inny sposób już osłabione – na COVID-19 narażone są najbardziej osoby w podeszłym wieku, bądź z zaburzonym z innych przyczyn (np. nowotwór) systemem immunologicznym.

Na marginesie – przyjęło się uważać, że średniowieczną Polskę epidemia „czarnej śmierci” ominęła rzekomo z powodu naszego położenia na peryferiach Europy. Bez przesady – mieliśmy już wtedy prężnie działające ośrodki handlowe i utrzymywaliśmy ożywione kontakty chociażby z Niemcami, skąd ściągaliśmy osadników do zagospodarowania niezamieszkałych przestrzeni, zatem na zdrowy rozum należałoby oczekiwać, że zaraza wyludni przynajmniej największe miasta, tak jak miało to miejsce na Zachodzie. Zetknąłem się jednak z inną teorią, która bardziej do mnie przemawia – otóż ziemie polskie aż do połowy XVII w. praktycznie nie znały klęsk głodu, regularnie nawiedzających Zachodnią Europę. Zachód był wówczas skrajnie przeludniony, zwłaszcza w stosunku do możliwości ówczesnego rolnictwa i nie był w stanie się wykarmić, co skutkowało niedożywieniem i osłabioną odpornością jego mieszkańców. Między innymi właśnie dlatego Niemcy, Walonowie czy Flamandowie tak chętnie odpowiadali na zaproszenia naszych władców – ówczesna Polska była dla nich prawdziwą ziemią obiecaną. U nas odwrotnie – stosunkowo niska gęstość zaludnienia i dużo ziemi powodowało, że nie groziła nam śmierć głodowa. Owszem, były lata tłustsze i chudsze – ale generalnie nie chodziliśmy głodni, dzięki czemu byliśmy też bardziej odporni. Dopiero niszczycielskie wojny ze szwedzkim potopem na czele sprawiły, że pojawił się u nas głód, a w ślad za nim – zarazy.

Wspominam o tym nie bez przyczyny. Wprawdzie międzynarodowy handel nie ustał, mimo zamknięcia przez kolejne kraje (w tym Polskę) granic dla indywidualnego przepływu osób – ale przywrócenie kontroli granicznych i rosnące kolejki TIR-ów na przejściach siłą rzeczy spowodują perturbacje w transporcie, również żywności. I właśnie w takich chwilach uwidacznia się z całą mocą, jak strategiczną branżą jest rolnictwo i suwerenność żywnościowa. Zdawali sobie z tego sprawę także ojcowie-założyciele Unii Europejskiej. Wspólna polityka rolna i dotacje dla producentów żywności to nie była jakaś fanaberia bogatych państw, które nie wiedziały na co wyrzucać pieniądze, tylko świadomy zamysł mający na celu samowystarczalność żywieniową Europy – to co się da produkujemy u siebie, importujemy jedynie to, co konieczne. Wprawdzie dziesięciolecia dobrobytu i globalizacja nieco ten pierwotny zamysł rozregulowały, ale w zasadniczym zrębie koncepcja przetrwała. Polecam to pod rozwagę wszystkim liberalnym pięknoduchom, którzy najchętniej by polskie rolnictwo, nomen omen, zaorali jako „nieopłacalne”. Otóż nie – państwowa opieka nad tak kluczową branżą to nie żadna zapomoga czy rozdawnictwo, lecz jak najlepiej pojęta inwestycja i zabezpieczenie na czas kryzysu. W tej chwili nie mamy pewności jak dalej rozwinie się sytuacja i jakie obostrzenia zostaną wprowadzone. Wyobraźmy sobie jednak w jakim znaleźlibyśmy się położeniu, gdybyśmy nieodwracalnie uzależnili się od importu płodów rolnych. I to jest pierwsza lekcja, jaką należy zapamiętać na przyszłość.


II. Wirus dezinformacji

Kolejnym wyzwaniem jest niedopuszczenie do masowej paniki – bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej chwili najgorsza pandemia jaka nam grozi, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach. Liczby bezwzględne na pierwszy rzut oka mogą wyglądać niepokojąco – na całym świecie stwierdzono blisko 170 tys. przypadków zarażenia oraz niecałe 6,5 tys. zgonów (stan na niedzielny wieczór 15 marca). Tylko, że w skali świata to wciąż tyle co nic, również w porównaniu z coroczną „zwykłą” grypą, ponadto z tych 170 tys. zarażonych osób zdążyło już wyzdrowieć 76,5 tys. - a więc blisko połowa. Oczywiście zawsze lepiej dmuchać na zimne i podejmować środki bezpieczeństwa, ale z drugiej strony naprawdę nie ma powodów do histerii. To, że światu grozi w tej chwili kryzys gospodarczy, bardziej spowodowane jest stanem umysłów, niż racjonalnymi przesłankami. W opanowaniu sytuacji nie pomagają też podsycające atmosferę grozy media. Podtrzymuję tu swoją diagnozę sprzed dwóch tygodni, że światu w tej chwili potrzebna jest przede wszystkim szczepionka przeciw histerycznemu zapaleniu mózgu. Nadzwyczajne środki podejmowane przez rządy – również nasz – służą przede wszystkim uspokojeniu obywateli. Jasne, należy dbać o higienę, myć ręce i przystopować z życiem towarzyskim (zresztą, gdyby ktoś nie zauważył, mamy Wielki Post), ale nie jestem w stanie ogarnąć, co sprawia, że ludzie wykupują całymi kartonami makaron i kaszę gryczaną, o papierze toaletowym nie wspominając. Tłok w sklepach i wzmożony obrót pieniędzmi nie wpływa na rozprzestrzenianie się wirusa?

A zatem, głównym zagrożeniem nie jest koronawirus sam w sobie, lecz to, w jaki sposób wpłynie na społeczne zachowania. I tutaj dotykamy realnego niebezpieczeństwa – takiego mianowicie, że ktoś najwyraźniej usiłuje zdestabilizować sytuację. Zwróćmy uwagę, jak mnożą się różne fake newsy – począwszy od teorii, że wirus jest produktem wojskowych laboratoriów (w różnych wersjach albo chińskich, albo amerykańskich – dziwnym trafem tego typu rewelacje zawsze starannie omijają Rosję, zupełnie, jakby akurat tam żadnych tajnych laboratoriów nie było), projektem depopulacyjnym (coś słaby ten projekt, zważywszy na niewielką śmiertelność), aż po plotkę, że władze mają „zamknąć” Warszawę i inne duże miasta oraz wyprowadzić wojsko na ulice (rzeczywiście, widać na drogach przemieszczające się pojazdy wojskowe – ale dlatego, że akurat trwają w Polsce dawno zaplanowane manewry NATO). Dzisiaj trudno ocenić, które z tych „fejków” są dziełem panikarzy i sensatów, a które są nam świadomie podrzucane z intencją rozhuśtania nastrojów – ale na miejscu służb zacząłbym wnikliwie tropić ich pochodzenie, ze szczególnym uwzględnieniem kierunku rosyjskiego. W epoce wojen informacyjnych taka intoksykacja mająca na celu poderwanie zaufania do własnych państw i instytucji ma równą siłę rażenia co zamach terrorystyczny – to swoisty „infoterroryzm” i byłoby nader dziwne, by kraje i ośrodki, którym zależy na destabilizacji Zachodu z tej metody i okazji do szerzenia dezinformacji nie skorzystały.


III. Atak na Kościół

Nie sposób tu nie odnotować elementu bardziej groteskowego, czyli szaleńczego ataku, jaki lewactwo przypuściło na Kościół, pod pretekstem tego, że Episkopat nie zdecydował się na odwołanie mszy i nabożeństw. Należy podkreślić, iż polski Kościół zachował się wzorowo – z jednej strony nie zamykając świątyń i apelując o zwiększenie liczby mszy, by „rozładować” tłok, z drugiej zaś – udzielając dyspensy osobom narażonym na infekcję, bądź po prostu bojącym się złapać wirusa. Natomiast wojujące lewactwo ma gdzieś zdrowie obywateli, tak jak wcześniej miało gdzieś np. ofiary pedofilii – nie słyszę jakoś, by z równą zaciekłością atakowano np. kluby urządzające tłumne imprezy. Cóż, zachowajmy przede wszystkim chłodne głowy i nie ulegajmy irracjonalnym wrzaskom. Fides et ratio – wiara i rozum, to wszystko, czego nam potrzeba.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (20-26.03.2020)

niedziela, 26 maja 2019

Art. 212 – zaciskanie knebla

Z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Na posiedzeniu Sejmu z 16 maja br. uchwalono obszerną nowelizację Kodeksu Karnego. Obrady upłynęły w typowo „kampanijnej” atmosferze, a partyjne przepychanki i zainteresowanie mediów skupiły się głównie na zaostrzeniu odpowiedzialności za pedofilię – tymczasem, w gąszczu szczegółowych przepisów przemycono rzecz tyleż skandaliczną, co potencjalnie bardzo niebezpieczną dla wolności słowa. Rozszerzono mianowicie odpowiedzialność karną za zniesławienie – czyli wciąż pokutujący w naszym systemie prawnym haniebny art. 212 KK. Ten relikt komuny od lat jest przedmiotem krytyki organizacji pozarządowych, środowisk dziennikarskich oraz międzynarodowych organizacji, takich jak OBWE, która już w 2005 r. wezwała polskie władze do dekryminalizacji przestępstw zniewagi i zniesławienia. Na podobnym stanowisku stanęło w 2007 r. Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy. Również orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (np. sprawa Handyside przeciwko Wlk. Brytanii) wskazuje, iż groźba odpowiedzialności karnej za zniesławienie może prowadzić m.in. do stosowania przez dziennikarzy autocenzury i skutkować tzw. efektem mrożącym („chilling effect”).

Wszystko to jak dotąd nie skłoniło kolejnych ekip rządzących do wykreślenia art. 212 z Kodeksu Karnego – słyszymy, że przepis ten ma umożliwić obronę dobrego imienia osobom, których nie stać na wytoczenie procesu cywilnego o ochronę dóbr osobistych. Jest to tłumaczenie o tyle obłudne, że praktyka jasno pokazuje, iż art. 212 stał się w znacznej mierze narzędziem tłumienia medialnej krytyki przez osoby publiczne, ze szczególnym uwzględnieniem polityków. Kolejną grupą chętnie posługującą się art. 212 są podmioty instytucjonalne, o czym niżej podpisany przekonał się za sprawą dwuletniego procesu ze Związkiem Banków Polskich. Dotyczy to w szczególności typu kwalifikowanego przestępstwa opisanego w §2, penalizującego zniesławienie za pomocą „środków masowego komunikowania” (czyli z założenia wymierzonego w dziennikarzy), gdzie prócz grzywny czy ograniczenia wolności mamy możliwość zasądzenia kary do roku pozbawienia wolności. Co więcej, w przeszłości zdarzało się, że kara ta faktycznie była orzekana przez sądy – w ostatnich latach wprawdzie linia orzecznictwa odeszła od tej praktyki, lecz potencjalne zagrożenia odsiadką „za słowo” wciąż istnieje.

Jeśli chodzi o polityków, niezmiennie obserwujemy podejście zdeterminowane zasadą „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Każda opcja polityczna znajdująca się w danej chwili w opozycji solennie zapowiada zniesienie art. 212, by błyskawicznie zapomnieć o złożonej obietnicy w chwili objęcia rządów – bo też art. 212 jest nader poręcznym kneblem: niezależnie od finalnego rozstrzygnięcia, proces sam w sobie jest dolegliwością dla dziennikarza i redakcji, generując przy okazji koszty związane z obsługą prawną. Obecnie rządzące PiS niestety nie jest wyjątkiem – jako opozycja przygotowało nawet w 2008 r. projekt odpowiedniej nowelizacji, by teraz pójść w dokładnie odwrotnym kierunku.

Co konkretnie uchwalono? Otóż do wspomnianego wyżej §2 dopisano §2a w brzmieniu: „Tej samej karze (czyli grzywny, ograniczenia wolności lub pozbawienia wolności do roku – przyp. PL) podlega, kto w celu popełnienia przestępstwa określonego w § 1 albo po jego popełnieniu tworzy fałszywe dowody na potwierdzenie nieprawdziwego zarzutu lub nakłania inne osoby do potwierdzenia okoliczności objętych jego treścią”. Jak się zdaje, intencją ustawodawcy było uderzenie w zniesławiające fake newsy i fałszywe zeznania – tyle, że w prawie karnym już mamy zarówno karalność składania fałszywych zeznań, jak i podżegania do takowych. Zniesławiający fake news natomiast sam w sobie wyczerpuje znamiona czynu zabronionego z art. 212 – otrzymaliśmy więc legislacyjnego potworka dublującego odpowiedzialność karną.

Najgorsze jednak jest to, że o ile na mocy art.212 §4 zniesławienie z paragrafów 1 i 2 ścigane jest z oskarżenia prywatnego, o tyle „zapomniano” o tym w przypadku dodanego §2a! A to oznacza, że przestępstwo z paragrafu 2a ścigane będzie Z URZĘDU. Krótko mówiąc, do akcji wkroczy policja i prokuratura, nawet bez wiedzy poszkodowanego – a sąd będzie mógł zasolić nawet rok odsiadki.

Ten drakoński przepis poraża tym bardziej, że jeszcze w lutym min. Ziobro deklarował możliwość depenalizacji zniesławienia (było to po głośnym wyroku w sprawie dziennikarza Wojciecha Biedronia, którego sąd uznał winnym, bo w artykule o sędzim Łączewskim mylnie podał, że w jego sprawie toczy się postępowanie dyscyplinarne, podczas gdy toczyło się postępowanie wyjaśniające) - a w tym samym czasie w jego resorcie trwały prace nad omawianą nowelizacją.

Według dostępnych statystyk, z roku na rok rośnie ilość spraw wytaczanych z art. 212. Między 2006 a 2016 r. liczba wszczętych postępowań zwiększyła się ze 168 do 904, a wyroków skazujących – z 236 do 540. Teraz na dokładkę dojdzie jeszcze policyjno-prokuratorskie ściganie „fejków”. Knebel zaciska się coraz mocniej.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Art. 212 – knebel na dziennikarzy


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 21 (24-30.05.2019)

piątek, 30 czerwca 2017

Media w Niemczech – na służbie władzy

W Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma.


I. Policją w niemieckich „antykomorów”

Co robi niemiecka policja, gdy przez Europę przetacza się fala zamachów (tj. pardon - „incydentów”), ludzie są rozjeżdżani samochodami, szlachtowani nożami przy wtórze zawołań „Allahu Akbar”, a w Belgii w ostatniej chwili zlikwidowano (znów pardon - „zneutralizowano”) terrorystę oplecionego pasem szahida? Tak, zgadli Państwo – policja rusza do energicznej walki z „mową nienawiści”. Czyżby służby zawiesiły czujne oko na meczetach i szkołach koranicznych, sprawdzając czy nie dochodzi w nich do werbunku kolejnych zamachowców, a imamowie nie propagują wizji europejskiego kalifatu oraz ideologii dżihadyzmu? Ależ skąd – są inne problemy, znacznie poważniejsze. I tak oto Federalny Urząd Kryminalny (BKA) przystąpił do zwalczania „prawicowego ekstremizmu” na portalach społecznościowych. Jak się dowiadujemy, 23 jednostki policyjne przeprowadziły w 14 landach akcję polegającą na wparowaniu do domów namierzonych uprzednio internetowych „hejterów”, rewizjach, zatrzymaniach i przesłuchaniach – w sumie potraktowano w ten sposób 36 „podejrzanych”.

Nam może się to kojarzyć z pamiętną historią najazdu ABW na mieszkanie „Antykomora”, jednak Niemcy jako europejski lider przodujący we wszystkich dziedzinach musiały rzecz jasna przedsięwzięcie zorganizować z o wiele większym rozmachem. Różnica jest taka, że u nas przynajmniej gazety i portale opozycyjne wzięły „Antykomora” w obronę. W Niemczech natomiast działania funkcjonariuszy spotkały się ze zgodnym aplauzem całego frontu medialnego, zjednoczonego w nieubłaganej walce przeciw „mowie nienawiści”. Ta „mowa nienawiści” to w ogóle szczególny wynalazek, polegający na twórczej interpretacji porzekadła „od słów do czynów”. Ponieważ nie chcemy, żeby dochodziło do nienawistnych „czynów”, to należy prewencyjnie zakazać potencjalnie prowadzących do nich „słów” - i tym sposobem zdusić hydrę nienawiści w zarodku. A że przy okazji w przestrzeni publicznej zapanuje duszący spokój knebla? Znakomicie, bo dzięki temu tym bujniej rozkwitnie wszechogarniająca miłość.

A zatem, tamtejsi „antykomorzy” nie mogli liczyć na żadnych obrońców – a to z tego względu, że w Niemczech system został już tak szczelnie domknięty, że opozycyjnych mediów zwyczajnie tam nie ma. Jedne tytuły wprawdzie nieco bardziej sympatyzują z socjaldemokracją, inne zaś z chadecją, lecz de facto wszystkie stanowią wielką rodzinę na usługach politycznego mainstreamu, idealnie zgodną co do tego, że żaden antysystemowy głos nie ma prawa pojawić się w oficjalnym obiegu.


II. Kampania wyborcza w pruskim stylu

Jednak od pewnego momentu pojawiło się coś wymykającego się kontroli – to internet. Istne horrendum – ludzie zaczęli komunikować się ze sobą bez odgórnej kurateli, obok tradycyjnych środków przekazu. W ten sposób doszło do oddolnego przełamania monopolu i np. obywatele poinformowali się nawzajem o zajściach podczas Sylwestra 2015 w Kolonii – o czym dowiedzieć się nie mieli prawa. W efekcie tego (a także wymieniania się informacjami o innych „ekscesach” imigrantów przemilczanych w głównym obiegu) w połowie 2015 r. zaufanie do mediów zjechało do 40 proc., a określenie „Lügenpresse” („kłamliwa prasa”) weszło do powszechnego użycia. Do tego internet w naturalny sposób stał się trybuną wszelkich ruchów „populistycznych” (to zresztą ogólnoświatowy trend, bez internetowego wsparcia alt-prawicy Trump nie wygrałby wyborów), które dzięki temu miast wegetować na marginesie zyskują kolejnych zwolenników i coraz śmielej rozpychają się na politycznej scenie – ze znamiennym przypadkiem Alternatywy dla Niemiec (AfD) na czele.

Nie dziwi więc, że polityczny establishment postanowił dać słuszny odpór – prócz opisanej akcji policyjnej (która wedle ministra sprawiedliwości Heiko Maas'a z SPD stanowić ma „ważny sygnał”), lada dzień w Bundestagu ma być głosowany rządowy projekt ustawy nakładającej drakońskie kary finansowe na portale społecznościowe (nawet do 50 mln. euro) tolerujące na swych stronach „fałszywe informacje” i „mowę nienawiści”. Operatorzy reagować mają w ciągu 24 godzin na „uzasadnione zgłoszenia”. A jak poznać, czy zgłoszenie jest „uzasadnione”? Aaaa – o tym już zapewne zadecydują odpowiednie organy, choćby te, które właśnie tak dziarsko pogoniły niemieckich „antykomorów”. Dodajmy, że ustawę również przygotował wspomniany wyżej minister Heiko Maas, a całkiem niedawno (22 czerwca) z inicjatywy MSW przyjęto przepisy umożliwiające BND śledzenie treści przesyłanych za pomocą komunikatorów internetowych typu popularnego WhatsApp.

Jest to kolejny etap brania za twarz sieciowych platform komunikacji i generalnie pacyfikacji wolności wypowiedzi w internecie. A tak się przypadkiem składa, że następuje on tuż przed wejściem w decydującą fazę kampanii przed jesiennymi wyborami do Bundestagu. Intencja jest jasna i nikt nawet specjalnie jej nie ukrywa – chodzi o zablokowanie zagrażających establishmentowi sił politycznych. Jak widać, lekcja amerykańskiej wygranej Trumpa została pilnie przestudiowana i dokłada się odpowiednich starań, by podobny scenariusz nie powtórzył się między Odrą a Renem. W ten oto sposób otrzymujemy demokrację w iście pruskim stylu – wybory w cieniu cenzury.


III. Media w służbie władzy

Rozpisuję się o tym nie tylko dlatego, że to ponoć w Polsce „łamane są standardy” wolności mediów i prawa obywatelskie o czym z lubością grzmią niemieccy i brukselscy politycy, odwracając uwagę Europy od własnego podwórka. Rzecz w tym, że wszystkie te działania spotykają się z dość zgodnym poparciem tamtejszych mediów, które w gruncie rzeczy jawnie już pokazują, że są częścią systemu władzy przeznaczoną do roli nadzorców społeczeństwa, by temu nie strzeliło do głowy zagłosować na jakąś AfD, czy inną PEGIDĘ. Mamy więc specyficzny przykład „demokracji sterowanej” - póki co, wprawdzie „miękkimi” środkami, ale opisana na wstępie demonstracja siły pokazuje, że w razie czego demokratyczny niemiecki rząd nie zawaha się (przy medialnym poklasku) przy...ć komu trzeba – w obronie wolności, demokracji i wartości europejskich, ma się rozumieć.

Jakiś czas temu na portalu wPolityce.pl Aleksandra Rybińska przedstawiła ciekawą analizę rozmaitych współzależności między niemieckim (pół)światkiem dziennikarskim i politycznym – coś w stylu pamiętnego obrazka Moniki Olejnik wsiadającej do samochodu Urbana. Otóż funkcjonują tam tzw. „kręgi” składające się z przedstawicieli mainstreamowych opcji politycznych i „zaprzyjaźnionych” dziennikarzy. Owych „kręgów” działających na zasadzie elitarnych klubów uzupełniających się przez kooptację jest obecnie ok. dwunastu, a ich członków obowiązuje bezwzględna omerta. To właśnie tam politycy w przyjacielskiej atmosferze, podczas luźnych kolacyjek, przedstawiają starannie wyselekcjonowanym i zaufanym dziennikarzom swój punkt widzenia na różne sprawy, który następnie jest przekuwany na odpowiedni medialny przekaz urabiający opinię publiczną. Dla dziennikarza przynależność do takiego klubu oznacza zawodową nobilitację, zatem naturalnie stara się on zaspokoić oczekiwania zapraszających go kolegów i polityków. Reprezentują oni wszystkie najważniejsze tytuły i koncerny medialne, co oczywiście stawia ich w roli jednego z elementów aparatu władzy – już Konrad Adenauer nazwał „kręgi” „jednym z najważniejszych instrumentów sterowania państwem” i można się domyślać, że od tamtego czasu ta zażyłość na styku media-polityka jedynie się pogłębiła.

Jednakże, prócz zarządzania wewnętrznego, niemieckie koncerny medialne spełniają również istotną funkcję w polityce zagranicznej – i to w prawdziwie kolonialnym stylu. Podbijając rynki krajów Mitteleuropy mają za zadanie, mówiąc wprost, trzymać w ryzach tubylców, żeby się nie zbiesili i utwierdzać ich w permanentnym poczuciu niższości względem „metropolii” - oraz stawiać za wzór sukcesu i europejskości rozmaitych jurgieltników, którzy dzięki gorliwej wysłudze dochrapali się z łaski Berlina jakichś intratnych synekur. Wiadomy list dyrektora wiadomego koncernu do polskich podwładnych jest tu wymownym przykładem - aczkolwiek, jeśli tylko nazwać rzeczy po imieniu, koncern ten bardzo się denerwuje i grozi pozwami. Ostatnio zaś inny szef tego samego koncernu w wywiadzie dla szwajcarskiej gazety przyznał, że jego polskie interesy znacznie ucierpiały („milionowe straty”) wskutek wycofania reklam przez państwowe spółki, lecz mimo to nie zamierza wychodzić z Polski. I tym właśnie różni się projekt polityczny od projektu biznesowego. Gdy biznes przynosi straty wdraża się plan naprawczy albo po prostu zamyka interes. W przypadku projektu polityczno-ideologicznego straty finansowe są „wliczone w koszta” i utrzymuje się biznes niezależnie od słabych wyników finansowych. Władze koncernu liczą zapewne na ponowne przejęcie rządów przez opcję proniemiecką, dzięki której pieniądze znów popłyną szeroką rzeką, wynagradzając obecne chude lata – i na rzecz tego będą pracować ile sił. Oby się przeliczyli.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 26 (28.06-04.07.2017)