Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epidemia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą epidemia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 kwietnia 2020

Koronakryzys

Nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami.

I. „Pandemia” 0,1 procent

W sobotę 21 marca włoski Narodowy Instytut Zdrowia podał szczegółowe dane dotyczące zachorowalności i śmiertelności związanej z epidemią COVID-19. Co się okazuje? Jedynie 1,2 proc. zgonów spowodowanych było wyłącznie koronawirusem. U całej reszty występowały różne inne choroby, często po kilka naraz. To zresztą nie dziwi, zważywszy, iż koronawirus atakuje przede wszystkim osoby w podeszłym wieku – spośród wszystkich zmarłych tylko nieco ponad 1 proc. miało mniej niż 50 lat, a jedynie 9 przypadków śmiertelnych dotyczyło osób poniżej 40 roku życia. I teraz podstawowa sprawa, mianowicie dotycząca metodologii liczenia ofiar. Najwyraźniej włoskie władze wrzucają hurtowo do jednego worka wszystkich zmarłych u których wykryto wirusa, niezależnie od tego, czy był on rzeczywistą przyczyną śmierci, czy nie. Mówiąc obrazowo, jeśli ktoś umarł na serce, ale przy okazji miał również infekcję – jest liczony jako ofiara koronawirusa. Pytanie, po co Włochom potrzebne jest takie „nabijanie” śmiertelnych statystyk? Gdy piszę te słowa, we Włoszech jest ok. 5,5 tys. zmarłych u których stwierdzono koronawirusa. Biorąc pod uwagę owe 1,2 proc. oznaczałoby to, że osób zmarłych wyłącznie z powodu COVID-19 jest 66. U całej reszty należałoby dopiero ocenić, czy i ewentualnie w jakim stopniu infekcja mogła się przyczynić do śmierci. Jeszcze jedna liczba, mówiąca nam coś o faktycznej skali zachorowań – we Włoszech mamy ok. 60 000 przypadków zarażenia, co przy ogólnej liczbie 60 mln. obywateli daje odsetek zachorowań w wysokości 0,1 proc. (słownie – jedna dziesiąta procenta).

Oczywiście jestem jak najdalszy od lekceważenia sytuacji. Jeśli można, trzeba siedzieć w domu, przestrzegać zasad profilaktyki itp., a nade wszystko – otoczyć opieką osoby starsze i to na nich powinien być skoncentrowany wysiłek służby zdrowia. Z drugiej strony jednak, w świetle powyższych danych nie sposób nie zauważyć, że światowa histeria na tle wirusa SARS-CoV-2 podszyta jest czystym irracjonalizmem – a z pewnością, przy zachowaniu minimum chłodnej głowy, epidemia nie powinna była doprowadzić do tak dalekosiężnych skutków społecznych i gospodarczych, jakie obecnie obserwujemy. Przypomnę, że w Polsce tylko w lutym odnotowano ponad 800 tys. przypadków grypy i 23 ofiary śmiertelne, a w zeszłym sezonie grypowym zmarły 143 osoby.

Wszystkie te liczby przestają mieć jednak znaczenie, gdy w grę wchodzi strach przed nowym i „nieoswojonym” jeszcze zagrożeniem. Prawdziwa pandemia, jak już pisałem tydzień temu, to ta, która zagnieździła się w ludzkich głowach, nad czym zresztą niestrudzenie dzień i noc pracują wiodące ośrodki medialne. Epidemiolodzy podkreślają, że koronawirus już z nami zostanie i trzeba będzie z nim żyć – i będziemy z tym żyli, tak jak żyjemy z grypą i zapaleniem płuc, bo nie sposób utrzymywać w nieskończoność stanu wyjątkowego. Obecne środki bezpieczeństwa wdrażane przez kolejne rządy (nawet przez Wielką Brytanię, choć Boris Johnson do pewnego momentu wydawał się najbardziej odporny na pandemię paniki) to rozwiązanie jednorazowe, mające głównie na celu uspokojenie obywateli i wywołanie poczucia, że władza czuwa, dostrzega problem i podejmuje środki zaradcze. Jednak fizyczną niemożliwością jest wprowadzanie podobnych obostrzeń co roku – grozi to kompletną destabilizacją życia oraz chronicznym paraliżem państwa i gospodarki. Za rok o tej samej porze jeśli media będą w ogóle informowały o zakażeniach koronawirusem, to raczej w tonie „no cóż, nadszedł sezon zachorowań, trzeba to jakoś przetrzymać”, co najwyżej zalecając szczepionkę, która do tego czasu najprawdopodobniej zostanie już opracowana.


II. Doktryna szoku

Póki co jednak media pulsują w rytmie kolejnych, alarmistycznych doniesień – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten stan permanentnego niepokoju jest celowo indukowany. Świat pogrąża się w kryzysie gospodarczym, środowiska biznesowe biją na trwogę i oczekują od władz państwowych pomocy. I znów – nauczony lekcją kryzysu finansowego z 2008 r., podejrzewam, że globalny biznes wyczuł znakomitą okazję, by jak wówczas „podzielić się” z państwem swymi stratami. Bo skoro wtedy się udało i państwa rzuciły się na wyprzódki, by ratować banksterów „zbyt wielkich, by upaść”, to dlaczego podobny zabieg nie miałby się udać i tym razem? To domaganie się pomocy jest tym bardziej irytujące, jeśli prześledzi się dotychczasowy model postępowania wielkich koncernów – wyprowadzanie produkcji na drugi koniec świata (ze szczególnym uwzględnieniem Chin) i likwidowanie miejsc pracy w nominalnych krajach pochodzenia; szantażowanie rządów żądaniami „uelastycznienia” rynku pracy i kolejnych ustępstw podatkowych; wreszcie - „optymalizacja” polegająca na wyprowadzaniu zysków do rajów podatkowych.

Efekty? Łańcuchy dostaw i produkcji uzależniające Europę od krajów azjatyckich skutkują dziś permanentnym niedoborem podstawowych środków ochrony – maseczek, strojów ochronnych, płynów odkażających, lekarstw... Prócz tego mamy miliony pracowników sprowadzonych do roli „prekariatu” - wiecznie niepewnych jutra pół-niewolników pracujących na umowach śmieciowych, często bez elementarnych zabezpieczeń socjalnych, żyjących od pierwszego do pierwszego. Dziś to przede wszystkim oni padają ofiarą obostrzeń związanych z epidemią i utratą możliwości zarabiania. W samej Polsce jest to 2,6 mln. pracowników. Z kolei unikanie opodatkowania jedynie w Unii Europejskiej odpowiada za roczną lukę rzędu 170 mld. euro, co daje kwotę o 1/5 większą od budżetu Unii Europejskiej. Konsekwencją powyższego jest funkcjonowanie państw w warunkach nieustannych cięć budżetowych, dotykających m.in. służbę zdrowia, co skutkuje jej chronicznym niedofinansowaniem. A dziś odpowiadający za ten stan rzeczy cwaniacy zgłaszają się do rządów o pomoc. Do tych samych rządów, które na co dzień miały nie wtrącać się do gospodarki, obniżać podatki i puszczać wszystko na żywioł, by nie tamować „naturalnych” procesów globalizacyjnych. Teraz nagle okazuje się, że jak trwoga, to „złe” rządy mają ów biznes ratować.

I ratują, sparaliżowane widmem krachu gospodarczego. To ma nawet swoją nazwę - „doktryna szoku” i oznacza stan w którym pod wpływem drastycznych wydarzeń wprowadzane są rozwiązania, które w normalnych okolicznościach byłyby nie do zaakceptowania. Tyle, że kiedy już zagrożenie minie, te rozwiązania pozostają już na stałe... W Polsce właśnie zawiązała się nowa organizacja biznesowa – Związek Polskich Pracodawców Handlu i Usług - zrzeszająca m.in. podmioty z branży odzieżowej, obuwniczej i akcesoryjnej (np. CCC, LPP, Apart, Gino Rossi), która domaga się od rządu ułatwień w zwalnianiu pracowników, możliwości ograniczenia etatów i wynagrodzeń, przedłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy do 12 miesięcy (!), przywrócenia handlu w niedziele, odłożenia płatności składek ZUS i VAT-u, partycypacji rządu w wynagrodzeniach pracowników, gwarancji kredytowych itp.


III. „Tarcza antykryzysowa” nie może być dla wszystkich!

Jak powinien zachować się rząd? Otóż przede wszystkim powinien uważnie przyjrzeć się występującym o pomoc podmiotom. Najprościej rzecz ujmując, powinna być ona kierowana do firm, które płacą uczciwie w Polsce podatki i lokują tutaj większość swej produkcji, tak by wyeliminować firmy-pasożyty, na co dzień jedynie żerujące na polskiej gospodarce. Z tymi drugimi rozmowa powinna być krótka: jeżeli lokowaliście produkcję za granicą, a tutaj jedynie trzymaliście swoje sklepy, by upłynniać towar i wyprowadzaliście zyski do rajów podatkowych – to teraz idźcie po pomoc do rządów Chin, Bangladeszu, Luksemburga, Cypru czy innych Bahamów. Nic tu po was. Jak globalizacja, to globalizacja – powinna działać w obie strony. Na globalizację zysków i „upaństwowienie” strat nie może być zgody. Tylko przy takim podejściu ogłoszona przez premiera Morawieckiego „tarcza antykryzysowa” będzie miała sens – i kto wie, może nawet przyczyni się długofalowo do „polonizacji” naszej gospodarki.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 13 (27.03-02.04.2020)

Wirusowy test stabilności

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej chwili najgorsza pandemia jaka nam grozi, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach.

I. Suwerenność żywnościowa!

Epidemia koronawirusa zamienia się pomału w wielki, globalny test stabilności obecnego porządku świata. Żeby była jasność – to wciąż nie jest jakaś plaga na skalę przerabianą wielokrotnie przez ludzkość, jak epidemia „czarnej śmierci”, grypy „hiszpanki” po I wojnie światowej czy ospy, która zdziesiątkowała amerykańskich Indian po zetknięciu się z białym człowiekiem. Nie ten zasięg, nie ta śmiertelność, wreszcie – żyjemy w zupełnie innych medycznych realiach, niż przed stu laty, kiedy to wspomniana „hiszpanka” wykosiła 50 mln. ludzi. Standardem jest powszechna opieka zdrowotna, państwa mają szereg sposobów reagowania na sytuacje kryzysowe, a ludzie są co do zasady znacznie lepiej odżywieni, niż jeszcze dwa-trzy pokolenia temu – co również ma niebagatelne znaczenie dla odporności. Bakcyle atakują przede wszystkim organizmy w ten czy inny sposób już osłabione – na COVID-19 narażone są najbardziej osoby w podeszłym wieku, bądź z zaburzonym z innych przyczyn (np. nowotwór) systemem immunologicznym.

Na marginesie – przyjęło się uważać, że średniowieczną Polskę epidemia „czarnej śmierci” ominęła rzekomo z powodu naszego położenia na peryferiach Europy. Bez przesady – mieliśmy już wtedy prężnie działające ośrodki handlowe i utrzymywaliśmy ożywione kontakty chociażby z Niemcami, skąd ściągaliśmy osadników do zagospodarowania niezamieszkałych przestrzeni, zatem na zdrowy rozum należałoby oczekiwać, że zaraza wyludni przynajmniej największe miasta, tak jak miało to miejsce na Zachodzie. Zetknąłem się jednak z inną teorią, która bardziej do mnie przemawia – otóż ziemie polskie aż do połowy XVII w. praktycznie nie znały klęsk głodu, regularnie nawiedzających Zachodnią Europę. Zachód był wówczas skrajnie przeludniony, zwłaszcza w stosunku do możliwości ówczesnego rolnictwa i nie był w stanie się wykarmić, co skutkowało niedożywieniem i osłabioną odpornością jego mieszkańców. Między innymi właśnie dlatego Niemcy, Walonowie czy Flamandowie tak chętnie odpowiadali na zaproszenia naszych władców – ówczesna Polska była dla nich prawdziwą ziemią obiecaną. U nas odwrotnie – stosunkowo niska gęstość zaludnienia i dużo ziemi powodowało, że nie groziła nam śmierć głodowa. Owszem, były lata tłustsze i chudsze – ale generalnie nie chodziliśmy głodni, dzięki czemu byliśmy też bardziej odporni. Dopiero niszczycielskie wojny ze szwedzkim potopem na czele sprawiły, że pojawił się u nas głód, a w ślad za nim – zarazy.

Wspominam o tym nie bez przyczyny. Wprawdzie międzynarodowy handel nie ustał, mimo zamknięcia przez kolejne kraje (w tym Polskę) granic dla indywidualnego przepływu osób – ale przywrócenie kontroli granicznych i rosnące kolejki TIR-ów na przejściach siłą rzeczy spowodują perturbacje w transporcie, również żywności. I właśnie w takich chwilach uwidacznia się z całą mocą, jak strategiczną branżą jest rolnictwo i suwerenność żywnościowa. Zdawali sobie z tego sprawę także ojcowie-założyciele Unii Europejskiej. Wspólna polityka rolna i dotacje dla producentów żywności to nie była jakaś fanaberia bogatych państw, które nie wiedziały na co wyrzucać pieniądze, tylko świadomy zamysł mający na celu samowystarczalność żywieniową Europy – to co się da produkujemy u siebie, importujemy jedynie to, co konieczne. Wprawdzie dziesięciolecia dobrobytu i globalizacja nieco ten pierwotny zamysł rozregulowały, ale w zasadniczym zrębie koncepcja przetrwała. Polecam to pod rozwagę wszystkim liberalnym pięknoduchom, którzy najchętniej by polskie rolnictwo, nomen omen, zaorali jako „nieopłacalne”. Otóż nie – państwowa opieka nad tak kluczową branżą to nie żadna zapomoga czy rozdawnictwo, lecz jak najlepiej pojęta inwestycja i zabezpieczenie na czas kryzysu. W tej chwili nie mamy pewności jak dalej rozwinie się sytuacja i jakie obostrzenia zostaną wprowadzone. Wyobraźmy sobie jednak w jakim znaleźlibyśmy się położeniu, gdybyśmy nieodwracalnie uzależnili się od importu płodów rolnych. I to jest pierwsza lekcja, jaką należy zapamiętać na przyszłość.


II. Wirus dezinformacji

Kolejnym wyzwaniem jest niedopuszczenie do masowej paniki – bo trzeba sobie jasno powiedzieć, że w tej chwili najgorsza pandemia jaka nam grozi, to ta zagnieżdżająca się w ludzkich głowach. Liczby bezwzględne na pierwszy rzut oka mogą wyglądać niepokojąco – na całym świecie stwierdzono blisko 170 tys. przypadków zarażenia oraz niecałe 6,5 tys. zgonów (stan na niedzielny wieczór 15 marca). Tylko, że w skali świata to wciąż tyle co nic, również w porównaniu z coroczną „zwykłą” grypą, ponadto z tych 170 tys. zarażonych osób zdążyło już wyzdrowieć 76,5 tys. - a więc blisko połowa. Oczywiście zawsze lepiej dmuchać na zimne i podejmować środki bezpieczeństwa, ale z drugiej strony naprawdę nie ma powodów do histerii. To, że światu grozi w tej chwili kryzys gospodarczy, bardziej spowodowane jest stanem umysłów, niż racjonalnymi przesłankami. W opanowaniu sytuacji nie pomagają też podsycające atmosferę grozy media. Podtrzymuję tu swoją diagnozę sprzed dwóch tygodni, że światu w tej chwili potrzebna jest przede wszystkim szczepionka przeciw histerycznemu zapaleniu mózgu. Nadzwyczajne środki podejmowane przez rządy – również nasz – służą przede wszystkim uspokojeniu obywateli. Jasne, należy dbać o higienę, myć ręce i przystopować z życiem towarzyskim (zresztą, gdyby ktoś nie zauważył, mamy Wielki Post), ale nie jestem w stanie ogarnąć, co sprawia, że ludzie wykupują całymi kartonami makaron i kaszę gryczaną, o papierze toaletowym nie wspominając. Tłok w sklepach i wzmożony obrót pieniędzmi nie wpływa na rozprzestrzenianie się wirusa?

A zatem, głównym zagrożeniem nie jest koronawirus sam w sobie, lecz to, w jaki sposób wpłynie na społeczne zachowania. I tutaj dotykamy realnego niebezpieczeństwa – takiego mianowicie, że ktoś najwyraźniej usiłuje zdestabilizować sytuację. Zwróćmy uwagę, jak mnożą się różne fake newsy – począwszy od teorii, że wirus jest produktem wojskowych laboratoriów (w różnych wersjach albo chińskich, albo amerykańskich – dziwnym trafem tego typu rewelacje zawsze starannie omijają Rosję, zupełnie, jakby akurat tam żadnych tajnych laboratoriów nie było), projektem depopulacyjnym (coś słaby ten projekt, zważywszy na niewielką śmiertelność), aż po plotkę, że władze mają „zamknąć” Warszawę i inne duże miasta oraz wyprowadzić wojsko na ulice (rzeczywiście, widać na drogach przemieszczające się pojazdy wojskowe – ale dlatego, że akurat trwają w Polsce dawno zaplanowane manewry NATO). Dzisiaj trudno ocenić, które z tych „fejków” są dziełem panikarzy i sensatów, a które są nam świadomie podrzucane z intencją rozhuśtania nastrojów – ale na miejscu służb zacząłbym wnikliwie tropić ich pochodzenie, ze szczególnym uwzględnieniem kierunku rosyjskiego. W epoce wojen informacyjnych taka intoksykacja mająca na celu poderwanie zaufania do własnych państw i instytucji ma równą siłę rażenia co zamach terrorystyczny – to swoisty „infoterroryzm” i byłoby nader dziwne, by kraje i ośrodki, którym zależy na destabilizacji Zachodu z tej metody i okazji do szerzenia dezinformacji nie skorzystały.


III. Atak na Kościół

Nie sposób tu nie odnotować elementu bardziej groteskowego, czyli szaleńczego ataku, jaki lewactwo przypuściło na Kościół, pod pretekstem tego, że Episkopat nie zdecydował się na odwołanie mszy i nabożeństw. Należy podkreślić, iż polski Kościół zachował się wzorowo – z jednej strony nie zamykając świątyń i apelując o zwiększenie liczby mszy, by „rozładować” tłok, z drugiej zaś – udzielając dyspensy osobom narażonym na infekcję, bądź po prostu bojącym się złapać wirusa. Natomiast wojujące lewactwo ma gdzieś zdrowie obywateli, tak jak wcześniej miało gdzieś np. ofiary pedofilii – nie słyszę jakoś, by z równą zaciekłością atakowano np. kluby urządzające tłumne imprezy. Cóż, zachowajmy przede wszystkim chłodne głowy i nie ulegajmy irracjonalnym wrzaskom. Fides et ratio – wiara i rozum, to wszystko, czego nam potrzeba.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 12 (20-26.03.2020)