Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czerska. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 kwietnia 2018

Ago(r)alne jęki Michnika

Wszystko wskazuje na to, że zbliża się chwila, gdy Adam Michnik będzie musiał zgasić w swej redakcji światło.

I. Jęk z „Agory”

Adam Michnik wydał z siebie jęk rozpaczy – bo tylko tak można sensownie zinterpretować jego esej opublikowany w „Die Welt”, cytowany obszernie przez polskojęzyczną mutację „Deutsche Welle”. Cóż tak zabolało byłego oberredaktora III RP, że uznał za palącą konieczność podzielić się swymi przemyśleniami z niemieckim czytelnikiem? Z grubsza, to samo co zwykle – mianowicie, że świat i Polska nie chcą dostosować się do jego oczekiwań. Oczywiście, Michnik nie byłby sobą, gdyby swoich frustracji nie ubrał w moralizatorski kostium troski o pluralizm i wolność słowa. Być może uznał, że ta zwietrzała, kabotyńska poza wciąż jeszcze ma siłę oddziaływania na niezorientowanego, zachodniego odbiorcę - toteż uderza w swoje stare, zgrane tony. Spójrzmy. Upiory totalitaryzmu powróciły, z całą pogardą dla pluralizmu, państwa prawa, równości, dialogu i gotowości do kompromisu. Powróciło lekceważące traktowanie innych ludzi - wyznających inne religie, mających inną narodowość czy inny kolor skóry. Widzimy, jak w naszym świecie rozprzestrzeniają się ksenofobia i homofobia. W innych miejscach obserwujemy wzrost znaczenia islamskiego fundamentalizmu, który sięga po zbrodniczą broń terroryzmu” - czytamy. Mamy tu typowe dla Michnika nadużycie emocjonalne polegające na zestawianiu kwestii nieporównywalnych – ustawienie w jednym szeregu ludzi, którym nie podoba się lewackie zdziczenie obyczajów i sprzeciwiających się islamizacji Europy z jakimś wydumanym „totalitaryzmem” i terrorystami. A że jest to absurdalna kreacja jakiegoś fikcyjnego świata istniejącego jedynie w głowie redaktora „Wyborczej”? Nie szkodzi, za chwilę zresztą przekonamy się, do czego owa kreacja była Michnikowi potrzebna.

Idźmy więc dalej. „Wolna prasa, prześladowana w Turcji i Rosji, w Budapeszcie i innych częściach Europy Środkowej, stanowi często ostatni bastion obrony konstytucji i demokratycznego ładu” - ciepło, ciepło... „Gdy umierają wolne media, państwo oparte na konstytucji staje się bezbronne. Gdy łamana jest konstytucja, dni wolnych mediów są policzone” - gorąco... No i wreszcie pada uwaga o „niszczeniu uznanych autorytetów” na wzór nazistowski i sowiecki: „W Polsce tak się postępuje z Miłoszem i Szymborską, Andrzejem Wajdą i Bronisławem Geremkiem, Autorytety życia publicznego obrzucane są błotem i szkalowane jako »pozbawieni ojczyzny kosmopolici« oraz reprezentanci »wynaturzonej sztuki«” - auć! parzy... Całość wieńczy apel do dziennikarzy, by w obliczu populizmu, ksenofobii i szowinizmu „pozostali wierni swoim przekonaniom” - ponieważ, jak głosi nieco wcześniej, ów „populizm” jest „wyrazem pogardy dla chrześcijańskiego systemu wartości, a także dla ducha oświecenia”.

Zanim przejdziemy dalej, odnotujmy, iż na temat tego, czy „duch oświecenia” jest zbieżny z chrześcijańskim systemem wartości, można by napisać osobny artykuł - ale obawiam się, że większość Czytelników umarłaby przy lekturze z nudów. Tu tylko zatem podam konkluzję - otóż tzw. „oświecenie” było z gruntu antychrześcijańskie (a w szczególności antykatolickie) i ma na swoim koncie cały szereg zbrodni motywowanych ideologicznie. W swoim rewolucyjnym, francuskim wydaniu, stanowiło wręcz prefigurację bolszewizmu i było źródłem natchnienia dla Lenina, tudzież reszty komunistycznych ludobójców. Jak napisał jeden z oświeceniowych świątków, Denis Diderot, „naród odradza się tylko w kąpieli krwi” - gdzie tu jest pokrewieństwo z chrześcijaństwem, tylko jeden Michnik raczy wiedzieć.

II. SOS z „Titanica”

Ale sedno cytowanego wyżej nabzdyczonego pustosłowia i wytartych frazesów leży gdzie indziej. Cały ten esej, to po prostu wołanie o ratunek – SOS nadawane z tonącego „Titanica”, jakim stała się redakcja „Gazety Wyborczej”. Taki jest prawdziwy sens załamywania rąk nad „prześladowaniem wolnej prasy” i zgubie grożącej „wolnym mediom”. Demagogiczne zrównanie Turcji, Rosji oraz krajów Europy Środkowej w połączeniu z miejscem opublikowania tekstu („Die Welt” to jeden z najbardziej opiniotwórczych tytułów w Niemczech), ma jeden cel – jest nim ukryte pod warstwą górnolotnych sloganów wezwanie do zachodnich elit: „pomóżcie nam, bo gdy padniemy, już nigdy nie odzyskacie Polski” - i to zarówno w sensie „rządu dusz”, jak i w kontekście jak najbardziej przyziemnym, politycznym. Michnikowi nie bardzo wypadało napisać to wprost, ale intencja przytoczonej gadaniny o rzekomym represjonowaniu prasy jest jednoznaczna – jesteśmy ostatnim bastionem, jeśli nas zabraknie, Polska na zawsze wymknie wam się z rąk. Nawiasem, Michnik jako obrońca medialnego pluralizmu to obraz cokolwiek groteskowy, jeśli przypomnieć jego słynne zdanie z rozmowy z Krzysztofem Leskim (1990 r.): „K-k-krzysiu, jeśli ty-ty-ty chcesz tu robić wo-wolną gazetę, to-to-to-to po moim trupie”.

Czy ten zawoalowany apel o wsparcie ma szanse powodzenia? Wątpię – Niemcy mają nad Wisłą potężny konglomerat własnych mediów i tak naprawdę „Wyborcza” ze swą malejącą sprzedażą i niknącym w oczach zasięgiem oddziaływania przestaje im być potrzebna. Co innego, gdyby doszło do repolonizacji – ale PiS czegoś się „w tym temacie” przestraszyło, więc gadzinowa prasa dla mentalnych folksdojczów pozostaje niezmiennie butna i zuchwała. Zresztą, podobny wniosek o „zapomogę” został ze strony Czerskiej wystosowany już wcześniej. Na początku 2017 r. redaktor naczelny internetowego serwisu „Wyborczej”, Roman Imielski, narzekał w wywiadzie dla Euractiv.pl: „Pierwszy dotyczy pieniędzy, ponieważ rząd przestał zamieszczać reklamy w naszej gazecie. Drugi dotyczy dostępu, ponieważ nowy rząd i partia rządząca nie rozmawiają już z naszymi dziennikarzami”. I dalej: „Niestety UE nie ma wielu narzędzi, by zmusić polski rząd, by traktował wszystkie gazety sprawiedliwie. Mimo to możemy oczekiwać, że Unia o nas nie zapomni, że nie zapomni o Polsce”. No i konkluzja: „Chciałbym zasugerować, że pora już zacząć myśleć o mediach jako bardzo ważnej części życia publicznego i demokracji w Unii Europejskiej. Nie rozumiem, dlaczego UE wspierała inne sektory będące w kryzysie takie jak kopalnie czy fabryki, a nie pomaga mediom”. „Myślę że istnienie pewnego typu europejskiego funduszu dla mediów jest bardzo dobrym pomysłem (…) Moim zdaniem takie wsparcie powinno być czymś między dotacją a grantem”. Sam Adam Michnik w listopadzie 2016 r. alarmował na spotkaniu KOD w kontekście wstrzymania ogłoszeń rządowych i reklam spółek Skarbu Państwa w „GW”: „To nas straszliwie walnęło po kieszeni. Oni chcą nas zniszczyć metodą najprostszą: jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze”. Dziś najwyraźniej potwierdziło się, że wsparcie Sorosa i przyjaciół, takich jak Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, który wykupił w październiku 2017 r. cyfrową prenumeratę „Wyborczej” dla wszystkich pracowników i studentów (ok. 25 tys.) już nie wystarczy.


III. Cień dawnej potęgi

A jeszcze niedawno było tak pięknie – organ z Czerskiej traktował finansowanie ze strony instytucji publicznych jako oczywistość i mógł spokojnie z góry uznawać rządowe reklamy za część biznesplanu, nie martwiąc się spadającą sprzedażą. Ba, czuł się władny ze swej uprzywilejowanej pozycji pouczać mentorskim tonem inne media na okoliczność radzenia sobie na „wolnym rynku” - a ów „wolny rynek” wyglądał tak, że za poprzedniej władzy, jak ustalił Parlamentarny Zespół ds. Obrony Wolności Słowa, do „Wyborczej” płynęło ponad 51 proc. budżetu reklamowego ministerstw i Kancelarii Premiera. Dziś po dawnej potędze nie został nawet ślad. Codziennością w „Wyborczej” stały się zwolnienia grupowe, redukowanie dodatków lokalnych, wyprzedawanie bądź zastawianie siedzib, a sprzedaż po raz pierwszy w historii zanurkowała poniżej 100 tys. egzemplarzy. Jednym słowem - z okrętu flagowego, „GW” stała się balastem ciągnącym „Agorę” na dno. Nie dziwi więc desperacja przebijająca z omówionego tu tekstu Michnika – wszystko bowiem wskazuje na to, że zbliża się chwila, gdy będzie musiał zgasić w swej redakcji światło.


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 17 (27.04-03.05.2018)

czwartek, 13 sierpnia 2015

Pod-Grzybki 15

Widmo buczyzmu krąży nad Polską. Najpierw wybuczano doktor Ewę za pałętanie się bez wyraźniej potrzeby po Powązkach, a potem w rewanżu platformersi wybuczeli prezydenta Dudę podczas sejmowego orędzia – i to akurat w momencie, gdy mówił o głodnych dzieciach. Wniosek - w Platformie wciąż obowiązuje „doktryna Niesiołowskiego” mówiąca, że gówniarze nie są tak naprawdę głodni, dopóki nie wyżerają masowo szczawiu i mirabelek.

*

Tak przy okazji – ponieważ w Polsce wszyscy są syci i zadowoleni, to najwyższa pora, by ukrócić wrażą propagandę, jakoby w Polsce były jakieś niedożywione dzieci. Te wszystkie „pajacyki”, „szlachetne paczki” i inne „caritasy”, co to insynuują, że trzeba dokarmiać gnojków, którym nawet się nie chce narwać szczawiu i lebiody na zupę. Na takiej samej zasadzie komuna niechętnym okiem patrzyła na hodowanie kóz – jako że koza miała być symbolem kapitalistyczno-obszarniczej nędzy i wyzysku chłopa, to naturalne, że w socjalistycznym dobrobycie miejsca na nią być nie mogło. Podobnie w III RP – dzieci głodować sobie mogą do woli w jakimś Sudanie, u nas takie ostentacyjne głodowanie powinno podpadać pod paragraf o obrazie konstytucyjnych organów państwa.

*

Zmarło się Janowi Kulczykowi i to w samym Wiedniu – europejskim centrum wszelkiej maści agentur, w którym niegdyś tenże Kulczyk rozprawiał sobie z Ałganowem o sprzedaży Rafinerii Gdańskiej i gdzie popełniono w więziennej celi samobójstwo panu „Baraninie”. Zastanawiałem się, czy w pogrzebie weźmie udział Bronisław Komorowski, bo jak by nie patrzeć, pochowanie Jaruzelskiego, Mazowieckiego, Bartoszewskiego i Kulczyka podczas jednej kadencji, to jednak coś, co śmiało można sobie wpisać do CV. No i tu mam zagwozdkę – czy wydelegowanie na pogrzeb „doktora Jana” Dziadzi też się liczy?

*

Nawiasem mówiąc – Komorowski jeszcze jako p/o prezydenta zasłynął stwierdzeniem, że „państwo Polskie zdało egzamin”, gdyż przeprowadziło sprawnie pogrzeby ofiar Smoleńska – tak sprawnie, że bliscy nawet nie zdążyli zerknąć kto tak naprawdę jest w trumnach. No i tu jest perspektywa dla byłego już na szczęście prezydenta na dalszą karierę: niech otworzy zakład pogrzebowy „Ostatni Egzamin”. Ma już wprawę.

*

Andrzej Duda został zaprzysiężony i wydaje się, że na Czerskiej dopiero teraz dotarło do świadomości michnikoidów, że ten koszmar jednak dzieje się naprawdę. Efektem był atak publicystycznej histerii wsparty listami od zatroskanych czytelników – przodowników pracy, dojarek, górników dołowych i traktorzystów. Spokojnie, ta histeria za chwilę minie, ustępując miejsca robionemu na zimno przemysłowi pogardy. Będzie to już trzecia odsłona owego serialu – po pogardzie przed- i po-smoleńskiej. Bardzo na nią czekam, bowiem przy obecnych nastrojach i przełamaniu medialno-opiniotworczego monopolu michnikowszczyzny będzie miała ona skutek odwrotny do zamierzonego – pogrzebie „Wyborczą” na amen. Może nawet nad trumną z logo „GW” przemówi Komorowski.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

„Pod-Grzybki” opublikowane w tygodniku „Polska Niepodległa” nr 31 (12-18.08.2015)

wtorek, 19 sierpnia 2014

Agora w Sieci

Należy jasno komunikować opozycji, że zaprzestanie dotowania „gwiazdy śmierci” z ulicy Czerskiej powinno być jednym z pierwszych posunięć po przejęciu władzy.

I. Nacjonalizacja „Agory”

Przeczytałem sobie zajawkę najnowszego numeru „wSieci” - tego, którego tematem okładkowym jest sponsorowanie i w zasadzie przejmowanie przez rząd krok po kroku spółki „Agora”. Mamy do czynienia z oczywistym procederem nacjonalizacji tylnymi drzwiami formalnie prywatnej firmy wraz z jej okrętem flagowym, czyli „Gazetą Wyborczą”, czego efektem jest stworzenie kolejnego medium rządowego i to pozostającego na bardzo krótkiej smyczy. Niby nic nowego – niektórzy może pamiętają jeszcze jak za rządów SLD ówczesna władza zafundowała sobie z państwowej kasy własny tygodnik opinii o nazwie, o ile sobie przypominam, „Fakty” (nie jestem pewien tej nazwy, ale pamiętam jak Leszek Miller pozował z nim przed kamerami). Tu mamy działanie mniej ostentacyjne, ale przez to bardziej skuteczne propagandowo - „Wyborcza” pozostając medium formalnie niezależnym może przez to skuteczniej robić lemingom wodę z mózgów.

To, że akcje „Agory” systematycznie spadają i warte są dziś ułamek tego co jeszcze kilka lat temu, zaś sama „Wyborcza” wraz z malejącą sprzedażą jest obecnie tylko cieniem dawnej potęgi świadczy z jednej strony o tym, że tonąca Platforma futrując organ Michnika chwyta się brzytwy, z drugiej zaś dobitnie unaocznia, że skupowanie aktywów spółki przez państwowe podmioty nie ma cienia uzasadnienia biznesowego. Gdyby było to chwilowe wahnięcie, po którym następuje odbicie, to państwowe przedsiębiorstwa mogłyby się na upartego tłumaczyć – kupujemy tanio, by za chwilę sprzedać drogo. Tymczasem trend spadkowy jest stały od lat, nie ma więc mowy o racjonalnym inwestowaniu, jest to ewidentnie ruch pod zamówienie politycznych mocodawców.

II. Gazeta reżimowa

Swoją drogą, ciekawy paradoks – ten sam rząd Tuska wykupił od brytyjskiego Mecomu udziały w Presspublice, a następnie ekspresowo „sprywatyzował” wydawnictwo oddając je w ręce zaprzyjaźnionego biznesmena Hajdarowicza (i zapewniając mu fundusze na zakup) – bo inaczej nie dało się spacyfikować „Rzeczpospolitej” i „Uważam Rze”. Teraz zaś po cichu nacjonalizuje inną spółkę, by utrzymać medialną dominację. Spadający nakład „Wyborczej” to bowiem jedno, a drugie – to wpływ narracji produkowanej na Czerskiej na pozostałe mediodajnie mainstreamu III RP, z telewizjami na czele, które wciąż w znacznej mierze powielają przekaz dziennika „resortowych dzieci” - niczym za komuny, kiedy to medialną linię formułowała „Trybuna Ludu”.

Platforma ma więc swój organ prasowy, rezonujący w pozostałych punktach medialnej układanki. Obecnie spółki państwowe z PZU na czele mają 17,5% akcji „Agory”, do tego dochodzi sponsorowanie „Wyborczej” ogłoszeniami różnych publicznych instytucji. Wystarczy wziąć do ręki jakikolwiek numer „GW” i podliczyć, ile jest reklam publicznych, a ile prywatnych, by wyrobić sobie ogląd skali jaką osiągnął ten proceder. O tym, że uderzenie wyprowadzone przez „wSieci” jest celne, świadczy chociażby reakcja – a w zasadzie jej brak. W niedzielnej prezentacji tygodników na stronie gazeta.pl skrzętnie ominięto najnowszy numer „wSieci” - do tej pory gazety Karnowskich w tego typu przeglądach nie pomijano. Na stronie wyborcza.pl również głucho. Wymowne milczenie, widać że temat dla funkcjonariuszy z Czerskiej jest drażliwy niczym mówienie o sznurze w domu wisielca.

III. W sieci zależności

Ta sytuacja dla samej „Wyborczej” jest niczym pocałunek śmierci. Znalazła się – nomen, omen - „w sieci” partyjno-rządowych zależności, co prędzej czy później wyjdzie jej bokiem i skończy jak ta gazeta rządu SLD o której wspomniałem na początku. Nie wyobrażam sobie bowiem, by po zmianie władzy państwowe instytucje wciąż dotowały „Gazetę” ogłoszeniami, a spółki z udziałem Skarbu Państwa podtrzymywały sztucznie kurs akcji „Agory”. Gdyby rząd PiS-u zostawił sprawy tak jak się mają obecnie, byłby to strzał w stopę, który skreśliłby partię Jarosława Kaczyńskiego w oczach znacznej części najwierniejszego elektoratu, nienawidzącego „Agory” i „Wyborczej” jak zarazy. Dlatego już dziś należy jasno komunikować opozycji, że zaprzestanie dotowania „gwiazdy śmierci” z ulicy Czerskiej powinno być jednym z pierwszych posunięć po przejęciu władzy. Tym łatwiejszym, że wystarczy nie dawać ogłoszeń, nie prenumerować i sprzedać posiadane akcje. Abstrahując już nawet od całego zła, jakie „Agora” z „Wyborczą” wyrządziły Polsce, warto spojrzeć na sprawę z punktu widzenia pragmatyki władzy. Jeśli PiS wykaże się należytą determinacją, to „Wyborcza” odłączona od publicznej kroplówki sama padnie, a związane z tym osłabienie medialnego hejtu niewątpliwie ułatwi rządy.

Jest również rozwiązanie alternatywne. Poczekać, aż pozbawiona rządowych dotacji „Agora” zacznie bankrutować i wtedy kupić ją za grosze, by następnie „przeorientować” jej media w duchu konserwatywnym – tak jak udało się to zrobić z „Rzeczpospolitą” pod rządami Lisickiego. Byłaby to zaiste piękna zemsta - „Gazeta Wyborcza” z, powiedzmy, Bronisławem Wildsteinem jako naczelnym – wyobrażacie to sobie Państwo? Nawet etnicznie wszystko by grało, więc odpadłyby ewentualne zarzuty o antysemicki spisek. Już sobie wyobrażam to wycie w kręgach medialnych piekieł – ciekawe, co powiedziałaby Helena Łuczywo, która onegdaj pod adresem Wildsteina wykrzykiwała, że „najgorszy Żyd, to taki, który wysługuje się prawicy”. Takie stworzenie „Presspubliki – bis” jest jednak obarczone podstawową wadą – po kolejnym odbiciu wyborczego wahadła „GW” wróciłaby na dawne tory polityczno-światopoglądowe, należałoby ją więc zawczasu powtórnie sprywatyzować, pytanie tylko, czy znalazłby się chętny, bo historia brytyjskiego Mecomu, którego reżim Tuska zmusił do wycofania się z Presspubliki nie napawa optymizmem. Ale, mimo wszystko – może warto zaryzykować?

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

ilustracja – money.pl

czwartek, 17 kwietnia 2014

Zmierzch sekty z ulicy Czerskiej

Oni nie mają już niczego, co pozwoliłoby przejąć im inicjatywę strategiczną, nie mówiąc już o potędze społecznego oddziaływania z czasów batalii o Krzyż.

I. Antysmoleńska drżączka

Jak co roku w okolicach 10 Kwietnia „sekta pancernej brzozy” z ulicy Czerskiej doznała antysmoleńskiego wzmożenia przejawiającego się publicystyczną drżączką. Niby nic nowego, ja jednak odnotowuję te podrygi, gdyż dają one obraz postępującej z roku na rok degrengolady i utraty wpływów gazetowyborczego środowiska. Przypomnijmy sobie, co działo się jeszcze niespełna cztery lata temu i nieco później. Wielka, polityczno-medialna ofensywa: począwszy od nagłośnienia protestu przeciwko pochówkowi Pary Prezydenckiej na Wawelu, poprzez systematyczne propagowanie kolejnych ruskich wrzutek, zadekretowanie „pojednania” z reżimem kremlowskiego czekisty, groteskowa akcja palenia świeczek na grobach krasnoarmiejców, pomnik dla bolszewickich najeźdźców w Ossowie przy osobistym zaangażowaniu arcyboleśnie prostego prezydenta... W międzyczasie zaś operacja socjotechniczna na ogólnopolską skalę mająca na celu rozpętanie zimnej wojny domowej i rozbicie Polaków na dwa zwalczające się obozy – smoleński oraz antysmoleński plus zobojętniałą większość kontentującą się grillem i ciepłą wodą w kranie.

Nad tą operacją warto zatrzymać się przez chwilę, pokazuje ona bowiem jak pod lupą ojkofobię salonowszczyzny - strach przed własnym narodem, który jawi się jej niczym wrogi, obcy motłoch. Na widok tłumów na Krakowskim Przedmieściu gremia uzurpujące sobie rolę przewodników nadwiślańskiego stada zawyły ze zgrozy, zdawał się bowiem spełniać ich najgorszy koszmar: naród zjednoczony na bazie zwalczanych przez nie wartości – patriotyzmu, tradycji, poczucia własnej wartości i narodowej samoidentyfikacji. Propagandowa machina, napędzana obsesyjnymi lękami ruszyła z kopyta. Jęki o „kulcie Tanatosa”, „mesjanistycznych oparach”, „demonach polskiego patriotyzmu”... Lecz to wszystko było mało, antynarodowym łże-elitom grunt usuwał się spod nóg, potrzeba było mocniejszego uderzenia, zorganizowanego przy ewidentnym udziale służb.

II. Ostatnia ofensywa

Takim uderzeniem stała się „akcja Krzyż” zapoczątkowana niesławnym wywiadem Bronisława Komorowskiego dla „Gazety Wyborczej”. Napędzono ni z tego ni z owego stado młodocianych barbarzyńców pod wodzą niezrównoważonego wioskowego głupka, Dominika Tarasa. W ten sposób rozpętała się wielomiesięczna orgia ohydy na Krakowskim Przedmieściu, kiedy to pijani zwyrodnialcy atakowali modlących się obrońców Krzyża przy nakazanej odgórnie bierności policji i przy aktywnym udziale zmobilizowanej agentury. Dwa najbardziej jaskrawe przykłady prowokatorów, to Zbigniew S. pseudonim „Niemiec” - król warszawskich sutenerów, oskarżony w sprawie szantażu senatora Piesiewicza, zawsze obecny, gdy trzeba było w godzinach nocnych podgrzać atmosferę, oraz niejaki Andrzej Hadacz, zwany „Andrzejem spod krzyża” - istne utrapienie obrońców, zawsze wpychający się przed kamery by wykrzykiwać jakieś nieprzytomne, kompromitujące brednie, a który koniec końców objawił się u boku Palikota („konstrukt służb”) na gej-paradzie. Wszystko zaś było podawane medialnymi pasami transmisyjnymi monopolizującymi wówczas społeczny przekaz. Efektem tej socjotechnicznej operacji jest obecny podział, nie do zasypania na przestrzeni pokolenia.

Była to jednak ostatnia ofensywa. Od tamtej pory, wraz z kolejnymi kompromitacjami antysmoleńskich „wrzutek”, jak choćby tej o pijanym gen. Błasiku w kokpicie tupolewa, sekta pancernej brzozy krok po kroku traciła teren. Ogromną rolę odegrał tu Zespół Parlamentarny pod kierunkiem Antoniego Macierewicza, który mimo iż nie ustrzegł się potknięć, walnie przyczynił się do odkłamywania w społecznej świadomości oficjalnych ustaleń raportów Anodiny-Millera. Do tego gwałtowny rozwój antysalonowych mediów, najbardziej widoczny w segmencie prasowym i w internecie, ze szczególnym uwzględnieniem prawicowej blogosfery. Nagle patriotyzm przestał być w powszechnym odbiorze obciachem, czego żywym świadectwem stały się wielotysięczne rzesze na kolejnych Marszach Niepodległości w trakcie których, prócz narodowców, spotykały się różne odłamy szeroko rozumianego obozu patriotyczno-niepodległościowego.

III. Dinozaury z Czerskiej

Jak sytuacja wygląda w roku 2014? Mainstreamowi symbolizowanemu przez dwie „gwiazdy śmierci” z Czerskiej i Wiertniczej pozostało bezsilne ujadanie i propagowanie nieudolnych krętactw Laska, czy prokuratora Szeląga. W zasadzie jedyne na co dziś stać „Wyborczą”, to kuriozalny cykl „Smoleńskie dzieci”, napisany charakterystyczną manierą – tak by nie skłamać i prawdy nie powiedzieć. Jak napisałem na wstępie, publicystyczna drżączka i to o coraz bardziej kurczącym się wraz ze spadkiem nakładu „GW” zasięgu, sprowadzająca się do dętych zarzutów o robienie polityczno-medialnego biznesu na Tragedii Smoleńskiej, okraszonych ploteczkami o wzajemnych animozjach w środowisku prawicowych mediów.

Proszę spojrzeć, jakie to słabe. Oni nie mają już niczego, co pozwoliłoby przejąć im inicjatywę strategiczną, nie mówiąc już o potędze społecznego oddziaływania z czasów batalii o Krzyż. Została im tylko ordynarna, toporna parodia i prymitywna szydera skierowana do najbardziej zakutych lemingów. „Agenda" sekty z Czerskiej jest typowo reaktywna: a to opędza się przed Macierewiczem, to usiłuje się odgryzać patriotycznym mediom, to znów buduje nastrój grozy przed kolejnymi Marszami Niepodległości - i tak w kółko. Gdy zaś próbuje zrobić cokolwiek sama z siebie, kończy się blamażem, o czym świadczy chociażby fiasko zeszłorocznej akcji z czekoladowym „możełem". Dziennik z Czerskiej przed bankructwem ratują już tylko transfery finansowe ukryte pod pozorem płatnych ogłoszeń różnych publicznych instytucji. Wyobcowane, kawiarniane lewactwo z „Krytyki Politycznej”, które ostatnio skolonizowało ideologicznie „Wyborczą”, funkcjonuje jedynie dzięki grantom i dotacjom. Słowem - to oni są dziś w sytuacji „dorzynanych watah” i to oni wraz z postępującym uwiądem skazani są na wymarcie „jak dinozaury”.

Gadający Grzyb

Artykuł ukazał się w tygodniku „Polska Niepodległa” nr.15-16 2014