Pokazywanie postów oznaczonych etykietą You Tube. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą You Tube. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2019

Czy Facebook i Google są za darmo?

Google, Apple, Facebook, Amazon to gigantyczne giełdy, na których trwa nieustanna spekulacja najcenniejszą walutą, jaką jest informacja. A my tej waluty o rocznej wartości bilionów dolarów dostarczamy w zamian za – biorąc pod uwagę proporcje – świecidełka.

No i wykrakałem. Jak być może Państwo pamiętają, nieco ponad miesiąc temu w felietonie „Podatkiem w Zuckerberga” zająłem się planami wprowadzenia w Polsce podatku cyfrowego, który mieliby płacić internetowi giganci pokroju Google, Facebooka, Amazona itd. Międzynarodowe e-koncerny słyną bowiem z dopracowanej do perfekcji optymalizacji podatkowej, skutecznie unikając uiszczania danin od zysków w krajach, gdzie zostały one realnie wypracowane. Wykorzystują tutaj swoistą „płynność” charakteryzującą funkcjonowanie w globalnej sieci. Przykładowo, wykupując reklamy, czy sponsorowane posty na Facebooku, zawiera się umowę nie z polskim oddziałem tej firmy, lecz spółką zarejestrowaną w Irlandii – i to tam odnotowywane są zyski oraz odprowadzane podatki. Podatek cyfrowy (bazujący na projekcie dyrektywy przygotowywanej przez Komisję Europejską) miał przynajmniej częściowo ukrócić tę patologię. Wedle wstępnych założeń, firmy internetowe odnotowujące globalny przychód w wysokości 750 mln. euro, a na terenie Unii Europejskiej minimum 50 mln. euro, miałyby płacić 3 proc. podatku. W Polsce mieliśmy wzorem Francji nie czekać, aż państwa członkowskie UE dojdą do porozumienia (dyrektywa blokowana jest przez kraje skandynawskie), tylko wprowadzić daninę cyfrową „oddolnie”, na własną rękę – i to od 2020 r., co zapewniłoby budżetowi wg szacunków Ministerstwa Finansów ponad 217 mln. zł.

Felieton zakończyłem jednak (i tu wracamy do „krakania”) niewesołą refleksją. Mianowicie, wyraziłem wątpliwość, czy na wprowadzenie takiego podatku zezwoli nam ambasador Georgette Mosbacher, słynąca z nader aktywnego lobbowania na rzecz amerykańskich firm i potrafiąca za pomocą ostrych listów, których ton ociera się o utrzymane w kolonialnym duchu połajanki, wymusić na polskim rządzie odpowiednie ustępstwa. Tak się bowiem składa, że podatek cyfrowy uderzyłby głównie w podmioty amerykańskie, a jego wprowadzenie we Francji spotkało się ze zdecydowaną reakcją Donalda Trumpa, który zapowiedział odwetowe cła na francuskie towary. Trump przy tej okazji raczył stwierdzić, że amerykańskie firmy mają płacić podatki w Ameryce – i nigdzie indziej. Cóż, na jego miejscu zamiast pomstować, przyjrzałbym się raczej, ile faktycznie taki Google płaci podatków w USA, a ile zysków globalnego monopolisty trafia na Bermudy.

Wracając jednak do tematu – otóż niedawno okazało się, że podatku cyfrowego w Polsce jednak nie będzie. Nie tyle jednak za sprawą zakazu ambasador Mosbacher, co wiceprezydenta Mike'a Pence'a. Jak wiemy, Pence przybył do Polski z wizytą w zastępstwie Donalda Trumpa przy okazji obchodów 80. rocznicy wybuchu II Wojny Światowej i uraczył nas pięknym przemówieniem. Na tym jednak nie koniec, bowiem podczas konferencji prasowej oznajmił, iż USA przyjęły „z głęboką wdzięcznością” rezygnację z wprowadzenia przez Polskę podatku cyfrowego, dodając przy tym lekko tylko zawoalowaną pogróżkę, iż taka danina mogłaby utrudnić wymianę handlową między oboma krajami. Krótko mówiąc, podatek miał być, ale przyjechał amerykański nadzorca – i podatku nie będzie. Trudno o bardziej wyrazisty przykład kolonialnych relacji. Zresztą, takim prezentem zostaliśmy przez stronę amerykańską uraczeni nie pierwszy raz. Warto tu przypomnieć niesławny „szczyt bliskowschodni” z lutego 2019 r. O tym, że będziemy jego „organizatorami” również dowiedzieliśmy się od Mike'a Pence'a – a konkretnie z jego wypowiedzi podczas konferencji prasowej... w Egipcie.

Nasze Ministerstwo Finansów próbuje robić teraz dobrą minę do złej gry, twierdząc wbrew wcześniejszym deklaracjom, że podatek cyfrowy nigdy nie był tak naprawdę planowany, że chodziło jedynie o wspieranie takiej regulacji na poziomie europejskim i generalnie czekamy, aż Komisja Europejska ogarnie się z tematem, żeby się podłączyć pod wypracowane w Brukseli rozwiązania. Słowem, nieudolne mydlenie oczu i ogólna żenada.

No dobrze, powie ktoś, ale może taki podatek jest zwyczajnie zbędny, skoro świat został obdarowany darmowymi dobrodziejstwami ułatwiającymi globalną komunikację i upraszczającymi różne dziedziny życia? Te wszystkie portale społecznościowe pozwalające ludziom komunikować się między sobą, wyszukiwarki, mobilne systemy operacyjne, nawigacja samochodowa itp... Otóż nie. My za te „darmowe” produkty i usługi płacimy - i to słono. Walutą są tutaj nasze dane, informacje o sobie, które zostawiamy w sieci. Jest to bezcenny kapitał umożliwiający profilowanie nas, targetowanie i „monetyzowany” przez koncerny cyfrowe na wszelkie możliwe sposoby. W tym ujęciu słynna GAFA - Google, Apple, Facebook, Amazon - jawią się niczym gigantyczne giełdy, na których trwa nieustanna spekulacja najcenniejszą walutą, jaką jest informacja. A my tej waluty o rocznej wartości bilionów dolarów dostarczamy w zamian za – biorąc pod uwagę proporcje – świecidełka. I to jest kolejny powód dla którego e-koncerny powinny zostać opodatkowane – albo... zacząć płacić użytkownikom za to, że chcą korzystać z ich produktów.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatkiem w Zuckerberga


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 37 (13-19.09.2019)

niedziela, 18 sierpnia 2019

Pora na polski Facebook i You Tube

Potrzebujemy własnych, polskich mediów społecznościowych, własnego Facebooka, You Tube i Twittera. Niech powrócą internetowe „dzikie pola”!

I. „Dzikie pola” internetu

W toku trwającej od lat (i - dodajmy - póki co, kompletnie jałowej) dyskusji o repolonizacji mediów, skupiono się na mediach tradycyjnych, głównie koncernach prasowych. Jak się okazuje - niesłusznie, kompletnie przeoczono bowiem ogromny obszar wymiany informacji i opinii, jakim jest internet, a konkretnie - media społecznościowe. Tu zaś ingerencja obcego kapitału może być równie zabójcza dla zdrowej, nieskrępowanej debaty publicznej, jak dominacja np. niemieckich podmiotów w segmencie prasy regionalnej. Obecnie w przypadku serwisów społecznościowych mamy do czynienia z oligopolem globalnych korporacji – niepodzielnie rządzi wielka trójka: Facebook (do którego należy również m.in. Instagram), Google (właściciel You Tube) i Twitter. W Polsce z social media korzysta już 47 proc. internautów – jest więc to ogromne, wielomilionowe pole oddziaływania. Co więcej, na statystycznego użytkownika w Polsce przypada ponad 7 kont w mediach społecznościowych.

Powyższe dane mają przełożenie na politykę, obieg informacji, idei, opinii. Nie bez przyczyny sztaby wyborcze coraz większą wagę przywiązują do kampanii w internecie. Do niedawna to właśnie internet był „dzikimi polami” na których hulała nieskrępowana wolność słowa, kształtując i ucierając poglądy rosnącej rzeszy ludzi – w odróżnieniu od tradycyjnej prasy i telewizji, podlegających różnym formom reglamentacji. Każdy mógł założyć bloga czy konto w serwisie społecznościowym i swobodnie głosić swoje przekonania. W momencie, gdy zgromadziła się wystarczająco liczna grupa osób o zbliżonych poglądach, następował efekt skali – swoisty „rój” niezależnych, oddolnych głosów, mogących w swej masie skutecznie współtworzyć społeczny dyskurs i wpływać na opinię publiczną. Najbardziej korzystała na tym zjawisku szeroko rozumiana prawica, w realiach porządku medialnego III RP odcięta od „zabetonowanego” mainstreamu z jego „słusznymi” gazetami i telewizjami. Przypominam – mówimy o stanie sprzed 2015 roku, kiedy to na scenie medialnej rządziła w praktyce jedna opcja. W internecie takich ograniczeń nie było, zatem w naturalny sposób właśnie tam przeniosła się aktywność prawicowych podmiotów i zwykłych sympatyków, walnie przyczyniając się do zwycięstwa „dobrej zmiany”.


II. Powrót cenzury

Niestety, coraz więcej wskazuje na to, że opisany stan rzeczy odchodzi w przeszłość, a do internetu coraz szerszym frontem wkracza cenzura. Nie ta państwowa – mowa o cenzurze prywatnej, uprawianej przez wymienionych wyżej globalnych potentatów. Okazuje się bowiem, że wielkie koncerny mają swoje lewackie „ideolo”, w myśl którego treści o charakterze prawicowym i konserwatywnym są zwyczajnie niedopuszczalne. W zwalczaniu ich używa się nieprecyzyjnych terminów-wytrychów, takich jak walka z „fake-newsami” czy „mową nienawiści”, co w praktyce przekłada się na uznaniowość w dopuszczaniu bądź blokowaniu określonego przekazu. Tydzień temu opisywałem przypadki internetowych telewizji wRealu24.pl i wSensie.tv, arbitralnie zablokowanych przez administrację You Tube. Podobny los spotkał kanał pro-lajferskiej fundacji Kai Godek, a nawet... Radio Maryja i Telewizję Trwam, którym udzielono „ostrzeżenia” i usunięto nagranie z homilią abp. Marka Jędraszewskiego w której wyrażał sprzeciw wobec ideologii LGBT. To pokazuje do jakiego stopnia los niezależnych mediów uzależniony jest od jednego kliknięcia internetowego monopolisty, kierującego się własnymi względami ideologicznymi. W tej chwili sytuacja poprawiła się o tyle, że wskutek skandalu jaki wybuchł po cenzorskich zapędach administracji You Tube wspomniane kanały przywrócono, lecz... wyłączono im możliwość „monetyzacji”, tzn. zarabiania na reklamach. A zatem, tak będzie teraz wyglądała zabawa – postanowiono nieprawomyślne media zagłodzić odcinając je od istotnego źródła dochodu. Nie bez znaczenia jest również funkcjonowanie w stanie wiecznej niepewności: nigdy nie wiadomo, kiedy i za co zostaną uruchomione cenzorskie „nożyce” - czy dany kanał nie zostanie z dnia na dzień wyłączony np. za cytowanie Biblii bądź nauczania Kościoła w kwestii homoseksualizmu, albo za sprzeciw wobec propagandy LGBT. Trzeba więc powiedzieć sobie wyraźnie – internetowi monopoliści jasno określili się jako jedna ze stron w wojnie kulturowej.


III. Wolność dla wszystkich!

Jak z tym walczyć? Można udać się do sądu – jak przy wsparciu „Ordo Iuris” zamierza zrobić wSensie.tv, można też interweniować w parlamencie i Ministerstwie Cyfryzacji (tą drogą poszedł kanał wRealu24.pl), można sprawę nagłaśniać licząc na skuteczność presji społecznej. To jednak tylko działania doraźne i reaktywne – krótko mówiąc, półśrodki. Tymczasem celem długofalowym powinno być uniezależnienie się od światowych gigantów i przełamanie ich monopolu – przynajmniej na krajowym podwórku. Innymi słowy, potrzebujemy własnych, polskich mediów społecznościowych, własnego Facebooka, You Tube i Twittera. Można to osiągnąć na kilka sposobów. W budowę takiej platformy mogłyby zaangażować się chociażby media publiczne – to rozwiązanie jednak miałoby krótkie nogi, bowiem powszechnie znana skłonność do upolitycznienia państwowych środków przekazu siłą rzeczy nie ominęłaby również i tego projektu, podważając już na starcie jego wiarygodność. Można by również pójść drogą repolonizacji: przypominam, że istnieje serwis społecznościowy założony przez Polaków – to „Nasza Klasa” (obecnie „nk.pl”). W tej chwili, po serii zmian właścicielskich należy on niestety do Onetu, a więc do niemiecko-szwajcarskiej grupy Ringier Axel Springer. Należałoby zatem ów serwis odkupić i zainwestować w jego rozwój i popularyzację. Problem w tym, że musiałyby to zrobić podmioty państwowe, co sprowadza zagrożenie upolitycznienia, podobne jak w przypadku portalu opartego o media publiczne.

No i wreszcie, droga najtrudniejsza lecz zarazem najbardziej perspektywiczna. Otóż w ramach „planu Morawieckiego” ogłoszono program wsparcia dla rodzimych, polskich start-up'ów (początkujących, innowacyjnych przedsięwzięć) – „Start in Poland” o wartości 3 mld. zł. To właśnie w jego ramach należałoby ogłosić konkurs na polską platformę społecznościową, mogącą stanowić konkurencję dla największych graczy. Przypominam, że „Nasza Klasa” była dziełem studentów informatyki, zatem tego typu projekty są absolutnie w zasięgu naszych specjalistów – należy jedynie zapewnić im wsparcie kapitałowe na rozwój, tak by nie musieli sprzedawać swego dziecka, co stało się udziałem „Naszej Klasy”, tylko konsekwentnie zdobywać rynek i użytkowników. Przedsięwzięcie byłoby oczywiście w stu procentach prywatne, jednak warunkiem wsparcia określonym w specjalnej umowie musiałaby być gwarancja absolutnej wolności przekazu, której nie mogłyby ograniczać jakiekolwiek zapisy wewnętrznego regulaminu. Byłby to, mówiąc hasłowo, portal zarówno dla „prawaków”, jak i „lewaków”, w którym każdy publikuje na własną odpowiedzialność - jak pokazały przykłady prawicowej aktywności na Facebooku czy You Tube, prawica w takiej konkurencji radzi sobie doskonale, wystarczy jej tylko nie cenzurować. Niech powrócą internetowe „dzikie pola” (może nawet właśnie taką nazwę - „DzikiePola.pl” powinien przybrać przyszły serwis?).

Rządzący winni pamiętać, że nic nie trwa wiecznie. PiS kiedyś straci władzę, a wraz z nią wpływ na media publiczne. Również sprzyjające dziś rządowi prywatne tytuły zostaną wtedy momentalnie odcięte od publicznej kroplówki, chociażby w postaci reklam spółek skarbu państwa – i patrząc na ich lecącą sprzedaż, powrócą do dawnego biedowania, a może wręcz czeka je upadek. W efekcie, opcji patriotyczno-niepodległościowej zostanie po staremu aktywność w internecie. Tyle, że ten internet oznacza dziś w praktyce dominujące media społecznościowe o jednoznacznie lewicowym profilu ideologicznym, które na dodatek nie musiałyby się liczyć z odsuniętą od rządów prawicą i tym chętniej będą ją sekowały. Dlatego już dziś należy zadbać o alternatywę.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Tęczowa cenzura


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 33 (16-22.08.2019)

niedziela, 11 sierpnia 2019

Tęczowa cenzura

Dziś cenzura została „sprywatyzowana” przez globalne koncerny, a kapitał ma nader wyraziste, lewackie „ideolo”. Warto mieć tego świadomość.

I. Tęczowa cenzura na You Tube

W minionych dniach prawicową część internetu obiegły dwie bulwersujące wiadomości dotyczące praktyk cenzorskich stosowanych przez należący do Google serwis You Tube. Pierwsza z nich to usunięcie przez władze portalu rozmowy przeprowadzonej na kanale wSensie.tv z redaktorem naczelnym tygodnika „Do Rzeczy” Pawłem Lisickim. Rozmowa została przeprowadzona w ramach cyklu audycji pt. „Wierzę”, w których red. Lisicki wspólnie z prowadzącym Markiem Miśko roztrząsali różne zagadnienia religijne. Dopóki zajmowali się np. sporami na linii „moderniści” - „konserwatyści” w Kościele Katolickim, kryzysem kapłaństwa czy kwestią „unowocześniania” liturgii Mszy Św., You Tube nie widział powodów do ingerencji. Reakcję wywołał dopiero program poświęcony ideologii LGBT omówionej w kontekście nauczania Kościoła oraz Pisma Św. Jak łatwo się domyślić, analiza ideologii LGBT dokonana z perspektywy katolickiej wypadła miażdżąco – i to obudziło samozwańczych cenzorów z polskiego oddziału Googla, którzy usunęli program oraz zablokowali kanałowi wSensie.tv możliwość dodawania nowych filmów – wszystko, ma się rozumieć, pod zarzutem szerzenia „mowy nienawiści”. Jest to o tyle zabawne, że każdy kto miał okazję zapoznać się z jakimikolwiek publikacjami Pawła Lisickiego wie, że jest on wprawdzie konserwatystą jednoznacznie i zdecydowanie broniącym katolickiej Tradycji oraz zwalczającym „nowinkarstwo” - lecz zarazem trudno o publicystę bardziej merytorycznego, kulturalnego i wyważonego w słowach, przedstawiającego swe poglądy bez uciekania się do werbalnej agresji czy pogardy dla adwersarzy. To jednak w oczach cenzorów nie miało znaczenia – wystarczyło zacytowanie odnoszących się do homoseksualizmu fragmentów Biblii i kościelnego nauczania, by zasłużyć na „bana”. Co więcej, w przypadku dalszego ignorowania tego typu „ostrzeżeń”, kanałowi grozi całkowite usunięcie z serwisu. Zachowanie władz You Tube jest tym bardziej skandaliczne, że w uzasadnieniu decyzji standardowo powołują się jedynie na zapis regulaminu dotyczący zakazu szerzenia „mowy nienawiści” bez wskazania jakie konkretnie treści czy fragmenty programu ów zakaz naruszały. Sytuacja rodem z „Procesu” Kafki lub bardziej swojsko - „nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobi”.

Dodajmy, że sprawa jest rozwojowa, bowiem twórcy programu przy wsparciu Ordo Iuris zamierzają wystąpić przeciw polskiemu oddziałowi Google na drogę sądową (wysłano już pismo przedprocesowe), gdyż blokada zastosowana przez You Tube i zarzut stosowania „mowy nienawiści” narusza wolność słowa oraz dobra osobiste zarówno dziennikarzy, jak i podmiotów tworzących program.

Drugi przypadek, jeszcze bardziej bulwersujący, to całkowite usunięcie przez You Tube kanału popularnej telewizji internetowej wRealu24.pl (ponad 250 tys. subskrybentów). Tu również zaczęło się od „ostrzegawczych” blokad programów (i to podczas nadawania na żywo) omawiających białostocką gej-paradę m.in. z udziałem Marcina Roli, Piotra Szlachtowicza i Marcina Dybowskiego. Co ciekawe, serwis chwilowo odblokował konto telewizji 1 sierpnia, dzięki czemu mogła ona wyemitować na żywo relację z Marszu Powstania Warszawskiego – jednak tylko po to, by 3 sierpnia całkowicie usunąć kanał pod pozorem... szerzenia „treści gloryfikujących przemoc lub podżegających do przemocy wobec drugiego człowieka lub grupy ludzi”. Rozumieją Państwo? Relacja z obywatelskich obchodów rocznicy Powstania wg You Tube rzekomo „szerzy nienawiść” (screeny z komunikatów You Tube dostępne są na stronie wRealu24.tv). Również i w tym przypadku nie podano żadnych konkretnych wypowiedzi czy treści, które miałyby naruszać regulamin. Po prostu: szerzycie nienawiść – a konkretnie? - a, bo tak! Istny „paragraf 22”. Twórcy portalu zapowiadają m.in. pikiety pod polską siedzibą Google oraz interwencję u wiceministra cyfryzacji Adama Andruszkiewicza, który w ministerstwie odpowiada m.in. za media społecznościowe.


II. Liberalny zamordyzm

W tym miejscu należy się Czytelnikom wyjaśnienie, aby uniknąć podejrzeń, że uprawiam tu jakąś prywatę: oświadczam, że nie jestem w żaden sposób związany z którąkolwiek z wymienionych wyżej telewizji (no chyba, że jako jeden z setek tysięcy widzów). Jestem natomiast głęboko przekonany, że tej sprawy nie można ot, tak zostawić - w imię dobrze pojętego publicznego interesu. Widać bowiem jak na dłoni, że światowi giganci usług internetowych, wykorzystując swą monopolistyczną pozycję rynkową, przystąpili do systematycznego „wycinania” niewygodnych z ich punktu widzenia prawicowych, konserwatywnych treści. Nie dotyczy to bynajmniej jedynie Googla i naszego kraju – jest to trend ogólnoświatowy, w którym uczestniczy m.in. także inny globalny monopolista – Facebook, słynący z banowania prawicowych kont i stron, „obcinania” zasięgów czy ukrywania postów pod różnymi pretekstami. Tu osobisty wtręt – na swoim profilu FB mam zwyczaj wrzucać zapowiedzi kolejnych numerów „Warszawskiej Gazety” oraz zajawki swoich artykułów i notorycznie spotykam się z sytuacją „ukrywania” ich pod pozorem... szerzenia spamu. Ot, cenzurka w białych rękawiczkach... Odwoływać można się na Berdyczów.

Podkreślam – opisane na wstępie przypadki wymagają solidarnej postawy nas wszystkich, odbiorców prawicowego przekazu, inaczej korporacyjne lewactwo „zniknie” nas jednym pstryknięciem. Dziś cenzorzy przyszli po wSensie czy wRealu – jutro mogą przyjść po każdego z nas, skutecznie uniemożliwiając publikowanie i popularyzację naszych poglądów. „Mowa nienawiści” jest tu perfidnym wytrychem, bowiem umożliwia podciągnięcie pod ten celowo nieprecyzyjny, płynny termin każdej niewygodnej krytyki. Tak to już jest z „wolnością słowa” w liberalizmie – oznacza ona wolność propagowania wyłącznie treści lewicowo-liberalnych. Wszystko co znajduje się na prawo od tego wąskiego spektrum, kwalifikowane jest jako „nienawiść”. Wystarczy zresztą spojrzeć na „lewą” stronę internetu, gdzie fala prymitywnego hejtu pod adresem Kościoła, księży i osób wyznających tradycyjny system wartości nie spotyka się z żadną reakcją.

To wszystko, rzecz jasna, wpisuje się w ofensywę ideologii LGBT, której monopoliści w rodzaju Googla i Facebooka otwarcie sprzyjają – w Polsce są obecni chociażby na kolejnych gej-paradach, afiszują się z okolicznościowymi „tęczowymi” logami, promują treści propagujące „nieheteronormatywne” zachowania... „Tolerancja” w ich wydaniu oznacza jednostronną, lewacką propagandę afirmującą rozmaite „mniejszości” przy jednoczesnym kneblowaniu „zacofanej” większości. To nic innego, jak inżynieria społeczna. Globalne korporacje wykorzystując (nigdy dość powtarzania) monopolistyczną pozycję, usiłują urządzać nam życie, meblować głowy i narzucać określony światopogląd. Tyczy się to zresztą nie tylko internetu – dość przypomnieć sprawę zwolnionego za poglądy pracownika IKEA czy ostentacyjną obecność światowych korporacji na warszawskim Marszu Równości.


III. Prywatyzacja cenzury

Trzeba sobie powiedzieć jasno – żyjemy w świecie, do którego powróciła cenzura. Tyle, że zamiast jawnej cenzury państwowej, mamy obecnie do czynienia z o wiele groźniejszą, ukrytą mutacją. Dziś cenzura została „sprywatyzowana” przez globalne koncerny wykorzystujące w tym celu swobodę prowadzenia działalności gospodarczej i wewnętrzne, firmowe regulaminy. Osobiście sądzę, że ta nagła akcja You Tube przeciw prawicowym kanałom wynika z tego, że korporacyjni macherzy zorientowali się w ich rosnącej popularności oraz co równie ważne – profesjonalizacji. To już nie są chałupniczo robione filmiki typu „laptop i komórka”, lecz programy realizowane na prawdziwie „telewizyjnym” poziomie. Należało zatem odebrać im „tlen”.

Podsumowując, kiedyś nam wmawiano, że kapitał jest „przeźroczysty” - nie ma ojczyzny ani poglądów. Kryzys finansowy pokazał, że kapitał jak najbardziej ma „narodowość”. Teraz natomiast przekonujemy się, że ma również nader wyraziste, lewackie „ideolo”. Warto mieć tego świadomość.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Cele i strategia ruchów LGBT

Czy LGBT podpali Polskę?

„Tęczowi” w Białymstoku nie przeszli

Ofensywa homozamordyzmu

Homo-sponsoring

„Karta LGBT+”, czyli akcja werbunkowa

Mowa nienawiści – knebel na prawicę


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Artykuł opublikowany w tygodniku „Warszawska Gazeta” nr 32 (09-15.08.2019)

czwartek, 1 sierpnia 2019

Podatkiem w Zuckerberga

Ministerstwo Finansów wprawdzie przymierza się do podatku cyfrowego – ale pozostaje pytanie, czy ambasador Mosbacher nam na to pozwoli...

Polski rząd od jakiegoś czasu pracuje nad podatkiem cyfrowym – wg planów ma on zostać wprowadzony jeszcze w tym roku i objąć przede wszystkim międzynarodowych, internetowych gigantów, takich jak Facebook, Google czy Amazon. Inicjatywa Ministerstwa Finansów nie dziwi – dziwić może raczej, że dzieje się to dopiero teraz, bowiem wśród wielkich koncernów stosujących agresywną optymalizację podatkową firmy internetowe od dawna wiodą prym, unikając opodatkowania wszelkimi możliwymi sposobami. Nie jest to bynajmniej tylko polska specyfika – z podobnymi problemami borykają się również inne państwa Europy i świata w których internetowi potentaci zarabiają swoje miliardy euro i dolarów. Zauważyła to w końcu również Komisja Europejska pracująca obecnie nad dyrektywą wg której firmy internetowe osiągające globalnie przychód co najmniej 750 mln. euro, a na terenie Unii Europejskiej ponad 50 mln. euro, płaciłyby daninę w wysokości 3 proc. Ponieważ jednak działania Brukseli utknęły w martwym punkcie (nie udało się osiągnąć jednomyślności), poszczególne kraje Unii, w tym Polska, chcą wprowadzać podatek cyfrowy „oddolnie”, na własną rękę, bazując na projekcie dyrektywy. Pierwsza postąpiła w ten sposób Francja, wprowadzając w tym roku daninę cyfrową (i to z mocą wsteczną, od początku 2019 r.), która ma przynieść szacunkowo ok. 400 mln. euro. Podobne regulacje rozważają też m.in. Hiszpania czy Włochy. W Polsce początkowo oceniano wpływy do budżetu nawet na 1 mld. zł., by jednak wkrótce spuścić z tonu – obecnie mówi się raczej o ponad 217 mln. zł.

Generalnie, patrząc od strony podatkowej, aktywność internetowych koncernów można opisać jednym słowem – patologia. Przykładowo, Facebook w 2017 r. nie zapłacił w Polsce ani złotówki CIT, mimo że wg danych PwC (przytaczam za money.pl) na samych tylko reklamach w Polsce zarobił ok. 596,5 mln. zł. Mechanizm jest prosty – wszystkie faktury wystawia ulokowana w Irlandii spółka Facebook Ireland Limited i to właśnie tam trafiają pieniądze za reklamy czy posty sponsorowane. Natomiast Facebook Poland jest dla naszego fiskusa „niewidzialny”. Z tylko nieco lepszą sytuacją mamy do czynienia w przypadku innego wielkiego gracza – Google. W 2016 r. firma wypracowała w Polsce 299 mln. zł. przychodów – natomiast podlegający opodatkowaniu zysk udało jej się „ściąć” do poziomu 63,4 mln. Finalnie do budżetu państwa z tytułu CIT trafiło raptem nieco ponad 12 mln. zł.

Jak widać na powyższych przykładach, specyfika aktywności internetowej sprawia, iż podatek CIT zwyczajnie się na tym polu nie sprawdza. Oczywiście, podobne problemy natury „optymalizacyjnej” występują także w innych branżach, w szczególności gdy mamy do czynienia z ponadnarodowymi korporacjami, które do perfekcji opanowały żonglowanie kosztami, ale przypadek internetowych gigantów, często o niemal monopolistycznej pozycji, jest szczególnie drastyczny. Stąd też potrzeba wprowadzenia osobnego, „dedykowanego” specjalnie dla nich podatku – ot, taka danina „skrojona na miarę”. Trudno w tej chwili oceniać szczegóły rządowego projektu, bowiem doświadczenie uczy, że w przypadku podobnych, „kontrowersyjnych” rozwiązań efekt finalny może się diametralnie różnić od pierwotnych założeń, czego przykładem mogą być chociażby losy tzw. „ustawy frankowej” skrupulatnie „kastrowanej” aż do ostatniej chwili. Jednak biorąc pod uwagę wspomniane wyżej prognozy nieznacznie tylko przekraczające 217 mln. zł., wpływy do budżetu będą raczej symboliczne, co jest rażąco niewspółmierne do pozycji rynkowej największych graczy.

Przypomnijmy, że Facebook ma w Polsce grubo ponad 16 mln. użytkowników. To oni kupują i oglądają reklamy, wykupują płatne posty, nie wspominając już o gigantycznym zasobie danych – istnej marketingowej skarbnicy, co pokazała afera Cambridge Analytica. Z kolei należący do Google You Tube to aż 21 mln. użytkowników. A przecież nie są oni jedyni – w sumie, z serwisów społecznościowych korzysta 47 proc. polskich internautów. I to ma przynieść raptem 217 mln. zł? W tym momencie pozwolę sobie przypomnieć rzuconą tu jakiś czas temu pół-żartem, pół-serio propozycję wprowadzenia „podatku pogłównego” - serwisy płaciłyby zryczałtowany podatek od każdego użytkownika (by nie zarżnąć małych portali można by wprowadzić jakiś próg – powiedzmy, płaciłoby się od 500 tys. użytkowników w górę). Rozwiązanie to ma tę zaletę, że jest proste i nie pozostawia pola manewru na manipulacje kosztami. Masz użytkowników – płacisz, kropka.

Jest tylko jeden szkopuł – po wprowadzeniu podatku cyfrowego we Francji piany dostał Donald Trump, grożąc Paryżowi wojną handlową (podatek uderza głównie w firmy amerykańskie). W Polsce natomiast mamy już doświadczenia z ambasador Mosbacher, która jednym listem potrafiła na naszym rządzie wymusić przychylne traktowanie amerykańskich podmiotów (np. casus Ubera). Tak więc, póki co, Min. Finansów wprawdzie przymierza się do nowego podatku – ale pozostaje pytanie, czy ambasador Mosbacher nam na to pozwoli...

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatek od ucieczki do raju

Wszyscy płacimy za optymalizację


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 30-31(26.07-06.08.2019)

sobota, 18 listopada 2017

Pod-Grzybki 118

Za nami Wszystkich Świętych, które w „Soros-Szechter Cajtung” zwane jest zgodnie z odziedziczoną po KPP nomenklaturą „świętem zmarłych”. Z tej okazji z listu „czytelniczki” dowiedzieliśmy się, że jej mąż podobnie jak większość Polaków tego dnia chleje i jeździ po pijaku. Czytelniczce współczujemy, ale nie za długo, bo już za chwilę kolejne teksty – o pracy grabarza, balsamisty zwłok i „trupiej farmie” w USA. A na deser socjolog z UW oznajmia: „dziś nie mamy kultu zmarłych, a kult grobów”. Panu socjologowi wyjaśniam – od czasu zaniknięcia tradycji „dziadów” nie mamy w Polsce żadnego „kultu zmarłych”. Mamy kult świętych. W Dzień Zaduszny natomiast modlimy się za dusze naszych bliskich, a to zupełnie co innego. Kult zmarłych - przodków, istnieje np. w Azji, gdzie stawia im się w domach ołtarzyki i składa ofiary, bo inaczej mogą powrócić i to w niekoniecznie miłej postaci. Ale cóż, pogaństwo najwyraźniej tak wżarło się w mózgi nowoczesnych „elit”, że nawet nie dostrzegają różnicy.


*

A tymczasem Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu wykupił dla swych pracowników i studentów roczną cyfrową prenumeratę „Wyborczej” - na oko jakieś 25 tys. subskrypcji. Z tego wniosek, że „elity” nie pozwolą organowi Michnika upaść – co straci w sprzedaży kioskowej, to sobie odbije w „masówce” elektronicznej. Ciekawe tylko, czy ze znajomości „Wyborczej” będą odpytywani studenci na egzaminach?


*

Przed spodziewaną rekonstrukcją rządu minister Waszczykowski dostał dyplomatycznego ADHD i zaktywizował się na odcinku ukraińskim, ogłaszając, że powstanie lista tamtejszych banderowców niepożądanych na terytorium polskim. Lepiej późno niż wcale, bo analogiczna lista po stronie ukraińskiej funkcjonuje już od dawna. Jakby tego było mało, „Waszczu” pojechał także po niemieckiej minister Ursuli von der Leyen, która była łaskawa stwierdzić w telewizji ZDF, że należy „wspierać” w Polsce „demokratyczny opór młodego pokolenia”. Czy Waszczykowski uratuje stołek to osobna sprawa, ale odnotujmy, że przy okazji głos zabrał publicysta „Wyborczej” i były korespondent w Berlinie Bartosz T. Wieliński, znany z tego, że w żadnej spornej sprawie nie staje po stronie Polski – i również tym razem pryncypialnie schłostał naszą politykę zagraniczną. Moim skromnym zdaniem, Wieliński zamiast sążnistych „analiz” powinien każdorazowo pisać jedno i to samo zdanie: „W kwestiach spornych z innymi państwami Polska z zasady nigdy nie ma racji”. Przynajmniej podupadająca „Wyborcza” zaoszczędziłaby na wierszówce.


*

Należący do Google'a You Tube zbanował kanał Grzegorza Brauna – z powodu nieprawomyślnego filmu o reformacji. Skojarzyło mi się to z wcześniejszym uciszeniem przez kościelnych przełożonych innego krytyka protestantyzmu - ks. prof. Tadeusza Guza. Ciekawe, czy jego duchownym zwierzchnikom przyszło do głowy, że mimowolnie ustawili się w jednym szeregu z lewackim koncernem? I czy uważają, że jest to dla nich właściwe towarzystwo?


Gadający Grzyb


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


„Pod-Grzybki” opublikowane w dwutygodniku „Polska Niepodległa” nr 42 (15-28.11.2017)