Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CIT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą CIT. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2020

Podatkowe paserstwo

Unia Europejska rocznie na unikaniu opodatkowania traci 170 mld. euro – zatem suma strat podatkowych krajów członkowskich jest o 1/5 większa od całego budżetu UE!

Na tegoroczny szczyt w Davos Polski Instytut Ekonomiczny przygotował prezentację raportu pt. „Niesprawiedliwość podatkowa w Unii Europejskiej. W kierunku większej solidarności w walce z unikaniem opodatkowania”. Głównym autorem publikacji jest dr Jakub Sawulski (niemal rok temu omawiałem tu jego inny raport pt. „Kogo obciążają podatki w Polsce?”), a wstępem opatrzył ją premier Mateusz Morawiecki. Dokument ten był punktem wyjścia dla panelu dyskusyjnego z udziałem wspomnianego Mateusza Morawieckiego oraz sekretarza generalnego OECD Jose Angela Gurrii i francuskiego ministra finansów Bruno le Maire'a, zorganizowanego pod hasłem „Współpraca podatkowa: jak uniknąć wyścigu do dna”. Niestety, trudno dociec, czy oficjele doszli do jakichkolwiek konstruktywnych konkluzji – a takowe byłyby wielce pożądane, bowiem dane zaprezentowane w raporcie stawiają włosy na głowie.

Otóż cała Unia Europejska rocznie na unikaniu opodatkowania traci 170 mld. euro - z czego na wyprowadzanie pieniędzy przez wielkie korporacje przypada 60 mld., najzamożniejsze osoby prywatne – 46 mld., zaś luka w VAT odpowiada za 64 mld. euro. Można to porównać chociażby z unijnym budżetem – obecnie to ok. 960 mld. euro., co daje nieco ponad 137 mld. euro rocznie. Zatem, jak podkreślają autorzy raportu, suma strat podatkowych krajów członkowskich jest o 1/5 większa od całego budżetu UE! Jest to w znacznej mierze wynikiem zjawiska określanego często jako „wyścig do dna”, który na swój użytek nazywam „konkurencją o to, kto lepiej dogodzi bogatemu”. Poszczególne kraje prześcigają się w różnych ulgach i ułatwieniach, mających ściągnąć zagranicznych inwestorów – tyle, że w ostatecznym rozrachunku niewiele z tego mają, bo wypracowane w danym kraju zyski transferowane są do rajów podatkowych. W ramach Unii Europejskiej funkcje takich rajów pełni sześć państw: Luksemburg, Cypr, Malta, Irlandia, Belgia i Holandia. Warto dodać, iż państwa te nie zawsze są punktami docelowymi i często stanowią jedynie „stacje przesiadkowe” przed ostatecznym transferem kapitału poza granice UE – czyli na różne „Wyspy Bergamuty” w rodzaju Kajmanów czy innych Seszeli.

Jak to się odbywa? Ano, globalny koncern dogaduje się np. z rządem Holandii, że zarejestruje tam spółkę-wydmuszkę z kilkuosobową obsadą – ale spółka ta jest właścicielem np. znaku towarowego, który następnie „wydzierżawia” funkcjonującym w innych krajach podmiotom z tej samej grupy kapitałowej, pobierając za to opłaty. Ze ściągniętego w ten sposób kapitału „odpala” holenderskiemu rządowi w ramach CIT powiedzmy 3 proc. Dla rządu Holandii to i tak czysty zysk, bo przecież taka spółeczka nie generuje dla państwa żadnych kosztów (praktycznie nie korzysta chociażby z publicznej infrastruktury). W zamian za tę „dolę” holenderski rząd przymyka oko na wytransferowanie reszty funduszy poza UE – i tak oto, wygenerowane w Europie zyski nagle „znikają z horyzontu”. Inny sposób to udzielanie przez takie „spółki-wydmuszki” powiązanym firmom pożyczek na realizację inwestycji, które następnie ściąga z odpowiednim oprocentowaniem.

Jaka jest skala tego procederu? Dla Belgii dochód z praktyk optymalizacyjnych to 16 proc. ogólnych rocznych wpływów z CIT, dla Holandii – 30 proc., dla Luksemburga – 54 proc., dla Irlandii – 65 proc., Malty – 88 proc. Skutek? Efektywne opodatkowanie korporacji w skali UE w ciągu ostatnich 20 lat spadło z 24 do 16 proc. Najbardziej poszkodowane kraje to Niemcy (tracące rocznie ok. 28 proc. potencjalnych wpływów z CIT), Węgry i Francja (ok. 24 proc.) i Wlk. Brytania (jeszcze w ramach UE traciła ok. 17 proc. wpływów z CIT rocznie). Polska prezentuje się na tym tle nie najgorzej – rocznie tracimy „tylko” nieco ponad 10 proc. wpływów z CIT.

Konsekwencje tego paserstwa (bo trudno inaczej nazwać programowe czerpanie korzyści z okradania innych państw z należnych im podatków) są rozliczne. Okradane kraje zmuszane są do cięć odbijających się na jakości usług publicznych i poziomie życia obywateli; zadłużania się w większym wymiarze, niż byłoby to konieczne, gdyby wypracowane zyski zostawały na miejscu; wreszcie – przerzucania obciążeń podatkowych na mniejsze podmioty gospodarcze i zwykłych ludzi, nie dysponujących możliwościami „optymalizacyjnymi”. Do tego należy doliczyć pogłębiającą się nierównowagę, zaburzającą rynkową konkurencję – dociśnięta daninami średnia firma nie ma szans w konkurowaniu z gigantem nie płacącym niemal żadnych podatków.

W ramach środków zaradczych, autorzy raportu postulują m.in. wprowadzenie minimalnej unijnej stawki CIT, stworzenie „czarnej listy” rajów podatkowych (takowa nawet powstała, ale... nie obejmuje ona państw UE – i trudno się dziwić, skoro na czele KE stał wówczas b. premier Luksemburga Jean-Claude Juncker) oraz nadanie KE prawa do wymierzania sankcji wobec państw członkowskich biorących udział w optymalizacyjnym procederze. Ciekawe, czy nowa Komisja włączy ten problem do swej agendy? Byłby to prawdziwy test na słynną „europejską solidarność”.


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Regresywny system podatkowy, czyli śmierć frajerom


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 7 (14-20.02.2020)

niedziela, 11 sierpnia 2019

Podatek od „optymalizacji”

Kiedy wreszcie damy sobie spokój z tym całym CIT-em i po prostu zastąpimy go podatkiem od przychodów? Mam nawet nazwę: podatek antyoptymalizacyjny.

W poprzednim wydaniu „Gazety Finansowej” omówiłem plany wprowadzenia tzw. podatku cyfrowego, mającego przywołać do elementarnego porządku globalne korporacje internetowe (Facebook, Google itp.), słynące z agresywnej „optymalizacji” podatkowej – tj. unikania płacenia podatków w krajach, w których realnie wypracowują swoje zyski. Dziś zajmiemy się innym podatkiem, ale z tej samej parafii – mianowicie, podatkiem od sprzedaży detalicznej, zwanym potocznie „podatkiem od marketów”. Został on uchwalony już w 2016 r., jednak niemal natychmiast zawieszono jego stosowanie, bowiem do sprawy wmieszała się Komisja Europejska, zarzucając Polsce złamanie unijnego prawa dotyczącego pomocy publicznej – nowa danina wg KE miałaby faworyzować mniejsze podmioty kosztem wielkopowierzchniowych sieci handlowych.

Tu zwróćmy uwagę na pewien charakterystyczny szczegół. O ile podatek cyfrowy wprowadzany jest z „błogosławieństwem” Brukseli (która pracuje nad ogólnoeuropejską dyrektywą w tej materii) i bazuje na projekcie opracowanym w Komisji Europejskiej, o tyle „podatek od marketów” z miejsca spotkał się z zajadłym sprzeciwem władz unijnych, mimo że dotyczy identycznego problemu - wyprowadzania zysków i unikania opodatkowania. Można domyślać się tutaj stricte politycznych motywacji – podatek cyfrowy uderza przede wszystkim w firmy amerykańskie (stąd gniewne reakcje Donalda Trumpa) i zapewne jest przez KE traktowany jako element wojny handlowej ze Stanami Zjednoczonymi. Natomiast podatek od sprzedaży detalicznej uderzyłby przede wszystkim w handlowych gigantów „starej” Unii – firmy niemieckie, francuskie, holenderskie, brytyjskie... Widać tu jak dłoni kolonialny stosunek do naszego regionu, który ma być rynkiem zbytu i źródłem zysków transferowanych następnie do zachodnioeuropejskich central. Płacić podatki tam, gdzie fizycznie osiągnięto dochód? Przecież nie po to wkraczaliśmy do „nowej Europy” ze swoimi sieciami! Ów radykalny sprzeciw Komisji pokazuje również siłę oddziaływania biznesowego lobbyingu na procesy decyzyjne w UE. To tyle, jeśli chodzi o pilnowanie przez Brukselę warunków równej i sprawiedliwej dla wszystkich konkurencji gospodarczej – albowiem od razu trzeba dodać, że podatkowe uprzywilejowanie największych, międzynarodowych graczy stawia na przegranej pozycji rodzinne, niewielkie sklepy, pozbawione możliwości „optymalizacyjnych”. Podatek handlowy zatem nikogo nie „uprzywilejowuje” - przeciwnie, ma na celu wyrównanie podstawowych reguł gry rynkowej.

W każdym razie, sprawa podatku trafiła przed Sąd Unii Europejskiej, który w maju tego roku przyznał Polsce rację. Sąd UE stwierdził m.in., że konstrukcja podatku nie prowadzi do selektywnych korzyści dla określonych grup podmiotów, chociażby dlatego, że wielkie przedsiębiorstwa korzystają z efektu skali dzięki któremu mogą mieć proporcjonalnie niższe koszty od małych graczy. W związku z tym, uznał zastrzeżenia KE dotyczące nieuprawnionej pomocy publicznej za bezzasadne. Jednak Komisja nie odpuszcza i pod koniec lipca dowiedzieliśmy się, że ma zamiar odwołać się do TSUE – piłka zatem wciąż pozostaje w grze, choć do przerwy jest 1:0 dla nas.

Przypomnijmy, że rządowy projekt zakłada progresywną konstrukcję „podatku od marketów”: stawkę 0,8 proc. od przychodów mieszczących się w przedziale od 17 mln. do 170 mln. zł. miesięcznie i 1,4 proc. od przychodów powyżej 170 mln. zł. miesięcznie. Ważne jest tu oparcie się na kategorii przychodu a nie dochodu, gdyż większość sztuczek „optymalizacyjnych” zasadza się na mnożeniu „kosztów” pozwalających skutecznie zredukować dochód będący podstawą opodatkowania – to jest zresztą podstawową wadą podatku CIT, sprawiającą iż efektywna stopa CIT jest na ogół niższa od nominalnej. Wśród patologii można wymienić chociażby „ceny transferowe” - czyli ceny jakimi operują między sobą podmioty w ramach tej samej grupy kapitałowej, bądź sprzedawanie przez „centralę” spółkom zależnym praw do korzystania z marki i loga, albo wręcz... projektów urządzenia wnętrza sklepów. A jest to tylko wierzchołek góry lodowej.

W efekcie, jak możemy zobaczyć w najnowszych danych Min. Finansów za rok 2018 (stan na 1 czerwca 2019), największe sieci handlowe w Polsce albo w ogóle nie płacą CIT, wykazując straty, albo są to kwoty symboliczne zważywszy na skalę działalności. Przykładowo: Tesco – zero CIT i ponad 445 432 744 zł. straty; Auchan – zero CIT i ponad 24 813 048 zł. straty; Macro Cash and Carry – zero CIT; Kaufland – 48 386 276 zł. CIT przy 10 228 950 585 zł. przychodu; Carrefour - 9 227 936 447 zł. przychodu i 16 841 100 zł. CIT. I tak dalej – wychodzi na to, że sieci handlowe w Polsce uprawiają działalność charytatywną (albo, patrząc z punktu widzenia państwa - pasożytniczą). Dlatego podatek detaliczny mówi „sprawdzam”. A ja zastanawiam się już tylko, kiedy wreszcie damy sobie spokój z tym całym CIT-em i po prostu zastąpimy go podatkiem od przychodów? Mam nawet nazwę: podatek antyoptymalizacyjny. Czy znajdzie się odważny?


Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatkiem w Zuckerberga

Podatek od ucieczki do raju

Wszyscy płacimy za optymalizację


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 32-33 (09-22.08.2019)

czwartek, 1 sierpnia 2019

Podatkiem w Zuckerberga

Ministerstwo Finansów wprawdzie przymierza się do podatku cyfrowego – ale pozostaje pytanie, czy ambasador Mosbacher nam na to pozwoli...

Polski rząd od jakiegoś czasu pracuje nad podatkiem cyfrowym – wg planów ma on zostać wprowadzony jeszcze w tym roku i objąć przede wszystkim międzynarodowych, internetowych gigantów, takich jak Facebook, Google czy Amazon. Inicjatywa Ministerstwa Finansów nie dziwi – dziwić może raczej, że dzieje się to dopiero teraz, bowiem wśród wielkich koncernów stosujących agresywną optymalizację podatkową firmy internetowe od dawna wiodą prym, unikając opodatkowania wszelkimi możliwymi sposobami. Nie jest to bynajmniej tylko polska specyfika – z podobnymi problemami borykają się również inne państwa Europy i świata w których internetowi potentaci zarabiają swoje miliardy euro i dolarów. Zauważyła to w końcu również Komisja Europejska pracująca obecnie nad dyrektywą wg której firmy internetowe osiągające globalnie przychód co najmniej 750 mln. euro, a na terenie Unii Europejskiej ponad 50 mln. euro, płaciłyby daninę w wysokości 3 proc. Ponieważ jednak działania Brukseli utknęły w martwym punkcie (nie udało się osiągnąć jednomyślności), poszczególne kraje Unii, w tym Polska, chcą wprowadzać podatek cyfrowy „oddolnie”, na własną rękę, bazując na projekcie dyrektywy. Pierwsza postąpiła w ten sposób Francja, wprowadzając w tym roku daninę cyfrową (i to z mocą wsteczną, od początku 2019 r.), która ma przynieść szacunkowo ok. 400 mln. euro. Podobne regulacje rozważają też m.in. Hiszpania czy Włochy. W Polsce początkowo oceniano wpływy do budżetu nawet na 1 mld. zł., by jednak wkrótce spuścić z tonu – obecnie mówi się raczej o ponad 217 mln. zł.

Generalnie, patrząc od strony podatkowej, aktywność internetowych koncernów można opisać jednym słowem – patologia. Przykładowo, Facebook w 2017 r. nie zapłacił w Polsce ani złotówki CIT, mimo że wg danych PwC (przytaczam za money.pl) na samych tylko reklamach w Polsce zarobił ok. 596,5 mln. zł. Mechanizm jest prosty – wszystkie faktury wystawia ulokowana w Irlandii spółka Facebook Ireland Limited i to właśnie tam trafiają pieniądze za reklamy czy posty sponsorowane. Natomiast Facebook Poland jest dla naszego fiskusa „niewidzialny”. Z tylko nieco lepszą sytuacją mamy do czynienia w przypadku innego wielkiego gracza – Google. W 2016 r. firma wypracowała w Polsce 299 mln. zł. przychodów – natomiast podlegający opodatkowaniu zysk udało jej się „ściąć” do poziomu 63,4 mln. Finalnie do budżetu państwa z tytułu CIT trafiło raptem nieco ponad 12 mln. zł.

Jak widać na powyższych przykładach, specyfika aktywności internetowej sprawia, iż podatek CIT zwyczajnie się na tym polu nie sprawdza. Oczywiście, podobne problemy natury „optymalizacyjnej” występują także w innych branżach, w szczególności gdy mamy do czynienia z ponadnarodowymi korporacjami, które do perfekcji opanowały żonglowanie kosztami, ale przypadek internetowych gigantów, często o niemal monopolistycznej pozycji, jest szczególnie drastyczny. Stąd też potrzeba wprowadzenia osobnego, „dedykowanego” specjalnie dla nich podatku – ot, taka danina „skrojona na miarę”. Trudno w tej chwili oceniać szczegóły rządowego projektu, bowiem doświadczenie uczy, że w przypadku podobnych, „kontrowersyjnych” rozwiązań efekt finalny może się diametralnie różnić od pierwotnych założeń, czego przykładem mogą być chociażby losy tzw. „ustawy frankowej” skrupulatnie „kastrowanej” aż do ostatniej chwili. Jednak biorąc pod uwagę wspomniane wyżej prognozy nieznacznie tylko przekraczające 217 mln. zł., wpływy do budżetu będą raczej symboliczne, co jest rażąco niewspółmierne do pozycji rynkowej największych graczy.

Przypomnijmy, że Facebook ma w Polsce grubo ponad 16 mln. użytkowników. To oni kupują i oglądają reklamy, wykupują płatne posty, nie wspominając już o gigantycznym zasobie danych – istnej marketingowej skarbnicy, co pokazała afera Cambridge Analytica. Z kolei należący do Google You Tube to aż 21 mln. użytkowników. A przecież nie są oni jedyni – w sumie, z serwisów społecznościowych korzysta 47 proc. polskich internautów. I to ma przynieść raptem 217 mln. zł? W tym momencie pozwolę sobie przypomnieć rzuconą tu jakiś czas temu pół-żartem, pół-serio propozycję wprowadzenia „podatku pogłównego” - serwisy płaciłyby zryczałtowany podatek od każdego użytkownika (by nie zarżnąć małych portali można by wprowadzić jakiś próg – powiedzmy, płaciłoby się od 500 tys. użytkowników w górę). Rozwiązanie to ma tę zaletę, że jest proste i nie pozostawia pola manewru na manipulacje kosztami. Masz użytkowników – płacisz, kropka.

Jest tylko jeden szkopuł – po wprowadzeniu podatku cyfrowego we Francji piany dostał Donald Trump, grożąc Paryżowi wojną handlową (podatek uderza głównie w firmy amerykańskie). W Polsce natomiast mamy już doświadczenia z ambasador Mosbacher, która jednym listem potrafiła na naszym rządzie wymusić przychylne traktowanie amerykańskich podmiotów (np. casus Ubera). Tak więc, póki co, Min. Finansów wprawdzie przymierza się do nowego podatku – ale pozostaje pytanie, czy ambasador Mosbacher nam na to pozwoli...

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Podatek od ucieczki do raju

Wszyscy płacimy za optymalizację


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 30-31(26.07-06.08.2019)

niedziela, 3 czerwca 2018

Wszyscy płacimy za „optymalizację”

Koszty „optymalizacji” i nieefektywności państwowego aparatu skarbowego w odniesieniu do największych podmiotów ponosi całe społeczeństwo.

Doczekaliśmy się opublikowania pierwszej odsłony zapowiadanej przez premiera Morawieckiego „białej listy”, zawierającej dane podatkowe (CIT) 2,5 tys. największych działających w Polsce firm oraz podatkowych grup kapitałowych. Smakowite kąski zaprezentował niedawno w „Gazecie Finansowej” Mateusz Milan (dowiedzieliśmy się chociażby, że prawdziwymi rekordzistami w agresywnej optymalizacji podatkowej są wiodące telekomy, ale nie tylko – uwagę zwraca dorównująca im pod tym względem telewizja TVN), tak więc tutaj skoncentruję się na wątkach dotyczących ogólnych prawidłowości ucieczki przed opodatkowaniem, tudzież konsekwencji społeczno-gospodarczych tego procederu.

Pierwszy trop poddał sam Mateusz Morawiecki stwierdzając, że w sensie przepływów finansowych Polska jest w ramach Unii Europejskiej płatnikiem netto. O ile z kasy UE wpływa do Polski 25 mld. zł., to zagraniczny kapitał inkasuje dywidendy na poziomie 100 mld. zł. Jak łatwo się domyślić, jest to cena za przyjęty przez nas (lub może raczej – narzucony nam) neokolonialny model rozwoju polegający na otwarciu na oścież naszej gospodarki, co wiązało się z opanowaniem jej kluczowych segmentów przez podmioty zagraniczne. Z głosem premiera Morawieckiego współbrzmią dane watchdoga „Global Financial Integrity” badającego nielegalne przepływy finansowe. Z cyklicznych raportów „Illicit Financial Flows from Developing Countries” (które, nawiasem, zdarzyło mi się już na tych łamach omawiać) możemy się dowiedzieć, że średnio co roku z naszego kraju wycieka ponad 9 mld. USD – póki co, rekordowy był rok 2013 z kwotą 16,793 mld. dolarów. Łącznie w latach 2004-2013 straciliśmy w sumie ponad 90 mld. USD. Taka jest skala kolonialnego drenażu, powodująca w ostatecznym rozrachunku, że od niemal trzydziestu lat w pocie czoła „gonimy króliczka”, czyli rozwinięte państwa Zachodu, wciąż nie mogąc osiągnąć celu. Dla porównania – warto sobie przypomnieć, że trzy dekady po zakończeniu II wojny światowej RFN była już jednym ze światowych liderów gospodarczych – mimo przegranej wojny, utraty ogromnych połaci terytorium, strat w ludziach i zniszczeń materialnych. Co by nie mówić o PRL i księżycowej ekonomii „realnego socjalizmu”, to w okres „przełomu” weszliśmy jednak z korzystniejszym stanem posiadania, niż zachodnioniemieckie strefy okupacyjne w 1945 r.

Powyższe to jednak dalece nie koniec - ucieczka przed opodatkowaniem generuje konkretne koszty społeczne. Skoro bowiem potentaci wyprowadzają zyski „prawem i lewem”, to państwo straty te musi sobie kompensować, przerzucając obciążenia podatkowe na obywateli. Na tę prawidłowość zwraca uwagę pochodzący z 2017 r. raport „Uciekające podatki. Czy firmy w Europie Środkowo-Wschodniej płacą uczciwą część podatków?”, opublikowany u nas przez Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Prócz wspomnianego IGO reprezentującego Polskę, autorami opracowania są think-tanki z Łotwy (Lapas), Czech (Glopolis), Węgier (Demnet), Bułgarii (Za Zemiata) i Słowenii (Ekvilib Institute). W sumie więc otrzymujemy przekrojowe spojrzenie w skali całego regionu. Okazuje się, że w niemal wszystkich badanych krajach mamy do czynienia ze swoistym „przerostem” opodatkowania pracy i konsumpcji nad opodatkowaniem kapitału. Oznacza to, że gros obciążeń podatkowych ponoszą zwykli obywatele, bądź to w formie PIT i składek na ubezpieczenia społeczne, bądź to w formie podatków pośrednich, takich jak VAT i akcyza. Jedynie Czechy notują względną równowagę między odsetkiem przychodów budżetowych z tytułu podatku dochodowego od osób fizycznych i takiegoż od osób prawnych – jako jedyne też osiągnęły wyższy procent udziału dochodów z tytułu CIT w PKB niż średnia krajów OECD. W pozostałych państwach odpowiednie wskaźniki są znacząco niższe.

Zwraca uwagę, że stawka CIT w Czechach wynosi 19 proc. - jak w Polsce – a efektywność ściągania podatków z przedsiębiorstw jest tam proporcjonalnie ponad dwukrotnie wyższa. Mimo to, nie słychać, by Czesi narzekali na brak inwestycji, co zadaje kłam wciąż powszechnej opinii, że zagranicznych inwestorów należy za wszelką cenę wabić ulgami, pomocą publiczną tudzież innymi finansowymi bonusami. Jak widać, nie trzeba – tym bardziej, że inne hołdujące „proinwestycyjnemu” podejściu badane kraje stały się w praktyce dla wielkich firm rajami podatkowymi.

Płaci za to oczywiście szary podatnik – począwszy od absurdalnie niskiej kwoty wolnej od podatku, a skończywszy na wysokich podatkach pośrednich, najboleśniej uderzających w najuboższe warstwy społeczne. Jeśli spojrzeć całościowo, to okaże się, że mamy regresywny system podatkowy – tzn. ludzie o najniższych dochodach odprowadzają w różnych formach do budżetu największą część swoich zarobków. Np. VAT w cenie podstawowych artykułów najmocniej odczuwają zarabiający w okolicach najniższej krajowej. Trzeba więc jasno powiedzieć: koszty „optymalizacji” i nieefektywności państwowego aparatu skarbowego w odniesieniu do największych podmiotów ponosi całe społeczeństwo.

Gadający Grzyb


Na podobny temat:

Drenaż kolonialny

Kto tu jest kolonizatorem?


Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/


Felieton opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 20-21 (25.05-07.06.2018)

niedziela, 3 kwietnia 2016

Kres podatkowej ruletki?

Resort finansów pod nowymi rządami postanowił wziąć się za uszczelnianie systemu podatkowego.

Na początek mała retrospekcja. W felietonie z października ubiegłego roku pt. „Podatkowa ruletka” przyrównałem polski system podatkowy do szulerni w której lody kręci wielki, z reguły międzynarodowy biznes i świat przestępczy, płacą zaś pomniejsi frajerzy – ci, którzy nie mają możliwości „optymalizowania” zobowiązań, nakręcania vatowskich „karuzel”, bądź sposobności ucieczki w szarą strefę. Jednym ze skutków tej patologicznej sytuacji jest zaburzenie rynkowej konkurencji. Firma uczciwie rozliczająca się z fiskusem automatycznie postawiona jest w gorszej pozycji względem podmiotów stosujących różne podatkowe kruczki, mających „dojścia”, bądź wręcz łamiących prawo. I tak się składa, że poszkodowane są przeważnie przedsiębiorstwa krajowe, ze szczególnym uwzględnieniem średniego i małego biznesu (no, może poza sektorem usług typu „Józek złota rączka”, który z zasady działa poza jakąkolwiek ewidencją). Zasada „duży może więcej” odbija się tu na rynkowych realiach wyjątkowo boleśnie.

Efekty wykazywane w pojawiających się co jakiś czas wyliczeniach są dość przerażające. Wg. firmy PWC dziura w ściągalności VAT zwiększyła się z 0,6 proc. PKB w 2007 r. do 3 proc. PKB w 2015, czyli do 53 mld zł. Samo zmniejszenie jej do poziomu z 2007 roku oznaczałoby wpływy do budżetu na poziomie 42 mld zł. rocznie. Z kolei obliczenia prof. Dominika Gajewskiego z SGH pokazują, iż polskie państwo traci rocznie na unikaniu CIT 11 mld euro, czyli ok. 47 mld zł. Tu jednak szacunki są rozbieżne, często trudno bowiem ocenić co jest „uprawnionym” kosztem wynikającym ze specyfiki prowadzonego biznesu, co zaś „agresywną” optymalizacją. Komisja Europejska kilka lat temu wyliczyła polskie straty w CIT na ok. 20 mld zł rocznie. W każdym razie jednak, jeśli przyjąć powyższe liczby za dobrą monetę, to okazuje się, że poprawa ściągalności tylko tych dwóch podatków mogłaby... zrównoważyć budżet!

Przez całe lata ze strony organów państwa trwał w tej materii kompletny marazm – śmiem twierdzić, że absolutnie celowy. Ot, taka „renta kolonialna” - część zapłaty w zamian za dobrą prasę za granicą, przedstawiającą Polskę jako „zieloną wyspę” gospodarczego sukcesu. A że lukę podatkową trzeba było w jakiś sposób uzupełniać, to napędzano wzrost zadłużenia, co znów generowało „dobrą prasę” - tym razem u finansowych spekulantów. Słowem, błędne koło, którego skutkiem było osuwanie się Polski na równi pochyłej wprost do bankructwa.

Tym bardziej cieszy, że resort finansów pod nowymi rządami postanowił wziąć się za uszczelnianie systemu podatkowego. Ideałem oczywiście byłby generalny audyt przepisów i ich uproszczenie, co najbardziej zbliżyłoby dotychczasowe szemrane kasyno do jakichś cywilizowanych standardów, ale i to, co obecnie proponuje Paweł Szałamacha pozwala żywić ostrożną nadzieję na przynajmniej częściową poprawę sytuacji. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na projekt jednolitego pliku kontrolnego, łączącego zestawienia z ksiąg rachunkowych, wyciągów bankowych, magazynów, ewidencji zakupów i sprzedaży, faktur VAT, podatkowej księgi przychodów i rozchodów oraz ewidencji przychodów. Europejskim wzorcem jest tu Portugalia, której udało się w ten sposób poprawić ściągalność VAT już w pierwszym roku o 13 proc., po wprowadzeniu zaś centralnego rejestru faktur – o 20 proc. Ministerstwo finansów prognozuje zwiększenie przychodów o 200 mln w pierwszym i 300 mln w drugim roku obowiązywania JPK. Jeżeli jednak wziąć owe 53 mld „luki” wyliczone przez PWC i „portugalskie” 13 proc. wzrostu ściągalności, to otrzymujemy 689 mln zł. Przy 20 proc. poprawie natomiast byłoby to ponad 1 mld zł.

Kolejne ważne posunięcie, to zapowiadana weryfikacja cen transferowych – jednego z ulubionych instrumentów służących do wyprowadzania zysku za granicę i unikania CIT. Skutek jest taki, że giganci wykazują minimalny zysk, lub zgoła stratę, zaś sektor małych i średnich przedsiębiorstw odprowadza do budżetu 75 proc. przychodów z CIT. Ubocznym efektem jest zjawisko ucieczki małych i średnich firm do krajów ościennych – na czym zyskują Czechy, Słowacja czy Litwa.

Do powyższego oczywiście trzeba dodać już obowiązujący podatek bankowy, zapowiedź ściślejszych kontroli firm powiązanych, połączenie administracji celnej, podatkowej i skarbowej w jedną Krajową Administrację Skarbową (co obniży chociażby koszta funkcjonowania, mamy bowiem jedną z najmniej efektywnych administracji fiskalnych w Europie) oraz wciąż rodzący się w bólach podatek od handlu. Miejmy nadzieję, że ministerstwo przedstawi w końcu rozwiązanie nie wylewające dziecka z kąpielą – tzn. zmuszające do płacenia mistrzów optymalizacji, czyli wielkie sieci, nie czyniąc szkody tej części branży handlowej, która pozostaje jeszcze w polskich rękach. Na koniec wreszcie, warto wyrazić, nazwijmy to, społeczne zapotrzebowanie na równoprawne traktowanie wszystkich działających na rynku podmiotów – tak by skończyć z dotychczasową oszukańczą ruletką w której przegrani są zawsze tylko po jednej stronie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3521-pod-grzybk

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/podatkowa-ruletka

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (11-17.03.2016)

czwartek, 15 października 2015

Podatkowa ruletka

Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką.

Nie tak dawno rząd Ewy Kopacz przedstawił projekt budżetu na rok 2016, zakładający rekordowy deficyt – 54,6 mld zł (co opisywałem w tekście „Mina budżetowa”), przy czym poprzednie rekordy również należały do ekipy PO-PSL – 44,6 mld zł w 2010 i planowane na ten rok 46,1 mld. Warto jeszcze dodać nowelizację budżetu w 2013, który opierał się na księżycowych wyliczeniach Rostowskiego - w efekcie, już w połowie roku wykorzystano cały zaplanowany deficyt i trzeba było znaleźć dodatkowe 24 mld zł. Wszystko przez zbyt optymistyczne szacowanie dochodów Skarbu Państwa – m.in. z podatków. Wspomniane deficyty oczywiście napędzają zadłużanie państwa, które wyłącznie dzięki sztucznym, księgowym zabiegom oraz skokowi na pieniądze z OFE utrzymywane jest na papierze poniżej konstytucyjnego progu 60 proc. PKB. Realnie, już w 2014 według wyliczeń OECD zadłużenie Polski wynosiło 62,5 proc PKB – oparto się na metodologii wliczającej do długu wszystkie zobowiązania publiczne, w tym również samorządów i funduszy celowych, takich jak Krajowy Fundusz Drogowy, do którego Rostowski „wypychał” część zobowiązań.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka – od zwykłego marnotrawstwa i niegospodarności, poprzez patologiczne mechanizmy wykorzystywania unijnych funduszy (im więcej pieniędzy absorbujemy z Brukseli, tym więcej kredytów musimy zaciągać na tzw. „wkład własny”), do tego dochodzą koszty obsługi zadłużenia będące niemal równowartością wpływów z PIT, wyprowadzanie z Polski kapitału, no i wreszcie ignorowany dotąd słoń w menażerii, czyli katastrofalna ściągalność podatków. Tylko w latach 2008-2013 wg raportu MFW sporządzonego na zlecenie Ministerstwa Finansów wydajność poboru podatków spadła z 16 do 13,1 pkt. PKB. Z kolei wg wspomnianego OECD mamy najmniej efektywny system spośród wszystkich członków, zaś Bank Światowy lokuje nas na 114 miejscu spośród 183 badanych krajów.

Ostatnio uraczono nas nowymi, alarmującymi doniesieniami o skali patologii przy ściąganiu VAT i CIT. I tak, firma doradcza PwC wzięła na tapetę „lukę” w podatku VAT. Owa „luka” to nic innego jak różnica pomiędzy tym co teoretycznie powinno wpłynąć do budżetu państwa, a realnymi dochodami z danego podatku. W perspektywie lat 2007 – 2015 luka podatkowa osiągnęła rozmiary czarnej dziury w której rokrocznie znikają dziesiątki miliardów złotych. Dość powiedzieć, że w relacji do PKB dziura zwiększyła się z 0,6 proc. PKB w 2007 do 3 proc. w 2015, z chwilowym zmniejszeniem do 2,4 proc. w 2014. Jest to skutek (w proporcjach mniej więcej pół na pół) funkcjonowania „szarej strefy” oraz zorganizowanej przestępczości zajmującej się wyłudzeniami VAT. Oczywiście, zapewne tego procederu nie da się całkowicie zniwelować, zresztą trudności w ściąganiu VAT mają w mniejszym lub większym stopniu wszystkie kraje stosujące ten podatek, lecz Polska należy tu do niechlubnej europejskiej czołówki. Wyliczenia PwC wskazują, że samo ograniczenie luki do poziomu z 2007 roku dałoby państwu w tym roku dodatkowe 42 mld zł, ogółem zaś wyniesie ona 53 mld.

Podobnie rzecz się ma ze ściągalnością CIT, czyli podatku od przedsiębiorstw. Prof. SGH Dominik Gajewski oszacował na zlecenie Komisji Europejskiej, że polskie państwo na skutek unikania płacenia CIT traci rocznie 11 mld euro, czyli ok. 46 mld zł. Z sumami tymi polemizuje zarówno Ministerstwo Finansów, jak i wspomniana PwC, twierdząc, że straty z tytułu CIT są tak naprawdę „niepoliczalne” - optymalizacja podatkowa osiągnęła bowiem taki stopień zaawansowania, że nie sposób precyzyjnie wyliczyć luki podatkowej. Przy okazji „afery Junckera”, gdy wyszło na jaw, że wielkie koncerny celem uniknięcia podatków lokowały zyski wypracowane w innych krajach w Luksemburgu, obliczono w przybliżeniu, że na optymalizacji podatkowej Polska traci rocznie ok. 20 mld zł.

Jak by nie patrzeć, nawet przy „nieuchwytności” strat z CIT, otrzymujemy gigantyczne kwoty. Dlatego właśnie na wstępie przypomniałem deficyty budżetowe Polski z ostatnich lat. Okazuje się bowiem, że gdyby choćby częściowo uszczelnić nasz system podatkowy, to zamiast zadłużać się rok po roku i bić kolejne rekordy deficytów, moglibyśmy pokusić się o zrównoważony budżet, a może wręcz o nadwyżkę! Przypomnę: tegoroczny deficyt to 46 mld., a samo ograniczenie dziury podatkowej przy ściąganiu VAT do poziomu z 2007 roku dałoby nam 42 mld, do tego ograniczenie wyprowadzania nieopodatkowanego kapitału przyniosłoby kolejne miliardy z CIT.

Wniosek nasuwa się sam. Zamiast cywilizowanego systemu podatkowego mamy coś w rodzaju szulerni z ruletką, w której wielki biznes i świat przestępczy kręci swoje lody, a płacą frajerzy. Zwyczajnie nie wierzę, że patologie o takiej skali wynikają jedynie z bałaganu i niekompetencji. Albo inaczej – bałagan i niekompetencja to pozory mające na celu stworzenie klasycznej „mętnej wody”. Czy jest to część ceny, którą kosztem nas wszystkich płaciła ekipa PO-PSL różnym lobbies za poparcie? Mam nadzieję, że po wyborach wykaże to stosowne postępowanie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 41 (09-15.10.2015)

sobota, 31 lipca 2010

Gra pozorów.


Budżetowe zmagania rządu, czyli łże – liberalizm w natarciu.

I. Kto obniżał, kto podwyższa?

Jak przystało na partię liberalną (he, he), Platforma przymierza się do podwyższenia podatków. Cóż, kolejny to dowód na to, że w polskiej polityce nic nie jest takie, jakim się wydaje. Jedyne obniżki podatków i innych obciążeń fiskalnych, tudzież parafiskalnych są bowiem jak do tej pory zasługą przefarbowanych „socjaldemokratów” od Leszka Millera (obniżka CIT z 27% do 19% w 2003r. i akcyzy na alkohol o 30% w 2002r.) i oskarżanego o „populizm” rządu Jarosława Kaczyńskiego („spłaszczenie” PIT – likwidacja II progu podatkowego i obniżenie I progu z 19% do 18 % oraz dawnego III progu z 40% do 32%, do tego obniżenie składki rentowej). Co ciekawe, Leszek Miller wykazał się przy redukcji podatku od przedsiębiorstw odpornością na pomruki naszych „adwokatów w UE” i zignorował niemieckie lamenty o stosowaniu przez Polskę „dumpingu podatkowego”. Trudno natomiast oczekiwać podobnej asertywności po obecnej ekipie Tuska.

Jako się zatem rzekło, liberalna (he, he) Platforma, która szła do władzy między innymi pod hasłem „3x15” (ludzie już o tym nie pamiętają, a reżimowe mediodajnie jakoś nie kwapią się, by to przypominać) zapowiedziała ustami duetu Boni - Rostowski tymczasową (znów – he, he) jednoprocentową podwyżkę VAT plus jakieś pomniejsze posunięcia, takie jak likwidacja ulg na samochody „z kratką” i rozszerzenie obowiązku posiadania kas fiskalnych na kolejne grupy zawodowe – m.in. prawników i lekarzy. Wcześniej podniesiono już akcyzę na wyroby spirytusowe (od 2009 roku, 4960 zł/hl – większą akcyzę w UE ma od nas tylko Szwecja). Co do VAT-u, jestem jakoś dziwnie spokojny, że rzekoma prowizorka okaże się zadziwiająco trwała i gdy w raczej dalszej, niż bliższej przyszłości jakiś rząd zechce się z niej wycofać, będzie to poczytywane za „śmiałą” reformę. Chociaż nie – jeśli to będzie przypadkiem PiS, wówczas będzie wrzask o „populizmie” i „nieodpowiedzialności”. Natomiast podwyższanie obciążeń fiskalnych przez liberalną (he, he) Platformę każdorazowo interpretowane jest jako „odpowiedzialne” i „propaństwowe”.

II. Łże – liberalizm.

Ktoś naiwny mógłby przypomnieć, że liberałom, zwłaszcza w okresie kryzysu gospodarczego przystoi raczej redukowanie podatków, cięcie wydatków, odchudzenie administracji, reforma finansów publicznych i takie tam. Nic bardziej mylnego! Owszem, może i pobudziłoby to gospodarkę i pomogło z czasem zredukować te 700 mld długu publicznego, ale po pierwsze, ma być „500 dni spokoju”, a wszelki reformy mają to do siebie, że spokój nieuchronnie burzą, po drugie - liberalne posunięcia rządu mogłyby zachwiać słupkami popularności, co otworzyłoby PiSowi drogę do odzyskania władzy, a sami Państwo wiedzą, że to byłaby katastrofa, faszyzm i nagłe ataki mleczarzy o piątej nad ranem... czy jakoś tak. Zatem, zamiast gospodarczego liberalizmu mamy godny kartoflanej republiki łże – liberalizm, ale cóż począć... Najwyraźniej taka już jest na obecnym etapie historyczna konieczność.

Jedyne na co mogę spojrzeć łaskawszym okiem, to wspomniane wyżej wprowadzenie kas fiskalnych do lekarskich gabinetów i prawniczych kancelarii. Nie dlatego, żebym był zwolennikiem rozbuchanego fiskalizmu (bo nie jestem), ale dlatego, że dotychczasowa wybiórczość łamała fundamentalną dla zdrowej gospodarki zasadę równego traktowania poszczególnych podmiotów. No bo – jeśli taksówkarze, to dlaczego nie adwokaci? Nerwowe reakcje dowodzą, że całkiem pokaźna część dochodów przepływała sobie do tej pory bez zbędnego chwalenia się tym faktem przed urzędami skarbowymi.

Na marginesie - rozczuliła mnie zasłyszana w telewizorni wypowiedź pewnego psychoterapeuty, który stwierdził, że konieczność bezdusznego wydrukowania paragonu zniszczy „sacrum” jakie jest między pacjentem a lekarzem i zniweczy skutki terapii. Nie to, co czułe i intymne przekazywanie należności za sesję terapeutyczną z rączki do rączki, bez angażowania fiskalnego automatu... i aparatu skarbowego.

III. „Stłucz pan termometr...”

Żeby jednak nie było tak czarno, śpieszę z dobrą nowiną – otóż liberalny (nieodmiennie – he, he) rząd planuje jednak pewne cięcia i oszczędności! Na czym? Ano, na tym, co zwykle – na armii. Ponieważ niedawny raport NIK ujawnił, że siły zbrojne nie dostały zagwarantowanych ustawowo 1,95 % PKB (rząd zatem zwyczajnie złamał prawo), zaś to co zostało przekazane w znacznej mierze zmarnotrawiono, postanowiono zatem zlikwidować tak morderczy dla budżetu sztywny pułap wydatków na MON. Wszystko zgodnie z „arcyliberalną” jak mniemam dewizą „stłucz pan termometr, nie będziesz miał pan gorączki”. Mam przy tym nieodparte przeczucie, że cięcia nie dotkną wojskowej biurokracji ani tym bardziej „wodzów”. Koszty, jak zwykle, poniosą „indianie”. Wstrzyma się nabór, zakup sprzętu i generalnie, cały proces „profesjonalizacji”. A że żołnierze już niemal nie ćwiczą? To nie będą ćwiczyli jeszcze bardziej, wielka mi nowina. W końcu przecież nikt nam nie zagraża, a na jakąś zagraniczną misję zawsze się coś z dna garnka wyskrobie.

Łże – liberalizm
postępuje. Co teraz? Rezerwa rewaluacyjna NBP na którą onegdaj ostrzył sobie zęby Lepper? Wszak, jak łże – liberalizm, to na całego...

Gadający Grzyb

P.S. Sprawozdania Ministerstwa Finansów dotyczące długu publicznego:

http://www.mf.gov.pl/dokument.php?const=5&dzial=590&id=70509&typ=news

I jeszcze to:

http://www.zegardlugu.pl/


pierwotna publikacja: www.niepoprawni.pl