Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Szałamacha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Szałamacha. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 kwietnia 2016

Kres podatkowej ruletki?

Resort finansów pod nowymi rządami postanowił wziąć się za uszczelnianie systemu podatkowego.

Na początek mała retrospekcja. W felietonie z października ubiegłego roku pt. „Podatkowa ruletka” przyrównałem polski system podatkowy do szulerni w której lody kręci wielki, z reguły międzynarodowy biznes i świat przestępczy, płacą zaś pomniejsi frajerzy – ci, którzy nie mają możliwości „optymalizowania” zobowiązań, nakręcania vatowskich „karuzel”, bądź sposobności ucieczki w szarą strefę. Jednym ze skutków tej patologicznej sytuacji jest zaburzenie rynkowej konkurencji. Firma uczciwie rozliczająca się z fiskusem automatycznie postawiona jest w gorszej pozycji względem podmiotów stosujących różne podatkowe kruczki, mających „dojścia”, bądź wręcz łamiących prawo. I tak się składa, że poszkodowane są przeważnie przedsiębiorstwa krajowe, ze szczególnym uwzględnieniem średniego i małego biznesu (no, może poza sektorem usług typu „Józek złota rączka”, który z zasady działa poza jakąkolwiek ewidencją). Zasada „duży może więcej” odbija się tu na rynkowych realiach wyjątkowo boleśnie.

Efekty wykazywane w pojawiających się co jakiś czas wyliczeniach są dość przerażające. Wg. firmy PWC dziura w ściągalności VAT zwiększyła się z 0,6 proc. PKB w 2007 r. do 3 proc. PKB w 2015, czyli do 53 mld zł. Samo zmniejszenie jej do poziomu z 2007 roku oznaczałoby wpływy do budżetu na poziomie 42 mld zł. rocznie. Z kolei obliczenia prof. Dominika Gajewskiego z SGH pokazują, iż polskie państwo traci rocznie na unikaniu CIT 11 mld euro, czyli ok. 47 mld zł. Tu jednak szacunki są rozbieżne, często trudno bowiem ocenić co jest „uprawnionym” kosztem wynikającym ze specyfiki prowadzonego biznesu, co zaś „agresywną” optymalizacją. Komisja Europejska kilka lat temu wyliczyła polskie straty w CIT na ok. 20 mld zł rocznie. W każdym razie jednak, jeśli przyjąć powyższe liczby za dobrą monetę, to okazuje się, że poprawa ściągalności tylko tych dwóch podatków mogłaby... zrównoważyć budżet!

Przez całe lata ze strony organów państwa trwał w tej materii kompletny marazm – śmiem twierdzić, że absolutnie celowy. Ot, taka „renta kolonialna” - część zapłaty w zamian za dobrą prasę za granicą, przedstawiającą Polskę jako „zieloną wyspę” gospodarczego sukcesu. A że lukę podatkową trzeba było w jakiś sposób uzupełniać, to napędzano wzrost zadłużenia, co znów generowało „dobrą prasę” - tym razem u finansowych spekulantów. Słowem, błędne koło, którego skutkiem było osuwanie się Polski na równi pochyłej wprost do bankructwa.

Tym bardziej cieszy, że resort finansów pod nowymi rządami postanowił wziąć się za uszczelnianie systemu podatkowego. Ideałem oczywiście byłby generalny audyt przepisów i ich uproszczenie, co najbardziej zbliżyłoby dotychczasowe szemrane kasyno do jakichś cywilizowanych standardów, ale i to, co obecnie proponuje Paweł Szałamacha pozwala żywić ostrożną nadzieję na przynajmniej częściową poprawę sytuacji. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na projekt jednolitego pliku kontrolnego, łączącego zestawienia z ksiąg rachunkowych, wyciągów bankowych, magazynów, ewidencji zakupów i sprzedaży, faktur VAT, podatkowej księgi przychodów i rozchodów oraz ewidencji przychodów. Europejskim wzorcem jest tu Portugalia, której udało się w ten sposób poprawić ściągalność VAT już w pierwszym roku o 13 proc., po wprowadzeniu zaś centralnego rejestru faktur – o 20 proc. Ministerstwo finansów prognozuje zwiększenie przychodów o 200 mln w pierwszym i 300 mln w drugim roku obowiązywania JPK. Jeżeli jednak wziąć owe 53 mld „luki” wyliczone przez PWC i „portugalskie” 13 proc. wzrostu ściągalności, to otrzymujemy 689 mln zł. Przy 20 proc. poprawie natomiast byłoby to ponad 1 mld zł.

Kolejne ważne posunięcie, to zapowiadana weryfikacja cen transferowych – jednego z ulubionych instrumentów służących do wyprowadzania zysku za granicę i unikania CIT. Skutek jest taki, że giganci wykazują minimalny zysk, lub zgoła stratę, zaś sektor małych i średnich przedsiębiorstw odprowadza do budżetu 75 proc. przychodów z CIT. Ubocznym efektem jest zjawisko ucieczki małych i średnich firm do krajów ościennych – na czym zyskują Czechy, Słowacja czy Litwa.

Do powyższego oczywiście trzeba dodać już obowiązujący podatek bankowy, zapowiedź ściślejszych kontroli firm powiązanych, połączenie administracji celnej, podatkowej i skarbowej w jedną Krajową Administrację Skarbową (co obniży chociażby koszta funkcjonowania, mamy bowiem jedną z najmniej efektywnych administracji fiskalnych w Europie) oraz wciąż rodzący się w bólach podatek od handlu. Miejmy nadzieję, że ministerstwo przedstawi w końcu rozwiązanie nie wylewające dziecka z kąpielą – tzn. zmuszające do płacenia mistrzów optymalizacji, czyli wielkie sieci, nie czyniąc szkody tej części branży handlowej, która pozostaje jeszcze w polskich rękach. Na koniec wreszcie, warto wyrazić, nazwijmy to, społeczne zapotrzebowanie na równoprawne traktowanie wszystkich działających na rynku podmiotów – tak by skończyć z dotychczasową oszukańczą ruletką w której przegrani są zawsze tylko po jednej stronie.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ------->http://warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/3521-pod-grzybk

Na podobny temat:

http://blog-n-roll.pl/pl/podatkowa-ruletka

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 11 (11-17.03.2016)

wtorek, 17 listopada 2015

Nadzieje i wyzwania

Bez głosów „frankowiczów” PiS nie mógłby liczyć na samodzielną większość. Teraz jest tym ludziom coś winien.

Poznaliśmy skład rządu premier Beaty Szydło i jeśli chodzi o jego część gospodarczą, jest... różnie. Z pewnością cieszy nominacja dla Anny Streżyńskiej, która jako szefowa UKE dała się poznać z konsekwentnej walki z praktykami monopolistycznymi, przełamując dominującą pozycję TP SA oraz oligopol Plusa, Ery i Orange, co w praktyce przełożyło się na niższe ceny internetu i telefonii komórkowej. Na obecnym stanowisku ministra cyfryzacji najprawdopodobniej będzie kontynuowała pro-konsumencką politykę – zatem tu możemy się tylko cieszyć.

Najwięcej emocji i kontrowersji jednak budziła kandydatura Mateusza Morawieckiego, dotychczas prezesa banku BZ WBK należącego do hiszpańskiego Santandera. Morawiecki (syn legendarnego Kornela Morawieckiego, przewodniczącego „Solidarności Walczącej”) przymierzany był na dziennikarskiej giełdzie do funkcji ministra finansów, ostatecznie wylądował jeszcze wyżej – jako wicepremier i minister superresortu rozwoju, absolutnie kluczowego jeśli chodzi o przyszłą politykę gospodarczą państwa. I tu pojawia się pytanie, jak człowiek z samego serca banksterskiego Mordoru ma się do przedwyborczych zapowiedzi PiS w kwestii przykręcenia śruby bankom i międzynarodowym sieciom handlowym? Czy jego nominacja, to taktyczna zagrywka Jarosława Kaczyńskiego obliczona na uspokojenie tzw. „rynków”, czyli mówiąc po ludzku – spekulantów i banksterskiego lobby? Pisząc wprost – czy nie zachodzi tu konflikt interesów? Należy pamiętać, że ministrem się bywa i po skończeniu urzędowania Mateusz Morawiecki zapewne będzie chciał powrócić do świata bankowości, tym bardziej, że na przejściu do rządu traci finansowo – w samym tylko 2014 roku zarobił 1,8 mln zł, jako minister będzie otrzymywał dziesięciokrotnie mniej. Czy będzie chciał się narażać potężnej grupie interesów z której na dodatek sam się wywodzi, mając w tyle głowy, że jeśli popadnie w konflikt ze środowiskiem bankowym, to nie będzie, nazwijmy to eufemistycznie, witany z otwartymi rękami?

Zresztą, nawet zakładając stuprocentową uczciwość i odporność na naciski, Morawiecki junior może najzwyczajniej w świecie mieć spaczony, „bankocentryczny” ogląd świata. Przedstawiciele szlachetnej rasy bankierów mają silną predylekcję do traktowania siebie w kategoriach współczesnych nadludzi, kreatorów gospodarczej rzeczywistości i utożsamiania partykularnego interesu swojej branży z dobrem gospodarki jako takiej. Do czego to prowadzi przekonaliśmy się podczas globalnego kryzysu finansowego, na własnym podwórku zaś – przy okazji batalii o ucywilizowanie kredytów frankowych i polisolokat. BZ WBK nie należy do wyjątków i również ma swój portfel kredytów we frankach, choć trzeba oddać, że zachowuje się przyzwoiciej, niż niektórzy konkurenci, bez oporów dostosowując się np. do ujemnego LIBOR.

I tu przyszła mi do głowy teoria spiskowa – jak wiadomo, specjaliści z Kancelarii Prezydenta wyrzucili właśnie do kosza niemal ukończony projekt pisanej wspólnie z przedstawicielami „frankowiczów” ustawy, która miała być dość restrykcyjna dla banków. Jako uzasadnienie podano jej rzekomą „niekonstytucyjność” nie wskazując jednakże na czym miałaby ona polegać. Nowe założenia są już znacznie łagodniejsze i sprowadzają się do możliwości „ułożenia się” klientów z bankami, a w ostateczności – pozbycia się kredytu poprzez oddanie bankowi nieruchomości. Innymi słowy – dogadajcie się, albo oddawać mieszkanie. Tak się złożyło, iż owa wolta zbiegła się z pojawieniem się właśnie Mateusza Morawieckiego w charakterze kandydata na jedno ze stanowisk gospodarczych w rządzie. Przypadek?

Z dobrych wieści – Morawiecki ma być zwolennikiem deregulacji i ułatwień dla osób prowadzących działalność gospodarczą oraz stawiania na innowacyjny model rozwoju. I oby właśnie tym się zajmował nie sabotując działań mających na celu ukrócenie samowoli międzynarodowych koncernów traktujących Polskę jako obszar kolonialny. Sztandarowymi postulatami PiS w tej materii były propozycje podatku bankowego (w wersji podatku od aktywów, bądź podatku od transakcji finansowych), uszczelnienie systemu podatkowego z którego wyciekają rokrocznie dziesiątki miliardów złotych oraz wprowadzenie podatku od sklepów wielkopowierzchniowych. I tutaj należy nową władzę trzymać bezwzględnie za słowo. Na szczęście ministrem finansów został – jakby dla równowagi wobec Morawieckiego – Paweł Szałamacha, który jest zdecydowanym zwolennikiem powyższych rozwiązań. No i w tym momencie powstaje pytanie – jak będzie wyglądać współpraca obu ministerstw, choćby podczas obowiązkowych uzgodnień międzyresortowych przy wprowadzaniu jakiejś formy opodatkowania banków? Będzie wojenka, przeciąganie sprawy na „święty nigdy”, czy jednak panowie dojdą do porozumienia?

Jedno jest pewne – bez głosów „frankowiczów” i generalnie, ludzi mających dosyć Polski jako eksploatowanego bantustanu, PiS nie mógłby liczyć na samodzielną większość. Teraz jest tym ludziom coś winien – i o tej powinności należy nowej władzy stale przypominać.

Gadający Grzyb

Notek w wersji audio posłuchać można na: http://niepoprawneradio.pl/

Zapraszam na „Pod-Grzybki” ----> http://www.warszawskagazeta.pl/felietony/gadajacy-grzyb/item/2790-pod-grzybki

Artykuł opublikowany w tygodniku „Gazeta Finansowa” nr 46 (13-19.11.2015)